01.

Angielskie lato, psia jego mać! Jakby samo zrywanie się nocą nie wystarczyło, nie, cholerna pogoda musiała sobie przypomnieć o swojej reputacji. Rudolph nie był pewien, czy, gdy w końcu udało mu się usiąść pod parasolem lodziarni Floriana Fortescue, miał w sobie choćby jedną komórkę nieprzesiąkniętą do szczętu.
Cwaniak Rottenson, ten to dopiero wyglądał! Się mu udało, do stu diabłów, mieszkał na Pokątnej i nie musiał się przedzierać aż drugiego końca miasta tajnymi korytarzami świstoklikowymi, och, żeby te środki antymugolskie szlag trafił.
Dobrze, że przynajmniej ktoś kupił kawę.
– Co to za afera? Nie mogli poczekać do rana, sukinsyny? Muszą nas zrywać z łóżka o trzeciej nad ranem?
Sigfrid Rottenson uśmiechnął się ponuro.
– Jakiś pijak z Dziurawego Kotła potknął się o zwłoki. Chyba nie chcieli, żeby do rana zmyli wszystkie ślady.
– Zwłoki? – Rudolph z wrażenia o mało nie wylał na siebie kawy. Jeszcze tego brakowało, nie dość, że był mokry, to jeszcze cały by się pobrudził! – To co ty tak siedzisz pod tą parasolką? Tyłek cię boli od chodzenia?
– Sam zobacz.
W Rudolphie zapłonął niewielki ognik zawodowej ciekawości; jasne, widział już zwłoki, każdy magopolicjant prędzej czy później na jakieś trafia, ale przez ostatnich parę miesięcy służby nie wydarzyło się nic ciekawego. Był pewien, że doszczętnie zdarł już podeszwy butów na tych chodnikach, po których kazano mu chodzić i wyglądać poważnie, ale w sposób, który wzbudza zaufanie. Rudolph nie był pewien, co to dokładnie znaczy, ale najwyraźniej coś robił dobrze, skoro to właśnie jemu przypadał wątpliwy zaszczyt przypominania obywatelom, że magopolicja nad nimi czuwa. A teraz, kiedy pogodził się już z tym psim losem i uznał, że nie ma szans, żeby kiedykolwiek pozwolili mu zająć się czymś ciekawym (a przynajmniej póki nie zmieni się komendant), teraz wezwano go do trupa. Był pewien, że chodzi o kolejny bzdet, niewarty nawet jego uwagi – taki, którym zajmą się młodsi, a on po prostu złoży podpis, gdzie trzeba.
Kiedy jednak dotarli na miejsce, okazało się, że zwłoki były jak najbardziej rzeczywiste. I najwyraźniej namacalne, bo ktoś właśnie kładł im palce na szyi, jakby miały od tego ożyć. Rudolph miał ochotę prychnąć. Jeśli próbowali rzucać zaklęcie cucące i nie odniosło skutku, to nie trzeba być uzdrowicielem, żeby…
– Mitchell, sprowadź mi tu kogoś z Munga! Dlaczego jeszcze tu nie ma uzdrowiciela?! – krzyknęła niska blondynka.
Rudolph utkwił w niej wzrok. Wyglądała na całkiem ożywioną, ale pewnie to wina całej tej ekscytacji. Stary załatwił córci nową zabaweczkę, wiadomo, że będzie podekscytowana. Mogła pobawić się w oficera śledczego z prawdziwym, stuprocentowym trupem. Gdyby nie była jego córką, w życiu nie awansowałaby tak szybko. Może stary chciał iść na zasłużony odpoczynek, ale dopiero wtedy, kiedy wywinduje blondynę na swojego zastępcę. Rudolph nie miał żadnych wątpliwości, że dziewczynie brakuje kwalifikacji. Poza tym była za młoda. I była kobietą. Kto to widział, żeby baba rządziła w magopolicji?
– Co ona robi, wszystkie ślady nam zadepcze – mruknął do Rottensona, a ten roześmiał się krótko. Co jak co, trafiło im się. – Weź jej coś powiedz, a nie tak siedzisz bezczynnie.
– Siadaj. Nie psuj nam wszystkim zabawy.
– Kręci się jak jakaś strzyga. Po co my tutaj, skoro i tak nie będzie czego badać? Mamy udawać małpy przed ludźmi, że niby nic?…
– Scott powiedział: ma być zadowolona. To niech będzie. Co ci zależy?
– W dupę niech sobie to zadowolenie wsadzi. – Rudolph spojrzał na trupa, wokół którego kręciły się teraz dwie osoby. Uzdrowiciela nadal nie było, więc szanse, że ktokolwiek zabezpieczy zwłoki, ciągle malały. Przynajmniej nie musieli się domyślać, jak ofiara zginęła. – Gdyby nie ta twarzyczka, to nawet ładna by była, co?
– Bo ja wiem, ten fiolet jest zbyt odrzucający, żeby o tym myśleć.
– Spójrz na szerszą perspektywę, stary. Przynajmniej nie musimy jej zbierać, tak jak tego starego, którego rozerwał wybuch jakiegoś eliksiru.
Rudolph westchnął. Ta parszywa noc z minuty na minutę stawała się jeszcze bardziej parszywa. Czym sobie na to zasłużył? Był aż tak złym człowiekiem, żeby go tak karać?
– Masz chociaż jakieś kanapki? Głodny jestem.
Rottenson posłał mu rozbawione spojrzenie.
– Zapytaj młodą, może ci zrobi.
Rudolph zaśmiał się dość paskudnie. Niezależnie od tego, co mógł mówić o Faye Scott do kolegów z pracy, w stosunku do samej dziewczyny zachowałby jednak pewien stopień profesjonalizmu. Mogła go irytować, mógł uważać, że ani trochę nie nadaje się do tej pracy, ale jednocześnie wiedział, że jej ojciec dowiedziałby się o wszystkim w trzy sekundy, a wtedy Rudolph musiałby zacząć rozglądać się za innym zajęciem. Jasne, nie wiedział tego na pewno, ale miał silne przeczucie, że tak by właśnie było.
– Scott! Weź te paluchy, bo nam zwłoki zdeformujesz! – krzyknął więc głośno, ruszając w jej kierunku.
Blondynka się wyprostowała i posłała mu poirytowane spojrzenie.
– Wykonuję swoją pracę! – powiedziała, zadzierając do góry podbródek, jakby to miało sprawić, że wyda im się ważniejsza.
– Ktoś ci płaci za niszczenie dowodów? Na to są paragrafy!
Faye mruknęła coś do stojącego obok niej Mitchella, który najwyraźniej zdążył wezwać uzdrowiciela i wrócić, a potem podeszła do Rudolpha. Nie było wątpliwości, że jest poirytowana.
– Masz jakiś problem? Jeśli nie zauważyłeś, jesteśmy na miejscu zbrodni. Możesz sobie zachować te komentarze na później? – warknęła.
– Widziałaś już kiedyś ludzkie zwłoki, kochanie?
– Tak, jedne tam właśnie leżą i może byś, cholera, okazał im trochę szacunku?
Rudolph nagle zrozumiał, dlaczego Rottenson odpuścił sobie pertraktacje ze Scott. Cwaniak, kurczę jego pieczone. Trzeba było go posłuchać i zostać pod parasolem.
Faye wydęła lekko usta, jakby miało to postawić wykrzyknik albo bardzo wymowną kropkę na końcu jej wypowiedzi, a potem wróciła do Mitchella, który teraz rozmawiał z rozczochraną kobietą w białym fartuchu. Prawdopodobnie była to wyrwana z łóżka uzdrowicielka, bo potem ona też pochyliła się nad zwłokami, jeszcze ich nie dotykając.
– Trzydzieści lat w zawodzie i żeby człowieka tak na starość traktować – mruknął do siebie Rudolph.
– Lepiej jej nie wkurzaj, jeśli chcesz wysłużyć trzydziesty pierwszy rok – odpowiedział mu Rottenson, uśmiechając się krzywo. – No to chyba zaraz ją zabiorą i możemy sprawdzać, czego księżniczka jeszcze nie zadeptała.
Faktycznie, wszystko wskazywało na to, że uzdrowicielce uda się przekonać młodą, jak bardzo potrzebny będzie jej raport, sprawozdanie, obecność w biurze, cokolwiek.
Uzdrowicielka przykryła zwłoki jakąś folią, a potem przelewitowała do wnętrza budynku, koło którego zostały znalezione. Cały czas mówiła coś stłumionym głosem, a Faye kiwała głową. „Pewnie udaje, że cokolwiek rozumie”, pomyślał Rudolph. „Magomedycy chrzanią, jakby myśleli, że normalni ludzie znają się na jakichś kościach i płucach”.
– Kawa ci stygnie, stary.
– Kawa – prychnął Rudolph, jakby całą pogardę dla Faye i dla tego, kto obudził go o tak wczesnej porze, chciał teraz przelać na podwójne espresso. Mimo to wypił swoją kawę i skrzywił się. – Zimna – wyjaśnił, a potem ruszył w kierunku miejsca, w którym wcześniej leżały zwłoki.
– Co mamy robić? – zapytał Mitchell, który nadal tam stał i najwyraźniej pilnował, żeby nikt nie ukradł chodnika.
– Odsunąć się, do cholery! – warknął Rudolph. Najchętniej zająłby się tym sam, ale wiedział, że powinien przyuczać tych wszystkich żółtodziobów, którzy pewnego dnia zajmą jego stanowisko.
– Tak jest!
Przez kolejną godzinę Rudolph raz po raz schylał się, żeby popatrzeć na coś, co zauważył na chodniku, a przy okazji pokrzykiwał na przeczesujących każdy cal okolicy młodych i ambitnych. Oczywiście nie było szans na znalezienie odcisków butów, Scott i jej brygada już o to zadbali. Zresztą mogło ich w ogóle nie być, ale Rudolph wolał wyobrażać sobie minę blondyny, kiedy jej powie, że z całej sprawy nici, bo zniszczyła dowody. Pewnie zwali to na kogoś innego przed tatusiem. Jak długo nie na niego samego – Rudolpha niespecjalnie to obchodziło. Zawodowa ciekawość ustępowała miejsca rutynie.
– Co tam macie? – zapytał retorycznie, żeby młodziki bardziej się wysilały. – To nie wakacje, ruszać się! Nie znaleźlibyście własnego tyłka, a co dopiero mordercy!
– Chyba tu coś jest – jakiś wychudzony rudzielec podniósł coś z ziemi i pokazał Rudolphowi.
– Pewnie zbita przed tygodniem butelka. Jesteśmy niedaleko baru!
Rottenson obserwował to ze znużeniem spod swojego parasola.
W końcu stało się jasne, że nie uda im się znaleźć nic ponad kilka fragmentów zbitego szkła. Rudolph obejrzał dokładnie miejsce, w którym znaleźli ciało. Nie było krwi, ale też się jej nie spodziewał. Nagle jednak przekrzywił głowę i utkwił wzrok w jednym miejscu.
– Zrobili jej zdjęcia, zanim któryś kretyn ją ruszył? – rzucił pytanie w przestrzeń.
– Chyba tak – odpowiedział ten sam rudzielec, który wcześniej znalazł kawałek szkła. Wspomniany kawałek szkła znajdował się teraz w torbie z potencjalnymi dowodami i gdyby na ciele ofiary znaleziono rany, pewnie ktoś mógłby rudzielca pochwalić. O ile ktoś zauważyłby związek i pamiętał, że kawałek szkła znalazł rudzielec.
Rudolph zmrużył oczy.
– Chcę mieć zdjęcie tego kawałka – powiedział, pokazując na nieco zapiaszczony fragment chodnika, na którym wcześniej leżała głowa ofiary. Powinien przyjrzeć się głowie ofiary, kiedy uzdrowiciele już z nią skończą. Coś się tu nie zgadzało.
Błysnął aparat i Rudolph się skrzywił. Wolałby wrócić do starych, dobrych metod z butelkowaniem wspomnień i oglądaniem ich w służbowej myślodsiewni, ale parę lat temu ktoś uznał (i niestety nie mógł o to obwiniać Faye), że to przestarzała metoda, do której należy odwoływać się jedynie w ostateczności.
Spojrzał na magopolicjantów, którzy stali w grupce i starali się wyglądać na pewnych siebie. „Wiedzą, że nic nie mamy”, pomyślał Rudolph. „Stary nam nogi powyrywa, jeśli wrócimy z pustymi rękoma”.
– Droga do baru sprawdzona? – zapytał.
– Tak jest! Żadnych śladów. Niedawno ktoś ją sprzątał – odpowiedział jakiś brunet z sińcami pod oczami tak dramatycznymi, że Rudolphowi prawie zrobiło się go żal.
– Kto? – zapytał, choć nie spodziewał się, żeby odpowiedź go zaskoczyła.
– Żona właściciela – odpowiedział ten sam brunet. – Powiedziała, że było brudno.
– Spiszcie jej dane, później z nią jeszcze pogadacie – westchnął Rudolph. – Dobra, panienki, zwijamy się.
– Czekaj – powiedział Rottenson. Ku zdziwieniu wszystkich, na czele z samym Rudolphem, postanowił w końcu łaskawie do nich dołączyć. Nie mókł tak jak inni, oczywiście, cwaniak zawsze miał przy sobie i własną parasolkę. – Mitchell, ty słyszałeś tę uzdrowicielkę. Co powiedziała?
– Że to zadzierzgnięcie – odpowiedział Mitchell, a kiedy poczuł na sobie wyczekujący wzrok Rottensona, dodał: – Trochę bełkotała, jak to uzdrowiciele, ale powiedziała, że sprawca musiał zajść ją od tyłu i udusić. I, tego, że pewnie się do niej dobierał, ale nie wiadomo, czy najpierw, czy potem. Babka… uzdrowicielka, znaczy się, nie trup, strasznie się zbulwersowała, to chyba jedna z tych sufrażystek.
Zza pleców Mitchella rozległo się jakieś anonimowe prychnięcie, ale magopolicjant kontynuował:
– Powiedziała, że to sprawdzi i że musimy złapać tego zwyrodnialca. A potem zaczęła mówić, że faceci to świnie i że ona to dokładnie zbada, bo to straszne i ma nadzieję, że ten facet… zabójca, znaczy się, trafi do Azkabanu.
– I co, dostałeś to, czego chciałeś? – Rudolph spytał z rezygnacją. Rotterson pokręcił głową.
– Nadal niewiele wiemy – stwierdził.
– Gówno wiemy – doprecyzował Rudolph. – Jeśli uzdrowicielka nic nam nie powie i nie znajdziemy świadka, to możemy dać sobie spokój.
– To może jednak dobrze, że to wszystko zostanie na głowie Scott?
– I tak oberwie nam się po dupach w ten czy inny sposób. – Rudolph zamyślił się. – Chyba że nam się poszczęści. I mam na myśli naprawdę sporego farta.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s