Chapter 1 (Eta, Lysia, Sylv, Dej, Lori, Pe, Tibby, Penny, Lemotka, Holl, Tab, Amelia)

Hogwarcie, och, Hogwarcie? Czy ty nam się kiedykolwiek znudzisz? Albo, o krok dalej – czy istnieje na tym świecie człowiek, który znudzi się tobą i twoją tajemnicą, i nieskończonością twoich korytarzy, i nieśmiertelnością twoich marmurowych schodów?
Dlatego jesteśmy tu znowu, wszyscy, jak jeden mąż wpatrzeni w ciebie, nasz domu i nasza jedyna nadziejo w tych strasznych czasach, w tych czasach głodu i nienawiści, w tych czasach przemocy i strachu, w tych czasach, które nie mają duszy. Dlatego przybywamy tu, by usłyszeć kolejną z twoich historii.
Czemu milczysz? Nie masz nam niczego do powiedzenia? Ty, skarbnico mądrości pokoleń czarodziei-wyspiarzy?
Czyżby…
– Och, zamknij się już – Eta mruknęła na swojego chłopaczka, prawdziwe metr sześćdziesiąt, który jak zwykle popadał w te swoje poetyckie maniery. – Nie słyszę dyrektora.
Wilkes, siedzący nieopodal, parsknął śmiechem. Eta uznała to za najwyższą oznakę akceptacji – uśmiechęła się więc do niego tymi swoimi chomiczymi oczami. Ten jednak nie patrzył już na nią, nie ona go obchodziła, jego nie-chomicze oczy szukały blond czupryny pośród złoto-czarnych strojów.
Serce Ety pękało po raz trzysetny.
– Drodzy uczniowie, witajcie w Hogwarcie w tym nowym, pięknym roku szkolnym! – Głos Dumbledore’a zabrzmiał potężnie, a zapach cytrynowych dropsów rozniósł się po całym pomieszczeniu.
Gryfoni klaskali. Kochali Dumbledore’a. Tibby kochała go najbardziej. Wszak był największym czarodziejem wszechświatów. Marzyła, że pewnego dnia będzie taka, jak on. Potężna. Szanowana. Na razie siedziała w swej potarganej szacie i jedynie marzyła. Gdyby chociaż urodziła się w odpowiedniej rodzinie. Co z tego, że była czystokrwista, gdy brakowało jej pieniędzy i koneksji? Była jak Weasleyowie. A Weasleyowie, jak wiadomo, byli nikim.
Cóż, pozostawało jej przyglądać się Dumbledore’owi i ignorować gwizdy i okrzyki radości ze strony Huncwotów, a w szczególności Jima, którego przecież tak kochała i którego nigdy nie mogła mieć.
Krukoni również klaskali, byli wszak dobrze wychowani i inteligentni, a inteligentni ludzie wiedzieli, kiedy należy klaskać, a kiedy nie. Z podobnych powodów klaskali Ślizgoni, choć ich oklaski były bardziej niemrawe i z każdego klaśnięcia wydobywała się jakby pogarda dla reguł, a jednocześnie fałszywa uprzejmość. Puchoni, całkiem nieświadomi tak naładowanych znaczeniami oklasków, bili brawo całkiem neutralnie, prostolinijnie lub wręcz prostoliniowo, gdyby tak się dało bić brawo. Najgłośniej klaskała Pe, której ktoś powiedział, że jak zaklaszcze się pięćdziesiąt razy, to pojawi się kolacja. Pe bardzo liczyła na tę kolację, bo zgubiła gdzieś sakiewkę z galeonami i całą podróż do zamku spędziła na podjadaniu cudzych kanapek i słodyczy. W ogóle dużo rzeczy gubiła – najczęściej to, co było jej w danej chwili potrzebne – ale głęboko wierzyła, że każdy zagubiony przedmiot znajdował się w mitycznej krainie o wdzięcznej nazwie Gdzieś. W Gdzieś leżał każdy galeon, sykiel czy knut, każda pożyczona książka i każde zagubione pióro. Pe po prostu musiała znaleźć to Gdzieś. Ale to po kolacji.
Gdzieś znajdowała się zapewne Lori, która, cichaczem, podjadała czekoladowe żaby z torby Malfoya. Ten bubek, Malfoy, nie dość, że był bubkiem, to w dodatku ślepym, niczego bowiem nie zauważył. A Lori nie wierzyła w fair play. Lori w mało co wierzyła, no chyba że w pewnego mugolskiego poetę, który był wystarczająco nieznany, by być dobrym. Lori nie znosiła rzeczy, które lubił ktoś inny. Lori była wyjątkowa.
To, jak podjadała czekoladowe żaby widziała za to Penny. Spoglądała na Lori z drugiego końca stołu z wyższością, wiedziała bowiem, że była ulepiona z lepszej gliny. Wszak nie każdy rodził się z tą gracją i elegancją, nie każdy rodził się też w rodzinie z takimi tradycjami. Przede wszystkim zaś nie każdy ściskał w swej prawej dłoni lewą dłoń samego Regulusa Blacka. Powiedzcie, czy można zajść wyżej?
Owszem, można. Można ściskać dłoń Syriusza.
– W tym roku mamy dla was małą niespodziankę… – dyrektor kontynuował, ale nie wszyscy go słuchali.
Tłum fanek Łapy wpatrywał się w niego z uwielbieniem. Niektóre były w tym aż nazbyt ostentacyjne, inne chowały się z tym całkiem nieźle. Spójrzmy choćby na Lemotkę, siedzącą przy stole Ravenclawu. Nikt nie zdawał się widzieć z jakim uporem śledzi każdy ruch Syriusza, nikt na nią nie zważał, wszak nie piszczała jak wariatka. Zresztą, Lemotka była dziwna. Była wieszczką. A, wierzcie mi, w świecie magicznym nie można trafić na coś gorszego niż wieszczka.
Nie piszczała też żadna ze Ślizgonek, które raz po raz rzucały w stronę Syriusza mniej lub bardziej tęskne spojrzenia. Część z nich wiedziała, że posyłanie maślanych spojrzeń nie przyniosłoby rezultatu, część nie chciała się zdradzić z tym, że przy innych okazjach chętnie by takie spojrzenia posyłała. Sylv nie była pewna, do której z tych części należała; czuła się wręcz rozdarta jak sosna, ale nie było to nic niezwykłego, miała predyspozycje do czucia się w taki sposób. Podobno miało to związek z nadmiernym analizowaniem wszystkiego, co się działo, i szukaniem dziury w całym. Siedząca obok niej Dej wymamrotała coś niezrozumiałego, rozejrzała się po Wielkiej Sali, zawieszając wzrok – bynajmniej nie maślany – na Syriuszu, a także na kilku innych przedstawicielach płci brzydszej. Nie chciała nikogo dyskryminować, w końcu byłoby to nieuprzejme. Nie żeby Dej była najbardziej uprzejmą osobą pod słońcem, choć mogła wyglądać jak słodka Puchoneczka. Coś jednak sprawiło, że dostała przydział do Slytherinu i na pewno nie była to uprzejma prośba skierowana w stronę Tiary Przydziału.
– … w tym roku do Hogwartu…
Bum! Drzwi do Wielkiej Sali otworzyły się w hukiem. Damskie serca zabiły ponownie. Wszedł przez nie bowiem zły chłopiec Hogwartu, Evan Rosier, jak zwykle spóźniony i jak zwykle łaknący poklasku. Nie obchodziło go to, że prawdopodobnie dostanie mu się za to od MacGonagall. Ślimak go obroni. Kto nie obroniłby tego metr osiemdziesiąt pięć czystego, ryżego seksu?
Zanim usiadł – a zdecydował się usiąść zaraz koło swojego najlepszego kumpla, Wilkesa, to jest na drugim końcu Wielkiej Sali – przybił piątkę blond czuprynie, której wcześniej przyglądał się Wilkes. Kobiece serca załomotały ponownie, tym razem z zazdrości, wszak każdy wiedział, że na drodze do Ryżego Księcia stała Lysia, jego najlepsza przyjaciółka. Ta wprawdzie nie pretendowała aktualnie do miana jego wybranki, ale wiadome było, że jeśli nie ona, to żadna – takie życie. W końcu jednak Rosier usiadł i dyrektor mógł kontynuować.
– Tak jak już wspomniałem, w tym roku mamy dla was niespodziankę…
– Smark się umyje – powiedziała Holl, a Huncwoci wybuchnęli śmiechem, wszak Holl była piątą Huncwotką, taka solidarność gatunkowa. James poklepał ją po plecach, najbardziej bowiem z całego świata nienawidził Smarka. Holly z całego świata najbardziej nienawidziła Lily, która siedziała naprzeciwko niej i z całego serca nienawidziła Jima. Ale była to skomplikowana historia.
Dumbledore – jeśli to usłyszał – nie dał po sobie poznać. Z pewnością jednak usłyszała znaczna część Wielkiej Sali, w końcu akustyka była tam doskonała. Ślizgoni mogli do woli zaciskać zęby i się krzywić, ale nie mogli zaprzeczyć, że Snape powinien spotkać się w cztery oczy z prysznicem. O ile prysznice mogą mieć oczy. Podobno była to domena wzgórz, ale w Hogwarcie nie można być niczego pewnym.
– Niespodzianką tą będzie obecność uczennicy, która do tej pory pobierała nauki we francuskiej szkole magii – kontynuował dyrektor, a uczniowie na sali stopniowo zaczęli słuchać z większym zainteresowaniem. Jeszcze nigdy nie dołączył do ich grona uczeń innej szkoły magii. Ba, większość z nich nie interesowała się nawet innymi szkołami magii.
Siedząca niedaleko Ety Tabby nie interesowała się tym nawet i teraz. W spokoju czytała książkę, nieświadoma emocji, które unoszą się w powietrzu. Czy można jej się dziwić? Otoczona była samymi przygłupami. Wszyscy Ślizgoni są wszak trochę przygłupi jak na jej standardy.
– Powitajcie Amelię!
Zabrzmiały oklaski. Oklaski te były szczere i pełne pasji, wszak nikt nie wiedział jeszcze do jakiego domu dołączy dziewczyna, a Francuzki są ponoć niezłe w… w różnych rzeczach. Oklaski brzmiały i brzmiały, i były tak namiętne, że nikt nie zauważył, jak Amelia weszła do Wielkiej Sali i jak zajęła miejsca przy stole Gryffindoru, przydzielono ją bowiem podczas wakacji.
Z kilku ust mógł się dobyć cichy jęk zawodu, ale nie wiadomo tego na pewno, bo uwaga wszystkich natychmiast skupiła się na stole Puchonów, przy którym Pe zapytała nieco zbyt głośno, czy teraz będzie kolacja. A potem zrzuciła ze stołu talerz kogoś siedzącego obok niej i zaczęła przepraszać tak gorąco, że każdy, kto znalazł się w zasięgu jej przeprosin, gotów był wybaczyć wszystkie winy przeszłe i przyszłe.
Kolacja, i owszem, zjawiła się. Puste talerze wypełniły się łakociami. Pierwsza rzuciła się na nie Holly, wygłodniała po ciężkiej podróży wypełnionej psikusami i nienawiścią do Lily. Zresztą, musiała ścigać się z Syriuszem, za wszelką cenę upierał się zawsze, by kraść jej indynka. Jakby na świecie nie było innego jedzenia! Co takiego atrakcyjnego było w indyku? Cóż, Holly kochała go ponad życie. Syriusz zaś kochał irytować Holly.
Tibby nie lubiła indynka. Dołączyła jednak do pościgu, bo przecież Jim mógłby do niej zagadać. Nic z tego. Ten nie interesował się ich głupimi zabawami. Zbyt zajęty był podrywaniem Lily, która wciąż go nienawidziła.
W pościgu za indykiem nie uczestniczyła też Amelia, która – choć siedziała niedaleko miejsca, w którym toczyła się wojna o drobiowe udka i piersi – uważnie przyglądała się Gryfonom, a szczególnie jednemu. Szybsze bicie serca natychmiast podpowiedziało jej, że właśnie stała się oficjalną członkinią Hogwarckiego Stowarzyszenia Wielbicielek Siły Fizycznej i Psychicznej Syriusza Blacka. W porządku, nie wiedziała jeszcze, że Syriusz jest Syriuszem, ale dostrzegała skraplający się na nim seksapil, który przez całą kolację niewątpliwie skapywałby na podłogę i tworzył kałużę, gdyby nie fakt, że Syriusz nie mógł usiedzieć spokojnie i dać się podziwiać. Amelii to nie przeszkadzało. Mogła go podziwiać zarówno dynamicznego, jak i statycznego. Reszta uczennic – tych, które znały jego imię i nazwisko – również to nie przeszkadzało. Ot, fenomen Syriusza Blacka.
Jednak zainteresowanie Gryfonem nie podobało się Ślizgonom, którzy już jakiś czas temu przekonali się, że oni ociekają co najwyżej mrocznością, a na to nie było aż tylu amatorek. Poczuli się oszukani, jakby na targu wciśnięto im chiński bubel najnowszego modelu miotły. Poczuli się znieważeni. Poczuli się… prawie gorsi. Rzecz jasna, nie mogli tej sprawy tak zostawić, dlatego często osaczali co przystojniejszych Gryfonów i próbowali złamać im nosy lub wybić kilka zębów. Twierdzili, że ataki te miały podłoże ideologiczne, ale duża część uczniów szemrała, że tak naprawdę była to nieformalna rywalizacja o tytuł Mistera Hogwartu.
Niestety, Smark nie pomagał im w tej wojnie. Smark wyraźnie kochał być prześladowanym. I choć Ślizgoni nazywali go Księciem (co zresztą Rosier uważał zawsze za uwłaczające dla jego tytułu), w skrytości ducha żałowali, że taki kawałek brzydala jest takim dobrym czarodziejem. No bo jak to tak? Tak zupełnie bez klasy?
Pochwalić się mogli na szczęście młodszym Blackiem, który w niczym, poza wiekiem, nie ustępował swojemu bratu. Pech chciał, że Regulus był już zajęty, a więc damskie serca, zniechęcone konkurencją w postaci perfekcyjnej Penny, odwracały się od niego z zawodem. Nawet ideał nie mógł być idealnym.
Innych ideałów nie mieli – każdemu czegoś brakowało, nawet jeśli starannie to maskowali. Najbardziej jednak irytujący wydawał im się fakt, że Syriusz Black również nie był idealny, a jednak wszystko było mu wybaczane, trochę tak, jakby był męską wersją Pe, która mniej mówi i rzadziej przeprasza. Jednak to nie to przyciągało dziewczyny do Syriusza, nie jego nonszalancja, nie uśmiech, nie poczucie humoru, nie uroda, nie nazwisko, nie talent, nie… Nie, Ślizgoni zupełnie nie wiedzieli, co takiego sprawiało, że wszystkie przedstawicielki płci pięknej patrzyły na starszego Blacka jak na chodzący ideał, marmurowy posąg greckiego boga czy coś jeszcze sztuczniejszego.
Dlatego też postanowili zrobić to, co najpewniej zrobiliby w jakimkolwiek muzeum, które by odwiedzili. Zdewastować wspomniany ideał. Tak buntowniczo i anarchistycznie. Pierwszy dzień szkoły nie oznaczał, że planowali odpuścić Huncwotom. Wręcz przeciwnie, chcieli rzucić na nich kilka nieprzyjemnych uroków (jeden miał spowodować wysyp pryszczy i jego pomysłodawca był niemal pewien, że pielęgniarka nie mogła go zdjąć w jedną noc), gdy tylko wszyscy zainteresowani znajdą się poza zasięgiem wzroku dyrektora.
Tymczasem uczta ciągnęła się w nieskończoność. Lori, najedzona wszak malfoyowymi czekoladowymi żabami, nie mogła doczekać się jej końca. Ile można jeść? Próbowała posyłać Dumbledore’owi buntownicze spojrzenia, ale to w niczym jej nie pomagało. Musiała wykazać się cierpliwością. A czego jak czego, cierpliwości nie miała za grosz.
Kiedy wszyscy zajęci byli napełnianiem żołądków, zaczynały się niemrawe konwersacje, tłumione szybko przez kolejne kęsy pysznych potraw. Wszyscy zdawali sobie sprawę, że nie należy jeść z pełnymi ustami, ale nie wszystkich to obchodziło, więc rozmowy raz po raz odżywały na chwilę, by potem utonąć w potoku soku z dyni czy innego napitku. Niektórzy byli przekonani, że mają do powiedzenia za dużo, by mogli jeść w milczeniu; do takich ludzi należała Sylv, która mamrotała coś o pogodzie, która zupełnie nie spełniała jej oczekiwań, a przy okazji traciła kontrolę nad przeżuwanym pokarmem, którego część lądowała na jakimś nieszczęśniku, który siedział naprzeciwko niej. Nie przeszkadzało jej to szczególnie, bo kontynuowała mamrotanie.
Chłoptaś Ety miał rację. Hogwart był ich domem. Mogli tu robić to, co tylko chcieli.
***
– Evan, nudzę się – Lysia narzekała i narzekała, bo narzekanie było jednym z jej ulubionych sportów. Siedziała na kolanach Rosiera, który siedział na parapecie i już od pół godziny czekała na nie-wiadomo-co. – Eta z Lemotą na mnie czekają. Nie widziałyśmy się całe wakacje. Powiedziałbyś wreszcie, o co chodzi.
– Trochę wiary we mnie – odpowiedział, wyraźnie urażony, chociaż, co by nie mówić, Rosier zawsze brzmiał na urażonego.
Nie zdążył jednak rozwinąć tematu, bo ktoś zamachał, ktoś inny zrobił umówioną minę, jeszcze komuś zaczął błyszczeć koniec różdżki, jakby cieszył się na samą myśl o rzuceniu zaklęcia. Tak właśnie wyglądała mobilizacja w szeregach Ślizgonów. Nie było to ani dyskretne, ani skoordynowane, a część z nich nie wiedziała właściwie, o co chodzi pozostałym, więc przez całą długość stołu przeszedł w końcu teatralny szept: „Huncwoci wychodzą”, który miał być sygnałem do natarcia.
Rosier odsunął Lysię i zeskoczył z parapetu. Szykował się do ataku. W końcu to on był mózgiem operacji i głównym Złym Hogwartu. Ślizgoni wylegli na korytarz niczym fala przypływu. W tym przypadku był to jakiś przypływ testosteronu, który szukał ujścia. Gryfoni jednak wiedzieli, co się ma wydarzyć i też się nastroszyli jak gołębie w okresie godowym. Albo jak lwy, to brzmiało lepiej. Ślizgoni mogli nastroszyć się najwyżej jak węże po połknięciu wyjątkowo dorodnego myszoskoczka. Żadna z grup nie miała jednak czasu specjalnie się nadymać, bo padło pierwsze zaklęcie (świadkowie nie są pewni, kto je rzucił), a potem rozlała się fala frustracji i wzajemnej niechęci, wyrażania w tak dyplomatyczny sposób, jakim było ciskanie w siebie klątwami zmieniającymi nos w pieczarkę.
Prawdziwa feeria barw, drogie panie i drodzy panowie! Kolory, jakie nie śniły się żadnym filozofom! Cóż za bitwa! Lysia obserwowała ją z boku, nie chciała bowiem mieszać się w sprawy Ślizgonów. Była Puchonką, a Puchoni są neutralni. Neutralność to jedyny sposób, by przeżyć w tym świecie.
Kto wygrywał? Trudno powiedzieć. Z pewnością nie ona. Nudziła się bowiem straszliwie. Nie znosiła bójek. Sądziła, że czeka ją cos pasjonującego, a tu co? Bijemy Syriusza Blacka? Fakt, nie znosiła tego pajaca, ale ile można…? Chłopak nie zasługiwał na całą tę uwagę, którą mu poświęcano.
Znajdowała się jednak w mniejszości; na miejscy bójki zgromadziły się bowiem liczne bojówki fanklubu Syriusza, gotowe użyć różdżek w każdej chwili. Nikt nie był jednak pewien, jakie zaklęcia znały, ponieważ pojawiały się w trakcie każdej bójki i zamierały w oczekiwaniu na to, co zrobi starszy Black. Kiedy było już po wszystkim, chowały różdżki z wyrazem niemej ulgi malującym się na twarzy i ruszały obejrzeć rannych i niewątpliwie podbić ich serca swoją opiekuńczością. Kilkakrotnie w czasie takiej pomocy rannym mały Pettigrew został uszkodzony bardziej niż w czasie faktycznej wymiany zaklęć, ale widać taką cenę płaci się za brak fanek.
Póki co jednak walka trwała, a wszyscy, którzy w niej nie uczestniczyli, przyglądali się z pewnej odległości, jednocześnie blokując drogę nauczycielom, którzy mogliby się zainteresować tym nagłym zgromadzeniem w korytarzu.
Zapowiadał się naprawdę ciekawy rok szkolny.

Advertisements
Chapter 1 (Eta, Lysia, Sylv, Dej, Lori, Pe, Tibby, Penny, Lemotka, Holl, Tab, Amelia)

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s