Chapter 15 (Lemota, Evy, Małża, Len, Kejt, Amelia, Cam, Karacha)

Tego dnia było zimno, nawet bardzo zimno. Szkocka jesień przypomniała o sobie gwałtownie serią deszczy i wichur. Nie wszystkim jednak to przeszkadzało, o nie; niektórzy zdobywali w ten sposób idealną wymówkę, by wtulić się w ramiona Syriusza Blacka.
Takich szczęśliwców nie było wielu; prawdę mówiąc, tylko jedna osoba mogła sobie na to pozwolić, bo tylko jedna osoba odważyła się zaprosić Blacka na randkę. Nie oznaczało to jednak, że pozostałe osoby, którym odwagi zabrakło, nie patrzyły na Lemotę z zazdrością – i to niezależnie od tego, co akurat robiła. Choć, trzeba przyznać, trudno patrzeć z zazdrością na kogoś, kto akurat je obiad albo wiąże but; niestety, nikt z posyłajacych złowrogie spojrzenia nie miał większego wpływu na okoliczności, w jakich zobaczy Lemotę, więc starał się każdą chwilę wykorzystać w stopniu jak najwyższym. Trwało to zresztą od dnia, w którym Krukonka zaprosiła Syriusza, aż do dnia, w którym miała się odbyć ich randka, a wszystkie znaki na niebie i ziemi mówiły, że na tym się nie skończy.
Ich randka bowiem była nad wyraz przyjemna. Syriusz cieszył się, że w końcu udało mu się spotkać z dziewczyną, która nadaje się do czegoś więcej niż do ślinienia się na jego widok przez bite trzy godziny. Lemotka mówiła. I nie wzdychała co piętnaście sekund. Łapa czuł, że znowu się zakochuje.
Nie przeszkadzało mu nawet, że musieli się ukrywać przed nienawistnymi spojrzeniami. Był całkiem dobry w ukrywaniu się.
W końcu kto powiedział, że miła randka w herbaciarni nie może się skończyć w schowku na miotły?
Nie uprzedzajmy jednak zdarzeń, pomówmy o herbaciarni, która tego dnia była niezwykle zatłoczona; czemu się dziwić, było to pierwsze wyjście do Hogsmeade w tym roku. Nie można nie wspomnieć o radości, jaka malowała się w oczach wszystkich uczniów, którzy kupili herbatę cynamonową albo waniliową, albo jakąkolwiek inną, której nie dało się wypić w Hogwarcie. Aromatyczną, ciepłą, podaną w ślicznej filiżance… Nie, absolutnie nie można pominąć herbaciarni.
– Bardzo tu… różowo – powiedziała Lemota, nieprzyzwyczajona do różu w ogóle. – Jesteś pewnien, że nam to nie zaszkodzi?
– Nie, da się to ignorować – stiwerdził Łapa, a z jego tonu można było wnosić, że był w tym lokalu już kilkakrotnie i przeżył. – Herbata jest za dobra, żeby uciekać tylko z powodu wystroju. Chociaż jest naprawdę koszmarny.
– Możemy chociaż usiąść przy oknie? – spytała, a Syriusz kiwnął głową.
Usiedli, a radosne chochliki w różowych sukienkach przyniosły im menu. Też różowe.
Syriusz rzucił na nie okiem, wiedząc z góry, co zamówi. Lemota zaczęła natomiast studiować swoje menu, wahając się między kilkoma równie interesującymi herbatami. Zmarszczyła brwi. Przewróciła strony. Znów zmarszczyła. Mogła nawet wypowiedzieć w myślach jakąś wyliczankę, kto wie. Wszystko to obserwował z zaciekawieniem Syriusz. Do tej pory większość dziewczyn, z którymi tu przychodził, albo pytała go o radę, albo chichotała, jakby menu było naszpikowane dowcipami, albo zamawiała coś, czego później nie chciała nawet pić, bo była zbyt zaaferowana faktem, że jej kolano i kolano Syriusza Blacka prawie się stykają. Lemota wydawała się całkiem nieporuszona tym faktem i naprawdę zainteresowana herbatą. Syriusz się uśmiechnął.
Ich kolana styknęły się na chwilę odrobinę śmielej.
– Fiołki i pomarańcze – oświadczyła w końcu z dumą w głosie. Tak, jak gdyby odkryła coś naukowo fascynującego. – Trzeba w życiu próbować nowych rzeczy, prawda? Bo inaczej będzie nudno.
Uśmiechnęła się, w swoim mniemaniu, zniewalająco. Tyle że Syriusz był już zniewolony od momentu, w którym zrozumiał, że to pierwsza dziewczyna, jaką znał, która posiada mózg.
Rozmowa początkowo nie kleiła się najlepiej, ale zanim herbata ostygła na tyle, by dało się ją pić, oboje czuli się w swoim towarzystwie na tyle dobrze, że poruszali inne tematy niż zwyczajową pogodę czy quidditch.
– Grałeś kiedyś w prawdę czy wyzwanie, Syriuszu? – spytała w końcu Lemota, którą pytanie to świeżbiło już od jakiegoś czasu.
Black pokiwał głową. Nie chciał opowiadać o okolicznościach, w jakich poznał tę grę, ale tak, zdecydowanie ją znał. Choć do tej pory nie grał w nią bez uprzedniego spożycia pewnej ilości Ognistej.
– Zagrasz ze mną?
– Jasne, czemu nie.
Nie było to może najradośniejsze “jasne” na świecie, ale nie było też “jasne” typowym dla ponurej kapitulacji. Nie, było raczej względnie neutralnym, trochę zaciekawionym “jasne”.
– Wyzywam cię, Syriuszu Blacku, byś złapał jednego z tych chochlików i przypiął go do żyrandola.
– Nie powinnaś najpierw zapytać, czy wolę prawdę czy wyzwanie? – upewnił się Łapa, jednocześnie rozglądając się za chochlikami. Był dziwnie przekonany, że nawet gdyby zapytała, i tak nie ominęłoby go to wyzwanie. W końcu zauważył jednego najbliżej ich stolika i zaczął wyciągać różdżkę.
– Prawda jest dla frajerów.
Lemotka uśmiechnęła się. Wiedziała, o co poprosi w następnej kolejce. Jeżeli, oczywiście, Syriuszowi uda się złapać chochlika.
Syriusz prychnął, po czym unieruchomił chochlika zaklęciem. Zdawał sobie sprawę, że w tak małym lokalu wzbudzi to zainteresowanie, ale nie miał zamiaru przegrać. O dziwo nikt albo prawie nikt nie zauważył, co się stało z chochlikiem, ale kiedy unieruchomiona istota zaczęła lewitować w kierunku sufitu, kilka par oczu podniosło się znad parujących filiżanek i z fascynacją obserwowało, jak stworzonko ląduje na żyrandolu. W porządku, chochlik nie był przypięty, ale był na żyrandolu. Syriusz uniósł brew, jakby pytał, czy to wystarczy. W końcu nie krzywdziłby niewinnych chochlików… bardziej niż to konieczne do wygrania.
Lemotka kiwnęła głową.
Syriusz opuścił chochlika z powrotem na ziemię, a tym razem stworzonko obserwowały niemal wszystkie pary oczu znajdujące się w herbacierni. Kiedy tylko chochlik poczuł grunt pod nogami i mógł się ruszać, pogazał Blackowi dość niecenzuralny gest dłonią, a potem zniknął z pola widzenia. Ciekawscy ludzie przy innych stolikach wrócili do swoich rozmów.
– Imponujące, nie powiem – powiedziała Lemota, która miała nie mówić. – Twoja kolej.
Black uśmiechnął się z zadowoleniem. Być może dlatego, że lubił czuć się doceniany, być może z powodu tego, co miał zaraz powiedzieć:
– W takim razie wyzywam cię, żebyś mnie pocałowała. Tu. Przy świadkach – dodał, a jego uśmiech stał się jeszcze szerszy.
Jeśli sądził, że Lemotka jest jedną z tych gąsek, które spłoszą się i zarumienią, był w błędzie. Nie było na tym świecie rzeczy, która potrafiłaby ją speszyć. Dlatego też… No dobrze, nie musiała tego robić w ten sposób, wszak wspinanie się po stole nie jest oznaką dobrego wychowania. Niemniej jednak wspieła się odrobinę i nim ktokolwiek zdążył zaprotestować – a wierzcie mi, w tym pomieszczeniu aż roiło się od fanklubowych szpiclów – pocałowała Syriusza w sposób, w jaki nie całują spłoszone gąski.
Nie trzeba dodawać, że Syriuszowi się to podobało. Nie był pewien, jakiej reakcji się spodziewał, kiedy rzucał to wyzwanie, i czy traktował je jako pewnego rodzaju kolejny sprawdzian ewentualnego materiału na dziewczynę, ale nie miał wątpliwości, że jeśli był to sprawdzian, to Lemota przeszła go znakomicie. O czym zresztą jej później powiedział. Nie, nie o sprawdzianie. O tym, że ona także znakomicie wywiązała się z wyzwania.
– Teraz ja – zauważyła Lemota.
Cóż, trzeba przyznać, że wszystko szło zgodnie z planem. Wprawdzie Syriusz ukradł jej pomysl na wyzwanie, ale…
Ale oto zjawiła się dodatkowa okoliczność. Kątem oka Lemotka zauważyła Amosa Diggory’ego, przechodzącego przez próg herbaciarni. A zemsta na przeciwniku…
– Wylej Diggory’emu herbatę na głowę.
Syriusz spojrzał na swoją filiżankę, a potem na Lemotę, jakby chciał zaprotestować. Wzruszył jednak ramionami, chwycił filiżankę Lemoty i ruszył w stronę Puchona, który nie patrzył w jego kierunku. Być może dlatego, że Diggory zajęty był przyglądaniem się Puchonce, z którą niewątpliwie był umówiony. Co sprawiało, że był bezbronny i, kiedy Black wylał na niego resztkę Lemotowej herbaty, całkowicie zdziwiony; gniew pojawił się dopiero później.
Puchonka, z którą przyszedł, wydawała się być przerażoną.
– C-c-co to było? – spytała Evy.
Amos nic nie odpowiedział, z wściekłością przecierając czoło, po którym bezczelnie spływało kilka kropel herbaty. Dopiero potem przypomniał sobie, że jest czarodziejem, i wyjął różdżkę.
– To – odpowiedział na pytanie Evy – był Syriusz Black.
Zacisnął wargi, żeby nie powiedzieć nic więcej; to, co cisnęło mu się na usta, nie było odpowiednie dla uszu młodej dziewczyny.
– Czy mógłbyś się z nim nie bić? Ja… Ja bym się chciała już czegoś napić. Tak. Napić. Picie jest dobre.
Amos posłał bardzo nieprzyjemne spojrzenie w kierunku Syriusza (który zdążył już wrócić do stolika, a samozadowolenie aż z niego promieniało), po czym uśmiechnął się z pewnym wysiłkiem do Evy.
– Oczywiście, usiądźmy i złóżmy zamówienie – zgodził się.
Ten dzień miał być dla niego naprawdę udany, dość długo namawiał Evy, żeby się zgodziła z nim wyjść na herbatę (czy może raczej dość długo badał grunt i pozbywał się zawsze towarzyszącej mu drużyny quidditcha, zanim faktycznie zadał Evy to pytanie). Kiedy się zgodziła, miał nadzieję, że miło spędzą czas, a tu coś tak… tak… Huncwockiego. Nie trzeba dodawać, że Diggory nie był specjalnym fanem Gryfonów, a wybryki Huncwotów uważał za godne pierwszoroczniaków.
– Wybierzesz coś dla mnie?
Puchon pokiwał głową i zaczął przeglądać menu. Nie miał pojęcia, co może smakować Evy. Może wyglądała jak ktoś, kto lubi wanilię? Nie był pewien, jak tacy ludzie mieliby wyglądać, ale uznał, że to całkiem prawdopodobne. Zapytał Evy, co o tym myśli. To znaczy nie o tym, czy da się rozpoznać, którzy ludzie lubią wanilię, ale o tym, czy chciałaby się napić waniliowej herbaty.
– Nie – odpowiedziała.
Diggory się zmartwił.
– Cynamon? – zaryzykował.
– Nie.
– Jaśminowa?
– Nie.
– Wiśniowa?
– Nie.
Amos poczuł się bezradny. To były wszystkie herbaty, które pasowały mu do Evy. Nie był pewny, na podstawie jakiego kryterium je dopasowywał, ale był przekonany, że któraś z nich przypadnie dziewczynie do gustu. Wrócił do wertowania menu, co jakiś czas rzucając propozycje, na które ona regowała ciągle tym samym “Nie”.
– Fiołki i pomarańcze – oświadczyła niespodziewanie. – Pachnie od ciebie fiołkami i pomarańczami. Chcę.
Amos pomyślał, że to najbardziej romantyczna rzecz, jaką w życiu słyszał.
Kiedy zamówienia zostały już złożone, Amos starał się nawiązać konwersację, a potem ją podtrzymać. Momentami próby te były dość dramatyczne, bo Evy albo bała się wypowiadać dłuższe zdania, albo była zbyt zajęta wąchaniem swojej herbaty.
Może jednak powinni byli zabrać jej kocyk? Amos odkrył właśnie, jak bezbronna i niewinna jest Evy bez kocyka. To było nieludzkie, oddzierać ją od niego, ale przecież to on, Amos, chciał być dla niej jak ten kocyk, to znaczy, nie, że chciałby na niej leżeć czy… Kopał samemu sobie grób, prawda? Chodziło mu o to, że chciał ją bronić i być jej siłą. Żadnych zbereźności.
Wolał tego jednak nie ubierać w słowa, na wypadek, gdyby Evy nie odebrała tego w taki sposób. Dlatego dokładał starań, by poprowadzić miłą rozmowę. Postanowił, że pierwsza randka to nie jest dobry moment na to, by oferować komuś, że zostanie jego kocykiem. Amos nie znał się na takich sprawach, ale coś mu mówiło, że to tekst raczej na trzecią, piątą czy dziesiątą randkę.
Chociaż, jak znał Evy, to był tekst dobry na nigdy.
– Może chciałabyś zjeść ciastko? – spytał, ale Evy go ignorowała. Już od jakichś pięciu minut. Z zawiścią spojrzał na Syriusza i Lemotę, którzy wyglądali na bardzo szczęśliwych i sobą zaoferowanych. Czemu im nie wychodziło? Przecież był w Evy bardziej zakochany, niż Syriusz… niż Syriusz będzie w kimkolwiek kiedykolwiek.
– Może dwa ciastka?
Evy pokiwała lekko głową, a potem utkwiła wzrok w filiżance. Diggory nie był zachwycony takim obrotem spraw; nie wiedział, co jeszcze ma robić, żeby Evy na niego spojrzała albo odpowiadała nieco częściej. Miał wrażenie, że nie bawi się ona najlepiej i to jego wina.
– To ja zamówię.
Znów pokiwała głową. Amos czuł, że grunt usuwa mu się spod nóg, tematy mu się kończą, a w gardle zasycha od ciągłego mówienia. Zdecydowanie coś robił źle.
Gdyby mógł usłyszeć myśli Evy, dowiedziałby się jednak, że wszystko było… dobrze. Evy była po prostu nieśmiałym, przestraszonym zwierzątkiem. Nie nudziła się. Bała się. W szczególności, że widziała schowaną za paprotką Małżę z jej aparatem.
Oczywiście Małża nie była jedyną osobą spośród obecnych w herbaciarni, która kogoś obserwowała. W jednym z kątów siedziały Len i Kejt (zainteresowane Puchonem), ale dwa inne stoliki zajęte były przez delegacje fanklubu Syriusza. Delegacje te nie były zadowolone z tego, że Black polubił Lemotę, ale niewątpliwie doceniały smak herbaty. Szczególnie Amelia, która raz po raz próbowała cudzą herbatę i się nią zachwycała.
– Mogliby już przestać wymieniać się śliną – zauważyła, choć sama piła właśnie z filiżanki jakiejś obcej jej pierszorocznej.
– Mogliby stąd wyjść – dodała Cam, która usiadła w takim miejscu, że ilekroć otworzyły się drzwi, czuła zimny powiew na plecach. Niespecjalnie jej to odpowiadało, ale poświęcała się dla Syriusza. – Na zewnątrz łatwiej byłoby ich obserwować.
– Ale herbata jest dobra – zaoponowała Karacha.
Cam pokiwała głową. Jako Matka Gryffindoru była też herbacianą weternaką, od lat przepijała się przez całe menu, by móc z przekonaniem polecać swoje ulubione napoje.
– Wolałabym ją pić przy tamtym stoliku – mruknęła. Nie musiała precyzować, o który stolik chodzi. – Bez urazy.
Na pewno nie chodziło jej o stolik Amosa Diggory’ego. Tam bowiem, jak twierdziła Len, Evy marnowała szansę swojego życia na dłubanie widelczykiem w czekoladowym cieście.
Przy stoliku, o który jej chodziło, nikt nie marnował szans. Lemota radziła sobie świetnie i Syriusz był nią w oczywisty sposób oczarowany.
– Wyzwanie. Dotknij językiem swojego nosa.
– To niewykonalne!
– Syriuszu! Wiesz przecież, jaka kara czeka cię, gdy nie wypełnisz swojego zadania?
Lemota uśmiechnęła się wymownie. Syriusz pomyślał, że gdyby zawsze miano go tak karać, zostałby bardzo bardzo, bardzo złym człowiekiem.
***
Tak więc oto w kilkanaście minut później Syriusz i Lemota wylądowali we wspomnianym już wcześniej schowku na miotły. Tylko tam udało im się ukryć przed fanklubem Syriusza – a raczej tak im się wydawało, bo dziewczyny staly pod drzwiami i nadsłuchiwały.
– Wiesz, co to jest? – spytał Syriusz, machając fiolką z jakimś zielonym płynem tuż przed lemotowymi oczami.
– Nie, ale pewnie chętnie się dowiem – odpowiedziała Lemot. Nie znała się szczególnie na zielonych płynach, ale wiedziała jedno: to nie była ziołowa herbatka.
Syriusz wypił szybko połowę fiolki, a resztę podał Lemocie. Na jej nieszczęście była ona Krukonką i lubiła eksperymentować. Wszak jeśli się czegoś nie spróbuje…
Gdyby była przy zdrowych zmysłach, pewnie pożałowałaby swojej decyzji. Jednak zielony płyn okazał się odrobinę zbyt zielony i zdrowe zmysły Lemoty zaginęły gdzieś razem z jej moralnością. Podsłuchujące fanki mogły po chwili usłyszeć huk, który spowodowany był nagłym przyciśnięciem Lemoty do ściany w celach wcale nie takich przystojnych. I krótkie:
– Jesteś taka różowa, króliczku.
Przemilczmy, co działo się dalej, i przenieśmy się w inną część zamku. W drodze do pokoju wspólnego Puchonów Amos nadal próbował rozmawiać z Evy, najwyraźniej pogodziwszy się już z faktem, że rozmowa ta momentami bardziej przypomina monolog. Domyślał się, że dziewczyna już więcej nie będzie chciała się z nim spotkać i najpewniej żałowała, że w ogóle się zgodziła. Jakież było jego zdziwienie, kiedy Evy powiedziała:
– Zatrzymaj się.
Spodziewał się, że po prostu zostawi go na środku korytarza, Merlin mu świadkiem. Ale Evy zrobiła coś innego, co całkiem go zaskoczyło; wspięła się na palce i go pocałowała. Nie spektakularnie i hollywoodzko, nie rozpędzajmy się aż tak. Pocałunek był dość nieśmiały i krótki, ale to Amosowi póki co wystarczyło. Kiedy oboje dotarli do pokoju wspólnego, uśmiechali sie szeroko.

Advertisements
Chapter 15 (Lemota, Evy, Małża, Len, Kejt, Amelia, Cam, Karacha)

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s