Chapter 12 (Pe, Len, Małża, Bran, Kejt, Deva, Holly, Amelia, Cam, Tibby, Evy, Lemota, Sylv, Gagata, Zet, Marta, Amf, Zielon, Karacha, Drach)

Nadszedł wielki dzień.
Drużyna Puchonów siedziała w skupieniu i nawet Pe mówiła tak jakoś mniej niż zwykle. Wszyscy martwili się, jak wypadną w meczu z Gryfonami, którzy zachowywali się, jakby już wygrali. No, może wszyscy poza Amelią, która siedziała pobladła i wyglądała, jakby wmuszała w siebie kaszy kęs tosta.
– Jedz – władczym tonem mówiła jej władcza Holly. Tak po prawdzie to Amelia powinna się cieszyć, że nikt jej tego tosta nie wkładał do ust siłą. Byli ochotnicy. Jak choćby Tibby i Cam, które martwiły się swoimi “dziećmi”.
Amelia mruknęła coś po francusku – z jej miny można wnioskować, że było to mało cenzuralne – i wróciła do przeżuwania. Nie miała ochoty rozmawiać z nikim, a szczególnie z Holly, która nadal spędzała czas z Syriuszem, chociaż Black zgodził się na randkę z tą Krukonką. Amelia czuła do niego żal i choć nadal trzymała się dość blisko drużyny, jej relacja z Syriuszem się ochłodziła. To znaczy z jej strony. Syriusz trwał w niewiedzy.
– Wygramy, jak zawsze – powiedziała Tibby, która naprawdę chciała wpychać te tosty do ust. W szczególności do ust Jamesa. Ach, karmić Jamesa Pottera to by było…
– Jasne, że wygramy – powiedziała Holly i pocałowała, tak, pocałowała, Jamesa w policzek! Tibby zacisnęła palce na nożu do masła. – Rogaty ich zmiecie z powierzchni ziemi.
– Skopiecie im tyłki, pożrecie ich i wyplujecie same kostki – stwierdziła z przekonaniem Cam, przeżuwając tosta.
Żałowała, że nie jest to mecz z Krukonami, chciałaby zobaczyć, jak kapitan Krukonów odbrywa tłuczkiem. No trudno, będzie cierpliwa. Póki co zerknęła w stronę Amelii, która jeść i tylko patrzyła w przestrzeń, bledsza od ściany.
– Kochanie, nie jesz – zauważyła i podetknęła jej pod nos własnego tosta. – Spróbuj tego, pyszny.
Amelia nawet na nią nie spojrzała, a Cam zaczęła się martwić o jej zdolność gry w takim stanie. Nie chciała, żeby lwy przegrały.
– O ile w ogóle wyjdą na boisko – powiedział Syriusz. – To Puchoni, nie zapominajcie o tym. Przecież oni…
– … nigdy się nie poddają, tak, borsuki walczą do końca! – Amos próbował, naprawdę próbował, z przekonaniem przeczytać to, co Pe napisała mu wcześniej na jego rękawie, ale a. większość się już rozmazała b. naprawdę nie był dobry w motywacyjnych przemowach.
– Do ostatniej kropli krwi! Do ostatniego udka kurczaka na talerzu! Do upadłego! Do… – zaczęła Pe, ale Len ją zakneblowała. Len ostatnio często występowała w roli knebla dla Pe.
Amos spojrzał na nie niepewnie, nieznacznie wzruszył ramionami i wrócił do przemowy. Większa część drużyny słuchała go z uwagą. Tylko Deva stała w pewnym oddaleniu od nich i patrzyła w niebo.
– Będzie padać – stwierdziła ponurym tonem.
– Ale wygramy – niepewnie powiedziała Evy, która czuła się w moralnym obowiązku uśmiechnąć się do Amosa. Amos uśmiechnął się do niej również. Za to Małża, och, gdyby wzrok mógł zabić…
– Oczywiście, że wygramy! – potwierdziła Len, uśmiechając się do Amosa.
Zakneblowana Pe pokiwałą głową, podobnie jak reszta drużyny – niezakneblowana, ale skupiona i nieskora do rozmowy.
– To wygląda na chmury burzowe – dodała Deva, która zupełnie zignorowała przemowę Amosa. – Nie lubię latać w deszczu.
– Ej, Bran, ale ty jesteś po naszej stronie, nie? – spytała Małża, bo skoro nie mogła nakrzyczeć na Evy za jej romanse, musiała znaleźć inną ofiarę.
Bran spojrzała na nią niewinnie:
– Ja…?
– Tak, ty, miałaś nas wspierać – dodała Kejt.
Pe tymczasem wyswobodziła sie z knebla i rzuciła się na Bran.
– Braaaan. Oczywiście, że Bran nas wspiera, można się do niej przytulić i specjalnie po to tu przyszła, żebyśmy się wszyscy mogli do niej przytulić, bo Bran zależy na naszej wygranej, prawda?
Bran, świadoma, jak wszyscy na nią patrzą, tylko pokiwała głową. Miała nadzieję, że Amos nie skorzysta z oferty przytulenia jej, bo obawiała się, że wtedy wybuchłaby trzecia wojna światowa.
Amos nie zamierzał nikogo przytulać. Musiał się skoncentrować. Nadchodził wszak bardzo ważny mecz.

***

– Jak to, wciąż nieprzytomny? Boże, kurwa, święty, my tu mamy imprezę! My tu zwyciężyliśmy! A pani nam mówi, że nasz ścigający jest nieprzytomny!
James biegał jak oszalały. Jak oszalały też przeklinał. Nie sądził, że to cokolwiek da, ale…
– Proszę pani, przecież on tylko dostał tłuczkiem – Gagata próbowała zachować względny spokój. Wykazać się przy Jamesie. – Każdy nim kiedyś dostał, nawet widownia. Ale nikt od tego nie traci przytomności na całe dwie godziny.
Pielęgniarka spojrzała na nich ze współczuciem.
– Musiałam mu podać eliksiry usypiające. Stracił dobry kawał kręgosłupa. Nie chciałam, żeby mi się z nim wierci, kiedy będzie odrastał.
Do Jamesa chyba właśnie dotarło, że nie chodzi tylko o głupią imprezę. Chodzi o to, że Pe z tym jej idiotycznym tłuczkiem prawie zabiła mu przyjaciela.
– To może… To ja z nim zostanę. Gagata… Gagata zajmie się świętowaniem.
Był blady jak ściana.
– Nie, to nie będzie potrzebne. Pan Black ma już towarzystwo.
James był zbyt zdenerwowany by się upewniać, ale u Gagaty damska ciekawość zwyciężyła. Zajrzała do Skrzydła i zobaczyła tam pogrążoną w nauce Lemotę. No tak. Nowa dziewczyna Blacka ma swoje obowiązki.
– Dobrze z nim będzie, Jim, prawda, pani pielęgniarko?
Pielęgniarka kiwnęła głową.
– Niech pan pójdzie świętować, panie Potter. Mu potrzeba teraz ciszy i spokoju, a nie waszych gryfońskich szaleństw.

***

W tym miejscu warto wspomnieć o Puchonach. Nie byli pogrążeni w rozpaczy. No, może poza Pe, która w końcu należała do wielbicielek Syriusza, a tłuczek, którym go uszkodziła, nie świadczył najlepiej o jej uczuciach. Reszta drużyny przeszła nad tym wszystkim do porządku dziennego, ale Pe nie mogła. Znów przestała się odzywać, co martwiło szczególnie Sylv, która teraz siedziała z nią na jakichś schodach i jednocześnie pocieszała marudzącą Pe, i obserwowała schody na wypadek, gdyby postanowiły się poruszyć. Nie ufała im za bardzo. Pe jednak zaczęła szlochać, co trochę wypłoszyło Sylv.
– Powinni mnie wywalić z drużyny – oświadczyła. – Na następny mecz nawet nie pójdę.
– Przynajmniej zeszliście z boiska zanim sie rozpadało. Deva miała rację z tą burzą – odpowiedziała Sylv.
– Deva jest dobra w tym wyczuwaniu pogody, wiesz? Co mecz nam mówi, jaka będzie pogoda i zwykle ma rację. Szkoda, że nie umie przewidywać innych rzeczy, na przykład gdzie polecą moje tłuczki. To znaczy ona w ogóle nie umie przewidywać, tylko z pogodą jej się udaje. Ale gdyby było tak z tłuczkami, to byłoby lepieeeej. I ja już nic nie mówięęę!
Pe zrobiła skwaszoną minę, która oznaczała, że trzeba ją przytulić, co też Sylv uczyniła. Po raz kolejny gratulowała sobie w myślach decyzji o nie podejmowaniu próby dołączenia do drużyny Ślizgonów. Za bardzo kochała swój kręgosłup, a obawiała się, że nie mogłaby pocieszać Pe, gdyby obawiała się, że po następnym meczu to ona będzie w skrzydle szpitalnym.

***

Tymczasem w pokoju wspólnym Gryfonów wszyscy czekali na powrót Rogatego z Łapą i początek Wielkiej Zwycięskiej Imprezy.
Amelia nadal była blada, ale tym razem z innego powodu. Naprawdę chciała iść do skrzydła szpitalnego i zastanawiała się, czy jej obecność można tam usprawiedliwić faktem, że też jest w drużynie. Nie wiedziała, jak Lemota by na to zareagowała, a nie chciała z nią walczyć przy Syriuszu. W ogóle nie chciała. Amelia była pacyfistką. Na ogół.
Teraz siedziała z Matkami Gryffindoru i wszystkie trzy na przemian rzucały uspokajające komentarze albo odganiały innych od zgromadzonego wokół nich piwa kremowego. Obiecały, że poczekają na Jamesa, więc poczekają.
Kiedy jednak James zjawił się w pokoju wspólnym, radość była mniejsza, niż się zapowiadało. Wszyscy zwrócili uwagę na to, że nie było z nim Blacka.
– Spokojnie, ludzie! – James krzyknął tak głośno, by wszyscy go słyszeli. – Zatrzymają go na noc, ale wyjdzie cały i zdrowy!
Rozległy się wiwaty, a Amelia i reszta fanek Syriusza odbladły. Chyba wszystkim ulżyło, a ogólna atmosfera poprawiła się jeszcze bardziej, jak Cam zaczęła rozdawać kremowe.
Bo imprezy Gryfonów były legendarne! Nigdzie nie działo się tyle, co tu. W zasadzie to na te pomeczowe noce nawet Ślizgoni chcieliby zostać Gryfonami. Bo na co im ta śliska elegancja i chłód lochów, gdy nie mogą się porządnie napić?
Drach sączyła swoje kremowe spokojnie, obserwując cały pokój wspólny. Nieco dalej Amf tańczyła z Zet coś, co miało chyba być walcem, ale nijak go nie przypominało, ale doprowadziło Amelię do śmiechu. Ktoś wyczarował konfetti, które co jakiś czas podnosiło się z podłogi i ponownie opadało na wszystkich imprezujacych.
Za wielką kotarą Zielon rozlewała do żółtych kubeczków nielegalnie zdobytą Ognistą. Skąd ją miała? Cóż, do tego nie przyzna się wam nigdy. Ważne, że miała i mogła ją teraz rozlewać. Bez Ognistej nie ma dobrej imprezy.
Wieloma z tych kubeczków zainteresował się James, choć trzeba przyznać, że po dżentelmeńsku niektóre z nich przekazał spragnionym niewiastom, wśród których znalazły się Gagata czy Karacha, ale większość zostawił jednak sobie, jakby liczył, że po przyswojeniu odpowiedniej ilości Ognistej przestanie się martwić o przyjaciela, które obrażenia niezwykle utrudniały mu cieszenie sie tym zwycięstwem.
– Będzie dobrze, Jim – Tibby usiadła koło niego i wyjęła mu z dłoni ostatni z kubków. Nie chciała, żeby chłopak przesadził. – Poskładają go.
Rogaty milczał.
– Obaj lądowaliście już w skrzydle z różnych powodów, prawda? Pamiętasz, jak ci Ślizgoni testowali na was nowe zaklęcia i coś poszło nie tak, a pielęgniarka nie wiedziała co? I tak was poskładała, więc taki uraz to dla niej nic – powiedziała, przytulając Jamesa. Całkiem niewinnie, w końcu chciała go tylko pocieszyć i podtrzymać na duchu. Ale nawet takie niewinne przytulenie było miłe, więc uśmiechnęła się, kiedy James nie wyrwał się z jej uścisku.
Nie tylko nie wyrwał się. Odwzajemnił go.
Tibby poczuła, że to szansa jej życia. Bo w końcu jak często moze się zdarzyć takie przytulanie się z Rogatym? Na pewno nie codziennie.
Mamrotała więc dalsze uspokające oczywistości i położyła głowę na ramieniu Jamesa. Nie było to najwygodniejsze dla jej karku, ale Potterowi nie przeszkadzało, więc co tam, mogła poświęcić swój kark dla tej chwili.
– Cholera jasna – mamrotał James, bo to jedyne, co przychodziło mu teraz na myśl.
– No już, spokojnie, wiesz, że będzie dobrze – powtórzyła Tibby, zastanawiając się, czy gdyby pocałowała teraz Rogatego, to byłoby uwodzenie czy molestowanie.
Nie dowie się, jeśli nie spróbuje.
Uznała, że James ma większe szanse zaprotestować, jeśli zacznie od policzka, więc postanowiła od razu przejść do rzeczy. W najgorszym razie zostanie odepchnięta i zwali wszystko na Ognistą.
Tyle że nie została odepchnięta.
– Czy wy widziecie to, co ja widzę, czy jestem aż tak pijana? – Gagata patrzyła w stronę Jamesa i Tibby ewidentnie szukających swoich migdałków.
– Nie, dobrze widzisz. Jest jeszcze Ognista? – zapytała Marta, całkiem niezainteresowana tym, co działo się tuż obok.
Należała jednak do mniejszości, jako że większość Gryfonów przerwała to, co robiła do tej pory, i zerkała w stronę Jamesa i Tibby. Kilka osób w rozpaczy opuściło pokój wspólny, kilka innych zagwizdało albo zaczęło bić brawo, ale chwilę potem okazało się, że Ognista się jeszcze nie skończyła, więc nagle uwaga wszystkich obecnych skupiła się na butelkach, a nie na tym, co się działo na jednej z kanap.
– Dlaczego ona? – Gagata była w nastroju na nieodpowiednie pytania.
– Bo kremowe jest za słabe – odpowiedziała Drach, po czym zorientowała się, że Gagata nie mówi o Ognistej, tylko o Tibby. – Nie wiem. Dolewkę?
– Butelkę.
– Całą? Strasznie egoistyczne z twojej strony – mruknęła, ale podała żądaną butelkę. Taka była dobra.
Gagata zaczęła pić. Szybko jednak odkryła, że to nie dla niej, skrzywiła się okrutnie i oddała resztę Drach, która, wiecie, od początku sądziła, że to się tak skończy.
Jednak żadna ilość Ognistej nie mogła wypalić z ich umysłów obrazu tego, co się działo na kanapie. Właściwie to coraz więcej Gryfonów zaczęło przenosić się do dormitorium (zabierając ze sobą pozostałą Ognistą lub kremowe), bo James i Tibby najwyraźniej uznali, że migdałki to za mało i powinni przebadać się w całości. A tego prawdopodobnie nikt nie chciał oglądać, niezależnie od tego, ile Ognistej wypił.
– Ktoś powinien ich powstrzymać.
– Oj tam, powstrzymać od razu. Młodzi są, niech sobie poszlaleją. Myślicie, że skrzaty wyczyszczą tapicerkę jakby co?…
– Powstrzymać! – Gagata zacięła się.
– Daj im spokój. – Do rozmowy włączyła się Zet. – Zostaw ich, idziemy do dotrmitorium, żeby dokończyć naszą butelkę. Ty i twoja butelka też jesteście zaproszone.
Zachichota. Chichocząca Zet była zjawiskiem raczej rzadkim.
Gagata czuła, że jej świat się właśnie skończył. Tak, jak świat Tibby właśnie się zaczynał.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s