Chapter 21 (Lysia, Eta, Sylv)

Boisko do Quidditcha było niekwestionowanym zwycięzcą plebiscytu na najpopularniejszą scenerię. No, może poza szpitalem. Albo nie… A może… Stop. Niekwestionowanym. Tak załóżmy.
Czy jest coś słodszego i bardziej dumoiuprzedzeniowego niż taki stadion o piątej nad ranem? Zimno, ciemno, tylko księżyc w noc po pełni nie jest już taki uroczy jak był dzień wcześniej. Można się obściskiwać i takie tam.
Ta niesamowita okoliczność przyrody była właśnie kompletnie ignorowana przez dwie głowy. Jedną rudą i jedną blond. Więcej dodawać nie trzeba, nie?
– I co, to pewne? Wypuszczają starą?
Rosier rozsiadł się na jednej z nawyższych ławek jak prawdziwy książę, bo jak to inaczej? Wręcz ociekał Rosierowym urokiem. Ci, którzy nie zdołali go poznać poza tym zacnym ffem mogą tego jeszcze nie wiedzieć, ale Rosier był bogiem wszystkich ffów. Że tak nieskromnie powiem.
W prawej ręce trzymał oczywiście papierosa, bo Rosier bez papierosa to jak Rosier bez Rosiera.
– Wypuszczają – odpowiedziała Lysia. – Chyba skończyły jej się pieniądze na te komnaty, które sobie wynajmowała. A za darmo to nikt jej pod swoim dachem nie zniesie. Nawet szpital psychiatryczny.
Rosier roześmiał się najbardziej mrocznym i seksownym śmiechem świata.
– Chyba nie zamierzasz się nią zająć, co? Jeszcze tego antyku ci w domu brakowało.
Lysia może i nie kochała swojej babci, ale było jej bardzo nieswojo z tym Rosiera podejściem do jej rodziny. Jedynej rodziny. Lysia bowiem straciła mamę (w pożarze), tatę (w azkabańskim pocałunku), wujka z ciocią (z rąk taty) i kuzynkę (w połogu). Pewnie straciła nawet i więcej, bo Lysi pierwowzór miał obsesję na punkcie uśmiercania jej członków rodziny.
Dlatego może i ta stara wariatka była… starą wariatką i może ta stara wariatka zabiła jej kiedyś matkę, ale trzeba ludziom wybaczać, nie? W końcu Lysia była Puchonką. A Puchoni są, no, ten, mili.
– A mam jeszcze kim się opiekować? – zapytała prawdziwa królowa melodramy.
Rosier zmarszczył brwi.
– Przecież tyle razy ci mówiłem, że…
– Że tak, że mnie kochasz, ożenisz się ze mną, a twój ojciec wcale ale to wcale nie będzie chciał mi wsypać arszeniku do herbaty. – Rodzina Lysi miała pewne problemy z Rosierami. Ale to tak długa historia, że nawet ja jej nie pamiętam. – Oj, Evan, kiedy ja cię ani trochę.
Rosier wykonał akrobatyczną sztuczkę, w wyniku której w ułamku sekundy znalazł się tuż koło Lysi. Tak tuż koło niej, że niektóre Ślizgonki mdlałyby już z wrażenia.
– Ani tyci tyci? – spytał, przysuwając się jeszcze trochę.
Lysia pokiwała głową. Rosier, w odwecie, dmuchnął jej dymem w twarz i wrócił na swoje poprzednie miejsce. Miał chłopak pecha. Lysia była trochę mądrzejsza niż pewna panna też-na-eL.
I tak by sobie siedzieli w tej ciszy porannej, gdyby nie było to mimo wszystko boisko do Quidditcha.
Przez chwilę milczeli i Lysia mogłaby obserwować szkody, jakie poczyniły zdesperowane Ślizgonki, Gryfonki i reszta obsesyjnie biegających. Trawa była całkiem wydeptana, a po kątach (luźno interpretowanych, w końcu boisko było owalne) rozrzucone były różne zapomniane przedmioty. Tyle, że Lysia to całkiem ignorowała, tak samo jak modę na bieganie. Gdyby bardziej się tym interesowała, mogłaby zacząć się zastanawiać, kiedy spokój bardzo wczesnego poranka zmąci kilkanaście desperatek biegających w kółko i podstawiających sobie nogi.
– Dałabyś mi chociaż szansę, Lysiu – Rosier odezwał się po chwili. – Jeśli nie naprawdę, to chociaż na niby. Żebyś nie musiała ze starą mieszkać.
Lysia westchnęła. Słyszała to już tyle razy!
– Wiem, że Wilkes mówił ci to samo, ale… Przecież nie wybrałabyś tej ciapy, nie? Może i to mój najlepszy kumpel, ale brakuje mu, tych, no, jaj.
Lysia bardzo starała się nie odpowiadać.
Rosier wyglądał, jakby mu zależało na pozytywnej odpowiedzi, nawet jeśli był mrocznym sukinsynem, a mrocznym sukinsynom nie powinno na niczym zależeć, a już na pewno nie na czymś tak mało mrocznym. Władza nad światem? Jasne. Zemsta? Krwawe morderstwa? Oczywiście. Ale żeby… Nie, nie, to nie było wystarczająco mroczne. Może dlatego siedzieli tam o tak nieludzko wczesnej porze, żeby nikt nie nakrył Rosiera na niemrocznym zachowaniu?
– Zamieszkaj ze mną.
Ależ ją męczył! Nie dawał jej spokoju. A taki ładny mieli poranek, takie puste boisko… Chociaż z oddali słychać już było piski podekscytowanych panienek na błoniach. Już tu szły. Nawet piąta nad ranem nie była bezpieczna.
Lysia spojrzała Rosierowi prosto w te jego przepiękne, niebieskie oczy. Matko, jakie on miał oczy. Myślę, że spokojnie można by je było nazwać oczami nad oczami.
Szkoda, że miał też na twarzy bliznę. Ale to niektórzy uważali za bardzo męskie. Lysia też uważała, aha, jak miała trzynaście lat. Teraz uważała, że Rosierowi bez blizny byłoby znacznie lepiej, no ale co poradzić, jak Wilkes jest ostatnim człowiekiem, który powinien bawić się w pielęgniarkę.
Otrząśnięcie się z transu wywołanego niebieskimi oczami Rosiera zajęło Lysi dobrą chwilę. Następną chwilę zajęło jej myślenie nad tym, co chciała mu powiedzieć, a czego nie mogła, bo Rosier…
Rosier ją pocałował.
Na boisku.
O piątej nad ranem.
Dlaczego niektórzy czytelnicy dostają właśnie tak zwanego deja vu? Cóż. Powiedzmy, że każdy autor ma w życiu tylko limitowaną liczbę pomysłów.
Lysia odsunęła się od niego delikatnie acz stanowczo.
– Nie – powiedziała, bo te takie pocałunki z zaskoczenia już dawno przestały ją zaskakiwać.
– OOOOOOOOOOOOOCH, wyjdź za niego, nooo! – usłyszeli gdzieś z dołu.
Na dole, pod trybunami, znajdowały się już pierwsze desperatki, które przyszły ćwiczyć, a także nieoficjalny fanklub Rosiera w postaci Ety i Sylv. Nie wiadomo, skąd się tu wzięły, bo nie brały udziału w porannych biegach. Ba, o tej porze nie powinny nawet wychodzić z dormitorium. Nieważne, przyjmijmy, że się poświęciły, żeby wyrazić swoje uwielbienia dla Rosiera. Było to uwielbienie raczej platoniczne, bo obie były zaangażowane w inne cat fighty, ale nikt poza nimi i Lysią nie doceniał uroku Rosiera, a Rosier, cholera, zasługiwał na to, żeby ktoś go doceniał.
Nie wiadomo, kto krzyczał, ale przynajmniej pięć par oczu patrzyło na Lysię wyczekująco, jakby jej rozmowa z Rosierem była częścią niezwykle interesującej telenoweli.
– Nigdy! – krzyknęła Lysia, która była królową melodramy!
Z dołu dobiegł jęk zawodu. Jeśli Lysia nie zmieni zdania – kto wie, może posypią się w jej kierunku pomidory i nadpleśniałe marchewki.
Rosier spoważniał. Co innego – być miękkim i absolutnie nie do oparcia się (bo Lysia tak naprawdę nigdy się nie opierała, dla Lysi to ideał męskości od ośmiu lat) prywatnie, a co innego mieć tutaj taki tłum. Dlatego warknął, jak to Rosier miał w zwyczaju, gdy ktoś się go nie słuchał:
– Nie rób scen.
Niestety dla Rosiera Lysia nie była inną panną na eL. Lysia miała gdzieś to, co Rosier sobie warczał. W każdej chwili mogła bowiem wymazać go z całej historii, gdyby zbytnio ją zdenerwował.
– Scen? JA robię sceny? – krzyknęła i poderwała się z ławki. Nie ma dobrej melodramy bez podrywania się. – To TY w kółko tylko mówisz, jak to mnie kochasz, jak to chcesz, żebym z tobą zamieszkała, a nawet porządnie mi się nie oświadczysz!
Nie to, że Lysia chciała się zaręczyć. Wiedziała jednak, że Rosier nienawidzi tematu ślubu. Mały, niebieski ptaszek jej powiedział. Rosier był z rodzaju tych, co szybko rozbierają, ale bardzo powoli ubierają w suknię ślubną.
Przez tłum przetoczyła się fala oburzenia. Jak powszechnie wiadomo, tłumy (szczególnie tłumy złożone z fanek postaci płci męskiej) miały to do siebie, że gotowe były buczeć i warczeć na główną bohaterkę opowieści, jeśli miała czelność nie paść w ramiona bohatera i nie odejść z nim w zachodzące (tudzież wschodzące) słońce. Tłumy tego rodzaju do poduszki podczytywały kiepskie romanse z lat siedemdziesiątych czy osiemdziesiątych i ogólnie powinny same zostać obrzucane pomidorami. Ten tłum jednak o tym nie wiedział i trwał w oburzeniu, czekając na reakcję Rosiera.
– Biegnij do Wilkesa, on ci nawet ładne kwiatki kupi! No biegnij. Ja sobie przynajmniej w spokoju zapalę.
– Mam zapalniczkę! – krzyknęła jakaś bliżej niezidentyfikowana fanka.
– Amatorka – westchnęła Sylv, która przez długi czas była przekonana, że wszyscy palacze uczęszczający do Hogwartu nosili zapałki lub zapalniczki. Myśl, że mogli odpalać papierosy różdżką, przyszła jej do głowy stosunkowo późno i od tej pory starała się tuszować fakt, że nie wpadła na to wcześniej.
– Tylko nie do Wilkesa – mruknęła Eta, wyraźniej posmutniawszy.
Jedna z młodszych Ślizgonek poklepała ją po plecach i powiedziała:
– Nie, to by było bez sensu, nikt nie rzuca Rosiera z byle powodu.
Nie wiedzieć czemu, nie poprawiło to nastroju Ety. Prawdopodobnie nie podobało jej się sformułowanie “z byle powodu”.
– A ty sobie poudawaj, że cię to nie obchodzi! Bądź sobie panem i władcą! I gnij sobie w tej swojej zazdrości!
Lysia czuła, że się zapędza, ale nie miała zbytnio okazji, by się wycofać. W końcu widownia na nią liczyła.
– Gnij sobie, a ja może w końcu będę z kimś szczęśliwa!
Rosier z wrażenia niemal przypalił sobie palec. Tego się nie spodziewał. Bo kto zainteresowałby się Wilkesem? I dlaczego… Oczywiście, że nie był zazdrosnym! Wielki Rosier nigdy nie jest…
Postanowił, że zabije Wilkesa. Dosłownie. Jak najszybciej i jak najboleśniej.
Szkoda, że tego nie zwerbalizował, fanki na pewno byłyby zachwycone. No, poza Etą.
– Co on robi? Nic nie widzę – powiedziała ta sama Ślizgonka, która przed chwilą klepała Etę po ramieniu.
– Chyba to scena Poważnego Konfliktu Światopoglądowego – powiedziała z wahaniem Sylv, przyglądając się wydarzeniom na trybunach.
– Ale chyba nie zerwą? – zaniepokoiła się inna bezimienna Ślizgonka.
– Nie, na pewno nie – zapewniła ją Eta. – Zerwania nie ma w scenariuszu. Ewentualnie mogą zerwać, ale potem się szybko pogodzą.
Zamachała Ślizgonce przed nosem plikiem kartek, na których ktoś napisał wielkimi literami “Evan Rosier. Biografia. Scenariusz. Loff loff”.
– Idź do diabła – powiedział Rosier. – Albo do starej. Jesteście siebie warte.
Tego Lysia nie wytrzymała, bo trzeba tu powiedzieć, że Lysia miała bardzo słabe nerwy. Zanim Rosier zdążył zareagować, zdzieliła go po twarzy, sapiąc przy tym jak dinozaur z nadwagą po przebiegnieciu maratonu.
– Ja ci… Ja ci dam… Jak moja bab…
Nie dokończyła. Rosier, zamiast jej oddać, przyciągnął ją do siebie gwałtownie i ponownie pocałował.
– AWWWW! – zakrzyknął tłum. Możliwe, że pstryknął jakiś aparat, ktoś inny za to hałaśliwie wyczyścił nos.
– Tak jak w scenariuszu – zakomunikowała teatralnym szeptem Eta.
– Myślisz, że odejdą we wschodzące słońce? – zastanowiła się Sylv.
– Nie, jeszcze za wcześnie. To dopiero dwudziesty pierwszy rodział.
Sylv pokiwała głową. Miała nadzieję, że kiedy już do tego dojdzie, zdecydują się na zachodzące słońce; naprawdę nie znosiła wczesnego wstawania.
Nie mogło być jednak tak wspaniale. Lysia nie poddawała się tak łatwo, o nie. Wyrwała się z rosierowego uścisku, odepchnęła go od siebie – na co on jej pozwolił, bo chyba nie miał już sił na tę farsę – i poszła sobie precz. Rozmyła się w tłumie, jak to Lyśka robi najlepiej.
– Nieeee! – westchnął tłum.
– Nie po to wstawałam tak wcześnie – jęknęła Sylv.
– To po co właściwie? – zainteresowała się Eta.
Sylv wzruszyła ramionami. Nie była pewna. Ogólnie wszystko, co działo się między poprzednią a tą sceną z jej udziałem było dziwnie rozmyte i niewyraźne. Może ktoś dosypał jej czegoś do soku z dyni.
– I co mamy teraz robić? – jęknęła jedna z bezimiennych Ślizgonek.
– Zawsze możecie pobiegać, chyba zaraz się zacznie, słychać już gwiazdek Penny. Albo Cam – odparła Eta.
Rosier tymczasem odpalił kolejnego papierosa.
Tłum wyraził aprobatę dla tak zgodnego ze scenariuszem gestu. Tyle że tłum tracił trochę zainteresowanie. Tłum zwykle lubi bohaterów pokroju Rosiera bardziej wtedy, kiedy występują w scenie z kimś, niż gdy siedzą samotnie. Nawet jeśli wyglądają wtedy bardzo mrocznie i pociągająco. Dlatego tłum patrzył na Rosiera uważnie, ale zasadniczo milczał, jakby liczył, że Lysia zaraz wróci. Albo że pojawią się napisy końcowe i promo kolejnego odcinka telenoweli.
– Planujecie się tu jeszcze tak długo gapić? – rzucił w przestrzeń, ale zaraz potem zauważył Etę: – A ty co, nie powinnaś teraz lecieć do Wilkesa? Kurwa mać, ona wam go zaraz sprzątnie sprzed nosa.
Tłum zaszurał, jakby nie bardzo wiedział, co ze sobą zrobić teraz, kiedy został zauważony. Eta wymamrotała coś o Wilkesie i odeszła w stronę zamku. Jedna ze Ślizgonek wymamrotała coś o żelazku pozostawionym na gazie i też odeszła. Sylv wymamrotała coś o romansie z własnym łóżkiem i też sobie poszła. Ostatnia Ślizgonka (a może dwie, w sumie cztery osoby nie tworzą tłumu, pięć to już co innego) wymamrotały coś o zbliżającej się Penny i o konieczności biegania. Innymi słowy – tłum się rozszedł, niepocieszony, że z dalszego ciągu nici.
– Żeby człowiek na starość musiał jeszcze przyjaciół mordować – mruknął do siebie Rosier. – Żeby nie mógł sobie..
– Poszły? – usłyszał cichy głos.
Odwrócił się i zobaczył Lyśkę, zupełnie spokojną i uśmiechniętą (jak na Lyśkę). Siedziała ławkę za nim.
Cóż, powiedziano wszak, że Lyśka rozpływa się w tłumie. Ale kiedy tłum znika… Różne rzeczy się dzieją. To tak jakby pozbawić Ślizgonów mroku.
– Poszły – wyszczerzył swoje idealne zęby i znów wyglądał jak bóg wszystkich ffów i wszystkich damskich serc.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s