wstęp.

Sierpień dłużył się niemiłosiernie. Z każdym dniem wydawał się jeszcze gorętszy i jeszcze bardziej nieznośny. Spokojnie można było odnieść wrażenie, że to szaleństwo nigdy się nie skończy – że linia czasu w punkcie trzydziestym pierwszym trafiła na jakąś paskudną, złośliwą asymptotę pionową i będzie dążyć do nieskończoności. Nic bowiem nie wskazywało na to, by ich męczarnia miała się kiedykolwiek skończyć. Świat zatrzymał się na chwilę i zapomniał o swoich mieszkańcach. Może ze starych już i zmęczonych rąk wypadł mu kapelusz, po który musiał się schylić? A może ujrzał na horyzoncie zdarzeń coś, co sprawiło, że pogrążył się w rozmyślaniach o starych, dobrych czasach, które na szczęście nigdy nie wrócą? Jakakolwiek kierowała nim potrzeba, jedno nie ulegało wątpliwości. Bawił się zdecydowanie lepiej niż ci, którzy przez niego utknęli na dobre w skwarze niedzielnych popołudni.
Tik tak, ciągłe tik tak zegara nad kominkiem.
A przecież nie zapowiadał się aż tak źle! Ba. Posiadał wręcz całkiem przyzwoite wiadro potencjału. Tyle było do osiągnięcia, tyle do zrobienia, zanim po raz ostatni… To miało być ich lato. Wkraczali w nie przekonani, że zdolni są góry przenosić, jeśli tylko zapragną uczynić coś tak absurdalnego. Wkraczali! Wbiegali w nie, ufnie, motywowani zapachem świeżości tego, co przed nimi. Teraz, po dwóch miesiącach prawdziwego życia klapki zaczynały spadać z ich młodych oczu. To nie świeżość wzywała ich do siebie – wszystko wszakże, czego byli świadkami, okazywało się od dawna martwe, a poruszające się tylko siłą rozpędu. Czuli (nie można było tego nie czuć), że ich oszukano, że sprawa, za którą postanowili oddać swoje życie to nic więcej, jak tylko echo miriad podobnych jej rewolucji.
On też to czuł. Może jeszcze nie tak, jak Regulus – wszakże tamten od początku miał wątpliwości – ale i jego zaczynał powoli opuszczać dziecięcy entuzjazm. Wszystko, czego ostatnio się dotykał, z kilometra czuć było stęchlizną. Zbyt wiele spodziewał się po swojej misji, by nie rozczarować się rzeczywistością. Był wszakże tylko siedemnastoletnim chłopcem – czy ktokolwiek o zdrowych zmysłach zdecydowałby się powierzyć mu zadanie odpowiedzialniejsze niż tysięczne śledzenie niespecjalnie ważnej ofiary czy maskowanie roboty kolegów? Problem polegał na tym, że Barty Crouch Junior nie był osobą o zdrowych zmysłach.
Dlatego też uważał, że nie zasłużył sobie na siedzenie w domu Lestrange’ów i granie z Rudolphem w karty! Chciał burzyć stary porządek i wprowadzać świat w nową erę. Marzył o gigantycznym skoku naprzód. Pragnął czuć się potrzebnym i docenianym, do diabła! Czy to tak wiele, pytam? Czy naprawdę młody człowiek jego pokroju nie ma prawa wymagać, by coś w końcu zaczęło się dziać?!
Tak po prawdzie, cała jego frustracja wynikała z faktu, że się nudził.
Głośne tykanie zegara co i rusz przypominało mu o tym, że sierpień trwał. Powtarzał sobie, że już niedługo Hogwart znów przyjmie go w swe bezpieczne ramiona i wszystko wróci do normy. Nie był jednak pewien, czy norma będzie jeszcze kiedykolwiek go zadawalać. Zbyt wielu rzeczy zasmakował, by o nich zapomnieć – zbyt mało jednak, by się nimi nasycić. Niemniej jednak rzucenie się w wir nauki mogłoby pomóc mu zapomnieć o rozczarowaniu, jakiego doznał. Regulusowi też przydałaby się chwila wytchnienia. Z niepokojem obserwował przemiany, jakie ostatnimi dniami przechodził jego najlepszy przyjaciel. Jeszcze chwila a zostałby z niego zaledwie cień cienia! Od dwóch tygodni praktycznie ze sobą nie rozmawiali, choć przecież… Obu ich spalał sierpniowy żar.
Tym czasem – tik tak, tik tak i cisza drgającego, gorącego powietrza, którą powinien był wypełnić szelest kartek wypadających z kalendarza.
– Znowu poker pików, Crouch? – Głos Lestrange’a też docierał do niego jakby z opóźnieniem. – Oszukujesz.
– Myślę.
Wygrywanie raz po raz też go nudziło ­– ale przegrana nie wchodziła w rachubę. Nie pozwalała mu na to ambicja, przypominająca o sobie nawet w tak błahych sprawach. Nie pozostawało mu więc nic innego jak leniwie przerzucać kartę po karcie, niespecjalnie zważając ani na to, w co gra, ani na to, jakie szczęście mu niewątpliwie sprzyjało.
Z fotela, na którym się wylegiwał, miał doskonały widok na Lestrange’a; jednak choć obserwacja oznak nerwowości przeciwnika prawdopodobnie wyszłaby mu na dobre, wolał bezwolnie wpatrywać się w sufit, tak, jak gdyby liczył, że właśnie stamtąd nadejdzie pomoc. W takich chwilach dni, które mijały, zlewały mu się w nieustający koszmar nierówno nałożonej farby. Półbóg kontra ścienni malarze zagłady – już wkrótce we wszystkich księgarniach.
Jakieś zbłąkane kocisko przemknęło po tarasie i schowało się w cieniu drzew na tyłach ogrodu. Choć przecież nie był w stanie ich usłyszeć, stukot zwierzęcych łap uderzających o kostkę brukową rozsadzał mu czaszkę. Miał ochotę wstać i zaprowadzić porządek, lecz nie mógł znaleźć w sobie wystarczająco dużo siły, by choćby machnąć ręką. Pozostał więc tam, gdzie był, klnąc w duszy na los i podatki.
I wciąż tylko tik tak i tik tak, jak gdyby był to jedyny dźwięk we wszechświecie – bo i kocie łapy zdawały się go wydawać.
Zastanawiał się, jak cudownie byłoby znaleźć się teraz w skórze tego przypadkowego futrzaka. Zamiast siedzieć i wysłuchiwać, jakim to złym jest chłopcem, wygrywając po raz enty, mógłby zapomnieć o całym świecie i uciąć sobie małą drzemkę w miejscu jeśli nie chłodnym, to przynajmniej chłodniejszym. A potem? Potem w kociej postaci mógłby podbić cały świat, pełen myszy tylko czekających na to, aż zanurzy w nich swoje kły i…
Ale był tutaj, teraz, chociaż jego umysł podróżował po zupełnie nieznanych mu terenach. Jego ciało wciąż było tylko jego ciałem; tak samo ludzkie i ułomne, jak pięć minut i pięć lat wcześniej. Ledwo mieścił się w fotelu, który dla siebie wybrał – i z minuty na minutę odczuwał to coraz silniejszym mrowieniem w zgiętych kończynach. Chłopcy zbyt szybko rosną, jak kiedyś powiedziała mu matka, ta dobra kobieta, za dobra dla męża, który jej się trafił. Chłopcy zbyt szybko rosną, zbyt szybko przerastają fotele, ale to wszystko dlatego, że ich osobowości nie mieszczą się w tragicznie ciasnych żyłach i potrzebują przestrzeni, dłuższych kości, pojemniejszych żołądków i mięśni, o tak, mięśni, dzięki którym kiedyś nabiorą drugiej kosmicznej i odlecą w nieskończoność.
W dni, takie jak te, nie miał nawet ochoty myśleć o tym, jak nienawidzi swojego ojca i jak mu wstyd, że dzieli z nim twarz, ręce, piegi, włosy, wszystko, o czym tylko pomyślicie. Chociaż, gdyby się zastanowić dokładniej, na pewno gdzieś w głębi niego tliło się przekonanie, że to stary wymyślił to pieprzone tik tak zegarów.
– Niemożliwe, żebyś był w stanie ograć mnie za każdym razem. Musiałbyś być geniuszem. – Blabla, Lestrange, zrozum, że nikt cię nie słucha, że między każdym twoim słowem jest niedzielne popołudnie do przeżycia, że mówiłeś to już tyle razy, musiałeś stracić na to jedno zdanie z tydzień! – I to geniuszem zażywającym eliksir szczęścia. Czy ty…?
– Myślę.
Podejrzewał, że Rudolphowi nigdy nie znudzi się obrażanie jego inteligencji. Mógłby w końcu stawić czoła tej smutnej prawdzie – w tym roku zdawał dwanaście egzaminów i planował wszystkie zaliczyć na Wybitny. W tej sytuacji oczywistym było to, że wygra w jakąś tam grę, prawda? To nie było trudne. Wystarczyło na chwilę odwrócić wzrok od sufitu – bądź kotów, bądź stadka muszek owocowych nad misą z winogronami – i spojrzeć na karty. Ot cała filozofia. Cztery kolory, trochę figur, nawet przedszkolak dałby radę.
Co innego, gdyby postanowił pokonać go w pojedynku. Pojedynek! Na sam dźwięk tego słowa serce zaczynało mu bić z prędkością, która nie spodobałaby się żadnemu magomedykowi. Gdyby tylko dało się wstać i rozpocząć walkę na śmierć i życie – czułby się nareszcie szczęśliwy. Jako czarodziej został stworzony do celów wyższych niż poker pików. Dar magii uważał za najcenniejsze, co posiadał. To mugole musieli dręczyć swe ograniczone umysły rozrywkami rodzaju tych, które proponował mu sierpień. On miał wizję.
Mógł więc wstać. Najpierw prawa noga, powoli, ostrożnie, starając się nie nastąpić na potłuczoną uprzednio szklankę. Potem lewa, już pewniej, przecież szklanka potłukła się wczoraj – albo w poniedziałek, albo nigdy, czas płatał figle – i na pewno została posprzątana. Nareszcie można usiąść, bez pośpiechu, leniwie przeciągając się po drodze, by sprawdzić, czy wszystkie kostki znajdują się na swoim miejscu. Na końcu…
Tyle, że były to tylko marzenia. Ruszenie się z fotela równało się śmierci z rąk bezwzględnego, rozpalonego do białości sierpnia i jego przeklętych popołudni. Jedynym, na co mógł się zdobyć był drobny gest różdżką, by karty, które na nowo rozdawał Lestrange, trafiły wprost w jego palce niedoszłego pianisty.
Jego serce też zaczynało bić w rytmie powolnego tik tak.
Gdyby chociaż zegar wygrywał walca. Tik tak tik, tik tak tik. Można by wrócić myślami do muzyki i zapomnieć na chwilę o suficie, wygranych, kotach czy fotelu. Ale nie. Któż to widział, by tak uparcie liczyć na dwa? Cóż z tego miała ta marna parodia istnienia, to blaszane pudełko z pseudoduszą w czwartym wymiarze? Czy tik tak przynosiło tej kupie złomu chociaż namiastkę satysfakcji, którą miałby on sam, gdyby w końcu udało mu się pozbyć tego dźwięku ze swojej głowy?
Walc u Ministra! Fanfary, nadchodzi stary ze swoją piękną żoną! A gdzieś tam, z tyłu, słodki i uroczy drań, którego niedługo poznają wszystkie panny wyższej sfery! Chowajcie córki do piwnicy, nadchodzi apokalipsa dla ich rychłych mariaży i raj dla nieślubnych dzieci!
Ale najpierw – cholero ty, na trzy, prosimy o tik tak tik i tik tak tik, czy to tak drugo zrozumieć?
Kobiecy śmiech rozniósł się po obu salach –i tej, po której błądził właśnie jego umysł, i tej, w której znajdowało się jego ciało.
Bellatrix zostawiła ślad szminki na jego policzku. Znowu. Nie mógł zrozumieć, dlaczego z taką pasją go obcałowywała. Przecież w karty grał z nim jej mąż. To dla niego powinna zostawiać tego typu przyjemności – sam obchodził się bez nich jak najlepiej, dziękuję. Lubił, gdy całowały go kobiety, naprawdę, najlepiej kilka na raz i za każdym razem w innej konfiguracji, ale szminki starszej kuzynki Regulusa doprowadzały go do szału. Nie było w nich ani grama rozkoszy.
– Znowu wygrałeś? – spytała, patrząc mu bezczelnie w karty. Nie zareagował. Nie obchodziło go to, że zaraz z pewnością powtórzy wszystko Lestrange’owi. Walc u Ministra…
– Odegram się – zza stołu groźnie zagrzmiał bas, lekko podkręcony butelką szkockiej ze stołu. – On musi oszukiwać. Sama rozumiesz, że to aż niewyobrażalne!
– Oszukujesz, Crouch?
– Myślę.
Nienawidził też tego, z jaką pasją mierzwiła jego jasne włosy. I bez tego uważał, że prezentują się dramatycznie. Naprawdę nie musiała tego stanu pogarszać. Przez nią zaczynał się martwić – autentycznie martwić – o to, jak wygląda. Osobiście uważał, że zamartwianie się na temat wyglądu to zajęcie dobre dla bab i innych przekupek. Zdobywanie świata to zupełnie inna sprawa. Jak jednak miał zdobywać świat, gdy ta kobieta nie potrafiła trzymać rąk przy sobie? Ba! Gdy ta kobieta rozpychała się na jego fotelu, konsekwentnie, cal po calu zabierała mu jego bezpieczną przystań?
Starał się wrócić myślami do walca. Przypomnieć sobie te wirujące w tańcu sukienki różnych kolorów i fasonów, przepiękne tkaniny, z których były uszyte i jednakowe dziewczęta, które je nosiły. Gdzieś na granicy wspomnień widział naszyjnik z agatami Perse na jej długiej, bladej szyi łabędzicy. Starał się zejść trochę niżej, oczyma pamięci zajrzeć jej w dekolt, ale nawet kiedy nie było go przy nim, czuł na sobie gardzące spojrzenie Regulusa, prawdziwego właściciela ich obojga i wiedział, że tak po prostu nie wolno. Szukał więc obrazu jakiejś innej dziewczyny, przecież niczym się od siebie nie różniły, lecz nie szło mu tak dobrze; może i jej nie znosił, ale to, co należało do Blacka, zawsze ciągnęło go bardziej niż to, co było naprawdę wartościowe.
– Mam dla was bardzo ciekawą wiadomość, chłopcy.
Słowa Belli odbijały się po jego głowie, lecz wszystkie brzmiały jak kolejne tik tak pomiędzy tańcami.
Zatańczymy? Zatańczymy! A gdzieś tam, z tyłu, stary patrzy zza framugi drzwi do jadalni i gardzi. Nigdy nie przejmował się starym i jego pogardą dla młodości, swobody, miłości! Stary chciał być kiedyś Ministrem i pewnie kiedyś będzie, niech mu los sprzyja, kogo to obchodziło? Byle tylko na niego nie patrzył, byle bezgłośnie nie karcił za rękę, która zeszła odrobinę za nisko lub pełen winy pocałunek w trzecim takcie. Och, jak on go nienawidził! Walc u Ministra a ten ciągle tylko o tym, że trzeba się zachowywać i że przynosi wstyd rodzinie, kiedy on przecież trzyma się z Regulusem, to wyżej, niż tyłek starego kiedykolwiek podskoczy.
Kto go właśnie tarmosił? Kto mu podkrada fotel? Bellatrix Lestrange! Stary, pomyślałeś ty kiedyś, że będziesz miał synka – kumpla – Blacków? Zawsze chciałeś być częścią elit, ale nigdy ci to nie wyszło. Może i krew najczystsza, może i kiedyś mieszaliście się ze wszystkimi, ale te czasy minęły! Że niby Wilkes? Granda. Małżeństwo twojej siostry to jakaś parodia, zresztą, cała ta twoja siostra to parodia. Więc nie patrz! I schowaj sobie to tik tak w…
– Regulus dał pietra.
Stał właśnie przed starym i mówił mu wszystko, o czym zawsze myślał, ale na co nigdy nie miał odwagi. Stary słuchał, zero skruchy na jego mordzie zblazowanego urzędasa.
– Myślę.
Słuchaj, stary, nie będzie ci tak wesoło, kiedy zmaże ci z gęby ten uśmieszek. Wiesz, że on może to zrobić. Myślisz, że nikogo nigdy nie zabił? Może jeszcze nie, jest młody, ale kiedyś zabije. Będziesz pierwszy. Lubisz zielone, co?
– Crouch, do diabła, czy ty mnie słuchasz?
– Myślę.
– Crouch!
Zanim zdążył go zabić, dostał w twarz. Całusy, tarmoszenie, wszystko mógł zrozumieć, ale policzek? Na zbyt wiele sobie pozwalała. Był zwolennikiem tradycyjnej roli kobiety w rodzinie. Zaczynał rozumieć dlaczego. Choć był o krok od absolutnej zemsty, choć mógł w końcu zemścić się na tym złamanym…
– Słuchasz mnie, Crouch? – powtórzyła, zmuszając go, by spojrzał głęboko w te jej obłąkane oczy.
– Słucham – odpowiedział, stanowczo wyrywając brodę z jej wiedźmich szponów. Na jego twarzy malował się wyraz obrażonego, pięcioletniego chłopczyka. W końcu zaczął zachowywać się jak on sam. – Przecież powiedziałem, że wygrywam z twoim kochasiem ciągle, bo w odróżnieniu od niego myślę głową a nie przyrodzeniem.
Lestrange próbował protestować; Bella roześmiała się. Jednak spodziewał się lepszej reakcji. Ucieczka z krzykiem by go usatysfakcjonowała.
– Dla twojej wiadomości, kochasiu – Lestrange warczał. – Wcale nie rozmawialiśmy o twoich sukcesach, w przypadku których na pewno oszukujesz i…
Z udawanym zaciekawieniem uniósł jedną brew do góry. Jeśli chodziło o teatralność, na tyle było go stać w chwili znudzenia.
– A o czym? – spytał.
Kiedy Bellatrix powtórzyła swoją wiadomość, świat Barty’ego Croucha Juniora rozpadł się na miliard kawałeczków.
Wszystko w rytmie tik tak i tik tak.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s