wstęp do wstępu.

Trudno by na tym świecie – najlepszym wszak ze wszystkich w wielkim, niczyim uniwersum – znaleźć coś równie niebezpiecznego i kojącego zarazem, co obserwowanie Barty’ego Croucha. Ci, którzy mieli okazję poznać go bliżej, nigdy tego nie żałowali; gdyby jednak jakiś zapalony ankieter-psychoanalityk spytał ich, czy w innym życiu również chcieliby się z nim przyjaźnić, odmówiliby, sami nie rozumiejąc dlaczego. Jednego byliby pewni – nigdy przenigdy, niezależnie od zaistniałych okoliczności, nie chcieliby, by stał się ich wrogiem. Z dwojga złego lepiej byłoby już stykać się z nim na co dzień, uparcie, minuta po minucie podejmując ryzyko i łudząc się, że tym razem wyjdzie się z tego wszystkiego jeśli nie zwycięsko, to przynajmniej bez zbędnych konsekwencji.
Wszystko przez to, że Barty przypominał morze, to najbardziej kapryśne ze wszystkich oblicz Matki Natury.
W pogodne, choć mroźne, zimowe dni był absolutnie najwspanialszą ze wszystkich istot tułających się po Ziemi. W jego oczach odbijał się spokój poranka na plaży, pełen nie tyle tandety tysięcznej akwarelki wschodu słońca, co jakiejś pewności – pewności i piękna. Nie było w nim wtedy ni cienia goryczy. Złudne wrażenie powszedniości, mierności, normy kazało wierzyć w to, że nie skrzywdziłby nawet muchy – ba, byłby w stanie zaopiekować się każdym stworzeniem, jakie tylko wezwałoby go na pomoc. W takie dni łatwo było przy nim zapomnieć o tym, kim jest. Wcale nie przypominał tego Barty’ego Croucha Juniora, syna tego Barty’ego Croucha Seniora, małego hipokryty i wielkiego mordercy.
Jednak im starszy był, tym częściej żył sztormem. Okres dojrzewania obudził w nim bezwzględność nocy letniej, która nigdy nie przebacza i nigdy nie zapomina. W szale potrafił zniszczyć wszystko, co stanęło mu na drodze – dlatego zamiast szukać z nim porozumienia, w jego obecności najpewniej było zachować szczególną ostrożność i nie odsłaniać się za bardzo. Jeden fałszywy krok i po wszystkim; młody Crouch nie zwykł zadawać pytań czy okazywać łaskę. Tym, co go napędzało była pycha i miłość własna – najsilniejszy ze znanych ludzkości wiatrów. Gdyby chociaż był głupcem…! Lekkomyślność, gorąca głowa, jakże by to wszystko było bezpieczniejsze od wyrachowania i zimnej inteligencji!
Mimo to, tłum wokół niego rósł. Powiecie – przykuwał ich do niego strach, paraliżujący lęk przed posiadaniem go za swoimi plecami. Powiem wam wtedy – mylicie się. Coś znacznie silniejszego niż instynkt samozachowawczy sprawiał, że Barty (niezależnie od etapu swojego życia) otoczony był gronem pochlebców. Tym czymś był zachwyt.
Wszak na tym świecie nie ma też niczego piękniejszego niż morze. Nieprzewidywalne, niebezpieczne, zabójcze.
Człowiekowi, który raz je pokocha, trudno znaleźć dla siebie miejsce z dala od niego. Jest coś paraliżująco hipnotyzującego w tej trochę większej kałuży. Coś, co nie pozwala ci siebie opuścić – nigdy przenigdy. Tak samo było i z nim. Trudno zliczyć ludzi, których zaufanie zawiódł, a jednak mógł liczyć na to, że w chwili próby skoczą za nim w ogień. Trudno zliczyć ludzi, którzy naprawdę w ten ogień skoczyli. Zgubił ich wszystkich. Co do sztuki. Bez jednego mrugnięcia okiem! Nikt przy zdrowych zmysłach nie podejrzewałby go o choćby najmniejszy strzępek wyrzutów sumienia. Mały hipokryta i wielki morderca, tak, jak zawsze tego pragnął. Przy tym jednak największy, największy zbrodniarz tamtej wojny – jak bowiem inaczej osądzić człowieka, który pozwolił swej matce i swojemu ojcu…
Cii, nie wyprzedzajmy faktów. Zostańmy z Bartym tu i teraz. W chwili, która ostatecznie zadecydowała o jego życiu. Być może istniała dla niego nadzieja – malutka iskiereczka tląca się gdzieś w oddali. Co, jeśli naprawdę mógł skończyć inaczej? Dlaczego akurat musiał zostać zapamiętany jako Jego najwierniejszy? Barty i jego miłość własna, jego pęd do bicia rekordów, o których nie śniłby żaden filozof!
Wiecie, o którym dniu mówię, prawda? Musicie wiedzieć.
Ty też wiesz. Nie patrz na mnie tymi swoimi słodkimi, martwymi oczyma. Przez wszystkie lata, które sobie wtedy odebrałeś, będziesz to doskonale wiedział.
W końcu to ty go zgubiłeś. Tak z przekory, żeby raz było na odwrót!
Regulusie Blacku, największy skurwielu tego świata.

Advertisements
wstęp do wstępu.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s