Chapter 10 (Evy, Małża, Len, Ruda, Lemota, Kon, Aniołak, Sylv, Pe, Atri, Dej, Amelia, Ort, Mi)

Evy owinęła się swoim kocykiem. Nie, żeby zrobiło jej się jakoś nagle strasznie zimno. Co to to nie – kominek w puchońskim pokoju wspólnym działał jak należy. Po prostu pod kocykiem czuła się… bezpieczniej. Tak, bezpieczniej. Spytacie – czego się bała? Cóż. Musicie obiecać, że nie będziecie się śmiali. Bardzo was o to proszę. Evy jest delikatna i nie chcemy, żeby zakopała się pod kocykiem jeszcze bardziej. Prawda?
Prawda.
Evy bała się Amosa Diggory’ego, który siedział na kanapie tuż obok niej i to tak blisko, że w ogóle moralność nie powinna mu na to pozwalać. Nie, żeby Evy nie chciała, żeby on tak blisko siedział, marzyła o tym już od pierwszej klasy. Po prostu… Po prostu czułaby się lepiej, gdyby poza kocykiem miała ze sobą też swoje małe, eciaste zombie, które spało sobie własnie smacznie pod poduszką na jej łóżku.
– Wiesz, pomyślałem, że może w końcu… wiesz, to nic zobowiązującego – Amos plątał się trochę w zeznaniach, bo kocyk Evy autentycznie go onieśmielał. – Jakaś kawa czy coś.
– Niepijękawy – wyrzuciła z siebie Evy, która, fakt, nie pijała kawy.
– Czyli nie chcesz?
Amosowi, nie powiem, zrobiło się przykro.
Evy spróbowała zakocykować się jakoś bardziej, jakby kawałek materiału miał ją uchronić przed tym pytaniem. A raczej odpowiedzią, bo to właśnie ona sprawiała Evy kłopot. Naprawdę miała ochotę się zgodzić, ale jednocześnie wiedziała, że jeśli się zgodzi, to będzie musiała wyjść spod kocyka – metaforycznie i dosłownie. Będzie musiała zmierzyć się nie tylko z samą sobą, ale też z pozostałymi Puchonkami, które kochały się w Amosie i właśnie mierzyły ją bacznym na poły zazdrosnym, na poły pogardliwym spojrzeniem.
Zacisnęła lewą dłoń na kocyku, jakby właśnie zbierała w sobie całą dostępną odwagę, i powiedziała:
– Nie o… Nie o to chodzi.
Jej głos był cichy, ale tym razem pamiętała o przerwach między słowami.
– A o co?
Amos przysunął się jeszcze bliżej. Evy zauważyła, że bliżej… bliżej to już się w zasadzie nie da. Bała się, ale w jakiś dziwny sposób… Do diabła, czy naprawdę miała mu na to pozwolić?
Usta Amosa znalazły się już tylko kilka milimetrów od jej ust. Przymknęła oczy. Co ma być, to będzie.
Albo i nie.
– Cześć, ludu pracujący! – wykrzyknęła Małż, rozsiadając się tuż koło nich.
Amos odsunął się. Evy odetchnęła z ulgą.
– Słyszałam, że Gryfoni wybrali już obrońcę, wiesz może kto to? – zagadnęła Amosa, starając się wyglądać przy tym pociągająco i kumpelsko zarazem. Nie było to najprostsze, ale do pewnego stopnia jej się udało.
Diggory przez chwilę wyglądał, jakby jego mózg z trudem przeskakiwał z trybu “romans” na tryb “quidditch”. W końcu jednak wszystkie romantyczne myśli wyleciały z jego głowy szybciej niż znicz ze skrzyni.
– Nowego… Jak to? Już? – zdumiał się. – Nie miałem pojęcia, że już wyszli ze skrzydła!
Evy postanowiła udawać, że jej tu nie ma. Wiedziała, że Małża podkochuje się w Amosie przynajmniej tak długo, jak ona sama. Lepiej było się więc nie wychylać.
– Jaki z ciebie kapitan, Diggory?
– Taki jak z ciebie obrońca – zaśmiał się Amos. – Nie macie jakiegoś sekretnego klubu obrońców?
Małża też się zaśmiała i Evy poczuła ukłucie zazdrości. Całkiem jakby Amosa miała wygrać ta z nich, która zdobędzie więcej punków, a Małża wyprzedzała ją właśnie przynajmniej o setkę.
– Nie, nie mamy, ale krążą plotki, że w tym roku wszyscy kapitanowie mają się przed oficjalnym rozpoczęciem sezonu wybrać na kremowe. Ślizgoni pewnie już warzą truciznę.
– Na Jamesa Pottera, nie na mnie.
– Może na was obu, myślę, że kiedyś powinni wziąć nas na poważnie – oświadczyła Małża, ale nadal trochę chichotała, więc była to raczej wątpliwa powaga. – W końcu gramy lepiej niż rok temu, prawda? Pe czasami nawet trafia w tłuczek.
Evy zachichotała cichutko, ale szybko zamilkła, gdy napotkała małżowe spojrzenie. Zrozumiała, że dziewczyna nigdy jej nie wybaczy.
– Pe zamknęła się w pokoju i mówi, że nigdy z niego nie wyjdzie – znikąd pojawiła się Len i Ruda.
– Jak zgłodnieje, to wyjdzie – stwierdziła Małża, w tym samym czasie, kiedy Amos zapytał:
– Mówi? Czyli już wróciła do normy?
Cały zamek wiedział do zaklęciu, w wyniku którego Pe straciła mowę niemal na całą dobę. Najwyraźniej jeszcze nie doszła do siebie po tym wydarzeniu.
– Mówi – kontynuowała Len. – Niestety.
– A dlaczego nie wyjdzie? – dociekał Diggory, który pożegnał się już z wizją spokojnych treningów bez konieczności uciszania pałkarza.
– Czuje się publicznie upokorzona.
– Ale przecież jeśli tam siedzi, to nie może mówić – zaoponowała Małża.
– Zamknęła się tam z kimś? – zapytał Amos. – Ma zakładnika?
Pokręciły głowami.
Evy zrozumiała, że z romantycznej atmosfery nici. Z kawy pewnie też, bo oto zgromadził się naokoło Amosa jego cały fanklub. Nie miała z nimi szans.
Ale jak to – tak poddać się bez walki?
– To ja sobie pójdę… – powiedziała cicho, tak, że tylko Amos i Małża ją usłyszeli.
Na twarzy Małży pojawił się zwycięski uśmiech. Szybko jednak zbladł, gdy Amos powiedział:
– Poczekaj. – A potem odwrócił się z powrotem do Len i Rudej, by dodać: – Pomogę wam z nią trochę później, ok?
Ruda i Len wymieniły spojrzenia mówiące: co tu się dzieje? Małża uśmiechnęła się do nich porozumiewawczo.
Evy tymczasem poczekała. Właściwie to zamarła. Co wyglądało dość dziwnie, bo była w trakcie wstawania z kanapy. Nie wiedziała, czy powinna z powrotem usiąść, czy może całkiem wstać i słuchać na stojąco albo w ogóle sobie pójść. Niezdolna do podjęcia decyzji, zamarła w miejscu i tylko żałowała, że nie może owinąć się kocykiem.
– Tak? – zapytała niepewnie.
– Ale Amos, ona się tam zamknęła! – jedynie Małża w pełni rozumiała powagę sytuacji.
Mózg Amosa znów miał problem z przeskakiwaniem między myśleniem o quidditchu i myśleniem o Evy.
– Do jutra pewnie wyjdzie – odpowiedział Małży i zwrócił się do Evy: – No więc…
– Może nie wyjść – zauważyła Len. – Wyglądała na zdeterminowaną.
– Własnie, właśnie – przytaknęły Małża z Rudą.
Evy milczała.
– Trzeba z nią chyba porozmawiać, bo to się może źle skończyć – kontynuowała Len. – W końcu potrzebujemy jej na treningu i lepiej żeby była w dobrej formie.
Amos nie wiedział, co ma zrobić. Czuł, że jego mózg zamienia się w budyń malinowy. Dość dosłownie.
– Czemu z nią nie porozmawiacie? – zapytał, a potem rzucił spojrzenie w kierunku Evy, która nadal stała w miejscu. Chyba starała się też jak najmniej oddychać, bo zbladła. Powinien z nią porozmawiać, skoro zaczął temat, ale, Merlinie, był kapitanem i nie mógł pozwolić, żeby jego drużyna się rozsypała. – Gdzie ona jest?
– Na górze.
Amos był naprawdę niezdecydowany. Spojrzał na Len, potem przeniósł spojrzenie na Małżę i Rudą. Westchnął.
– Idźcie do niej, muszę jeszcze porozmawiać z Evy – oświadczył. Był przekonany, że to najlepsze rozwiązanie.
– Nie ma czasu na rozmowy! – wszystkie trzy krzyknęły solidarnie.
Amos skapitulował. Wstał i popatrzył na Evy przepraszająco, ale gotów był iść tam, gdzie zaprowadzą go pozostałe Puchonki. W drużynie był kryzys, a on musiał stanąć na wysokości zadania i go rozwiązać.
Evy wiedziała, że tak będzie. Nie miała z nimi cienia szans.

***

Wieść o tym, co przytrafiło się Pe, obiegła cały zamek. Mówiono o tym w Wielkiej Sali, na korytarzach i w pokojach wspólnych. Każdy chciał wiedzieć, co dokładnie się stało. Niektórzych interesowało także, co to było za zaklęcie, bo zwyczajne Silencio na nią nie działało. Ogólnie jednak panowała atmosfera zatroskania i smutku. Smutna była zwłaszcza Aniołak, która od niechcenia grzebała widelcem w znajdującym się przed nią obiedzie. Nie słyszała trajkotania Pe trzeci dzień. Miała syndrom odstawienia.
Niedaleko niej Lemota też ze smutkiem grzebała w swoim jedzeniu. Jej smutek był spowodowany czymś zupełnie innym. Znowu miała sny. I to prorocze. A sny te głosiły, że nową królową serca syriuszowego zostanie – o ile już nie została – ta francuska niedojda.
Kon również grzebała ze smutkiem w talerzu, ale nikt nie wiedział dlaczego. Możliwe, że w końcu zaakceptowała fakt, że jej mugolski odtwarzacz muzyki nie będzie działał w Hogwarcie. Albo się dowiedziała, że ktoś go zepsuł. Trudno wyczuć. W każdym razie unosiła się nad nią aura smutku także dlatego, że jej życie uczuciowe nie wyglądało najlepiej. Prawdę mówiąc, podobną aurę smutko można było dostrzec w sąsiedztwie większości uczennic, które raz po raz patrzyły w dowolnie wybranym przez siebie kierunku, ale podejrzanie dużo smętnych spojrzeń trafiało na miejsca, które zajmowali Huncwoci. A dokładniej – Syriusz.
A ten prężył się i wyginał przed nowym nabytkiem Hogwartu.
– Wzdychamy, nie? – Ort odezwał się do Lemoty ze zwyczajnym dla niego brakiem szacunku dla drugiego człowieka.
Lemota spiorunowała go wzrokiem.
Ort nie poczuł się dotknięty. Wydawało się, że przywykł do takiej reakcji.
– Co wy wszystkie w nim widzicie? – zapytał, wzruszając przy tym ramionami.
Poprawna odpowiedź brzmiała: metr osiemdziesiąt pięć czystego (i nieopodatkowanego) seksu. Ale nikt jej nie wypowiedział.
Nikt nie mógł jej wypowiedzieć, bo Lemota – jedyny człowiek, który w tym momencie Orta słuchał – już tam nie było. Była za to przy stole Gryfonów, gdzie znalazła się w trzy milisekundy.
– Black – powiedziała głośno i wyraźnie, tak, że wszyscy musieli ją słyszeć.
Syriusz oderwał wzrok od Amelii i na nią spojrzał. Spojrzała na nią znacząca część stołu Gryfonów, jak również uczniowie siedzący przy innych stołach, którzy z tych czy innych względów obserwowali stół Gryfonów. Zapadła cisza.
– Umów się ze mną.
Cisza, która zapadła, stała się jeszcze cichsza. Ze stołu Ślizgonów dało się słyszeć cichy śmiech, a potem ciche “Nie bij!”, wypowiedziane zapewne przez tego, kto się wcześniej zaśmiał. Nie wiadomo, kto to był, ale śledztwo w tej sprawie trwa.
Syriusz tymczasem uniósł brew. Opuścił. Uniósł obie brwi. Opuścił. Kiedy już skończył tę gimnastykę, zerknął na stojący przed nim talerz, a potem na Lemotę.
– Okay – odpowiedział i nabrał na widelec porcję ziemniaków, które zjadł z apetytem, całkiem nieświadomy, że wokół niego zaraz mogło rozpętać się piekło.
Gdyby inna dziewczyna znalazła się w sytuacji Lemoty – a nie znalazłaby się, bo do tego potrzeba całkiem sporo odwagi, determinacji i umiejętności przepowiadania przyszłości (a także świadomości, że nie ma przyszłości, której nie da się uniknąć) – pewnie by zemdlała. Jednak nie ona. Ona rzuciła tylko krótkie:
– Piątek, siódma, wejście do Krukonów.
I wróciła spokojnie do swojego stolika.
Piekło się rozpętało. Każdy chciał każdemu powiedzieć, co o tym myśli; jedna z młodszych Gryfonek nawet zemdlała. Parę osób posłało Lemocie mordercze spojrzenia, a parę innych zaczęło pić sok dyniowy z takim zapamiętaniem, jakby miało nadzieję, że w ciągu minuty zmienił się w whiskey i doda im odwagi, żeby zrobić to samo. Przy stole Gryfonów Amelia patrzyła w swój talerz z niedowierzaniem. Jeszcze chwilę temu Syriusz z nią rozmawiał i świetnie się, no wiecie, integrowali. Miała nadzieję na nieco więcej integracji w późniejszym terminie, a tu figa z makiem, Black umówił się z inną. Amelia zacisnęła dłoń na widelcu, który miała ochotę wbić w Syriusza.
Jednak to, co przytrafiło się Lemocie po powrocie do stołu Ravenclawu, było znacznie gorsze.
– Jak mogłaś mi to zrobić? – Kon i Aniołak wykrzyknęły jednocześnie, acz konspiracyjnie. – JAK?!
Lemota wzruszyła ramionami i z bardzo zadowolonym uśmiechem usiadła. Przecież widziały, jak to zrobiła. Wstała. Podeszła. Zapytała. Nie zemdlała. Nic trudnego.
Ort umierał z szyderczego śmiechu.
– Ale… – zaczęła Aniołak, ale nie zdążyła dokończyć, bo nagle przy stole Krukonów zjawiła się grupa innych wielbicielek Syriusza, które przyszły zadać Lemocie to samo pytanie. Nie wiedzieć czemu, żadna z nich nie pogratulowała jej odwagi. Większość ograniczała się do prychania.
Tylko Sylv pozostawała jakaś cicha. Fakt, przypełzła z resztą, bo i Dej ją tu zaciągnęła. Jednak od czasu hecy z rękami (których pozbywała się dobry tydzień), wolała się już nie wychylać.
– I ty, Brutusie? – Lemota powiedziała do Misia, który pojawił się tuż obok, zwisając z sylvowego ramienia.
– Nie, ja ci przyszłam pogratulować!
Reszta zgromadzonych spojrzała na nią, jakby powiedziała coś niestosowanego. Trochę tak, jakby wpadła do pokoju pełnego ludzi na diecie i krzyknęła “Eklerki z bitą śmietaną!”. I wcale nie wyszła, co najgorsze, ale dała jednego jedynego eklerka jednej z wygłodzonych istot w tym pomieszczeniu. A ona się nie podzieliła. No i jak tu taką lubić?
Pe, którą ta sytuacja zmusiła do złamania ślubów milczenia, została szybko uciszona, ale co chwilę zaczynała coś mówić. Możliwe, że to brzmiało jak “To niesprawiedliweee, ale ci i tak gratul…”. Więcej nie miała okazji powiedzieć, bo ręka Aniołaka lub Dej ją natychmiast kneblowała.
– Dzięki – odpowiedziała Lemota i uśmiechnęła się miło, co większość zinterpretowała jako złośliwy i szyderczy uśmiech zwycięzcy.
– Opowiesz nam wszystkim jak było, prawda? – zapytała Kon.
– Tak, koniecznie, ze szczegółami – dodała Atri, która nie była masochistką, a tylko liczyła na to, że randka Lemoty pozwoli jej zorientować się, jakie podejście powinna zastosować, kiedy sama zdecyduje się podejść do Syriusza.
– Nie.
Przez zgromadzenie przebrnął złowrogi pomruk – jak to, idzie na randkę i nie powie ani słowa o tym, jak było? Toż to niewybaczalne. Zdrada. Potwarz. Godne prychnięcia i spleśniałych szparagów.
– Ani troszeczkę…? – wyszeptała Sylv.
Lemota posłała jej nieugięte spojrzenie. Potem posłała je też innym zgromadzonym. Wyglądała jak ktoś, to nie miał zamiaru powiedzieć ani słowa i czerpał z tego olbrzymią radość.
Zapowiadał się naprawdę długi obiad.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s