Chapter 19 (Morela, Mi, Aniołak, Bran, Małża, Holly, Zet, Maruda, Gagata)

Błonia o tej porze roku stawały się coraz mniej przyjaznym miejscem, zwłaszcza jeśli miało się w pamięci wszystkie wypadki, które się na nich wydarzyły od września (a było ich na tyle dużo, że pielęgniarka rozpoczęła zbieranie podpisów pod petycją zakazującą uczniom wychodzenia na błonia). To popołudnie było jednak na tyle słoneczne, że parę osób odważyło się wyjść z zamku. Nie były to osoby zaangażowane w ćwiczenia pod czujnym okiem Penny czy Cam, choć tamte dawało się słyszeć z daleka. Nie wiedzieć czemu, ważną częścią ćwiczeń postawy było wydawanie okrzyków bojowych. A może po prostu którejś z drużyn udało się zacząć trening na boisku?
W każdym razie Morela zgarnęła kilka innych Krukonek i zmusiła je do spaceru. Mi i Aniołak nie protestowały; i tak nie były zainteresowane ćwiczeniami – uważały, że to zbyt męczące, a do balu jeszcze tyle czasu, że nie ma sensu się martwić takimi drobiazgami jak prawidłowa postawa czy co tam innego pozostałe dziewczyny ćwiczyły. Nie, o to akurat się nie martwiły, większym problemem było dla nich znalezienie kogoś, z kim mogłyby iść na bal. Wszystkie o tym myślały i wiedziały, że pozostałe dwie też o tym myślą, ale zgodnie z jakimś niepisanym porozumieniem, żadna z nich nie mówiła tego na głos.
Dlatego też rozmawiały o tym, co się działo w czasie ostatniego wyjścia do Hogsmeade; zaczęły od Ślizgońsko-Gryfońskiej bójki, dokładnie omówiły każdy złamany nos czy rozciętą wargę, a najwięcej uwagi poświęciły burakowi zamiast nosa (nie znały tego zaklęcia, czego niezmiernie żałowały). Temat szybko się wyczerpał, kiedy okazało się, że wszyscy biorący udział w bójce byli w stanie dostać się do skrzydła o własnych siłach, ale wcześniej skorzystali jeszcze z sowiej poczty. Strasznie to nudne.
Rozmowa zeszła więc na temat randek, które miały miejsce w tym samym czasie. Pod powierzchnią rozmowy żywo pulsował temat lemotowej randki z Syriuszem, ale Aniołak (należąca do fanklubu Syriusza) nie zaczynała tego tematu, chociaż podziwiała Lemota, Morelę bardziej interesował Remus, którego nie mogła znaleźć w czasie wycieczki do Hogsmeade i zaczęła się o niego martwić, a Mi… cóż, Mi nie wiedziała nic na temat Syriusza ani Remusa, ale miała głębokie przemyślenia na temat statusu ontologicznego mijanego drzewa.
– Słyszałyście o tym zaklęciu, które Huncwoci rzucili na korytarz na drugim piętrze? Nikt nie mógł nim przejść przez dobrą godzinę, jeśli nie chciał się przykleić – powiedziała Morela, a gdzieś w jej tonie pobrzmiewał smutek, że sami się nie przykleili, bo mogłaby porozmawiać z Lupinem.
– Ponoć udało im się przykleić do ściany Orta w samych bokserkach – odpowiedziała jej Aniołak, która uważała, że Ort w samych bokserkach to musi być najbardziej przerażający widok świata.
Morela pominęła to milczeniem. Tajemnicą Poliszynela było, że kiedyś uważała Orta za atrakcyjnego. Mi natomiast zrobiła smutną minę, jako że zrobiło jej się szkoda kolegi.
– To trochę okrutne, że zrobili coś takiego. Pomyślcie tylko o stratach moralnych – powiedziała.
Aniołak i Morela musiały o nim pomyśleć, ale szybko zmieniły temat, zanim zdołały podzielić się swoimi przemyśleniami.
– Myślicie, że ta plotka o balu jest prawdziwa – zaryzykowała Aniołak, która odnosiła się do takich nowin sceptycznie. Nawet kiedy Pe wykrzyczała jej prosto do ucha, że będzie bal i że potrzebują sukienek, nie była pewna, czy to prawda. Nie była też pewna, czy nie straciła słuchu w lewym uchu.
– Czemu miałaby nie być? – zdziwiła się Mi.
– Nikt nie potwierdził tego oficjalnie, ale wszyscy mówią, że Ślizgoni są tego pewni – powiedziała Morela. – Niektórzy sądzą, że węże rozmawiały z dyrektorem i to dzięki nim będzie cokolwiek zorganizowane, ale wydaje mi się, że to plotka, która wyszła z lochów.
– Dlaczego Ślizgoni mieliby chcieć czegoś, co nie znajduje się pod ziemią? – Aniołak zadała bardzo celne pytanie.
– Puchar Quidditcha też nie znajduje się pod ziemią, a naprawdę im na nim zależy – zauważyła Morela. – Zaczynam się trochę bać o najbliższy mecz, bo przepadł nam ten trening, a oni jednak zdążyli trochę polatać. Podobno Kit kogoś pobiła, żeby zająć boisko, dlatego ma takie oko…
– Nie, niemożliwe – stwierdziła Mi, która lubiła przyglądać się ludziom i była pewna, że oko Kit wyglądało już w ten sposób po powrocie z Hogsmeade, a przed walką o boisko z przyszłymi tap madls… to znaczy gwiazdami balu.
Morela wzruszyła ramionami. Jej wersja była dużo bardziej ekscytująca.
– Myślicie, że jeszcze za wcześnie, żeby zapraszać kogoś na bal? – zapytała w końcu.
– Bran już z nim idzie.
– N-naprawdę? – Morela była naprawdę wytrącona z równowagi. – Przecież dopiero od niedawna wiemy, że będzie jakiś bal!
– Wiesz, pomógł fakt, że ona z nim rozmawia – stwierdziła Aniołak, która od Pe wiedziała co nieco o związku Bran i Remusa. I nawet nie ogłuchła, kiedy się tego dowiadywała.
Morela westchnęła ciężko:
– No i z kim ja teraz pójdę?
– Nie martw się, ja też nie mam co liczyć na Syriusza – pocieszyła ją Aniołak.
Mi milczała. Jej fascynacja chłoptasiem Ety nie była czymś, do czego chciała się zbyt głośno przyznawać.
Zresztą, jej fascynacja była w pełni platoniczna. Łączyła ich miłość do poezji. Miś uważała, że taki romantyk jak chłoptaś Ety zasługuje na kogoś, z kim będzie mógł pooglądać gwiazdy i poczytać Emily czy inną Austen.
Wszystkie trzy westchnęły. Życie było okrutnie niesprawiedliwe; a żeby jej niesprawiedliwości było jeszcze więcej, zauważyły nadchodzące Bran i Małżę. Było na tyle cicho, że można zaryzykować domysł, że nie ma z nimi Pe. Bran poklepywała wzdychającą Małżę po ramieniu, która wydawało się podobnie przygnębiona jak trzy Krukonki.
– Co słychać? – zapytała Bran, kiedy podeszły już dostatecznie blisko.
Morela milczała, więc Aniołak postanowiła wziąć rozmowę w swoje ręce.
– Dobrze, rozmawiałyśmy właśnie o balu, wybierasz się z Remusem, prawda?
Małża rozpaczliwie siąknęła; nie dlatego, że była zainteresowana Remusem, ale zdawała sobie sprawę, że Amos i tak jej nie zaprosi, więc na wszelki wypadek mogła już zacząć rozpaczać.
– Masz z tym jakiś problem? – spytała Bran, świadoma konkurencji.
– No nie wiem, chłopak mógłby trafić trochę lepiej.
– Trochę lepiej? – prychnęła Bran. – Dzięki.
Morela wymownie milczała, patrząc gdzieś w niebo. Mi zwróciła na to uwagę i przez chwilę chciała pokazać jej jakąś wyjątkowo interesującą chmurę, ale uznała, że rozmowa tocząca się na ziemi jest jednak ciekawsza.
– Nie ma za co dziękować, większa część zamku się z tym zgodzi.
– Ej, bez przesady – wtrąciła Małż.
– Przecież nikt tu nie przesadza. – Morela porzuciła swoją chmurę i przewróciła oczami.
– Że nie jestem dla niego wystarczająco dobra? A co, ty lepsza? – Bran puszczały nerwy. Brakowało jej morelowej nonszalancji.
– Jasne, że tak, przecież to Remus, on zasługuje na Krukonkę – oświadczyła poważnie Morela.
Aniołak zdała sobie sprawę, że całą ta rozmowa niebezpiecznie zbliża się do chwili, w której dwie niewiasty rzucą się na siebie, i strasznie, ale to strasznie nie chciała się znajdować obok nich, kiedy się to stanie. Na wszelki wypadek zrobiła krok w tył.
– A co jest niby takiego w tych Krunkonkach? Krótkowzroczność?
– Nie, jesteśmy bardziej oczytane i możemy prowadzić dyskusje na wyższym poziomie. Nie musimy odwracać niczyjej uwagi całowaniem, żeby luki w naszej wiedzy nie stały się tak widoczne.
Aniołak zrobiła jeszcze jeden krok w tył, sprawa wyglądała na coraz poważniejszą. Małża przestała rozpaczać i też zrobiła krok w tył. Mi cały czas stała przy Moreli, jakby jeszcze wierzyła, że wszyscy zaraz się przytulą.
– Ja lubię rozmawiać o książkach – powiedziała Mi, co było równie ważne, jak to, że lubiła budyń.
Bran i Morela ją zlekceważyły.
– Chcesz powiedzieć, że jestem głupia? – zapytała Puchonka, która doskonale słyszała, co Morela powiedziała i po prostu z dobroci swego borsuczego serca chciała jej dać okazję, żeby się wycofała ze swoich nierozważnych słów.
– Tak.
Na tym skończyły się względnie pokojowe dyskusje o wyższości Krukonów nad Puchonami lub odwrotnie, a zaczęły się rękoczyny. Czy też raczej różdżkoczyny, w końcu każdy pojedynek powinien zaczynać się kulturalnie, nawet jeśli przeciwniczki zapomniały się sobie ukłonić.
Jednak zaklęcia nie wystarczyły na długo. Po dwóch, trzech z każdej strony dziewczyny przeszły do tradycyjnych metod ustalania wyższości pomiędzy kobietami – ciągnięcia się za włosy i turlania się po ziemi.
Bran miała dłuższe paznokcie, ale Morela nadrabiała walecznością. Sama szarpanina wyglądała dość komicznie, choć żadna z obserwujących ją dziewczyn się nie śmiała.
– Powinnyśmy chyba to przerwać – zauważyła Aniołak, ale nie bardzo chciała się zbliżać do walczących.
Żałowała, że nie ma ze sobą garnka wody. Kiedy w jej ogródku walczyły dwa koty i, choć wydawało jej się to trochę brutalne, wylała na nie wodę. Od razu się uspokoiły, co sprawiło, że Aniołak poczuła się lepiej, bo nie chciała, żeby jej kot chodził poraniony. Teraz jednak wydawało się, że walka jest zbyt zacięta, żeby woda kogokolwiek zniechęcia.
– Po co? – spytała Małża. – Kiedy możemy to ofotografować i porozwieszać po łazienkach?
Aniołak nie wyglądała na przekonaną, ale nie odpowiedziała w żaden sposób.
– To by było trochę zbyt Gryfońskie – orzekła Mi.
– Jeszcze tych nam tu brakowało. Słyszałyście o tym, jak sie ostatnio pobili? – spytała Małża, a dziewczyny kiwnęły głowami, bo właśnie o tym rozmawiały. – Pewnie by się jeszcze dołączyli. Mi, wyciągaj aparat.
Mi kiwnęła głową, za bardzo lubiła robić zdjęcia, żeby stawiać opór.
– Ustawcie się jakoś z lewej – powiedziała, a Małża i Aniołak posłusznie stanęły w kącie kadru, żeby Mi mogła objąć także walczące Bran i Morelę. – Uśmiech…?
Wahanie w jej głosie było spowodowane tym, że większość osób robiła do zdjęcia dzióbek, czego Mi nie rozumiała i nie popierała. Co złego było w starych, dobrych uśmiechach? I tak już zabroniła ludziom robić sobie zdjęć z wyciągniętej ręki. Uważała to za gwałt na sztuce i zagrożenie dla jej cennego aparatu.
A jednak obie – i Małża, i Aniołak – uważały, że dzióbek jest najważniejszą częścią zdjęcia. Mi westchnęła. Przynajmniej nie zasłoniły sobą całego tła.
A tło wyszło fenomenalnie; Bran i Morela musiały się nieźle podrapać, bo obie miały na rękach ślady paznokci. Jak się dobrze spojrzało, to były one dostrzegalne też na policzkach. Skołtunione od szarpania włosy również nadawały temu zdjęciu niezwykłego charakteru. Mi była z siebie całkiem zadowolona.
W końcu była Artystką. Artystki potrafiły znaleźć piękno nawet w dwóch zazdrosnych kobietach turlających się po podłodze.

***

Tymczasem wyczerpujące ćwiczenia fizyczne na boisku do quidditcha dobiegły końca i niezwykle niezintegrowany, ale zbyt zmęczony, by się wzajemnie atakować (nawet werbalnie; takie to było zmęczenie!) tłum wracał do zamku. Tłum, jak większość tłumów ma w naturze, podzielił się na niewielkie grupki, które narzekały na nadzorców niewolników (to znaczy Penny zajmującą się Ślizgonami i Cam, która postanowiła zaopiekować się całą resztą) i szeptały między sobą na temat jedzenia, o którym marzyły. Zet, Maruda i Gagata właśnie opisywały sobie nawzajem ulubione dodatki do naleśników, kiedy zarejestrowały błysk flesza.
– Paparazzi! – krzyknęła Zet. – Już są!
– Niemożliwe, za wcześniej – powiedziała Maruda, ocierając pot z czoła. – Cam mówiła, że zjawią się dopiero na balu. To za jakieś dwa miesiące.
– Po co nam paparazzi? – spytała Gagata. – Mamy Holla.
Co racja to racja. Holly nie ćwiczyła – zaklepała już sobie na partnera samego Jamesa Pottera (któremu Lily dała kosza), więc nie musiała się starać. Zamiast tego biegała dookoła i fotografowała wszystko, co się rusza. Większość zdjęć była na tyle koszmarna, że jutro rozejdzie się jak świeże bułeczki.
Zet i Maruda kiwnęły głowami.
– Bo Cam mówi…
Ale Zet nie zdążyła dokończyć, została bowiem brutalnie popchnięta na bok przez Syriusza Blacka, który krzyczał:
– AAAAAAAAA! Troll! Goni mnie troll!
Dziewczyny rozejrzały się niepewnie dookoła. Żadna z nich jednak nie zauważyła trolla. A trolla pewnie trudno przeoczyć, co nie?
– Jaki troll? – spytała Maruda, która zupełnie nic z tego nie rozumiała. – Czy trolle nie są duże i łatwo zauważalne?
– Chyba są, nie wiem, nie uważałam…
Ale Zet znów nie dokończyła, tym razem została bowiem odepchnięta przez przebiegającego obok niej Holla, krzyczącego:
– ŁAPO, jesteś martwy!
Bójka, która rozgrywała się kawałek dalej, nie wzbudziła większego zainteresowania Gryfonów. Teraz, kiedy Huncwoci i Holly biegali po błoniach i robili mnóstwo zamieszania, takie przyziemne sprawy jak błysk cudzego flesza przestawały był ważne.
– Szkoda, że nie ćwiczą z nami – zauważyła Maruda. – Mogliby podnosić morale, wszyscy są zawsze tacy energiczni.
Zet pokręciła głową i maruknęła:
– Nie, oni wszyscy po prostu mają ADHD. Wprowadzaliby tylko chaos.
– A to, co tam panuje teraz, nie jest chaosem? – zapytała Gagata.
– Jest innym chaosem – stwierdziła z przekonaniem Zet. – Mniej chaotycznym niż chaos tworzony przez Huncwotów i Holly.
Maruda zastanowiła się przez chwilę.
– Wiecie co? Ja myślę, że ona jest piątą huncwotką.
Zamilkły na chwilę. Bycie piątą huncwotką było marzeniem dużej części uczennic Hogwartu; żadna z nich nie spodziewała się, że rola ta przypadnie w udziale Holly. Zet, Maruda i Gagata też się nie spodziewały, ale były zbyt zmęczone, żeby zastanawiać się nad tą kwestią dłużej.
– To i tak nie zmniejsza chaosu, który tworzą. Wszędzie – mruknęła Zet.
– Ale to ją trochę klasyfikuje…
– Klasyfikuje? Jako osobę z ADHD?
Maruda milczała. Czuła się pokonana.
Zet filozoficznie pokiwała głową.
– Zginiemy przez nich w chaosie. Zobaczycie.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s