02.

Pojedyncza, choć przecież nie pierwsza, kropla majestatycznie rozbryzgała się na krawędzi biurka. Chłopcy ze Złotej Różdżki łatali dziurę w dachu już z dobre trzy miesiące, zasłaniając się tym, że tamten wybuch, co to wybuchł te dobre trzy miesiące temu, wprawdzie dziurę w dachu wywołał, jednakoż była ona na tyle mała, by na liście priorytetów wylądować daleko za łazienkami jakiegoś arystokraty z sakiewką większą od… no, od tej dziury. Faye westchnęłaby mimochodem, jednak a. ta kropla naprawdę nie była pierwsza, a ile można wzdychać?, b. skoro nawet jej ojciec nie mógł zmusić nikogo do rozwiązania tego problemu, jej wzdychanie na niewiele by się zdało. Przesunęła się jedynie odrobinę, bo chociaż woda nijak jej nie sięgała, robiła to automatycznie za każdym razem, gdy słyszała ten nieznośny plusk.
Od znalezienia zwłok minęło już kilka godzin, które spędziła zupełnie inaczej, niż to sobie wyobrażała. Oczyma wyobraźni widziała siebie i może jednego czy dwóch innych członków brygady teleportujących się z miejsca zbrodni prosto do miejsca, w którym oczywiście musiał ukrywać się morderca. Nie była pewna, skąd znaliby adres, ale jej wyobraźnia mogła działać bez tego szczegółu. Chciała szybkiego śledztwa i szybkiego ujęcia; takiego, które udowodniłoby wszystkim, że nie jest po prostu rozkapryszoną córeczką tatusia, która dostała stanowisko dlatego, że za długo marudziła. Nie, ona naprawdę chciała zajmować się takimi sprawami, chciała łapać morderców, bandytów i złodziei. Chciała mieć pewność, że świat magiczny może być bezpiecznym miejscem.
Póki co jednak nie była ani o krok bliżej znalezienia mordercy. Tkwiła dokładnie w tym samym punkcie co wtedy, gdy znaleźli ciało, a ona musiała podpisać notatkę służbową, która później wędrowała do teczki z aktami. No, napisać notatkę, a potem dopiero podpisać. Nie rozumiała dlaczego – skoro w aktach był protokół oględzin od kogoś z Munga, czy ktokolwiek zwróci uwagę na świstek, który ona ma dorzucić?
Plusk. Kolejna kropla uderzyła o blat.
Faye zaczęła bujać się na krześle. Notatka powinna być zwięzła, ale podejrzewała, że „Znaleźliśmy zwłoki kobiety. Szczegóły w protokole; verte.” mogłoby nie satysfakcjonować jej ojca. Albo tego, kto zajrzy do akt. O ile ktokolwiek zajrzy i w ogóle przeczyta jej notatkę, zamiast prześlizgnąć się po niej wzrokiem i zająć się protokołem. To o niego chodziło, na co ta biurokracja?
– Potrzebuję kawy – mruknęła do samej siebie.
Rozważała, czy nie wysłać po nią Mitchella, który od rana był na każde zawołanie, ale możliwe, że znów próbował zebrać się na odwagę, by zaprosić Faye na kawę. Do tej pory zrobił to dwa razy, a kiedy spotkał się z odmową – przez kolejny miesiąc posyłał jej dość nieprzyjemne spojrzenia, ilekroć mijali się w siedzibie brygady. A potem robił się miły, by po jakimś czasie znów zaskoczyć ją tego rodzaju pytaniem. Dlatego wolała nie sugerować, że myśli o nim i o kawie w jednym zdaniu.
Przestała się bujać. Bujanie się na krześle nie przybliży jej do wykrycia sprawcy.
Kolejna kropla uderzyła odrobinę zbyt finezyjnie.
Reparo! – Wycelowała różdżkę w dziurę nad swoim biurkiem, ale tak jak za każdym innym razem, nic to nie dało.
Spojrzała smętnie na pergamin, na którym powinna widnieć notatka. Póki co widniał na nim kleks, którego usuwaniem planowała zająć się później. Mało motywujące. Zerknęła zatem na wiszący na ścianie zegar, którego wskazówki w ciągu ostatniego kwadransa przesunęły się aż o godzinę. W porządku, czyli to nie był kwadrans. Znów gdzieś odpłynęła myślami. Problem z odpływaniem tkwi w tym, że trzeba później wracać i człowiek zdaje sobie sprawę, że świat pędził naprzód bez niego. I że ktoś – jak właśnie zauważyła – pił kawę z jej ulubionego kubeczka z logo Harpii z Holyhead. To ją zmotywowało do działania.
– To mój kubek – powiedziała spokojnie.
Odpowiedziała jej cisza. Wszyscy obecni w pomieszczeniu – a nie było ich wielu, raptem piątka – ze skupieniem wpatrywali się we własne biurka.
– Ktoś pił z mojego kubeczka – uzupełniła głośniej, na wypadek, gdyby ktoś nie słyszał.
Oczywiście w tym właśnie momencie do pomieszczenia musiał wejść Rudolph [mamy dla niego nazwisko?]. Nikt, łącznie z samą Faye, nie miał wątpliwości, że nie przepuści takiej okazji, by jej dopiec.
– Mieliśmy tu Złotowłosą? Mam cholerną nadzieję, że ktoś ją złapał, bo nie widzi mi się, żebyście w najbliższym czasie przekazali tego dupka od trupa na Pokątnej dementorom.
Faye posłała mu prawdziwie bazyliszkowe spojrzenie. Marzyła, by ten złośliwy, pełen satysfakcji uśmieszek jego krzywej gę… Chciała, żeby zamienił się w kamień. Bardzo bardzo.
– To ty – wysyczała z wprawą rasowej kotki.
Rudolph skinął głową, ale nie powiedział nic więcej. Podszedł tylko do biurka Faye i położył na nim krzywo urwany kawałek pergaminu. Faye miała nadzieję, że nie będzie trzeba go wkładać do akt. Nie miała zamiaru pozwolić, by ktoś taki jak Rudolph niszczył jej piękne akta. Nawet jeśli sama nie miała ochoty dokładać do nich swojej notatki.
– Lista świadków, których przesłuchujemy albo przesłuchaliśmy. Jakby coś się komuś zapodziało – mruknął, a potem przeniósł wzrok na dziurę w suficie. – Ładną dziś pogodę mamy, co?
– Dlaczego piłeś z mojego kubeczka?
– Harpie z Holyhead? Naprawdę? – prychnął, jakby nie odczuwał ani cienia wyrzutów sumienia.
– To mój kubeczek. Kup sobie własny.
Rudolph wzruszył ramionami w sposób, który sugerował, że gdyby chciał, to mógłby sobie kupić wszystkie kubeczki świata, ale zwyczajnie nie chce.
Faye westchnęła teatralnie.
– Powiedz mi lepiej, czy wiemy już, kim jest ta dziewczyna.
– Nic z tego, nie miała nic, co ułatwiałoby identyfikację, do tego nie pasowała do naszej bazy danych – mruknął Rudolph. Nie był fanem bazy danych, wynalazku inspirowanego mugolskimi metodami śledczymi. O ile spis różdżek i ich posiadaczy uważał za wynalazek nader sensowny (choć w tym przypadku nie miał zastosowania), o tyle bazą danych zwyczajnie pogardzał.
– Ale była czarownicą? – zapytała Faye, patrząc na niego badawczo, jakby spodziewała się, że zna odpowiedź, ale się nią nie podzieli.
– Nadal to ustalamy. Przyszedł już protokół z Munga?
Faye poczuła się przez moment wyjątkowo głupio, bo protokół owszem, przyszedł. Zerknęła na niego, po czym wróciła do patrzenia w dziurę w suficie i konstruowania własnej notatki, która zostanie podpięta pod protokół oględzin, którego napisanie zleciła… Merlinie, jak on się nazywał? Ten dzień był zdecydowanie za długi, a jej mózg zaczynał odmawiać współpracy.
– No? – powtórzył niecierpliwie. Torturowanie młodej nie sprawiało mu najmniejszej… Dobrze, sprawiało mu to przyjemność, ale przecież nie torturował jej dla samego torturowania. – Co tam takiego napisali?
Faye zadarła nieco brodę do góry, jakby chciała sprowokować go, by powiedział choć jedno słowo na temat jej przelotnej niekompetencji.
– Masz i sobie zobacz – powiedziała, podając mu protokół.
– Nawet go nie przeczytałaś, co?
– Moim obowiązkiem jest napisać protokół, nie będę się sugerować cudzymi uwagami, to zaburzy moją wizję z miejsca zdarzenia – odpowiedziała spokojnie, popychając lekko pergamin od uzdrowicielki w jego stronę. Jej życie byłoby o wiele prostsze, gdyby po prostu wziął ten świstek, przeczytał, co chciał przeczytać, i sobie poszedł.
– I nie jesteś ciekawa tego, jak pokroili twojego pierwszego trupa?
– Doskonale widziałam, co zrobili tej biednej kobiecie – warknęła, rzucając mu spojrzenie, które mogłoby doprowadzić do zgonu kogoś, kto traktował ją poważniej niż Rudolph. W związku z jego brakiem reakcji dodała: – O ile pamiętam, ty wtedy piłeś kawę i wymieniałeś się ploteczkami z Rottensonem. Jeśli któreś z nas powinno dowiedzieć się, jak… pokrojono trupa, to właśnie ty.
Rudolph wyszczerzył zęby w okropnym uśmiechu faceta, który pracuje w tym zawodzie odrobinę zbyt długo.
– Chodzą plotki, że nie wytrzymałaś pierwszego cięcia i postanowiłaś podzielić się ze światem swoim obiadem. – Chwycił w końcu protokół, po który tu przyszedł; w końcu magomedycy może i nie umieją wysławiać się zrozumiale, ale czasem, czasem!, potrafią powiedzieć coś przydatnego. – Oczywiście, bardzo się z Rottensonem cieszymy, że to blaga. Obydwoje postawiliśmy na ciebie po siedem sykli.
Faye zacisnęła szczękę, żeby nie powiedzieć czegoś, czego mogłaby żałować. W pierwszym odruchu chciała zmiąć ten protokół w kulkę i wcisnąć ją Rudolphowi do gardła w nadziei, że sam podzieli się z innymi widokiem obiadu, ale potem zdała sobie sprawę, że a. powinna ten protokół wcześniej przeczytać i b. gdyby Rudolph zdecydował się zaprezentować danie dnia z ministerialnego bufetu, to wylądowałoby ono na jej biurku, a Faye wolałaby tego nie oglądać.
– Bierz ten zasrany protokół i wróć, jak będziesz miał coś konkretnego po przesłuchaniach!
– O kurczaczek, czyli przegraliśmy?
Faye uderzyła otwartą dłonią w biurko, aż buteleczka z atramentem zakołysała się niebezpiecznie nad krawędzią. Już miała coś odpowiedzieć, kiedy podszedł do niej nieco speszony Mitchell, który patrzył to na nią, to na rozbawionego Rudolpha.
– Nie chciałbym przeszkadzać – zaczął głosem wystraszonej sarny, gotowej rzucić się do ucieczki, kiedy tylko drapieżnik łypnie na nią zbyt złowroko – ale pan Rottenson przesyła notatkę… Miała być dołączona do protokołu z miejsca zdarzenia, ale się spóźnił… to znaczy uzdrowicielka nie pozwoliła mu na czas dotrzeć do ciała. Ale napisał notatkę, więc… no, proszę.
Położył kawałek pergaminu na biurku i posłał kolejne przerażone spojrzenie. Nie wyglądał jak ktoś gotowy ponowić zaproszenie na kawę. Faye mogłaby się zastanawiać, skąd ta zmiana, ale nie miała na to czasu. Zamiast tego zerknęła w notatkę od Rottensona, ostentacyjnie ignorując Rudolpha, który nadal stał przed jej biurkiem i wyraźnie zezował w kierunku kawałka pergaminu, ale niechęć do Faye i jego miłość własna nie pozwalały mu ugiąć karku czy czytać jej przez ramię.
– To ciekawe – powiedziała tylko w swoim akcie małej zemsty.
– O? – mruknął Rudolph, jakby doskonale wiedział, co jest napisane w tej notce, ale po prostu z gentlemańsku chciał umożliwić Faye podzielenie się tą wiedzą ze wszystkimi zgromadzonymi.
– Powiedz Rottensonowi, że będę u niego za pół godziny.
Mitchell skinął głową i bez słowa wycofał się z pokoju. Rudolph tymczasem nie miał najmniejszego zamiaru wychodzić. Stał w tym samym miejscu i patrzył wyczekująco.
– Tak? – zapytała słodko Faye.
– Co znalazł? – zapytał krótko, na chwilę rezygnując z pobłażliwego tonu, którego zwykł używać. W tym momencie wyglądał jak zmęczony magopolicjant, który widział wiele i nie spodziewa się od przyszłości niczego dobrego.
– Dlaczego nie pójdziesz się z nim o to założyć? – Uśmiechnęła się triumfalnie. – Założę się, że jeśli zgadniesz, odpali ci więcej niż siedem sykli.
Rudolph wykrzywił nieznacznie usta, jakby właśnie w niezwykle brutalny sposób odtrącono jego rękę wyciągniętą na zgodę. Rzecz jasna niczego nie wyciągał, chodziło tylko o uzyskanie informacji, ale nie rozumiał, skąd w jego głowie wziął się pomysł, że Faye postąpi racjonalnie i powie mu o odkryciu Rottensona.
– W takim razie baw się dobrze z protokołami, których nawet nie rozumiesz. Niektórym z nas płaci się za pracę, nie za machanie rzęsami – warknął w końcu i ruszył do wyjścia. Niech szlag trafi tę cholerną Scottównę. Będzie musiał sam iść do Rottensona i wypytać tego cwaniaka o wszystko.
Z głębokim westchnięciem oparła się o swój fotel i przymknęła oczy. Cisza. Błoga cisza pozbawiona złośliwych komentarzy i niesprawdzonych plotek.
– Faye, masz chwilę? – zapytał Mitchell, który najwyraźniej odnalazł sobie pokłady odwagi. Najwyraźniej to towarzystwo Rudolpha go tak onieśmielało.
Westchnęła. Oczywiście, chwila ciszy i spokoju to za wiele. Potarła twarz dłonią, po czym bez słowa zerknęła w jego stronę.
– Ktoś rzucił pomysł, żeby dać ogłoszenie w gazecie, no wiesz, najpierw w Proroku… – zaczął, zawieszając głos, choć Faye wiedziała, co będzie dalej: „a później w prasie mugolskiej, o której żadne z nas nie ma pojęcia i od której wszyscy wolelibyśmy się trzymać z daleka”. – Może ktoś ją rozpozna – dodał z nadzieją.
– To… – Na początku chciała go zbyć, ale szybko zmieniła zdanie. Mitchell odwalający jej robotę pozwoliłby jej wrócić szybciej do domu. – Wiesz co? – Otworzyła oczy i spojrzała na niego z taką dozą uprzejmości, na jaką było ją jeszcze stać. – Ty to zrób. Jestem pewna, ze świetnie sobie poradzisz.
Mitchell uśmiechnął się szeroko i przez chwilę wyglądał, jakby chciał powtórzyć zaproszenie na kawę, ale szybko przybrał maskę czegoś, co trochę przypominało profesjonalizm.
– Oczywiście, natychmiast – zapewnił.

Advertisements
02.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s