Chapter 14 (Ort, Haina, Carrie, Gwendy, Evek, Bard, Gis, Nath, Markiza, Lene)

W tym miejscu należy na chwilę zawiesić naszą niezwykle dynamiczną i pełną zaskakujących zwrotów akcji opowieść, by wspomnieć o duchach. W końcu jesteśmy w Hogwarcie, dlaczego – na Merlina! – miałoby tu nie być duchów? Duchy są wszędzie, to jasne jak słońce. Nie trzeba ich wywoływać, nie trzeba składać im ofiar z drobiu lub małych kotków, opcjonalnie małych Puchonów. Nie, duchy istnieją samodzielnie, niezależnie i samorządnie, po prostu nie zawsze mają ochotę się ujawniać. Niektóre są wręcz skryte i wolą zachować całą swoją ektoplazmatyczną istotę dla siebie, a nie wycierać nią hogwarckie korytarze, maszerując w prawo i lewo, byle tylko zyskać więcej czasu antenowego. O nie, szanujące się duchy tego nie robią i dlatego właśnie w tej opowieści dotychczas nie wystąpił żaden z nich. Dość tego. Trzeba je wytropić i przywklec za ektoplazmatyczne karki, żeby one również się pojawiły. Może nawet przyniosą ciasteczka?
A wiecie, gdzie najłatwiej wytropić ducha? W łazience prefektów.
Ort brał właśnie odświeżającą kąpiel relaksacyjną. Mnóstwo piany, bąbelków i francuskich pachnideł, wiecie, wszystko, co wam sie kojarzy z Ortem jako takim. Oczywista kąpał się w stroju kąpielowym, tak by nikt nigdy przenigdy nie zdobył (choćby przypadkiem) dowodów na (nie?)istnienie jego męskości. Ta syrena z obrazu to jednak była papla, co nie?
I już już miał przystąpić do mycia prawego ucha, gdy usłyszał chichot. Odwrócił się, niczego tam jednak nie było. Po chwili jednak chichot powtórzył się. I znowu. I, uwaga, znowu.
Ort wzdrygnął się tak na wszelki wypadek. Znajdował się w pozycji niesprzyjającej konwersacjom, to znaczy był mokry i pokryty pianą. Trudno okazywać komuś wyższość, kiedy jest się pokrytym pianą i przez chwilę bał się, że jeśli do jakiejś konfrontacji dojdzie, to będzie musiał szybko pozbyć się całej piany, żeby w ogóle móc się odezwać, inaczej nikt go nie weźmie na serio. Nie żeby teraz ktoś brał go na serio – ten chichot wyraźnie wskazywał na to, że tak nie było.
– Jest tu ktoś? – zapytał Ort, który nie oglądał mugolskich horrorów i nie wiedział, że nie powinno się zadawać takiego pytania.
Ale chichot nasilał się i nie przynosił ze sobą żadnych odpowiedzi.
– Halo? Kto tu jest? – powtórzył Ort, na wszelki wypadek rozglądając się za ręcznikiem. Pozbycie się piany wydawało się koniecznością w takiej sytuacji.
– Ale niemięsisty! A ja sądziłam, że trafi nam się młody Diggory. Beze mnie sobie oglądacie, dziewczęta?
Ort poczuł się urażony i owinął się ręcznikiem. Najdokładniej, jak tylko mógł.
– To nieuprzejme – oświadczył głosowi. – Czuję się obrażony i domagam się przeprosin. I szczerej skruchy.
– Haino, jesteż za głośna, zdemaskujesz nas!
Ort zaczął nasłuchiwać. Niewiele mu to imię mówiło, kiedyś może słyszał coś podobnego, ale nie miał pojęcia kiedy i gdzie. Wrócił więc do starego, sprawdzonego:
– Kto tu jest? Proszę mnie przeprosić!
– Widzisz? Teraz wszystko słyszał. Totty ma rację. Powinnaś się wstydzić, Haino, ty się nigdy nie umiesz zachować.
– Tralalala, kup se siana.
– Haino!
– Gwendy!
– Haino!
– Gwendy!
– DZIEWCZĘTA! On na nas patrzy!
Ort w istocie patrzył. I to patrzył bardzo, raz po raz przecierając oczy. Ręcznikiem. Co z perspektywy czasu nie było może najmądrzejsze, ale nie bardzo radził sobie z przyswojeniem wszystkiego, co się wokół niego działo.
– Na Merlina… – westchnął. – To jakieś duchy! – dodał, bo w końcu był bystrym Krukonem.
– No doprawdy, żeby kobiecie wiek wypominać! Jaki bezczelny!
– HAINO!
– No co? Co ja, mam słuchać tych jego wyzwisk? W imię dobrych manier? A weźcie się ode mnie. Nie będzie mnie szowinistyczna świnia obrażał i wyzywał od truposzy!
– Haino, ty jesteś martwa.
– Ale nie trzeba mi o tym przypominać!
Ort zamilkł. Nie zdarzało mu się to często, ale tym razem milczał i nic nie wskazywało na to, by miał wkrótce przemówić, zwłaszcza że zauważył stojące w kącie duchy. Były tu, z całą pewnością były, i patrzyły na niego. Jeden z nich nawet z oburzeniem. Przez chwilę przez Ortową głowę przeszła myśl, że może wypadałoby się przedstawić, ale potem uznał, że Merlin jeden wie, co takie duchy zrobią, jeśli będzie się dla nich miłym. Mogą nawiedzać go przy okazji każdej kąpieli, a tego by nie zniósł.
– Widzisz? To osioł. Niemy, gdy przyjdzie mu przeprosić.
Ort otworzył usta, a potem je zamknął. Na wszeli wypadek, gdyby przyszło co do czego i musiał uciekać, zacisnął ręcznik i patrzył to na duchy, to na drzwi.
– Bośmy się jak ostatnie osły nie przedstawiły. – Najcichszy z duchów przemówił. – Jestem Totty. Umarłam w tej łazience razem z tymi dwoma.
– Ortoglotus FineVay – przedstawił się Ort, kłaniając się nisko, co nie było łatwe z powodu ręcznika.
Teraz, kiedy wiedział, z kim ma do czynienia, poczuł się nieco pewniej. Przestał zerkać na drzwi.
– Ja jestem Gwendy, a ta krzycząca to Haina – odezwała się ta, którą Ort uznał za najstarszą. – Jestem pewna, że gdzieś w rurach kryje sie reszta duchów tej łazienki. Och, jakże tragiczna była nasza śmierć!
– Och, jest was więcej? Co takiego się wydarzyło? – zainteresował się Ort, który znów poczuł się niezwykle ważny. W końcu to jemu ukazały się duchy, o których być może nikt wcześniej nie słyszał!
– Więcej?
– Są nas…
– Miliony.
– Miliony? – zląkł się Ort i zacisnął ręcznik jeszcze bardziej. Biednemu ręcznikowi groziło rozerwanie w wyniku zbytniego zaciskania.
– Miliony. Chodźcie, bracia i siostry! Naszedł czas naszej opowieści!
Przez ścianę przeszło jeszcze kilka duchów, które staneły w różnych miejscach łazienki i łypały z ciekawością na Orta. W końcu jednak doszło do wymiany imion, dzięki czemu Ort dowiedział się, że znajduje się w towarzystwie Gis, Evka, Lene, Barda, Markizy i Natha. Był tym faktem oszołomiony.
– Dziewięć? – zapytał. – Te miliony to… dziewięć?
– Widzisz? Mówiłam, że to gbur.
– Wypraszam sobie, po prostu zostałem oszukany – zaoponował Ort.
– A teraz nas wyzywa od oszustów! Widzisz? Widzisz? Mówiłam…
– CISZA! – głos Barda zabrzmiał złowieszczo. Przypominał w zasadzie głos Śmierci. Mogliby go zatrudnić do ekranizacji Pratchetta. – WEZWANO NAS, BY OPOWIEDZIEĆ NASZĄ HISTORIĘ.
Ort przez chwilę zastanowił się, jakie są szanse na to, że dostanie popcorn. Albo chociaż że duchy odwrócą się na chwilę, żeby mógł się ubrać. Nic z tego.
– Wszystko zaczęło się dawno, dawno temu – zaczęła Markiza, która świetnie nadawała się do tego, żeby zacząć tę opowieść, bo miała tendencję do znikania. Niech lepiej powie swój wstęp, póki może.
– Gdy świat był jeszcze młody, a wartości nie zdążyły skarleć – kontynuowała Gis.
– Gdy chmurki były jeszcze szare i zanim trawa stała się zielona – dorzucił Evek.
– No bez przesady – wtrąciła Lene, przewracając ektoplazmatycznymi oczami.
– KONTYNUUJCIE.
– W każdym razie kiedyś, w odległej przeszłości, której możesz nie pamiętać – podjął Nath. – No, wtedy było inanczej.
– Tak, zdecydowanie inaczej – przytaknęła Markiza, która co prawda nie wyglądała, jakby zaraz miała zniknąć, ale kto wie. W końcu to nie tak, że przed zniknięciem uprzedzała, że zaraz może się coś takiego stać.
– Inaczej i lepiej – dodał Evek.
– O tak, dużo lepiej – zgodziła się Lene. – Zanim komputery przejęły władzę nad światem i… A, stop, nie ta bajka.
– Och, przejdźmy do rzeczy – zniecierpliwiła się Gis. – Jesteśmy duchami, mamy dużo czasu, ale ten biedny chłopaczek zamarznie, jeśli się nie pospieszymy.
– WTEDY BYŁO LEPIEJ.
Wszyscy pokiwali głowami, nawet Totty, Gwendy i Haina, które do tej pory milczały. Ort zaszczękał zębami, naprawdę było zimno.
– WTEDY, GDY JESZCZE ŻYLIŚMY I GDY WSZYSCY UCZYLIŚMY SIĘ W TYM ZAMKU.
– N-no dob-brze, a kied-dy to było? – zapytał Ort. – I c-co się stało?
– To było jakieś… piętnaście lat temu? – spytała Gis.
– A nie dwanaście? – zapytała Markiza.
– Nie, chyba szesnaście – stwierdził Nath.
– Dwadzieścia – zapewniał Evek.
– Nie, nie, musiało minąć przynajmniej ćwierć wieku – wtrąciła Lene.
– TO BYŁO DAWNO DAWNO TEMU, W LEPSZYCH CZASACH.
– Tak.
– Oczywiście.
– Jasne.
– Dobrze mówi!
Ort miał ochotę przewrócić oczami, ale nie mógł, za bardzo się trząsł i bał się, że mu gałki oczne wypadną. Może to właśnie w takich okolicznościach inni uczniowie stali się duchami? Zamarzli w łazience, czekając, aż ktoś im opowie, co właściwie się stało?
– BYLIŚMY MŁODZI I PEŁNI ŻYCIA. PEŁNI NADZIEI NA PRZYSZŁOŚĆ. BYLIŚMY… BYLIŚMY PRZYSZŁOŚCIĄ, KTÓRA NIE WIEDZIAŁA, ŻE WKRÓTCE STANIE SIĘ PRZESZŁOŚCIĄ.
Ort poczuł, że wkrótce sam stanie się przeszłością. Zginie, przepadnie, umrze i nikt nie będzie mógł już go podziwiać. Ta myśl go otrzeźwiła i obudziła w nim wolę życia.
– Dob-brze, ale dlacz-czego staliście się p-przeszłością? Co tu s-się stało?
– DRAMAT!
– Tragedia!
– Katastrofa!
– Jaki?! – zawołał Ort, unosząc w górę ręce. Co było błędem, bo wtedy ręcznik, zgodnie z wszelkimi prawami fizyki, w które wierzyła Tilly, opadł na ziemię. Ort go szybko podniósł, posyłając duchom wyczekujące spojrzenie.
Dzięki wam bogowie za to, że Ort kąpał się w bieliźnie.
– Zebraliśmy się tu wszyscy, żeby celebrować nadejście wiosny i trawy zieleńszej od najzieleńszych żab – kontynuowała Gis.
– Jest jesień. Zima p-prawie – zauważył Ort.
– TO BYŁO PRZED WIEKAMI.
Ort możliwie uprzejmie pokiwał głową i dalej patrzył wyczekujące. Tracił czucie w zlodowaciałych stopach.
– Jak na mój gust, to była całkiem niezła imprezka – rzuciła Haina, której wcale nie podobał się ten oficjalny ton.
Totty wymamrotała coś o dymie, którego nie powinno być i groźbie zaczadzenia, ale żaden z innych duchów nie zareagował na to mamrotanie, co jeszcze bardziej skołowało Orta.
– N-no dobrze – zaczął, starajac się nie myśleć o zimnie. – Nieważne kiedy. Przymiotniki też są nieważne. Może któreś z was krótko opowiedzieć, jak umarliście? I dlaczego nawiedzacie tę łazienkę? – Bardzo chciał dodać “I dlaczego robicie to teraz?”, ale się powstrzymał. W końcu był Krukonem nie tylko błyskotliwym, ale i uprzejmym.
– To wszystko przez Hainę – powiedziała Gwendy. – Nieświadomie, jednak…
– Och, jasne, wszystko ja, wszystko! Wcale nie musiałaś tego pić, barania głowo, trzeba było mniej chlać, a nie teraz wszystko na mnie, na mnie i na mnie!
– Zatruliście się czymś? – zainteresował się Ort. Wiedział o truciznach całkiem sporo, ostatecznie spędził trochę czasu na upewnianiu się, czy nikt mi nic nie dolał do soku z dyni.
– ODEBRANO NAM ŻYCIE.
– Za pomocą trucizny?… – Ort desperacko starał się trzymać tego temu, jakby w nadziei, że przybliży go to do odkrycia wszystkich tajemnic wszechświata. A przynajmniej tajemnicy nawiedzonej łazienki prefektów.
– W OKRUTNY I PRZEBIEGŁY SPOSÓB. W CHWILI NASZEJ RADOŚCI. Z UKRYCIA. BEZ OSTRZEŻENIA.
– Arszenik w piwie kremowym? – zapytał ze współczuciem Ort. Sam o mały włos nie dał się nabrać na coś podobnego. No dobrze, chodziło o sproszkowaną wątrobę szczura i o herbatę, więc może nie było tak dramatycznie, ale z pewnością smak byłby równie obrzydliwy.
– W piwie kremowym? Czy on myśli, że my jesteśmy dziećmi? Doprawdy, jak ja mu zaraz przyłożę…
– HAINO.
– Piliśmy Ognistą – oświadczył Evek, który do tej pory z ciekawością przyglądał się syrenie.
Ort wzruszył ramionami; naprawdę nie robiło mu to większej różnicy, a rozmowa się przeciągała i zaczynała go nudzić.
– Tak nam się przynajmniej zdawalo – ciągnęła Totty, co i rusz zerkając na Hainę. Ta wyglądała na wściekłą. Diabli tylko wiedzieli, co zaraz zrobi. – Haina znalazła butelkę Ognistej w pracowni eliksirów. Skąd mogliśmy wiedzieć…
– A przepisy BHP mówią: nigdy nie trzymaj niebezpiecznych substancji w źle oznaczonych opakowaniach – powiedziała Gis.
– BHP? – spytała Lene.
– CISZA, SZLAMY.
– I piliście ją… tutaj? – Dla zwiększenia dramaturgii Ort zamachał rękoma, wskazując całe pomieszczenie, na wypadek, gdyby duchy nie zdawały sobie sprawy z tego, że są w łazience. Czyli w miejscu całkiem nieodpowiednim do spożywania Ognistej, przynajmniej zdaniem Orta.
– TAKA BYŁA TRADYCJA TEGO ZAMKU. TEGO CHCIAŁY POKOLENIA ABSOLWENTÓW. TAJNE MIEJSCE CELEBRACJI, KTÓRE TERAZ SŁUŻY WSZOM TWOJEGO POKROJU ZA ŁAŹNIĘ.
Ort starał się nie czuć obrażony i pokiwał głową. Wszy, też coś.
– I teraz – zaczął, nadal kiwając głową, jakby zrozumiał, co duchy chciały mu przekazać – nawiedzacie tę łazienkę? Tylko ją? – dodał z nadzieją.
– MY NIGDY NIE WYCHODZIMY Z TYCH ŚCIAN. SPĘDZAMY WIECZNOŚĆ BÓLU I SAMOTNOŚCI JAKO KARĘ ZA LEKKOMYŚLNĄ MŁODOŚĆ.
– Tylko te trzy zawsze gdzieś się wynurzą – dorzuciła Gis.
Ort zaczął kiwać głową jeszcze gorliwiej, a potem oświadczył:
– Niezwykle wam współczuję takiego losu, to doprawdy straszne.
Słowa te nie musiały być szczególnie szczere, bo w tym samym czasie przemieszczał się dość szybko w kierunku drzwi. Kiedy tylko poczuł chłodną klamkę, z ulgą za nią szarpnął, a potem pognał w kierunku pokoju wspólnego Krukonów – w bieliźnie i ręczniku. Przecież ratował swoje życie, nie mógł zwlekać i podnosić szatę. W takich chwilach trzeba coś poświęcać, jeśli chce się ocaleć. Ort planował ocaleć. I planował nigdy, nigdy, przenigdy nie wracać do tej łazienki, nawet jeśli to by oznaczało branie kąpieli w mniej luksusowych warunkach. O to się będzie jednak martwił, jeśli nie złapie zapalenia płuc i nie umrze. Wtedy mógłby zostać dziesiątym duchem łazienki. Albo czymś jeszcze gorszym.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s