Chapter 24 (Lemot, Lysia, Eta, Kicia, Zielon, Evy, Len, Kejt, Deva)

Wbrew temu, co mówiło się na boisku, Lemota żyła i miała się dob… Może nie tak dobrze, jak powinna, ale najważniejsze, że żyła. Obecnie znajdowała się w skrzydle szpitalnym i powoli odzyskiwała przytomność, co jeszcze nie zostało zauważone przez osoby stłoczone przy jej łóżku.
A było ich trochę. Przecież nie można było zostawić jej samej, nie? Dlatego tuż przy jej łóżku czuwała delegacja złożona z Lysiaka, Zielona i Kici. Była tu jeszcze Eta, ale wyszła na chwilę, by przynieść im jakieś ciastka z kuchni.
Kiedy pielęgniarka zapewniła, że życiu Lemota nic nie zagraża, rozpoczęła się taka sama dyskusja jak ta, która trwała na boisku – kto zawinił i dlaczego zrobił coś takiego. Póki co nie pojawiły się żadne wiarygodne zeznania ani domysły.
– Założę się, że to te syriuszowe psychopatki – powiedziała Lysia, wyglądając przy tym bardzo poważnie i groźnie. – Jak dorwę tą, która rzuciła tę klątwę, wyszarpię jej wątrobę.
– To mogli być po prostu kibice Ślizgonów, przecież strasznie zależalo im na wygranej – zauważyła Zielon, krzywiąc się lekko.
– Nie powiedziałam przecież, że ta wariatka nie może być Ślizgonką. Po prostu wiem, wiem, że to jakaś z tych…
– Sugerujesz, że to Ślizgonka ORAZ fanka Syriusza? To nam ogranicza krąg podejrzanych.
– Eeej, nie wszyscy Ślizgoni są wstetni – zauważyła Kicia. – Z równym powodzeniem to mogła być Gryfonka, chyba macie tam sporą grupę jego fanek.
Lysia kiwnęła głową.
– Jedynym człowiekiem, którego nie można o nic podejrzewać, jest chyba Pe. Reszta powinna pozostać pod stałą obserwacją.
– Można też chyba uznać, że reszta zawodników jest niewinna, nie mieli czasu na wyciąganie różdżki – dodała Kicia.
Lysia ponownie kiwnęła głową.
– To i tak sprawia, że zostaje nam… dużo podejrzanych. – Zielon przeczasała włosy palcami, jakby liczyła, że dzięki temu gestowi odpowiedź przyjdzie jej do głowy. – Musimy się dowiedzieć, kto to zrobił. A potem wyrwać mu wątrobę, śledzionę i prawą nerkę.
Zapadła pełna zgody cisza.
Tymczasem Lemota wybudziła się już zupełnie i zastanawiała się, kiedy ktoś ją zauważy. Może zwykle nie lubiła być w centrum wydarzeń, ale prawie tu umarła, można by się trochę nad nią zlitować, nie? W końcu jej aktualny stan był ważniejszy od wyrywania wnętrzności.
Na szczęście dla Lemoty drzwi się otworzyły i stanęła w nich Etka.
Etka z całym koszykiem słodyczy, który wypadł jej z rąk, gdy krzyknęła:
– Lemoooot! Ty żyjesz!
A potem rzuciła się w jej kierunku i ścisnęła tak bardzo, że Lemota nie wiedziała już, czy to było takie na szczęście.
Etka nie przytulała jej jednak długo, bo zaraz wszyscy chcieli podduszać Lemota, jakby tak gorące zapewnienia o radości z faktu, że nie umarła, miały sprawić, że szybciej wstanie i odmaszeruje do dormitorium.
– Dobrze, wystarczy… powietrza! – krzyknęła Lemot, kiedy została już porządnie wyściskana i wyprzytulana.
– Nawet nie wiesz, jaki nam kamień z serca spadł – powiedziała Kicia. – Jak to się wydarzyło… To ja myślałam, że koniec i mogiła. Nieźle cię walnęło.
Lemot pokiwała głową. Wiedziała, że ją nieźle walnęło. Była przy tym.
– Przegraliśmy, prawda? – zapytała.
– Lori złapała znicza – powiedziała Lysia.
Eta spojrzała na Lemotę ze smutkiem.
– Przepraaaaszam! Powinnam gorzej bronić. Chociaż byś wygrała…
Zapomniała o tym, że Krukoni nie oddali żadnego strzału na bramkę.
– Masz, weź, na pocieszenie.
Wyciągnęła do niej rękę ze swoim ulubionym zombiakiem.
Lemota przygarnęła zombiaka i przez chwilę się z nim bawiła, ale potem przypomniało jej się, że powinna zadać jeszcze jedno ważne pytanie. No, może ze dwa.
– Pielęgniarka mówiła, co mi jest i kiedy stąd wyjdę?
– Zwykła Drętwota, więc w zasadzie nic takiego, gdyby nie, no wiesz, wysokość. – Lysia starała się nie brzmieć dramatycznie. Nie wychodziło jej. – Trochę się połamałaś, ale kości się ponoć dobrze zrastają i może w przyszłym tygodniu…
Lemota westchnęła. Wiedziała, że mogło być o wiele gorzej, więc nie powinna narzekać, ale i tak nie podobała jej się perspektywa spędzenia kilku dni w skrzydle szpitalnym.
– Wiadomo już, kto to zrobił? – zapytała.
– Nie.
Przez chwilę panowała cisza. Nie była to ani dramatyczna cisza, ani cisza pełna napięcia. To była całkiem naturalna cisza wywołana pogryzaniem słodyczy przyniesionych przez Etkę.
– Nie bój się, znajdziemy drania – powiedziała Eta, która była pewna, ze to się absolutnie i nieodwołanie wydarzy.
– Mam nadzieję – odpowiedziała Lemota, zbyt zajęta jedzeniem ciasteczek, by dodać jakąś groźbę do tych, które już zostały wypowiedziane.

***

Nie wszyscy znajdowali się na boisku lub w skrzydle szpitalnym. Niektórzy albo od samego początku byli w zamku, albo wrócili do niego, gdy tylko stało się jasne, że mecz się zakończył. Niektórych z nich nie obchodziły plotki, inni chcieli jako pierwsi opowiedzieć o wszystkim tym, którzy nie byli na meczu. Niezależnie od motywacji, po zamku krążyły grupki poruszające te same tematy, które poruszano na boisku, a także grupy, które wyjątkowo ostentacyjnie rozmawiały o pogodzie, żeby tylko nie mówić o tym, co się stało.
– Amos, czy to prawda, że ktoś skrzywdził Lemotę? – spytała Evy, której od początku na meczu nie było. Wolała przygotowywać się do testu z transmutacji z pomocą Len.
– Tak, ktoś walnął w nią jakąś klątwą. Gdzie się podziały zasady fair play – westchnął Diggory.
Evy zrobiło się przykro. Lubiła Lemotę.
– Mam nadzieję, że ktokolwiek to był, zostanie przykładnie ukarany – kontynuował Amos. – Takie incydenty nie powinny się zdarzać, rywalizacja to jedno, ale to… to coś zupełnie innego.
Kątem oka spojrzał na Evy, która nie miała wiele do dodania. Postanowił zmienić temat:
– Jak przygotowania do testu? – zapytał.
– Idzie nam całkiem lepiej niż przed godziną – powiedziała Len. – Wychodzą nam już dzioby.
Amos pokiwał głową, jakby nie do końca rozumiał, o czym do niego mówią, ale nie chciał być nieuprzejmy.
– Świetnie – pochwalił, choć widać było, że nadal gryzły go wydarzenia, które rozegrały się na meczu.
Wszystkich gryzły.
– Myślę, że dzioby to jeden z trudniejszych elementów – kontynuowała Len, bo temat kurcząt wydawał jej się przyjemniejszy niż rozmowa o wypadku. – Reszta kurczaka pójdzie nam łatwiej.
– Piórka w ogóle nie chcą wychodzić – przypomniała jej Evy. – Właśnie, miałyśmy spytać Kejt o piórka… Widziałeś Kejt?
– Nie, wydawało mi się, że została w zamku – odpowiedział Amos. – Ale może po prostu siedziała gdzieś poza zasięgiem mojego wzroku, a potem wszystko wydarzyło się zbyt szybko, żeby szukać innych w tłumie. Ale Pe była komentatorem.
Evy i Len spojrzały po sobie i wymieniły spojrzenia pt. tak, nie pójście na ten mecz było świetnym pomysłem.
– Opowiadała dowcipy – dodał Amos. – Te, które wymyśliła przed ostatnim treningiem.
– Ja nie słyszałam..? – nieśmiało bąknęła Evy, ale Len szybko powiedziała:
– O, chyba widzę Kejt. Kejt!
W istocie, Kejt szła z naprzeciwka i była wyraźnie wzburzona.
– To straszne, co się stało – powiedziała, gdy tylko znalazła się bliżej. – Wszyscy mówią, że to musieli być Ślizgoni, ale niezależnie od tego, kto za tym stoi, to było po prostu obrzydliwe.
Zerknęła na Amosa, żeby sprawdzić, czy się z nią zgodzi.
– Wyglądało koszmarnie – przyznał.
– Obrzydliwe – powtórzyła, kręcąc głową.
Len zdała sobie sprawę, że jest tak oburzona głównie dlatego, że rozmawiała z Amosem. Gdyby go nie było, rozmowa pewnie wyglądałaby trochę inaczej. Dlatego postanowiła zmienić temat:
– Kejt, pomogłabyś nam z piórkami? Najlepiej jak najszybciej, naprawdę nam nie wychodzą.
– Czy wy naprawdę macie teraz nerwy na piórka? Kiedy ktoś tam może właśnie umiera?
– Nie możemy pomóc Lemotowi, a test jest coraz bliżej – usprawiedliwiła się Len, choć jakaś część jej mózgu była przekonana, że nie powinna się w ogóle usprawiedliwiać.
– Och, jakie wy bezduszne! – Kejt wciąż działała. – Prawda, Amosie? Tak nie można.
Amos spojrzał na nie, jakby zupełnie nie rozumiał, dlaczego padło jego imię i dlaczego został wciągnięty do tej rozmowy. Zerknął też na Evy, jakby liczył, że go uratuje, ale potem przypomniał sobie, że to on jest połówką odpowiedzialną za ratowanie w ich związku. Ewentualnie rolę tę dzieli z kocykiem Evy. Westchnął.
– Obie macie trochę racji – powiedział w końcu.
– Trochę? Tak nie można. Trzeba by się ruszyć i sprawdzić, jak Lemota się trzyma.
– Wydaje mi się, że po takim upadku potrzeba jej przede wszystkim odpoczynku – zaryzykował Amos.
– Nie, nie, potrzeba jej wsparcia! Ty jesteś naszym kapitanem, nadasz się do oficjalnej reprezentacji, ja pójdę z tobą… – złapała go nawet za ramię.
Len posłała jej karcące spojrzenie, a Evy zrobiła dość smętną minę. Nie wiadomo, czy z powodu Amosa, czy piórek na kurczakach. Sam Amos nie był zachwycony pomysłem Kejt.
– Powinniśmy odczekać i iść jutro, prawdopodobnie jeszcze się nawet nie ocknęła, to była mocna kolizja z ziemią, dajmy jej czas, żeby zaczęły jej się składać kości.
– Ale trzeba działać, teraz, już, pokazać, że się o nią martwimy!
– Nie doceni tego, jeśli nadal jest nieprzytomna – powiedziała chłodno Len.
– Ktoś na pewno tam z nią jest i jej powtórzy!
– Nie, pójdziemy tam jutro, kiedy będzie na pewno przytomna. I pójdziemy całą drużyną. Zaraz po śniadaniu – zarządził Amos.
Kejt wydawała się rozgoryczona tą decyzją. Nie przestawała jednak ściskać Amosowego ramienia. Tak na wypadek, gdyby nie zauważył.
Diggory zauważył, ale nie chciał być nieuprzejmy. W końcu jednak zaczął delikatnie potrząsać kończyną, jakby chciał coś z niej zrzucić. Kejt to zignorowała, a Amos był zbyt dobrze wychowany, żeby potrząsać ręką mocniej.
Evysiowe serduszko pękało.
Pękało jednak na tyle dyskretnie, że Amos nie zdawał sobie z tego sprawy. W przeciwnym razie prawdopodobnie wyrywałby się bardziej energicznie.
Len, chociaż też podkochująca się w Amosie, była jednak dobrą koleżanką. Wiedziała, że Evy nie wolno krzywdzić. Dlatego powiedziała:
– Kejt, ręka ci się przykleiła.
Kejt posłała jej dość mordercze spojrzenie, ale wypuściła rękę Amosa.
– No dobrze, pójdziemy tam jutro, skoro tak wam zależy na tym terminie.
– Czy teraz możemy zająć się piórkami?
– Wybaczcie, muszę jeszcze coś załatwić. Może jutro, jak wrócimy ze skrzydła szpitalnego? – odpowiedziała Kejt.
Nie wiedzieć czemu brzmiało to trochę jak “Nie, absolutnie nie. Żadnych piórek”.
Evy posmutniała jeszcze bardziej.
Len uśmiechnęła się do niej.
– Może Deva nam pomoże, chyba radziła sobie z piórkami – powiedziała, choć w jej głosie nie pobrzmiewało przekonanie.
– Może – odpowiedziała. – Chociaż Deva też pewnie będzie w szpitalu…
– W szpitalu?… Dlaczego?
– Wszyscy będą odwiedzać…
Amos zdał sobie sprawę, że pora na taktyczny odwrót. Miał nadzieję, że uda mu się znaleźć całą drużynę po śniadaniu i wtedy udadzą się do skrzydła, ale podejrzewał, że do rana większość Hogwartu przewinie się przez skrzydło szpitalne, najpewniej w poszukiwaniu plotek. Naprawdę współczuł Lemotowi, to nie mogło być dobre dla jej zdrowia i ogólnego samopoczucia.
– To ja… ja pójdę – powiedział.
– Już? Czemu? – zadziwła się Len, po czym wpadła na genialny pomysł: – A może ty nam pomożesz z piórkami?
Amos nie wiedział, o jakie piórka im chodzi, ale postanowił, że może przez chwilę pozgrywać bohatera.
– Oczywiście, chętnie wam pomogę, w końcu moja rolą jako kapitana jest wspierać drużynę zarówno na boisku, jak i poza nim – oświadczył.
Jednak Evy wciąż była smutna. To już nawet nie chodziło o piórka. Przecież biedna Lemotka… Biedna Lemotka.
Amos w końcu zauważył jej smutek i chciał zapytać, co się stało, ale domyślał się, że chodzi o tę sprawę z piórakami… o jakiekolwiek piórka chodziło. Znów zrobił coś nie tak, jak powinien.
– Musimy zamienić przedmioty w kurczaki – powiedziała Len. – A to nie jest takie proste.
– W kurczaki? – zdziwił się Amos, na chwilę zapominając o problemie z Evy. – Dlaczego w kurczaki?
Wzruszyła ramionami.
– Jędza wymyśliła.
Amos pokiwał głową. To wszystko wyjaśniało.
– I chcecie pomocy z piórami? – upewnił się, czując, że jego kapitanowanie jednak będzie musiało ograniczyć się tylko do quidditcha, bo pióra nie należały do jego specjalności.
– W zasadzie to ze wszystkim poza dziobami.
W umyśle Amosa pojawiła się na chwilę wizja różnych przedmiotów z dziobami, ale uznał, że to zbyt przerażające.
– Chyba jednak nie będę mógł wam pomóc.
I wtedy zauważył, że Evyś posmutniała jeszcze bardziej.
– Ale gdybym mógł, to na pewno bym to zrobił – dodał szybko, jakby liczył, że to poprawi nastrój Evy.
Nie poprawiło.
Amos nie miał pojęcia, co może zrobić. Nie znał się ani na kurczakach, ani na nastrojach dziewczyn, z którymi chciał iść na kolejną randkę.
Sytuacja wydawała się beznadziejna.
Na szczęście w tej samej chwili na korytarzu pojawiła się Deva, która wcale nie była wcześniej w skrzydle szpitalnym. Co więcej, uśmiechała się strasznie szeroko, co w zaistniałych okolicznościach wydawało się nie na miejscu. Jednak zanim ktokolwiek zdążył wysunąć podejrzenie, że być może ona maczała palce w ataku na Lemota, Deva wypaliła:
– Udało mi się z tymi piórkami!
O, bo takie z niej było deus ex machina.

Advertisements
Chapter 24 (Lemot, Lysia, Eta, Kicia, Zielon, Evy, Len, Kejt, Deva)

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s