Chapter 2 (Eta, Lemotka, Kicia, Evy, Sylv, Pe, Dej, Marta, Aniołak, Len)

Nowy rok szkolny przynosi ze sobą wiele. Pierwszym, co zauważamy to obecność naszych przyjaciół, których tak brakowało nam podczas wakacji. Dlatego też z początku wydaje nam się, że szkoła nasza nie posiada żadnych wad, że słusznie tęskniliśmy za tymi murami, które wyklinaliśmy jeszcze dwa miesiące temu. Szybko jednak odkrywamy, że wraz z przyjaciółmi odzyskaliśmy też wrogów. A potem… a potem to już tylko z górki.
Wszak szkoła to nie tylko ludzie. To też i lekcje, i prace domowe, i szlabany. Wszystko, czego nienawidzimy.
Dlatego też gdy tylko mija pierwszy tydzień, hogwarcka biblioteka znów się zapełnia. Znaleźć można tu wszystkich – no, prawie wszystkich, nie uświadczysz tu wszak Huncwotów (z wyjątkiem biednego, poczciwego Remusa, o którym nikt nigdy nie pamięta) czy co bardziej zbuntowanych Ślizgonów. Mimo to tłok tu panuje okrutny i bardzo trudno w godzinach szczytu o kawałek przestrzeni, na której można usiąść.
Teraz, na szczęście, godziny szczytu mieliśmy już za sobą. Był wieczór. Tylko co nieliczne niedobitki pozostały w bibliotece. Ci, którzy uczą się za dużo i ci, którzy wszystko zostawili na ostatnią chwilę.
Przy stoliku w lewym rogu, zaraz koło regału poświęconego śmiertelnym klątwą siedziała grupa przyjaciółek. Tylko jedna z nich wciąż pracowała – to Lemotka, kończąca swoją analizę średniowiecznych zamków na Historię Magii. Reszta była zajęta czymś zupełnie innym.
Czym? – spytacie. Wszak biblioteki nie są jakimiś parkami rozrywki. Jedynym, co można tu robić to uczyć się – lub gapić się w sufit, co, przyznajcie, czasami jest aż nazbyt interesujące. Nic z tych rzeczy. Trzy z przyjaciółek z wielką pasją wpatrywały się w coś, co radośnie biegało po stole i wyglądało jak… miniaturowe zombie.
– Ożywiłam je wczoraj w nocy – tłumaczyła Eta, autorka tego niezwykłego zjawiska. – W trakcie przerwy świątecznej podkradłam lalki Jadzi, wiecie, ona jest już za duża na takie dziecinady. – Dziewczyny potwierdziły skinięciem głowy. – Zmniejszyłam je trochę i odpicowałam farbkami do figurek trollów, które znalazłam na strychu i oto są. Fajne, nie?
Zombie, faktycznie, wyglądały fajnie. Chodziły w kółko i mruczały coś o mózgach, jak to zombie mają w zwyczaju. Było ich niewiele, jedynie pięć, ale epidemie rozchodzą się szybko.
– Co one właściwie robią? – spytała Kicia, starsza Ślizgonka, która nie do końca była przekonana do tego pomysłu. Zrozumiałe, Kicia kochała koty i inne przytulaśne stworzonka. Z zombie jej było trochę nie po drodze.
– Jak to co? Jedzą mózgi!
Trzecia z dziewczyn, Miś, parsknęła śmiechem. Bardzo lubiła Eciany entuzjazm. Przypominał jej o tym, że świat jest piękny, nawet jeśli – w istocie małych zombie – trochę bezrozumny.
Miś nie była najlepszą Krukonką świata. Znaczy, była bardzo bystra, wszak z tego powodu ją tam przydzielono. Wolała jednak szukać w świecie piękna niż wiedzy. Dlatego zombie ją śmieszyły. Bo były takie ładne w tym swoim szkaradztwie.
– Są śliczne, Eciu – powiedziała, a na twarzy Ety pojawił się uśmiech jeszcze większy niż poprzednio.
Zombie tymczasem próbowały się rozejść i zawładnąć światem. Albo zjeść jakiś mózg. Bądź też zaparzyć herbatę. Kto wie, o czym myśli zombie? W każdym razie poruszały się dość niemrawo, ale z ponurą determinacją, jakby coś pchało je naprzód. Albo w tył. Albo na boki. Mógł to być zapach świeżego mózgu (albo nawet i kilku), ale nikt nie stwierdził autorytatywnie, jaki węch miały zombie; można śmiało przyjąć, że pod tym względem obowiązywał całkowity darwinizm i tylko zombie obdarzone najlepszym węchem, które pierwsze wyczuwały ofiarę, miały szanse na przeżycie. Nie żeby te małe zombie wyglądały na szczególnie groźne – towarzystwo stolikowe zdawało się nie dostrzegać potencjalnego zagrożenia epidemią, które właśnie znajdowało się przed nimi. Co gorsza, nie dostrzegało również zagrożenia dla punkacji ich domów, która niewątpliwie mocno by oberwała, gdyby ktoś niepowołany zobaczył zombiaki. W regulaminie na pewno były jakieś ograniczenia. Regulamin wszak obejmuje wszystko.
Lemotka, która do tej pory siedziała cicho i opisywała te swoje zapory, podpory i inne dźwigary, podniosła wzrok znad pergaminu i powiedziała (bardzo poważnym tonem):
– Minus pięćdziesiąt dla Slytherinu.
Bo, musicie to wiedzieć, Lemotka była Prefektem Naczelnym. Wszak nikt tak jak ona wywodzący się z grona damskiego nie nadawał się do wydawania rozkazów. Głównym tego powodem był fakt, że Lemotka całe swoje życie przeżyła przekonana, że powinna się urodzić mężczyzną i posiadać własny harem. Kłóciło się to niewątpliwie z jej uwielbieniem do Syriusza Blacka, ale tamto było jedynie marnym echem jej lat szczenięcych.
– Ale… czemu? – wydukała Eta, kompletnie nie rozumiejąc, o co chodzi.
– Regulamin zezwala na trzymanie kotów, ropuch i sów. Nic nie wspomina o potencjalnych nosicielach najgorszych chorób znanych ludzkości.
Wszystko wskazywało na to, że nastąpi tu za chwilę wielki, kwiecisty foch. Jednak zanim…
– A Evy ma pieska! A Lysia ma borsuka! A Miś… A Miś miałaby niedźwiadka, gdyby udało nam się jakiegoś złapać!
Ale Lemotka już nie słuchała, zajęta swoimi architektonicznymi ciekawostkami.
Zombie nic sobie nie robiły z tego, co działo się nad ich głowami, zbyt zajęte były wyszukiwaniem interesujących zapachów lub ksztatów. W sumie nie wiadomo, czym były zajęte, ale coś niewątpliwie odwracało ich uwagę od toczącej się dyskusji. Powszechnie wiadomo, że zombie mają jeszcze mniejszą zdolność skupienia uwagi niż złote rybki (co jesy wyczynem samym w sobie), ale te wydawały się niezwykle czymś zainteresowane.
– One chyba nie chcą nas zjeść, co? – zapytała Kicia, przyglądając się im z pewną podejrzliwością. Prawdopodobnie bardzo nie chciała być zjedzona. Ani nawet nadgryziona.
– Jasne, że chcą, to zombie – odpowiedziała Eta, wciąż urażona straconymi punktami. Nie, żeby jej na punktach zależało. Ale żeby potępić jej zombie? Czemu? Jak to? Świnie! Na poh… Jednak szybko sobie przypomniała, że to tylko Lemotka, a Lemotki nie można od świń, bo to niekulturalnie, więc starała się schować swoją obrażoną dumę pod sweter.
Kicia zbladła. Wiecie, takie zombie, które chcą cię zjeść, to jednak może być powód do strachu. Miś wydawała się  niewzruszona. Nawet pogłaskała jedno z małych zombie po główce – na co zombie zareagowało, o dziwo, miłym, kocim mrukiem.
– Dałaś im już jakieś imiona? – spytała. – Bo tego nazwałabym Pinky.
Imię to niewątpliwie do stworzona pasowało; żadne z nich nie wyglądało jednak na Mózga, co z kolei sprawiało, że imię nie brzmiało aż tak zabawnie. Nie żeby same zombie zwróciły na to większą uwagę.
– Po co im imiona? – zainteresowała się Kicia. – Nauczysz je aportować?
Eta zastanowiła się przez chwilę. W sumie, takie aportowanie to nie był zły pomysł. Mogłyby jej zombiaki wykradać Wilkesowi bokserki i inne artefakty jego męskości. Przecież…
Ale nie dane jej było nic powiedzieć. Usłyszała za swoimi plecami koszmarny pisk, a potem:
– Jakie słooooooooooodkie!
I zanim zdążyła zareagować, Evy – Puchonka i właścicielka najsłodszego psiaka na tym świecie, co było jej już wyrzucone przez Etę parę akapitów temu – porwała ze stolika jedno z zombie i przytuliła z całych sił.
Wszyscy byli w szoku.
Evy wszak była najcichszą i najnieśmialszą postacią na świecie. Bała się wszystkiego. Najbardziej zaś bała się kontaktu fizycznego – i żeby go uniknąć zawsze nosiła przy sobie swój kocyk, pod którym mogła się na wszelki wypadek schować. A tu co? Tak jej się zebrało na przytulanki?
Zombie musiało być strasznie zaskoczone tak nagłą zmianą położenia, że nawet zapomniało wydać z siebie potępieńczego jęku czy kłapnąć nadgniłą paszczą. Było oniemiałe. Podobnie jak całe towarzystwo stolikowe. Łącznie ze skupioną na pracy Lemotką, ale nie ma pewności, czy wydziała całą tę scenę, czy też po prostu trafiła na coś, co zburzyło jej dotychczasowe pojęcie o świecie.
– Gdzie je dostałaś? – spytała. – Mają ich więcej?
Zombie kłapnęło całkiem nieszkodliwie. Może chciało w ten sposób dać wszystkim do zrozumienia, że wszystkie zombie tego świata byłyby szczęśliwsze, gdyby ktoś je przytulał.
Eta spojrzała na stolik, jakby zastanawiała się, czy taka ilość zombie wystarczy. Nie wiadomo tylko – wystarczy do czego? Mogła rozważać rozdawanie ich ludziom jako przytulanki, nauczenie ich sztuczek lub sprzedawanie w charakterze zwierzątek, o wiele modniejszych od ropuch czy sów. Najnowszy krzyk – czy raczej jęk – mody.
– Sama zrobiłam – odpowiedziała z dumą. Dumna ze swoich zombie była niesamowicie, to po pierwsze, a po drugie w ten sposób zdobywała trochę czasu na przemyślenie, czy opłaca jej się oddawać zombiaka Evy. Przyjaciele przyjaciółmi, ale zombie… zombie zombie.
– Są bardzo twarzowe, nieprawdaż? – spytała Miś, wciąż zachwycona niezwykle aerodynamiczną linią szczęk zombiaków.
– I jedzą ludzi – dodała po cichu Kicia.
– DLA MNIE BOMBA! – wykrzyczała Evy, czym skupiła na sobie uwagę calutkiej biblioteki.
A w bibliotece wciąż znajdowało się kilka osób.

***

– Syyyyylv, sprawdzisz mi to wypracowanie? – zapytała Dej, uśmiechając się pełnozębnie. Zatrzepotała nawet rzęsami, ot tak, dla lepszego efektu.
Sylv spojrzała na leżący przed jej nosem pergamin. W sumie lubiła sprawdzać wypracowania, zwłaszcza jeśli dotyczyły tematów, na których się nie znała; dzięki temu mogła poczuć, że wypełnia swoją czaszkę masą niepotrzebnej wiedzy. Czasami wyobrażała sobie, że w jakimś ciemnym zaułku ktoś może się na nią rzucić, przyłożyć różdżkę do gardła i zapytać o jakieś zaklęcie transmutacyjne, o którym sama się nie uczyła. A ona będzie w stanie odpowiedzieć, bo sprawdzała wypracowanie na ten temat! Póki co jednak wiedza magazynowała się w jej mózgu, pęczniała, fermentowała i bulgotała.
– Jasne, jasne – odpowiedziała, zerkając w stronę źródła krzyków. Merlinie, to była biblioteka, dlaczego ludzie tu krzyczeli. Potem zerknęła na Pe, która stała przy sąsiednim regale i komentowała tytuł każdej stojącej na półce książki. Sylv uznała, że jej pytanie jest głupie.
– Jest tam coś ciekawego? – zapytała Aniołak, która kilka chwil wcześniej wysunęła śmiałą teorię, że ten właśnie regał może zawierać Książkę Jej Życia.
No dobrze, może nie Książkę Jej Życia, ale przynajmniej taką, która pomoże jej napisać wypracowanie. Póki co siedziała nad pustym pergaminem i mamrotała coś o zmianie tematu. Pe zaoferowała, że jej pomoże, ale tymczasowo pomoc ta ograniczała się do czytania wyrywków z różnych książek, które nijak się z Aniołakowym tematem nie wiązały. Za to wszyscy znajdujący się przy stoliku poczuli się mądrzejsi, kiedy usłyszeli o tym, jak rozmnażają się gnomy ogrodowe.
– Może przepis na wybuchające w ustach krówki ciągutki? – Pe nie poddawała się. – Jest niesamowicie prosty. Bierzesz krókę ciągutkę…
I tak w kółko, bo w życiu Pe wszystko kojarzyło się z jedzeniem. Bo czemu by nie? Jedzenie to bardzo ważny element ludzkiego istnienia. Bez jedzenia nie byłoby nie tylko Pe, ale nawet Ważnych i Naburmuszonych Ślizgonów by nie było. A co to za życie bez Ślizgonów?
Najbardziej stanowcza spośród zgromadzonych przy stole Ślizgonek (i jednej, niewinnej Krukonki, która nadal nie napisała ani słowa), Dej, wstała i zabrała Pe książkę, którą ta akurat przeglądała. Popatrzyła też tak karcąco, że wszystkich – łącznie z siedzącą w drugim końcu sali bibliotekarką – przebiegł zimny dreszcz.
– To nie pomaga – powiedziała. Głośniej niż zwykle, ale nie na tyle głośno, żeby całe towarzystwo miało być wyrzucone z przybytku wiedzy.
– Jak to nie? – zaoponowała Pe. – Ale pomyśl, gdyby zrobić takie krówki, a potem zamontować je na sakiewce galeonów, to nikt nie mógłby jej ukraść. No dobrze, musiałby próbować otworzyć ją zębami. Chociaż nie, dlaczego mają wybuchać tylko w ustach? I dlaczego ktoś ma otwierać sakiewkę ustami? To źle zabrzmiało, prawda? W każdym razie gdyby je przymontować i gdyby nie wybuchały tylko w ustach, ale też w dłoni… O, wiecie, są takie cukierki mugolskie, ale one nie wybuchają, tylko się rozpuszczają. Albo nie rozpuszczają. Nie, rozpuszczają, to by było bez sensu, gdyby się nie rozpuszczał w ustach…
Aniołak z rozpaczą położyła głowę na stoliku, a Sylv próbowała nie udusić się ze śmiechu. Zza regału wynurzyła się Marta, Gryfonka, która czuła się strasznie niezintegrowana z mieszkańcami domu. Ani z bywalcami biblioteki. Wolałaby grać w quidditcha, ale zdawała sobie sprawę, że nie samym quidditchem człowiek żyje, dlatego też poświęciła się i poszła po Aniołakową książkę, a przy okazji zgarnęła jakąś, która jej samej była potrzebna.
– Co jej dałyście do picia? – zapytała, patrząc na Pe, która wyglądała, jakby temat krówek naprawdę ją zafascynował i nie marzyła o niczym innym, jak tylko o kontynuowaniu go.
Odpowiedziało jej ogólne milczenie. Teoretycznie nikt nie poił Pe niczym, czego pić nie powinna, ale z drugiej strony – nikt też nie miał pewności, co dawały jej skrzaty. Pe należała bowiem do tej nielicznej grupy uczniów, którzy poznali drogę do kuchni i zaprzyjaźnili się ze skrzatami, a nawet próbowali je wyręczać.
– Dobrze, Pe, kochanie, usiądź może, odpocznij sobie. – Popatrzyła na nią i pokręciła głową, jakby zdawała sobie sprawę, że to i tak nie pomoże. A potem podała Aniołakowi książkę i zajęła swoje miejsce. – A teraz cicho, bo piszę – rzuciła.
– Ja nie lubię być cicho – powiedziała Pe, tym samym obrażonym tonem, który zaobserwowaliśmy uprzednio u Etki.
Jeżeli wydaje wam się, że Pe poddała się, jesteście w błędzie. Co to to nie. Potrzebowała jednak sojuszników. Jak miała sama stawić czoła tej koalicji Gryfońsko-Ślizgońsko-Krukońskiej? To tak, jak gdyby walczyć z całym zamkiem. A przecież cały zamek kochał Pe.
Dlatego gdy tylko zobaczyła skrawek żółtej szaty majaczący gdzieś na horyzoncie (to jest za jedną z dalszych półek), krzyknęła:
– Leeeeeeeeeeeeeeeeen! – i pognała precz.
– Myślicie, że znów powie coś o jej oczach? – zapytała Dej. – No wiecie, że są tak ładne, że nie może na nie patrzeć?
Aniołak i Marta wzruszyły ramionami, zbyt zajęte przekartkowywaniem książek. Sylv przez chwilę czytała Dejowe wypracowanie, po czym skreśliła jakieś zdanie i dopisała coś w jego miejsce. Potem znów skreśliła i napisała coś innego. Ostatecznie spojrzała w kierunku Pe żywiołowo przytulającej Len i uznała, że jeśli Pe zacznie tłumaczyć jej całą krówkową teorię, to biedna dziewczyna się załamie.
– Pewnie nie – powiedziała na głos. – Ma inne tematy na głowie.
Dej pokiwała głową, po czym zaczęła bujać się na krześle, jakby okrutnie się nudziła. Prawdę mówiąc, wolałaby siedzieć w pokoju wspólnym i pić piwo kremowe, które ktoś wniósł. Albo ewentualnie w dormitorium, przywiozła w kufrze kilka książek, które naprawdę chciała przeczytać. Ale dzielnie siedziała. W końcu wszyscy przy stoliku uczyli się właśnie czegoś ważnego – i niezwiązanego z krówkami.
Biblioteka była przecież miejscem, w którym każdy uczeń powinien móc rozwijać swoje zainteresowanie czy przymioty duchowe.
Nawet jeśli ich nie miał.

Advertisements
Chapter 2 (Eta, Lemotka, Kicia, Evy, Sylv, Pe, Dej, Marta, Aniołak, Len)

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s