Chapter 17 (Pe, Sylv, Heś, Lam, Kit, Ruda, Mal, Dev, Amf, Zielon, Drach, Karacha)

Wyjście do Hogsmeade nie dla każdego oznaczało jednak spotkanie z ukochanym bądź ukochaną. Ze względu na skomplikowaną sytuację uczuciową większej części Hogwartu (niemożliwa do przezwyciężenia nieśmiałość, zakochiwanie się całych tłumów w tym samym obiekcie etc.) było to niemożliwe. Nie oznaczało to jednak, że wszystkie nieszczęsne nie-Lemoty tej opowieści powinny chodzić smutne i wyglądać zza roślin doniczkowych, oceniając, na ile udana jest randka ich obiektów westchnień. Możliwe, że nie starczyłoby roślin doniczkowych w całym Hogsmeade.
W każdym razie Pe postanowiła nie dać się ogólnej depresyjnej atmosferze i przyciągnęła ze sobą całą grupę ludzi, których życie uczuciowe nie istniało lub było zbyt ponure, by o tym pisać. Nie wszyscy oni chcieli iść dobrowolnie, ba, niektórzy się nawet wyrywali.
– Sylv, uspokój się, to był żart – powtórzyła Pe, pokładając się ze śmiechu. Prawdę mówiąc, cała grupa pokładała się ze śmiechu, podczas gdy Sylv nerwowo zerkała przez ramię.
– To nie był żart, jestem pewna, że ten dźwięk umierającego ptaka wydawała moja sowa, powinnyśmy wrócić, żebym mogła sprawdzić. Do tego chyba nie zamknęłam kufra, moja paranoja domaga się, żebyśmy wróciły – wymamrotała Sylv.
Lama poklepała ją po plecach, jakby chciała powiedzieć “Jasne, wszyscy mieliśmy takie ataki paranoi, ale weź się w garść”. Nie powiedziała tego, bo za bardzo się śmiała. Sylv starała się nie wyglądać na obrażoną, ale niepokoił ją fakt, że wszyscy śmiali się z tego, że być może właśnie w tym momencie jej sowa była rozdzierana na strzępy przez dzikie zwierzęta.
– Nie myśl o tym, wypijesz herbatę i przestaniesz się zamartwiać. Przecież doskonale wiesz, że to nie twoja sowa – przekonywała Hestia, która zdążyła już opanować śmiech. – To pewnie nie była nawet niczyja sowa.
Sylv przewróciła oczami. Nikt jej nie rozumiał! Biedne, małe emo.
– Pe, dlaczego nas tu właściwie wyciągnęłaś? – zapytała Kit, której nie do końca podobało się, że w tłumie znajduje się mieszanka ludzi z tylu domów. Chwała Merlinowi, nie zauważyła żadnego Gryfona, ale ilość Krukonek i tak jej się nie podobała.
– Bo was kooooocham! – odpowiedziała Pe, uśmiechając się odrobinę szaleńczo. – Poza tym podobno gdzieś tutaj jest herbaciarnia, którą otworzyli w czasie wakacji, wiecie, całkiem nowa. Nie mam pojęcia gdzie, ale jak będziemy szły dużą grupą, to możemy ją znaleźć szybciej… albo nie, bo będziemy przecież szły razem, więc to nie wpłynie na nasze szukanie, ale za to jak ją znajdziemy, to będzie fajniej, o ile ją znajdziemy, to znaczy jasne, że ją znajdziemy, nie możemy jej nie znaleźć, na pewno jest świetna i wspaniała, i…
– Pe, kto ci mówił, że została otwarta? – zapytała Ruda, która miała pewne obawy co do wiedzy Pe.
Pe nie odpowiedziała.
Dziwne, prawda? Pe kocha mówić. Jednak w tej sytuacji mówienie było bardziej niż niewskazane, bo Pe… Pe miała pomysł. Pomysł swojego życia.
– Wyślemy twojej sowie list z zapytaniem, czy jest w porządku!
Sylv popatrzyła na wszystkich z wyrzutem, kiedy usłyszała kolejny wybuch śmiechu. Nie była przekonana, czy to nie była jej sowa, a pomysł Pe wcale jej się nie podobał. Skąd miałaby wziąć inną sowę i skąd ta druga sowa miałaby wiedzieć, gdzie szukać jej sowy. I czy mogła wysyłać niewinną sowę na spotkanie z tym drapieżnikiem, który kończył przeżuwać jej sowę?
– Możemy iść na pocztę, zanim poszukamy tej herbaciarni – zasugerowała Lama, która sama chciała skorzystać z sowiej poczty. Zawsze wolała koty od sów, ale w Hogwarcie okazało się to dość niefortunne, bo nie mogła mieć pewności, że zawsze będą wolne sowy, z których mogłaby skorzystać.
– A możemy poszukać bezdomnych? Na mugoloznawstwie słyszałam, że istnieje coś takiego jak bezdomni! – krzyknęła z zachwytem Pe. – Podobno oni tylko są i nikt nic z nimi nie robi. Pomyślcie, można by zebrać wszystkich bezdomnych z Londynu i przebrać w stroje ludowe z różnych krajów, a potem kazać im zarabiać jako atrakcja turystyczna, to by było przecież genialne, prawda? A póki co możemy poszukać bezdomnych tu i sprawdzić, jak to się sprawdzi w mniejszej skali, oooo, wiem, możemy ich przebrać za uczniów i zabrać do zamku!
Wizja bezdomnych jako zwierzątek wydawała się równie dziwna jak wizja zombie jako zwierzątek. Nikt jednak nie zakwestionował tego pomysłu, bo a. nikt z tej grupy nie miał własnego zombie i b. nikt nie chciał podpadać Pe, kiedy zaczynała snuć plany zawładnięcia światem. Albo uczynienia świata lepszym miejscem, kto wie.
– A ktoś wie, gdzie tu jest poczta? – spytała Kit.
– Chyba trzeba skręcić w prawo. O, tam – powiedziała milcząca dotąd Mal. Możliwe, że nie była zachwycona towarzystwem, w którym się znalazła; Kit przyciągnęła ją ze sobą, bo stwierdziła, że w grupie potrzeba więcej ślizgoństwa i mroku, ale Mal i tak nie była zachwycona.
– Mam tylko nadzieję, że to nie jest za daleko – kontynuowała Kit. – Popołudniu miałam się spotkać z całą drużyną. Potrzebujemy nowej taktyki na przyszły tydzień. Musimy zgnieść Krukonów.
Pe momentalnie zapomniała o bezdomnych. W końcu tak naprawdę nie wiedziała, co to takiego i z czym to się je. A nawet – czy to się w ogóle je. Wiadomo zaś, że w życiu Pe liczyło się jedynie jedzenie. I kociaki. I mówienie. I… no dobrze. Prawie jedynie jedzenie.
– My i tak z wami wygramy! Naprzód, borsuki, naprzód! RAZ DWA TRZY, tłuczkiem dziś dostaniesz ty!
Najwyraźniej Pe zdążyła już zapomnieć o tym, jak niedawno prawie zamordowała Syriusza Blacka. Cóż. Pe nie ma za dobrej pamięci.
Kit uśmiechnęła się z politowaniem.
– Nie, to zaraz na końcu tej uliczki – odpowiedziała ostatecznie Mal, której też jakoś robiło się słabo od woli walki Pe.
– A wiecie, raz wpadłam na grupę ludzi, to znaczy kibiców, którzy chodzili po ulicach i krzyczeli “Pierwsza liga, pierwsza liga, Mie-dzian-ka!”, może my też powinniśmy coś takiego krzyczeć, to znaczy my borsuki. Tylko nie mamy pierwszej ligi i nie jesteśmy Miedzianką, prawda, Ruda? – Nie czekała jednak na odpowiedź i kontynuowała: – W sumie to wszystko wyglądałoby inaczej, gdyby każdy dom mógł mieć dwie drużyny. Albo trzy. Dobrą, średnią i kiepską. I ta kiepska mogłaby się nazywać miedzianką, nie wiem, co to znaczy, ale brzmi fajnie, prawda?
– Na pewno tej? Wydawało mi się, że kawałek dalej – powiedziała Kit.
– Nie, nie, na pewno – potwierdziła Mal.
– Miedzianka brzmi dziwnie – oświadczyła Ruda, która starała się słuchać Pe, zwłaszcza że w toku monologu padło jej imię.
– Dawno tam nie byłam. Od kiedy dostałam moją Śnieżynkę, staram się unikać kontaktu z takimi brudnymi miejscami – kontynuowała Kit. – Pełno w nich szlam, których nie stać nawet na pośredniej klasy sowę pocztową.
– Sowy są nudne – odpowiedziała Mal. – Mój szczur jest o stokroć ciekawszy.
– Ale ty, moja droga, mogłabyś sobie kupić sowę, gdybyś chciała, prawda? A szlamy? Szlamy są dobre dla ropuch.
Mal zachichotała.
Lama, która sama była mugolskiego pochodzenia, czuła się bardzo nieswojo w tym krytykującym ją towarzystwie. Milczała jednak. A przynajmniej starała się milczeć, tyle że powoli zaczynało jej brakować na to sił.
– Jasne, że brzmi dziwnie. Dlatego jest taka fajna, nie? Powinniśmy mieć jakieś fajne imię – kontynuowała Pe. – Wiadomo, że borsuki są fajne, ale widziałaś ty kiedyś latającego borsuka? Założę się, że miedzianki latają.
– Nie brzmią ci trochę… ciężko? – spytała Ruda.
Nie otrzymała jednak odpowiedzi. A może i otrzymała, tyle że po raz pierwszy Pe udało się zagłuszyć. Tak, apokalipsa nadeszła.
A nadeszła ona ustami Sylv, która wyrzuciła głośne i zdziwione:
– Co tu się dzieje?
Poczty bowiem wciąż nie było widać, widać było za to ogonek kolejkowiczów, który ciągnął się na dobre kilkaset metrów przed nimi.
– Może rozdają tam słodycze? – zasugerowała Pe, na chwilę zapominając o miedziankach.
– Nie, na pewno nie – odpowiedziała Hestia. – Skąd wzięłyby się słodycze na poczcie?
Pe pokiwała głową, po czym spojrzała na Rudą i kontynuowała:
– No dobrze, miedzianki brzmią trochę ciężko, a co powiesz na peposze? To też niedawno usłyszałam. Peposz albo pepoż, nieważne, w każdym razie brzmi lepiej, jak coś lekkiego i puchatego z dużymi ślepiami, takiego przytulastego i futrzastego, prawda? Prawie jak borsuki! Bądźmy peposzami!
Sylv zaczęła się rozglądać i w końcu, zrezygnowana, wypatrzyła w kolejce kogoś znajomego i podeszła zapytać, co się dzieje. Ta kolejka ją niepokoiła. Może każdy pomyślał to samo co ona i postanowił napisać do swojej sowy? Potrząsnęła głową. Nie, to idiotyzm.
– Dev? Długo tu stoisz? – zapytała w końcu. – Ta kolejka jest trochę… długa.
– Ja… trochę. Nie wiem. Obiecałam dziewczynom, że potrzymam im miejsca, a one jakoś nie wracają.
– Mówisz? To może zajmiemy ich miejsca, przecież się nie obrażą. A w razie czego postoimy sobie obok – zaproponowała Sylv, uśmiechając się przy tym. Była dobra we wpychaniu się w kolejki.
Deva nie wyglądała na przekonaną, ale wzruszyła ramionami:
– Jasne, stójcie, ale jeśli wrócą, to też się dołączą do kolejki.
Sylv pokiwała głową i pomachała do reszty grupy, której zależało na dotarciu do poczty. Wkrótce wszystkie stały w kolejce (mimo złowrogich okrzyków ludzi znajdujących się za nimi) i słuchały dalszej części monologu Pe. Nadal nikt jej nie powiedział, że peposze nie istnieją i słyszała po prostu skrót od “przeciwpożarowy”, chociaż Lama kilka razy otwierała usta, żeby ją oświecić.
Za to Kit i Mal wydawały się z każdą sekundą coraz bardziej znużone zaistniałą sytuacją.
– Czy my naprawdę musimy tu stać?
– Tak! Przecież nie możemy wejść do środka – powiedziała Pe, ale chwilę później przyszedł jej do głowy kolejny pomysł. – A może wyjdziemy i powiemy, że to napad i mają nam dać pięć sów, to nikomu nic się nie stanie? Myślicie, że to dobry pomysł?
– Myślę, że najlepszym pomysłem jest to, żebyście przestały zajmować nasze miejsce w kolejce – usłyszały nagle za swoimi plecami głos Amf.
Pe zamarła. Dawno już nikt nie był dla niej taki niemiły. A przecież Deva obiecała im pomóc! To nie było fair.
– Amf, pysiaku, ale przecież Deva nam powiedziała, że możemy sobie stanąć tuż za wami i nic się nie stanie, no przestań, przecież wszystkie się przyjaźnimy, nie?
Lama westchnęła. Sylv też. Obie wiedziały, co jest prawdziwym problemem Amf. Ślizgoni.
W tym Sylv.
– Szlamy i ich nieumiejętność znalezienia swojego miejsca w szeregu – Kit powiedziała to umyślnie odrobinę za głośno.
Po chwili ujrzała zieloną parasolkę Zielona na czubku swojego nosa.
– Jeszcze jedno słowo…
– Dziewczyny, spokój – bez entuzjazmu powiedziała Ruda z Devą, wszak były Puchonkami, a wszyscy wiedzą jak bardzo Puchonki nadają się do bójek.
– Może rozwiążemy to pokojowo? – zaproponowała Hestia, która co prawda nie była Puchonką, ale nie miała też ochoty wyciągać różdżki z takiego powodu jak miejsce w kolejce.
– Możemy zagrać w papier, kamień i nożyczki! – zaproponowała Pe.
Większość osób przez chwilę wyglądała, jakby chciała na to przystać, ale potem przypomniała sobie o ślizgońskim mroku tudzież gryfońskiej odwadze i sięgnęła po różdżki. Jedni chętniej niż inni. Biedna Sylv miała tylko nadzieję, że nikt nie znał Lyśkowego zaklęcia na wężoramiona.
– Macie grać honorowo, gady – powiedziała Karacha. No dobrze, Karacha powiedziała: Macie grać honorowo, a Ślizgoni usłyszeli gady. Każdy słyszał to, co chciał słyszeć.
Kit zaśmiała się diabolicznie, co mogło oznaczać zarówno “jasne, zawsze gramy honorowo”, jak i “chyba uderzyłaś się za mocno miotłą w głowę”. Gryfonki zinterpretowały to w ten drugi sposób.
– Tylko uważajmy na sowy – mruknęła Drach.
Zadziwiająco, pierwszą ofiarą tej bójki stała się Kit. Oberwała ona parasolką od Zielona tak mocno, że prawie upadła na ziemię. Cóż, wszyscy lekceważyli moc parasolki, prawda? Z kolei Zielon trochę ją przeliczyła, bo po chwili sama też leżała na podłodze, związana sznurem, w który za pomocą magii Mal zamieniła się wyżej wspomniana.
– Hej, patrzcie, biją się, bijąąąą! – krzyknęła Pe do przypadkowych kolejkowiczów. – Ma ktoś kapelusz? Zaczniemy sprzedawać bilety!
Lama i Hestia odciągnęły ją z pola bitwy, pozostawiając na nim trzy Ślizgonki i Rudą, która – choć była Puchonką – wahała się, czy nie ruszyć na ratunek kuzynce. Póki co jednak stała raczej niezobowiązująco.
Kit najwyraźniej nie oberwała zbyt mocno, bo po chwili rzuciła klątwą w Amf, która odbiła zaklęcie. Tuż obok Drach i Sylv wymieniały zaklęcia, ale żadna z nich nie wkładała w to całego serca. Możliwe, że bardziej entuzjastycznie podchodziły do porządkowania zawartości własnych kufrów.
Najlepiej szło Mal. Bo Mal, moi drodzy, się do tej pory nudziła okrutnie. A gdy człowiek się nudzi, do głowy przychodzą mu różne scenariusze. Gdy zaś okaże się, że jeden z tych scenariuszy można zrealizować…
Dwoma słowami – biedna Karacha.
Przez dłuższą chwilę różnokolorowe błyskawice latały w różnych kierunkach, a wokół pojedynkujących się zebrał się tłum gapiów, bardziej zainteresowanych bójką niż staniem w kolejce do sowiarni. W sumie trudno im się dziwić. Niektórzy nawet wrzucali po parę knutów do kapelusza, który Pe udało się przetransmutować z jakiegoś kamienia. Kiedy Amf oberwała wyjątkowo paskudnym zaklęciem i upadła na ziemię, w kapeluszu zaczęły pojawiać się sykle. Im bardziej zacięta stawała się walka i więcej osób lądowało na ziemi, tym więcej sykli lądowało w kapeluszu.
– Lamo, czy sądzisz, że podłym będzie wykorzystanie okazji i zaciągnięcie Pe na pocztę w momencie, gdy nikt już w tej kolejce nie stoi? – spytała Hestia.
– Podłość podłością, ale takiej okazji nie można zmarnować.
Spojrzały na siebie z determinacją.
Po chwili Pe znajdowała się w stanie ciągnięcia siłą, a przez dziurkę kapelusza pieniądze ciurkiem sypały się za Grze… znaczy, za Pe.
– Nieee, nie, poczekajcie – protestowała Pe, ale Krukonki były zbyt stanowcze.
Tymczasem walka zbliżała się do końca, polała się pierwsza krew, wyrosły pierwsze kurzajki, złamała się nawet jakaś kość, a jeden nos zaczął przypominać dorodny burak i utrudniał swojej posiadaczce patrzenie prosto przed siebie. Trudno było ustalić, kto wygrywał, bo wszyscy byli w podobnym stanie. W końcu Karacha i Kit zrezygnowały z różdżek i zaczęły bić się po mugolsku. Mal dalej walczyła z Amf, Sylv z Drach, a Ruda pilnowała związanego Zielona. Wszyscy – poza publicznością – wydawali się już całą tą sytuacją zmęczeni, więc kiedy Deva krzyknęła “Ej, kolejka wam ucieka!”, wszyscy uznali to za sygnał, że należy skończyć walkę.
Oczywiście nie obeszło się bez “to jeszcze nie koniec” oraz “to moja sowa, widziałam ją pierwsza”, ale nikt nie odniósł obrażeń, które uniemożliwiałyby mu dotarcie do skrzydła szpitalnego. Kurz po bitwie opadł i na placu boju pozostała tylko Pe, która stała się pozbierać zgubione knuty i sykle.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s