Chapter 23 (Szinga, Aniołak, Kon, Mal, Małża, Tabby, Drach, Ruda, Kit, Lori, Hasz, Morela, Tilly, Humb, Cam, Tibby, Gagata, Amelia, Marta, Karacha, Zet)

Na boisku panował chaos.
Pielęgniarka zabrała nieprzytomną Lemotę do skrzydła szpitalnego, ale większość uczniów zeszła z trybun, żeby przyjrzeć się miejscu, w którym zdarzył się wypadek. Problem polegał jednak na tym, że chętnych było zbyt wielu, toteż wytworzył się specyficzny rodzaj głuchego telefonu – osoby, które były najbliżej, opowiadały o tym, co widziały, tym, które stały dalej. W efekcie tego uczniowie znajdujący się na końcu głuchego telefonu byli przeświadczeni, że w boisku powstał sześciometrowy lej, a Lemota właśnie umierała. Wszyscy byli niezwykle podekscytowani – minęły lata, odkąd po raz ostatni ktoś umarł w Hogwarcie.
– Myślisz, że urządzą pogrzeb tu czy w jej domu? – spytała Szinga. – Bo nie wiem, który odcień czerni jest najlepszy na taką okazję. Dawno nikogo nie chowałam.
Stojąca obok niej Kon rozszlochała się, gdy tylko to usłyszała.
– To nasza wina – powiedziała do Aniołaka. – A teraz Lemot umrze, a wszyscy będą na nas patrzeć, jakbyśmy to my ją zamordowały.
– Nikogo nie zamordowałyście! – powiedziała jej Małża. – Przecież było widać, że to leciało z trybun.
– Co leciało z trybun? – zainteresowała się Mal. – Nic nie widziałam ze swojego miejsca.
– Jakiś snop światła. Taki… – Małża nie mogła się zdecydować.
– Niebieski? – spytała Mal.
– Nie, nie, jakiś…
– Zielony. Musiał być zielony – powiedziała Aniołak.
– Nie, na pewno nie zielony – wtrąciła Tabby, której nie podobało się, że ktoś próbuje skierować podejrzenia na Ślizgonów nawet w tek odległy i wydumany sposób, jak wspominanie o promieniu w takim samym kolorze, jak kolor ich domu. – Wydawało mi się, że był pomarańczowy. Może nawet czerwony.
– Nie żyje, nie? – spytała Szinga. – Musiał być zielony.
Kon zaszlochała jeszcze głośniej.
– Gdyby umarła, to chyba by ją czymś przykryli, prawda? Mugole tak robią – stwierdziła Ruda.
– Niby czym mogli ją przykryć na boisku quidditcha? Miotłą? – zapytała Drach, przewracając oczami.
– Płaszczem?
– To zbyt logiczne. Poza tym nie mogła umrzeć i tyle. – Drach upierała się przy swoim. – Już by nam o tym powiedzieli.
– Kiedy Ort powiedział, że nie żyje! – krzyknął ktoś z przodu.
Prawdopodobnie Ort niczego takiego nie powiedział, ba, Orta tam z pewnością nawet nie było. Wszystkie znane nam źródła wskazują bowiem na to, że Ort nie lubił sportu. Wolał siedzieć u siebie w dormitorium i patrzeć na swoje odbicie w lustrze.
– Tak, zabrali ją, żebyśmy myśleli, że nic się nie stało! – krzyknął ktoś inny.
– To wszystko spisek! – dobiegło wołanie z obrzeży tłumu. – Wina korporacji!
– Od kiedy Ślizgoni są korporacją?! – krzyknęła jakaś mała Gryfonka.
– To traci jakikolwiek sens, lepiej stąd idźmy, zanim nas zlinczują – powiedziała Lori do innych Ślizgonów znajdujących się w pobliżu.
– Przecież to nie nasza wina – zauważyła Szinga.
– A czy oni wyglądają, jakby chcieli zadawać pytania i dociekać, czyja to wina? – zapytała Lori. – Oni chcą krwi.
– Nie popadajmy w paranoję – westchnęła Kit.
– Kit ma rację. Jeśli uciekniemy, tylko utwierdzimy ich w tym chorym przekonaniu – potwierdziła Mal. – Bo niby dlaczego mielibyśmy coś robić Lemocie? Sport to sport. Nie jesteśmy mordercami.
– Wyjaśnij to im. – Lori wskazała na grupkę Gryfonów, którzy złowrogo patrzyli na Ślizgonów, a także na Krukonów, którzy z ożywieniem o czymś dyskutowali, również zerkając w ich kierunku. Nie wygląli, jakby chcieli się zaprzyjaźnić.
– Nikt nas w to nie wrobi – stanowczo powiedziala Kit. Kit mogła sobie wierzyć w niewinność Ślizgonów, nie miała bowiem pojęcia ani o tajnym klubie pojedynków, ani o tajnym klubie morderców. Kit była krystalicznie czysta. – Obiecuję.
Lori westchnęła. Cały tydzień był dla niej dość kiepski, więc czemu teraz nie miałby jej zlinczować dziki tłum?
– Gdybyście sobie poszli, oni naprawdę by to źle odebrali – zauważyła Ruda, która podeszła, żeby opowiedzieć Kit wszystko, co sama widziała.
– Przynajmniej wygraliśmy, nie? – z mroku wyłonił się Malfoy.
Kit z uśmiechem pokiwała głową, ale poczuła, że ktoś szarpnął ją za rękaw i syknął “Nie uśmiechajmy się!”, więc ograniczyła się do kiwania. Mimo wszystko to był dobry mecz. Jasne, Krukoni radzili sobie gorzej niż zwykle, ale jej drużyna spisała się świetnie.
– Powinniśmy jej zanieść jakieś czekoladki czy coś innego, co mówiłoby, jak bardzo cenimy fair play i szanujemy naszych przeciwników? – zamyśliła się.
– Założę się, że te świry oskarżą nas o podtruwanie – zauważyła, dotąd cicha, Hasz.
Kit znów pokiwała głową, tym razem wyraźnie się krzywiąc.
– Nie powinni was o nic oskarżać – stwiedziła Ruda. – Prawie wszyscy widzieli, że od strony trybun leciał jakiś promień.
– Których trybun? – zapytała Kit.
Ruda wzruszyła ramionami.
– I tak nas oskarżą. Zostaniemy kozłami ofiarnymi i zginiemy jako ofiary nienawiści. – Lori wyglądała, jakby naprawdę wierzyła w to, co mówi.
– Dobrze, że już nie palą stosów… – rzuciła Szinga. – Źle mi w czerwonym.
– Nauczyciele raczej by się na stosy nie zgodzili – zauważyła Hasz.
– Myślę, że nikt by ich nie pytał. – Mal wzruszyła ramionami. – Zawsze mogą jeszcze kamienować. To znaczy nie nauczyciele.
– Nikt nikogo nie tknie – Kit powiedziała naprawdę głośno.
W grupie Ślizgonów na chwilę zapadła cisza.
Tymczasem Krukoni dalej martwili się o stan Lemoty, a także o stan swoich sumień.
– To nasza winaaaa – zawodziła Kon, mocząc łzami ramię Moreli, która popełniła błąd, i próbowała ją wcześniej uspokoić.
– To nie jest nasza wina – powtórzyła Aniołak. – Ale powinnyśmy się dowiedzieć, kto ją zaatakował.
– Myyyyyyy! Nie dbałyśmy o nią przez głupiego faceta i ona teraz nie żyje! To myyyyyyyyy – Kon wyła dalej.
Morela poklepała ją po plecach.
– No już, już, to nie my, a obwinianie się jej nie wyleczy. Aniołak ma rację.
– To pewnie któryś ze Ślizgonów – zasugerowała Humb. – To znaczy z ich kibiców.
– Nie robiliby czegoś tak głupiego, przecież widzieli, że węże wygrywają – mruknęła Tilly.
– To kto? Przecież nie ja – powiedziała Morela. – I nie żadna z was.
– Któraś z fanek Syriusza, zazdrosna o tę randkę w Hogsmeade? – zasugerowała Aniołak, starając się wyprzeć z pamięci, że sama również była o nią zazdrosna jakiś czas temu.
– Co za bzdurny powód – powiedziała Tilly. – Z takich powodów się nie zabija ludzi.
– Ale to Lemota, przecież nie naraziła się nikomu niczym innym, prawda? – zauważyła Humb.
– To nie ma sensu – orzekła Morela.
Wszyscy się z nią zgodzili.
– Powinnyśmy znaleźć kogoś, kto naprawdę coś widział, a nie tylko powtarza słowa innych – orzekła Aniołak. – Albo zapytajmy Pe. W końcu była komentatorem, na pewno coś widziała.
– Czy Pe nie była przypadkiem w środku swojego żartu? – spytała Morela. – W sumie nie usłyszałyśmy końca…
– To nie jest czas na żarty! – oburzyła sie Kon. – Zresztą ten już słyszałam.
– To jak się kończy?
Kon ponownie się rozszlochała:
– Jak możesz w takiej chwili pytać o żarty! Teraz, kiedy Lemot umieraaaa!
Dla wszystkich było jasne, że nie pamiętała pointy. Miała jednak rację, powinny się skupić na Lemocie i na osobie, która ją zaatakowała.
– Byłoby łatwiej, gdybyśmy wiedziały, z której części trybun poleciał ten promień – westchnęła Morela. – Może zapytajmy o to Gryfonów czy Puchonów, w końcu oni nie byli aż tak zaangażowani w ten mecz, może bardziej się rozglądali po trybunach?
– A widzisz tu jakichś Puchonów? – spytała Aniołak.
Faktycznie, Puchoni, jak to Puchoni, uciekli już z miejsca wydarzeń. Nawet Pe nie było widać, a to przecież dziwne, Pe zawsze i wszędzie widać.
– Racja, w takim razie Gryfoni – orzekła Morela.
Gryfoni tymczasem stali na uboczu i mamrotali dość złowrogo, a przynajmniej na tyle złowrogo, na ile mogą mamrotać Gryfoni.
– Jestem niemal pewna, że to sprawka Ślizgonów – stwierdziła Cam.
– Kto inny mógłby to zrobić? – spytała Marta.
– Nikt, tylko te gady są zdolne do czegoś takiego. – Amelia zmarszczyła nos. – Strach pomyśleć, co zrobią, kiedy my będziemy z nimi grać.
Gagata spojrzała na nią, zdziwiona. Amelia dopiero co wprowadziła się do Hogwartu. Kiedy zdążyła tak znienawidzić Ślizgonów?
A potem przypomniała sobie, że Amelia kocha się w Syriuszu.
Amelia zauważyła dziwne spojrzenie Gagaty i wzruszyła ramionami. Wszyscy jej powtarzali, że Ślizgoni są źródłem wszelkiego zła, czemu miałaby w to nie wierzyć?
– Nie odważą się nic zrobić – odpowiedziała Marta, zaciskając pięści. Bardziej dramatycznie byłoby, gdyby zacisnęła dłoń na różdżce, ale trudno, w takim tłoku wolała jej nie wyciągać.
– Skopiemy śliskim tyłki – poparła ją Cam.
– Dobra, ale zanim to zrobimy – zaczęła Tibby – może zastanówmy się, co właściwie zrobili Lemotowi.
Tibby nie czuła urazy do Lemota. Nie czuła też specjalnej sympatii, po prostu była ciekawa.
Wszyscy spojrzeli po sobie nawzajem.
– No… walnęli klątwą, nie? – zaryzykowała Marta.
– Ktoś to widział? – Tibby kontynuowała zadawanie niewygodnych pytań.
– Taki dziwny promień leciał z trybun – powiedziała z przekonaniem Gagata, po czym dodała niepewnie: – Mógł być żółty.
– Nie, raczej zielony – powiedziała Cam, a Marta dodała:
– Zielono-srebrny!
– Podłe gadziny! – krzyknęła Amelia, rozglądając się, czy gdzieś w pobliżu nie kręcił się Syriusz, który z pewnością doceniłby jej przypływ lokalnego patriotyzmu (albo czegoś innego, czego przypływem był ten okrzyk).
Ale Syriusza nie było.
Amelia trochę posmutniała. Tymczasem obok niej trwałą narada wojenna:
– Jak będziemy z nimi grać, to trzeba rozstawić ludzi z różdżkami po całych trybunach. Jeden zły ruch i sami też oberwą! – krzyknęła Zet.
– Nie, to bez sensu, nauczyciele się zoreintują i unieważnią mecz. – Marta pokręciła głową. – Musimy to zrobić subtelniej.
– Związać ich w ich szatni i wygrać walkowerem? – zaproponowała Cam.
Wizja skrępowanego Malfoya wydawała im się niepokojąca, pomysł został więc natychmiastowo odrzucony.
– Do naszego meczu jest jeszcze czas – włączyła się Drach. – Lepiej się dowiedzmy, co się stało teraz, potem będziemy się martwić, jak sprawić, żeby ta sytuacja się nie powtórzyła.
– Ale… – zaczęła Cam.
– Jeszcze zdążysz im skopać tyłki.
– Kto widział ten promień? – zapytała Tibby. – I kto jest przekonany, jakiego był koloru?
Popatrzyła po wszystkich poważnie, jakby to jej spojrzenie miało ich zniechęcić do twierdzenia, że był zielony, jeśli twierdzili tak tylko dlatego, że nie lubili Ślizgonów.
– Chyba Pe widziała – bąknęła Karacha.
– Ale Pe tu nie ma, nie słychać jej – dodała Cam.
– No to już nie moja wina, nie?
W tym momencie do grupy Gryfonów podeszła Kukońska delegacja, która wcześniej rozważała podobne kwestie. Poza związanym Malfoyem, o tym nikt nie chciał myśleć. Krukoni żywili nadzieję, że wrodzona niechęć Gryfonów do Ślizgonów (nabywana prawdopodobnie w chwili przydziału) sprawi, że będą mogli oni z całkowitym przekonaniem wskazać winnego tego okrutnego zamachu. Nawet jeśli nie będą pewni, czy ich informacje są sprawdzone, a do końca sezonu po zamku będą się kręcić ludzie, przekonani, że słyszeli strzały promieni jeszcze jakiś czas po upadku Lemoty.
– Widzieliście coś? – spytała Aniołak, bo tak po prawdzie czuła się w nieobecności kapitana odpowiedzialna za stan drużyny.
Odpowiedział jej zgodny pomruk wszystkich Gryfonów. Jasne, że coś widzieli. Widzieli upadającą Lemotę, widzieli Lori, która złapała znicza, to jasne, że Ślizgoni maczali w tym palce i nikt ich nie przekona, że białe jest białe, a czarne jest czarne.
– To na pewno węże – powiedziała Zet.
– Zdobyłyście jakieś dowody? Świadków, którzy coś widzieli? – spytała Tilly.
Gryfoni pokiwali głowami, w końcu nie dalej jak pięć minut temu ustalili, że tak, każdy widział promień. No, może niektórzy mieli wątpliwości co do jego koloru, ale widzieć – widzieli wszyscy.
– Ten, kto ją zaatakował, musiał znajdować się w sektorze dla Ślizgonów – oświadczyła Cam.
– Musiał? – spytała Morela. – Widziałyście promieć stamtąd? Bo mnie sie wydawało, że on by by trochę bardziej po lewej…
– Nie, nie, na pewno stamtąd – potwierdziła Marta.
– Trochę na lewo to by było… – Karacha zbladła. – To by było u nas.
– No właśnie, a to nie mogło być u nas – stwierdziła stanowczo Tibby. – Przecież my nie jesteśmy agresywni ani nic.
Wszyscy kiwnęli głowami.
– Czyli to na pewno Ślizgoni? – upewniła się Morela, po czym, nie czekając na odpowiedź, dodała: – I co teraz zrobimy?
– Skopiemy im tyłki, to proste – powiedziała Marta.
– Ale wszystkim na raz? – zapytała z powątpiewaniem Aniołak.
– A co, któryś na to nie zasługuje? – zaatakowała Cam.
Aniołak zawahała się, ale ostatecznie odpowiedziała:
– Po prostu ich jest dużo i są lepsi w pojedynkach.
– Wyłapiemy po sztuce. To samotnicy. Nie będzie trudno.
– A może ustalmy najpierw, kto jest winny? – zaryzykowała Drach, która z zasady sprzeciwiała się linczom. Nawet na Ślizgonach.
– W pełni popieram twoją postawę – powiedziała Tilly. – Niewinny aż nieudowodniono winy. Przecież… Tak po prawdzie nie ma tu nawet jednego człowieka, który naprawdę widziałby ten promień. Działamy zbiorową pamięcią. Nic nie trzyma się kupy.
– Ale jeśli nic nie zrobimy, to sami możemy być kolejnymi ofiarami – upierała się Zet.
– A co, jeśli mordercą jest ktoś z nas?
Cisza, która zapadła, była nie tylko niezręczna, ale i mordercza.

Advertisements
Chapter 23 (Szinga, Aniołak, Kon, Mal, Małża, Tabby, Drach, Ruda, Kit, Lori, Hasz, Morela, Tilly, Humb, Cam, Tibby, Gagata, Amelia, Marta, Karacha, Zet)

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s