Chapter 13 (Atri, Hestia, Lama, Pe, Sylv, Dej, Kicia, Morela, Aniołak, Soł, Bran, Kit, Humb, Hasz, Vatelema, Tabby, Tilly, Mi, Jadzia)

Atri szła korytarzem z wyrazem (mrocznej) determinacji na twarzy, a jej obcasy postukiwały głośno. w kieszeni szaty miała zwinięty w kulkę pergamin z zaproszeniem do tego nowego klubu. Nadal nie mogła uwierzyć, że ktoś podejrzewał ją o to, że wywiesiła tak idiotyczne ogłoszenia – tylko dlatego, że zasugerowała, że w ich Klubie jest za mało świeżej krwi. To jeszcze nie oznaczało, że zrobiłaby coś takiego, prawda? W każdym razie została wysłana na spotkanie tego drugiego klubu, żeby się dowiedziała, kto próbuje robić im konkurencję. Miała udać się tam z obstawą i po powrocie natychmiast wszystko zameldować. Ani trochę jej się to nie podobało, ale nie miała większego wyboru.
Kiedy w końcu dotarła na drugie piętro, jej obstawa już czekała. Hestia i Lama czytały ksiażki – każda z nich własne opasłe tomiszcze – i nawet nie zauważyły jej przybycia. Mimo tego stukania.
– To bezsensowne – powiedziała zamiast powitania.
– Oczywiście, że tak – zgodziła się Hestia. – Miło cię widzieć.
– To dlaczego tu jesteśmy? – zapytała Lama, zamykając głośno swoją księgę. Wydawał się bardziej poirytowana; może jej księga była ciekawsza.
– Och, no wiecie. Warto wiedzieć, co się dzieje w Hogwarcie, prawda? – odpowiedziała Atri, żałując, że nie może powiedzieć im o Klubie. Zaczęła żałować też, że nie wzięła ze sobą kogoś innego. Na przykład Pe. Pe by nie zadawała takich pytań, Pe by wtargnęła do sali i zaczęła tańczyć na stole.
– Wchodzimy? – spytała Hestia. W końcu skoro już tu przyszły…
– Tak, skończmy z tym jak najszybciej – westchnęła Atri i zapukała do sali, w której miało odbywać się spotkanie klubu.
Nikt jej nie odpowiedział, więc pociągnęła za klamkę. Drzwi były zamknięte. Atri zmarszczyła brwi, wyciągnęła z kieszeni kartkę, rozprostowała ją i jeszcze raz przeczytała datę, godzinę i miejsce. Wszystko się zgadzało. Już miała wzruszyć ramionami i odejść, kiedy drzwi się otworzyły i coś się na nią rzuciło z okrzykiem “Aaaaaaatri!”. Nie musiała nawet patrzeć, by wiedzieć, że była to Pe. Co dobitnie potwierdzało, że klub ten nie mógł być ani tajny, ani mroczny.
– Co ty tutaj robisz? Przyłączasz się do nas? OCH, TO TAK CUDOWNIE!
Hestia i Lama wykonały pół kroku w tył, prawdopodobnie w nadziei, że uda im się wykonać odwrót i porzucić Atri. W końcu póki co Pe ich nie zauważyła, nadal miały szansę.
– Ale… – zaczęła Atri – właściwie co tu robicie?
Pe szarpnęła ją za rękaw i wprowadziła do sali. Hestia i Lama weszły za nią.
W pomieszczeniu było dużo kurzu, przez który Atri zaczęła kasłać. Ktoś jej podał chusteczkę i ze zdziwieniem rozpoznała Sylv. Nieco dalej stała Dej i z zapałem kopała w coś, co kiedyś było szafką. W przeciwległym kącie znajdowała się Aniołak, ale trudno było określić, co robiła. Gdzieś po pomieszczeniu rozsiane były jeszcze Kicia, Morela, Soł, Bran i kilka innych osób, których w tym momencie Atri nie rozpoznawała.
Pe promieniała z radości.
– Jak to co? Klub. Przecież kluby są takie fajne, prawda, Atri? No i znalazłam tę salę, jak ostatnio mi Pusia zginęła. To znaczy jak jej szukałam, bo okazało się, że przez cały czas siedziała pod moim łóżkiem, ale przecież to by było idiotyczne, gdybym tam zajrzała od razu, więc poszłam jej szukać gdzieś indziej i zrobiłam sie strasznie głodna, więc poszłam do kuchni, ale ostatnio skrzaty przestały być dla mnie takie miłe, może dlatego, że zbiłam tę filiżankę, którą mi dały… To znaczy pięć filiżanek. W tym tygodniu. Ale już piątek, więc nie jest tak źle, poza tym jestem pewna, że te filiżanki im się zrastają magicznie, w porządku, może same skrzaty nie schną tak szybko, ale to tylko herbata. W każdym razie poszłam po ciasteczka, a one mówią “Panienko Pe, panienko Pe…”, prawda, jak słodko to brzmi?, no więc mówią “panienko Pe, musi panienka iść, nie może panienka tu zostać”. Zapytałam, czy chodzi o te filiżanki, bo bym je przetransmutowała, przecież wiesz, jeśli by miały mieć z ich powodu problemy, ale one mówią, że to nie o to chodzi, że dyrektor powiedział cośtam i one muszą przestać dokarmiać studentów. Co o sape… saje… Sylv, co on powiedział?
– Że Sanepid zagroził kontrolą – odpowiedziała Sylv, posyłając Atri spojrzenie “tak, wszyscy wiemy, że żaden Sanepid nie wszedłby do Hogwartu, po prostu udawaj”.
– Dziękuję! – wykrzyknęła Pe. – To wyglądało poważnie, więc nie chciała skrzatów narażać na nieprzyjemności, w końcu nie wiadomo, co może je spotkać ze strony takie Sape…
– Sanepidu.
– Dziękuję! Dlatego porozmawiałam z nimi i obiecały przekazywać mi trochę składników na ciasteczka raz w tygodniu, jeśli będę je piekła gdzieś indziej i przestanę do nich przychodzić. Wtedy Sanepid nie będzie ich nękał.
Atri chciała coś na ten temat powiedzieć, ale zamiast tego zapytała:
– I co… tutaj? Ci wszyscy ludzie? Ciasteczka? Tajny klub… piekący ciasteczka?
Pe kiwnęła głową aż nazbyt entuzjastycznie.
No świetnie. Wpadła w całe te kłopoty tylko dlatego, że Pe się zachciało łakoci. Gdyby ktoś miał wpadać w kłopoty za każdym razem, gdy Pe zechce się łakoci, przysięgam, całe Zjednoczone Królestwo tkwiłoby już w więzieniu.
Sylv uśmiechnęła się przepraszająco, jak gdyby to była jej wina, że Pe urodziła się szalona. Atri zrobiło się trochę głupio, więc też się uśmiechała, jednocześnie rozmyślając nad planem ucieczki.
– Macie jakieś próbki do skonsumowania? – zapytała Lama.
Pe zrobiła zasmuconą minę.
– No właśnie jeszcze nie, bo widzicie, tu są straszne warunki, koszmarne, jakby nikogo tu nie było od lat, bo w sumie to chyba nie było, jest taki kurz i te stare, niepotrzebne meble, a do tego drzwi były zablokowane zaklęciem, dobrze, że Dej je złamała, bo inaczej byśmy nie dały rady wejść, ale teraz trzeba posprzątać, bo inaczej nie będziemy mogły nic tutaj zrobić, a do tego Sylv odmawia odejścia od okna na dłużej niż parę sekund, bo zaczyna się od tego kurzu dusić, ale w sumie to może tylko udaje, nie wiem, bo akurat myłam okna, kiedy tu weszłyście, bo Sylv odmawia też mycia okien ze względu na lęk wysokości, ale musimy przecież umyć okna, bo nie można piec z brudnymi oknami, prawda? A potem jeszcze umyję podłogę, bo gdyby moja mama ją widziała, to powiedziałaby, że tu jest straszny chlew. W chlewie nie piecze się ciasteczek, tego jestem pewna.
Dej skończyła kopać w szafkę, która była teraz kupką drzazg. Nikt nie zapytał, dlaczego nie użyła zaklęcia. Może po prostu zostałą tu zwabiona przypadkiem i chciała w ten sposób rozładować agresję.
– Ale wy pamiętacie, że jesteście czarodziejkami, prawda? – spytała Hestia i choć pytanie wydawało się retoryczne, to chyba nawet pytająca nie wierzyła, że otrzyma właściwą odpowiedź.
– No i? – spytała Pe.
Sylv zaliczyła klasyczną twarzową palmę.
– Pe nie wierzy w skuteczność takiego sprzątania. Coś o mamie i chlewie – wyjaśniła Dej.
Pe pokiwała głową i zabrała się do dalszego mycia okna, które wymagało skakania po parapecie. Wszyscy inni przerwali na chwilę pracę i być może robili zakłady, czy wypadnie za okno, czy nie.
– Na litość Merlina i Morgany! – krzyknęła Hestia i, nie zwracając uwagi na to, że Pe pewnie już nigdy się do niej nie odezwie, machnęła różdżką.
Porządek zapanował.
– Eeeeej! – zaprotestowała Pe, zeskakując z parapetu. – Tak się nie powinno robić, przecież zaklęcie nie może wszyst…
Niestety, została brutalnie zakneblowana. Znowu. Wszyscy poza nią wydawali się nadzwyczaj uradowani takim obrotem sytuacji. Niektórzy zdecydowali się nawet na odwrót – Soł, Hasz i Kit szybko się wymknęły z pomieszczenia, a za nimi pobiegły Vatelema i Humb. Morela stała przy drzwiach z bardzo niezdecydowaną miną, jakby bardzo chciała uciec, ale wizja ciasteczek trzymała ją jednak w pomieszczeniu. Sylv schowała chusteczki do kieszeni szaty, zadowolona, że może w końcu oddychać. Dej rozejrzała się za czymś, co jeszcze mogłaby skopać. Kicia natomiast uśmiechnęła się promiennie:
– To co z ciasteczkami?
Pe westchnęła. Świat jej nienawidził.

***

Tymczasem na skraju Zakazanego Lasu działy się rzeczy nie do pojęcia! Tylu dziwów i nieprawidłowości świat chyba jeszcze nigdy nie uświadczył. No bo jak to tak? Jak można… Przecież to niedopuszczalne! To kpina nie tylko z praw magii, ale również i z praw fizyki! Tak, tak, panie i panowie, o to…
– I o to cały ten ambaras? – spytała Tabby, elegancko unosząc jedną brew do góry. Eleganckie unoszenie jednej brwi do góry to coś, co perfekcyjnie opanowali wszyscy Ślizgoni.
Mi nie odpowiedziała, była zbyt zajęta przyglądaniem się chmurom. Jedna wyglądała jak grzyb, druga jak jednorożec, a trzecia jak wata cukrowa. To ważne, bo w świecie Mi mało która chmura wyglądała jak wata cukrowa, nawet te puchate, które wszyscy normalni ludzie utożsamiali z watą cukrową albo z barankami. Nie, dla Mi watą cukrową były tylko te takie dziwne, postrzępione chmury, które wyglądały jak strzępy waty cukrowej, które zgarniało się na patyczek. To jeszcze dobitniej podkreśla, że Mi była Artystką przez duże A. A jak wiadomo, Artyści – szczególnie tacy przez duże A – nie są dobrze w takich przyziemnych rozmowach. Dlatego właśnie konieczność udzielenia odpowiedzi spadła na Tilly.
– One spadają pod złym kątem, rozumiesz to w ogóle? – Tilly była w swoim naukowym szale. A kiedy człowiek wpada w naukowy szał, lepiej, dla własnego zdrowia, zawsze się z nim zgadzać. Zawsze. – Liście powinny spadać tak, a nie tak! – Tego czytelnik nie zrozumie, gdyż Tilly postanowiła pobawić się w Hermionę i popokazywać gest nadgarstka. Ciekawe, jak na to wpadła, skoro Hermiony nie było wtedy jeszcze na świecie. – Czy nie dociera do ciebie, jaki katastrofalny w skutach finał będzie miało to jesienne opadanie liści? Nadejdzie apokalipsa! Prawa fizyki się złamały!
– Chmury wyglądają całkiem normalnie – stwierdziła autorytatywnie Mi, która świetnie znała się na chmurach. No, może znała się na nich w nieco inny sposób niż pozostali Ludzie Znający Się Na Chmurach, ale to nie powód, żeby ją dyskryminować. – Gdyby nadchodziła apokalipsa, na pewno wyglądałyby inaczej. Mogłyby być czerwone.
Tilly sama zrobiła się czerwona. Czerwone chmury? To by była… Nie, na takie coś nie potrafiła znaleźć słów. Postanowiła jednak, że i sama zacznie się chmurom przyglądać. Na wypadek, gdyby naprawdę zaczęły zmieniać kolor. W końcu w zaistniałych okolicznościach wszystko mogło się zdarzyć.
– A pomyślałaś o tym, że wieje wiatr? – spytała Tabby, która wprawdzie nie miała pojęcia, co to jest fizyka, za to posiadała zdrowy rozsądek.
Tilly milczała.
I właśnie w tej sekundzie ciszy usłyszały cichy, dziecięcy głosik.
– Przepraszam panie bardzo, czy nie widziały panie Budynia?
Wszystkie trzy odwróciły się w kierunku źródła dźwięku, każda z nich z zamiarem udzielenia innej odpowiedzi. Oczywiście żadnej z tych odpowiedzi nie dało się zrozumieć, bo pozostałe dwie są skutecznie zagłuszały, więc oszczędzimy czytelnikom próby odgadywania, co poeta miał na myśli. Możemy jednak przyjąć – gdyby ktoś był bardzo ciekawski – że jedna brzmiała “Nie, z pewnością nie”, druga “Czy był to budyń malinowy?”, a trzecia “Budyń występuje jedynie w Wielkiej Sali i nigdy na wolności”. Ale to tylko założenie. W każdym razie dwie Krukonki i Ślizgonka patrzyły dalej na źródło dźwięku.
A źródło dźwięku było najsłodszą, najbardziej uroczą, najpocieszniejszą (…) najbiedronkospineczkową pierwszoroczną Puchonką ze wszystkich pierwszorocznych Puchonek w historii Hogwartu. Gdyby pomyślały przez moment uświadomiłyby sobie pewnie, że to urocze stworzonko było siostrą zupełnie nieuroczej Ety, ale żadna nie miała czasu na myślenie, Jadzia dodała bowiem (co znacznie wyjaśniło sytuację, znaczy, pomijając fakt, że znamy już jej imię):
– Budyń to mój pluszowy króliczek.
– Dlaczego miałby być akurat tutaj? – zapytała Tabby, powstrzymując brew przed uniesieniem się. Urok Jadzi był obezwładniający dla wszystkich brwi w okolicy.
Mi tymczasem zaczęła rozglądać się wokół, jakby istniała duża szansa, że pluszak przycupnął sobie pod jakimś drzewem albo zbierał liście. W sumie – kto wie, może i taka szansa istniała. Niezbadane są losy pluszaków w Hogwarcie.
– Starsi chłopcy mi go ukradli.
Mi przestała szukać i zrobiła oburzoną minę. Nie popierała przemocy wobec pluszowych zwierząt.
– Którzy? – zapytała rzeczowym tonem Tilly, która ciągle jeszcze zerkała w stronę liści. Zdecydowanie opadały w niewłaściwy sposób i nie powodował tego żaden wiatr, była tego pewna. Zrobiła mentalną notkę, żeby przyjrzeć się chochlikom, które mogą mieszkać na tego rodzaju drzewach. Potem jednak znów spojrzała na Jadzię, jakby patrzenie miało przybliżyć ją do rozwiązania Jadziowego problemu.
– Duzi.
Tilly nie przewróciła oczami tylko dlatego, że powstrzymał ją przed tym urok Jadzi. Ale gdyby nie to, niewątpliwie przewróciłaby oczami.
– Jak wyglądali? Rysopis pomógłby nam ich znaleźć.
– Byli duzi.
Tyle Jadzia potrafiła im powiedzieć.
Zapadła lekko krępująca cisza, która gdyby nie poziom jadzinej słodkości pewnie byłaby o wiele bardziej krępująca. Byłaby też pewnie o wiele dłuższa, gdyby Jadzia nie postanowiła jej przerwać.
– Jak się panie nazywają? Czy mogę mówić do pań po imieniu? Etka mówi, że jak nie będę grzeczna, to dostanę szlaban na spineczki, ale ona tak mówi tylko dlatego, że jej tata tak każe.
Znów trzy głosy odpowiedziały jednocześnie i trudno było rozróżnić, co składało się na czyją odpowiedź, ale ogólne przesłanie brzmiało “tak, mów po imieniu” i “jak to szlaban na spineczki, to barbarzyństwo”. Padły też imiona; jeśli Jadzia je usłyszała i zapamiętała, to powinna dostać przynajmniej 10 punktów dla Hufflepuffu oraz angaż do reklamy damskiej wersji mugolskiego dezodorantu Axe, gdyby takowa powstała.
Jadzia chyba nie dostanie 10 punktów dla Hufflepuffu, bo powiedziała:
– Ja jestem Jadzia, a panie…?
Tym razem zapadła cisza, bo wszyscy spodziewali się, że ktoś inny zacznie się przedstawiać. Zanim jednak zwykła cisza stała się ciszą krępującą, Tilly, Tabby i Mi się przedstawiły, uśmiechając się przy tym w możliwie uroczy sposób, choć – nie oszukujmy się – daleko im było do uroku Jadzi.
– Czy panie, znaczy, pani Tilly i pani Tabby są w sobie zakochane? Bo panie tak ładnie na siebie patrzą, jak Eta patrzy na pana Wilkesa i jak pan Rosier patrzy na panią Lysię, i jak nasz kuzyn Nigel patrzył zawsze na wszystkie panie tak w zasadzie…
Miś niemal zakrzusiła się ze śmiechu. Tilly spoważniała, bo oto miał się wydać sekret jej życia. Tabby, zupełnie nie po Ślizgońsku, zrobiła się czerwoniutka jak gryf… pomidorek.
– Pani Tabby, czy pani potrzebuje tabletki na gorączkę? – zapytała z przerażeniem, bo Tabby naprawdę wyglądała tak, jak gdyby miała spłonąć. Lub kogoś spalić. Zaczęła rozglądać się wokoło. – Mam tabletki gdzieś w torbie, mam je, jeszcze od… od Nigela. – Nigel leżał w Mungu obecnie. Kiedyś, trzy lata temu Nigel był ćpunem. Całkiem sympatycznym. Ale Jadzia o tym oczywiście nie wiedziała.
– Wasze małe, tilly-tabisiątka będą mieć trudne dzieciństwo. Rodzice boją się przed sobą przyznać, że się pragną i pożądają, udają, że ich pociechy są jedynie przypadkiem, kiedy jeszcze nieuświadomieni oddali się namiętności… – Ugryzła się w język.
Mi była o krok od turlania się ze śmiechu, powstrzymywała ją tylko wizja mokrej, oblepionej liśćmi szaty. Nie miała pojęcia, kim jest Jadzia, ale czuła, że mogłaby ją adoptować; tego rodzaju odczucia często towarzyszyły spotkaniom z pewnymi osobami. (Taka przykładowa Pe, której w tej scenie nie ma, została adoptowana kilkakrotnie i od każdej adopcyjnej matki domagała się nie tylko pożywienia, lecz także kieszonkowego, a jej urok sprawiał, że otrzymywała i jedno, i drugie. Gdyby Jadzia była równie przedsiębiorcza, zaszłaby jeszcze dalej).
– Czy ja to powiedziałam? – spytała, żeby rozładować atmosferę. Ale na to było już chyba tyćkę za późno.
Mi pokiwała głową, krztusząc się ze śmiechu. To również nie pomogło w rozładowaniu atmosfery.
Nic już nie mogło pomóc.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s