Chapter 20 (Dej, Kicia, Kon)

Noc. Zimna, wietrzna, niebezpieczna. Ktoś nie śpi, aby spać mógł ktoś, prawda? Przecież jeśli wszyscy zamkniemy na raz oczy… Jeśli wszyscy zamkniemy na raz oczy, świat może przestać istnieć. Czy warto podejmować takie ryzyko?
Godzina trzecia nad ranem, godzina diabła, bo nocą, gdy rozsądek śpi, budzą się demony. Trzeba było nie mieć rozumu, by o tej przeklętej godzinie wybierać się do Zakazanego Lasu. Mugole mogli sobie mówić, że to bajki – ale wilkołaki, strzygi i całe to tałatajstwo naprawdę istniały.
Chłoptaś Ety wzdrygnął się. Słowo tałatajstwo nie pasowało mu do stylistyki jego nowego życia, ale nic innego nie przychodziło mu do głowy. Siedział na parapecie czwartego piętra i patrzył przez okno na błonia i na Zakazany Las. Widok był przerażający. Odbierał mu zdolnosć ładnego doboru słów.
“O, idiota” – pomyślał do siebie, gdy zauważył osłoniętą mrokiem sylwetkę mężczyzny przebiegającego przez błonia.
I już miał odwrócić od niego wzrok, gdy nagle… Gdy nagle ten mężczyzna zamienił się w psa.

***

Gdyby nie niezwykle ciekawe nocne życie rodzinki polnych myszy, ten sam widok niewątpliwie przyciągnąłby uwagę pary zielonych, kocich oczu. Niestety, były one aktualnie utkwione w trawie, gdzieś na skraju Zakazanego Lasu, i ani myślały się ruszać. Kiedy Kicia, obecnie w kociej postaci, podniosła w końcu głowę, zobaczyła tylko biegnącego gdzieś czarnego psa. Zjeżyła się całkiem spontanicznie, a potem, kiedy przez zwierzęce instynkty przedarły się ludzkie myśli, zaczęła zastanawiać się, co pies robił na błoniach. Chciała popatrzeć pytająco na Dej, ale tej nie było nigdzie w pobliżu. Może znów poszła walczyć z jakimiś zwierzętami zamieszkującymi Zakazany Las.
Kicia chciała westchnąć, ale koty zwykle tego nie robią, więc się powstrzymała. Ona i Dej nigdy nie były przyjaciółkami, ale wiedza o tym, że obie są animagami, jakoś je zbliżyła i co jakiś czas umawiały się na wspólne nocne polowania. Większość wychodziła słabo, bo obie interesowały się czymś innym: Kicia obserwowała małe zwierzątka i z sadystycznym uśmiechem raz po raz uderzała je łapą, a Dej wolała zaczepiać większe zwierzątka, które na uderzenie łapą reagowały agresją. Takie zwierzątka, których Kicia wolała unikać.
Teraz jednak na błoniach znajdowało się zwierzę, którego żadna z nich nie widziała wcześniej i Kicia bardzo żałowała, że nie może podzielić się tą obserwacją z Dej.
“Trudno” pomyślała. “Będę musiała jej poszukać”
Perspektywa ta nie cieszyła Kici – szukanie Dej wiązało się z wielkim niebezpieczeństwem. Po pierwsze, trzeba było wejść do lasu, a to samo w sobie… samo w sobie nie było mądre, nie w taką noc, nie, kiedy księżyc świecił pełnią swego odbitego światła. Licho wie, co obudził tym blaskiem. Nie, po pierwsze samo w sobie by wystarczyło, by jej nie szukać.
Kicia chciała zająć się rodziną myszy, ale gryzonie zdążyły jej uciec, najwyraźniej świadome, że nie poświęcała im całej swojej uwagi. Prychnęła. Myszy były strasznie nudne, mogła się tego spodziewać.
Wstała, wyciągnęła czarno-biały grzbiet i zaczęła tropić inne gryzonie, chciała jeszcze chwilę się pobawić, zanim będzie musiała wrócić do dormitorium i złapać jeszcze parę godzin snu. Niestety, żadnych gryzoni nie było widać. Cały Zakazany Las był podejrzanie cichy i zaczęła się nawet zastanawiać, czy nie zrezygnować z dalszej części wyprawy i nie wrócić do zamku, kiedy usłyszała szelest w pobliskich krzakach. Nie miała pojęcia, co to mogło być, ale spodziewała się, że szanse na to, by była to wyjątkowa duża mysz, były znikome. Rozejrzała się wokół, szukając dobrej drogi ucieczki. Do drzewa było za daleko, ale uciekanie przez otwarty teren też nie było najlepszym pomysłem, zwłaszcza że to coś w krzakach zbliżało się coraz bardziej. Wiatr niósł zapach krwi, co sprawiało, że sierść Kici stała na baczność.
W końcu szelest jednak ustał i z krzaków wynurzyła się Dej w swojej zwierzęcej postaci. Kicia odetchnęła.
– Przestraszyłaś mnie – ludzkim głosem przemówiła Kicia. Tak, wiemy, że animagowie nie mówią ludzkim głosem, ale tak będzie fajniej. Zaufajcie nam.
– Ja? – spytała Dej, owijając się swoim rudym ogonem jak szalem. Szalem z lisa. – Nie przestraszył cię ten kundel?
Kicia nie przyznała, że zaniepokoiła ją obecność psa; zamiast tego odpowiedziała:
– Czyli też go widziałaś! Co w Hogwarcie robią psy? Chyba nie myślisz, że…
– Że jeszcze ktoś jest animagiem? – dokończyła Dej. – Nie, niemożliwe. Wiedziałybyśmy.
Kicia chciała zakwestionować tę teorię – niby skąd miałyby wiedzieć, skoro ten ktoś utrzymywałby to w sekrecie – ale nagle usłyszały wycie, które brzmiało bardzo dziko i niepokojąco.
– Musimy stać tak blisko Zakazanego Lasu? – zapytała Kicia. – Tam może być cała masa kotożerców.
– Obronię cię – Dej wyszczerzyła kły.
– Nawet nie wiesz, co tam się może czaić – zaczęła Kicia, ale szybko spojrzała na zbroczony krwią pysk Dej. – Okay, może i wiesz. Ale to brzmiało strasznie, wracajmy lepiej do zamku.
– Pełnia…
Kicia wydała z siebie dziwny, całkiem nieprzekładalny na ludzkie słowa dźwięk. Prawdopodobnie oznaczał on “No właśnie, dlatego natychmiast wracajmy”. Nie zdążyła tego jednak zwerbalizować, bo wycie rozległo się drugi raz. Może to tylko wyobraźnia Kici, ale wydawało jej się, że tym razem wycie dochodziło z mniejszej odległości.
– Kto pierwszy, ten lepszy? – spytała Deja i nim Kicia zdążyła jej odpowiedzieć, rozpłynęła się w mroku.
Kicia spojrzała przed siebie, jakby spodziewała się, że zaraz wyłoni się stamtąd największy potwór, jakiego w życiu widziała. Nic takiego się nie stało, chociaż jej oczy całkiem dobrze radziły sobie w nocy. Zakazany Las był jednak zbyt cichy, by zaryzykowała wchodzenie do niego. Nie miała też zamiaru biec przez otwarty teren, skoro gdzieś w okolicy grasował wilk – bezpieczniej będzie przemieszczać się na granicy Lasu, w końcu żaden wilk nie zbliży się aż tak do miejsca pełnego ludzkich zapachów. Do tego w leśnym runie jej białe łapki będą mniej widoczne niż na trawiastych błoniach.
Raz jeszcze spojrzała w kierunku, z którego dobiegło wycie, ale nadal nic nie widziała. Niepewnie ruszyła w stronę zamku, co jakiś czas zatrzymując się i nasłuchując. Obiecywała sobie, że jeśli wróci do dormitorium w jednym kawałku, to przynajmniej przez miesiąc nie będzie się przemieniać. No dobrze, może dwa tygodnie.
Wilk zawył po raz trzeci. Kicia, przerażona, zanotowała, że wycie nie mogło dochodzić z więcej niż kilkudziesięciu metrów.
Przyspieszyła, w nadziei, że uda jej się uciec. Przestała trzymać się granicy Zakazanego Lasu i biegła przed siebie, byle dalej od źródła dźwięku.
Prawie zdążyła. Prawie.
Już myślała, że znalazła się na bezpiecznym terenie, kiedy spomiędzy drzew wyskoczyło… coś. Kicia była zbyt przerażona, żeby ustalić co. Widziała tylko wielkie ślepia, ostre zęby, pazury i sierść. Bardzo dużo sierści. Przemknęło jej przez myśl, że przed czymś takim nawet Dej czułaby respekt.
Wilk – albo wilkołak, Kicia nie była pewna, w końcu wszystko działo się w czasie kilku sekund – kłapnął na nią paszczą i zachowywał się jak modelowy przykład kotożercy, który był przekonany, że właśnie znalazł pyszną przekąskę. Kici całe życie przemknęło przed oczami, kiedy w krzakach zaszeleściło po raz kolejny i wyłoniła się z nich inna postać.
Kundel! Ale co on tu robił?
Nie miała czasu się nad tym zastanawiać, bo kundel rzucił się do gardła wilka. Zwierzęta zaczęły walczyć, całkiem zapominając o pysznym, świeżym kocie, który siedział tuż obok. To znaczy siedział przed chwilą. Teraz, kiedy Kicia zorientowała się, że ma szanse uciec, dokładała wszelkich starań, żeby zwiększyć dystans między sobą a tymi… tymi potworami. Nie chciała analizować tego, co się stało, po prostu dziękowała opatrzności, że udało jej się uciec.
Zatrzymała się dopiero po przekroczeniu progu zamku.

***

Przez większą część następnego dnia Kicia była jakaś nieswoja. Niewiele jadła, reagowała nerwowo na każdy dźwięk i błądziła gdzieś myślami. Krótko przed kolacją postanowiła porozmawiać z Dej, była bowiem pewna, że wspólnie ustalą, co tak naprawdę się stało i przed czym udzało im się uciec. Kicia uznała, że kiedy spokojnie przeanalizuje całą sytuację, łatwiej będzie jej zapomnieć o traumatycznym wydarzeniu.
– Dej, czy możemy… – zaczęła, ale nie wiedziała, jak skończyć.
Dej popatrzyła na nią znad wypracowania, które właśnie próbowała pisać. Temat był dla niej dość interesujący, więc nie chciała przerywać z byle powodu. Nie wiedzieć czemu uznała, że taka rozmowa, jaką chce odbyć Kicia, jest byle powodem.
– Nie ma o czym mówić, coś było w Zakazanym Lesie i uciekłyśmy przed tym. Nic więcej – powiedziała spokojnie, jakby codziennie uciekała przed przerażającymi potworami. Kto wie, może uciekała przed nimi o wiele częściej, niż się Kici wydawało.
– Ale on nas… on nas uratował.
– Brawa dla niego, może dostać Order Psa, Który Jeździł Koleją, o ile ktokolwiek go jeszcze zobaczy.
Kicia speszyła się, chociaż nie miała tego w zwyczaju.
– Wiesz, Dej, bo ja myślę… – Zawahała się na moment. – Ja myślę,że to jednak był człowiek.
Dej zmarszczyła czoło. Nie przyszło jej to do głowy, ale głównie dlatego, że nie analizowała wczorajszej nocy zbyt dokładnie. Wystarczyła jej świadomość, że stało się coś, co nie działo się zwykle, i w przyszłości powinna bardziej uważać.
– Skąd ten pomysł?
– On nas uratował. Nie – zaatakował wilkołaka. Przyszedł mi POMÓC.
– Może po prostu chciał bronić swojego terytorium przed wilkołakiem – odparła Dej, ale w jej głosie pobrzmiewało zwątpienie. – Właściwie to nie jest jego terytorium, nawet gdyby należał do kogoś z Hogsmeade, to nie powinien zapuszczać się tak daleko.
Kicia pokiwała głową.
– Po tym zamku kręci się jeszcze jeden zmiennokształtny. Wiesz, co to oznacza, prawda?
– Że powinnyśmy zostawić go w spokoju? – zaryzykowała Dej. Nie podobała jej się perspektywa oceniania każdego napotkanego ucznia pod kątem jego zdolności do przemiany w wielkiego, czarnego psa.
– Musimy go znaleźć.
Dej westchnęła. Była przekonana, że Kicia zaproponuje coś takiego.
– Po co? Jasne, pomógł nam, ale to nie znaczy, że mamy mu dziękować osobiście. Poza tym – dodała ciszej – nie jesteśmy zarejestrowanymi animagami, przyznawanie się do tego nie jest najmądrzejszym pomysłem.
– On też nie jest zarejestrowany!
– To nie znaczy, że ma o nas wiedzieć. Może to wykorzystać przeciwko nam – odpowiedziała Dej. Jej ton był dość obojętny, ale widać było, że rozważyła wszystkie za i przeciw. – Poza tym, jak masz zamiar go znaleźć? Nie możemy pytać każdego napotkanego człowieka o to, czy jest animagiem.
Kicia zupełnie o tym nie pomyślała.
– Znalezienie animaga, który chce utrzymać swoje umiejętności w tajemnicy, nie jest łatwe. Przecież on też nas wcześniej nie znalazł, prawda?
Dej zrobiła krótką pauzę, w czasie której myślała nad ostatecznym argumentem. W końcu powiedziała:
– Jedynym sposobem, żeby go znaleźć, byłoby obserwowanie błoni i czekanie, aż się ponownie przemieni, ale zdajesz sobie chyba sprawę, że to może trwać całe tygodnie. O ile w ogóle przeżył tę walkę i nie… No tak, przecież powinien być ranny, prawda?
– Skrzydło szpitalne!
Dej westchnęła i odłożyła pióro. Wyglądało na to, że jej szanse na dokończenie wypracowania były bliskie zeru.

***

Pielęgniarka popatrzyła na Kicię, jakby nie była pewna, co ma o tym wszystkim myśleć.
– Szukacie kogoś pogryzionego przez duże zwierzę, ale nie wiecie ani kto to jest, ani jakie zwierzę go pogryzło?
Kicia pokiwała głową. Takie pytanie wydawało jej się całkiem rozsądne. W końcu nie wiedziały nic więcej. Dej stała za nią i milczała. Możliwe, że przewróciła oczami.
– Tak, dokładnie tak – powiedziała Kicia, uśmiechając się szeroko, jakby w nadziei, że dzięki temu pielęgniarka odpowie na jej pytanie.
– To niedorzeczne, wczoraj nikt się nie zgłaszał do skrzydła szpitalnego, ale jeśli wiecie coś więcej, powinnyście od razu przyjść i mi o tym powiedzieć – stwierdziła surowym tonem.
– Jak to – nikt? – Kicia wyglądała na spanikowaną. – Czy to oznacza, że on… nie żyje?
– Kto nie żyje? – zapytała pielęgniarka, tym razem w jej tonie pobrzmiewała nutka czegoś zbliżonego do paniki.
Dej przestała przewracać odczami i z ciekawością przyjrzała się pielęgniarce.
– Punk rock! – zakrzyknięto z pobliskiego łóżka, na którym, z nieznanych przyczyn i zupełnie nieistotna dla tej notki, leżała Kon.
Kicia spojrzała na nią z ciekawością, na chwilę zapominając o rozmowie, którą prowadziła.
– O niczym nie wiemy – powiedziała Dej pielęgniarce. – Słyszałyśmy po prostu plotkę i koleżanka za bardzo w nią uwierzyła.
Przybrała przy tym pozę absolutnej niewinności i miała nadzieję, że Kicia nie powie nic, co sprawiłoby, że jej słowa stałyby się niewiarygodne.
– Ale myśmy przecież…
– Widzi pani, koleżance nie wychodzą kurczaki i od tego trochę jej odbija.
Pielęgniarka popatrzyła na nie, jakby nie była pewna, czy kazać im wyjść, czy zatrzymać i próbować postawić diagnozę psychiatryczną.
– Kurczaki? – zapytała, całkiem zbita z tropu.
– Test z transmutacji nadchodzi.
To sprawiło, że pielęgniarka całkiem straciła zainteresowanie ich przypadkiem, mruknęła tylko coś o eliksirze, który musi podać Kon, a Dej i Kicia powinny wrócić do swoich spraw. Kiedy znalazły się za drzwiami, Dej mruknęła:
– Mówiłam, że to za łatwe, nie znajdziemy go.
– Coś wymyślę.
Kicia wiedziała, że musi, ale to musi go znaleźć. W końcu mógł się okazać jej księciem w futrzanej zbroi.

Advertisements
Chapter 20 (Dej, Kicia, Kon)

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s