walentynki

Luty tego roku był wyjątkowo śnieżny, praktycznie przez całe noce padał śnieg, a w dzień jego nadmiar topiło słabe, brytyjskie słońce. Co w żadnym wypadku nie znaczyło, że ulice przestawały być białe – wręcz przeciwnie, większość trawników i parków pokrywała warstwa białego puchu, niezwykle przyjemnego dla oka. Dla kogoś, kto na co dzień mieszkał z dala od Londynu – widok ten nie był szczególnie pociągający. Melanie należała do tych szczęśliwców, którzy mieszkali daleko, daleko od głośnej stolicy i bywali w niej tylko, gdy musieli załatwić coś ważnego.
Właśnie tak, jak teraz.
Panna O’Carrington przemierzała właśnie brudnośniegowe ulice mugolskiego Londynu, żałowała, że nie aportowała się bezpośrednio w Ministerstwie, a potem siecią Fiuu do Dziurawego Kotła, to by wiele ułatwiło. I pozwoliłoby zachować uczucie suchości w butach. A to – wbrew powszechnie przyjętej opinii – niezwykle ważne, by mieć sucho bezpośrednio pod stopami. Zwłaszcza, gdy mowa o dość drogich kozakach, kupionych za poważną, mugolską gotówkę. Melanie poczuła, że to miłość od pierwszego wejrzenia i gdyby można było wychodzić za mąż za elementy garderoby, to ona natychmiast poślubiłaby te buty. Nie było w nich właściwie niczego wyjątkowego – wysokie, czarne kozaki na średnim, kieliszkowatym obcasie, mające zmyślnie ukryty suwak i noski przypominające trzewiki czarownic sprzed kilku wieków. I srebrną klamrę, którą owinęła żółto-czarną wstążką. Lubiła mieć na sobie coś, co przypominało jej o Hogwarcie, a cóż sprawdziłoby się w tej roli lepiej, jeśli nie kolory jej domu?
W każdym razie kwestia suchości w butach była szczególnie ważna, bo zaraz po wyjściu z Ministerstwa miała się udać na spotkanie z uroczym gentlemanem, na którego niedawno wpadła w swoim miasteczku. Nie wiedziała, co tam robił, ale to nie było specjalnie ważne – starczyło, że się tam znajdował i wydawał się być mile zaskoczony spotkaniem. I zaproponował powtórkę. Tu, w Londynie. Czemu nie, w końcu i tak musiała przyjechać. Zresztą – na takie spotkanie mogłaby jechać i bez powodu, choć pewnie nie przyznałaby się przed nim otwarcie. Lepiej było mówić o sprawach w Ministerstwie. Bezpieczniej. To dawało możliwości manewru, poczucie panowania nad sytuacją. Nie sprawiała wrażenia desperatki. Mogła wykreować się w dowolny sposób, przybrać formę, jaką tylko chciała. Nie musiała być z nim szczera. On też nie był. Nigdy. Wiedziała to doskonale, choć tak naprawdę rozmawiali tylko kilka godzin. Dość słyszała w Hogwarcie. Tak, ludzie się zmieniają, wiedziała o tym i nie była na tyle cyniczna, by usprawiedliwiać tylko siebie tym utartym sloganem. No i była Puchonką. Noblesse oblige, jak zwykli mawiać co bardziej rozgarnięci znajomi. Choć nie były to najbezpieczniejsze czasy i wygłaszanie takich kwestii mogło się skończyć nieprzyjemnościami wśród otoczenia – w najlepszym wypadku, rzecz jasna. Od razu posypałyby się bardzo niesmaczne oskarżenia o bycie śmierciożercą czy inną formę sprzyjania tej jakże niebezpiecznej formacji.
Melanie była na to zbyt wygodnicka. Tak, w duchu sprzyjała większości działań Czarnego Pana, ale nigdy nie dałaby tego wyraźnie do zrozumienia. Dlatego tak łatwo zgodziła się na to spotkanie – była pewna, że z nim jest tak samo. A jej intuicja była w takich sprawach nieomylna.
Westchnęła ciężko i szybkim, machinalnym ruchem poprawiła fryzurę. Zaraz będzie na miejscu, powinna poprawić makijaż… Tylko gdzie? No trudno, musi zaufać swemu urokowi. Zerknęła na zegarek. Siedem minut spóźnienia. Idealnie.
Zamaszystym gestem otworzyła drzwi i weszła do ciepłego pomieszczenia. Nie przepadała za mugolskimi barami, ale ten miał swój klimat – jedna ze ścian była starą, ceglaną pamiątką po odległych czasach, reszta wnętrza, obita drewnem, też była stylizowana na jakieś dawne wieki. Z niskiego sufitu zwieszały się bogato zdobione, duże żyrandole. Stolików było niewiele, ustawiono je w pewnej odległości od siebie – czy naprawdę chciano w ten sposób zapewnić gościom poczucie prywatności? Zaśmiała się w duchu na samą myśl. Zauważyła kelnerki w śmiesznych strojach, stylizowanych podobnie, jak samo wnętrze. A potem zauważyła i jego. Zajął najbardziej oddalony od innych stolik w samym rogu sali.
Podeszła, zdejmując po drodze płaszcz. Nie chciała, żeby poczuł się w obowiązku odbierać go od niej czy wieszać wieszaku. Wolała to zrobić sama, tak po prostu. Poprawiła dyskretnie spódnicę i usiadła na ciężkim, zdobionym krześle, od razu przetrząsając torebkę w poszukiwaniu papierosów. Ach, te mugolskie przyzwyczajenia. Ale czemu ma sobie żałować.
– Masz ogień? – zapytała towarzysza.
– Nie powinnaś tu palić – mruknął w odpowiedzi.
– Nie pytam czy powinnam, ale czy masz ogień.
– Nie – odpowiedział krótko, patrząc na nią z kpiącym uśmiechem. – Ale zapytaj kelnerki, właśnie tu idzie.
Faktycznie, wkrótce podeszła do nich niska blondynka w nieco przymałej sukni. Podała im menu i popatrzyła karcąco na Melanie.
– Przepraszam panią, ale tu nie wolno palić – powiedziała cicho, jakby w obawie, że może urazić czymś gościa.
– Och, jeden drobny papieros, co ci szkodzi przymknąć na to oko… – zaczęła, szukając wzrokiem plakietki z imieniem kelnerki; faktycznie, plastikowa, nieco tandetna przypinka spoczywała na piersi dziewczyny – …Doris. Obiecuję, że nie pożałujesz… – Puściła do niej oko.
– Hm, ale… drewno, rozumie pani…
– Powiedziałam, że nie będziesz żałować. Drewnu też nic nie będzie – odparła przez zęby. – A teraz mogłabyś przyjąć zamówienie i zniknąć stąd?
Dziewczyna niedostrzegalnie pokiwała głową i wyjęła z fartucha notes. Nie odezwała się już, zapisała ich życzenia i zniknęła razem z menu. Melanie prychnęła lekko i, rozejrzawszy się wokoło, zapaliła papierosa różdżką. Zaciągnęła się kilka razy i dopiero popatrzyła na mężczyznę, z którym się tu spotkała. Jej gra chyba póki co działa nieźle, bo nie okazywał żadnego zniecierpliwienia – wręcz przeciwnie, wydawał się nią zaintrygowany.
– Jak ci się podoba Londyn o tej porze roku? – zapytał.
– Koszmar – mruknęła. – Nie mam pojęcia jak mugole mogą sobie radzić bez wszystkich zaklęć rozgrzewających, czyszczących, Ognistej Whiskey…
– No cóż, mają wiele artykułów zastępujących te nasze udogodnienia.
– Taaak, z pewnością…
Nie zdążyła dodać nic więcej, bo wróciła Doris i bez słowa postawiła na stoliku dwie kawy, sernik i napoleonkę, a potem – nerwowo zerkając na papierosa – odeszła. O’Carrington strząsnęła popiół na podłogę i przydepnęła obcasem, żeby dywan się przypadkiem nie zatlił.
– Ładnie wyglądasz – powiedział, podając jej czerwoną różę. – Właściwie od tego powinniśmy zacząć tę rozmowę.
– Dziękuję – odparła, patrząc na kwiat. – Trochę to gryfońskie, ale niezwykle miłe.
– Masz coś przeciwko Gryfonom? – zapytał ze śmiechem, zadowolony, że rozmowa powoli zmierza na dobre tory.
– Oczywiście, że nie. Inaczej bym się tu z tobą nie spotykała. – Odgarnęła z szyi włosy w kolorze orzecha włoskiego. Tak, chciała, by zauważył ten diament w misternie robionej oprawie, który wisiał na delikatnym, srebrnym łańcuszku. – Robota goblinów – dodała, gdy zauważyła, że jego wzrok ześlizgnął się niżej i zatrzymał na błyskotce. – Przynajmniej jedna rzecz, na jakiej się znają.
– Nie sądzisz, że twoje sądy są zbyt ostre? – zapytał, upijając trochę kawy.
– Czy ja wiem? Takie czasy, ludzie bez wyrobionego zdania nie mają szans. – Zapatrzyła się w apetycznie wyglądający sernik. Zaczęła żałować, że wybrała nędznie wyglądającą napoleonkę. – Ale przecież nie zaprosiłeś mnie tutaj, żebyśmy rozmawiali o goblinach i innych sprawach związanych z szarą rzeczywistością, prawda? – Spojrzała wymownie na różę, bezczelnie leżącą pośrodku stołu.
– Tak, masz rację, ale to nie jest najlepsze miejsce. Myślę, że jak zjemy, powinniśmy się przejść. Co ty na to?
„Chodzić? W tym śniegu?! Nawet dla ciebie tego nie zrobię!”, pomyślała. Ale tak powiedziałaby ta stara i nudna Melanie. A przecież została w domu, tu siedzi nowa Melanie-aktorka. Jedyna w swoim rodzaju, urzekająca, wyjątkowa…
– Jasne.
Nawet Melanie-aktorka nie umie się oprzeć tym oczom. Czy któraś inna umiała?
Niespiesznie dokończyli kawę i ciasto, rozmawiając od niechcenia o pogodzie i ostatnich wydarzeniach. Mózg O’Carrington jednak pracował bez wytchnienia – mugole za oknem zachowywali się jakoś dziwnie, goście przy innych stolikach też. Wszyscy tacy nienaturalnie szczęśliwi, poruszający się tyko parami, z kwiatkami w dłoniach. A potem spojrzała na niego i wszystko stało się jasne – on też…?
No tak, to musiały być te całe mugolskie Walentynki czy jak oni to nazywają… Zawsze kojarzyło jej się z pracami murarskimi i ilekroć słyszała tę nazwę – nie mogła pohamować śmiechu. A teraz ma się okazać, że nie tylko będzie świadkiem cudzego szczęścia w Walentynki, ale wręcz uczestniczką tego całego szaleństwa?
Nie, zdecydowanie musi poprawić makijaż. Zanim dojdzie do czegokolwiek. Nie może mieć rozmazanej szminki czy cukru pudru na górnej wardze! Przeprosiła rozmówcę i szybko udała się do łazienki, by „przypudrować nosek”. Wierutna bzdura, gdyby chodziło tylko o puder… No cóż, nie zamierzała przecież walczyć z utartymi sloganami, skoro na co dzień żyła wśród tak wielu. Ba, czasem to wręcz one stanowiły o jej bycie. Nie było sensu się nad tym rozwodzić, trzeba było wracać do stolika.
Chwilę jeszcze porozmawiali, po czym nadszedł moment opuszczenia pubu. Melanie nie omieszkała wrzucić niedopałka papierosa do filiżanki po kawie, ale zostawiła też sowity napiwek, choć to nie ona płaciła za zamówienie.
„Cóż za tani romantyzm”, przemknęło jej przez myśl, gdy podał jej płaszcz. Ale doceniała to, przecież nie była tak wyprana z uczuć, za jaką chciała uchodzić.
Na ulicy przekonała się, że wieczorny śnieg rozpoczynał balet nad ich głowami – płatki wirowały, łagodnie miotane słabymi podmuchami wiatru, w końcu lądując łagodnie na przechodniach lub chodniku. Melanie musiała przyznać, że nigdy nie widziała piękniejszego kontrastu, niż te płatki śniegu, które padały na jego czarne włosy. Wmawiała sobie, że to przez ten idiotyczny dzień, że tak naprawdę wcale nie zachowywałaby się tak irracjonalnie. Ukradkiem zerknęła na różę, którą niosła w lewym ręku. To w końcu jeszcze o niczym nie świadczyło.
Dotarli do jakiejś ustronnej uliczki, którą nie przechadzały się akurat żadne parki.
– Melanie, musimy porozmawiać – powiedział w końcu.
Poczuła, jak wzbiera w niej fala gorąca. Intuicja krzyczała, żeby się nie wahała, że to chodzi o uczucia, na pewno!
– Słucham – odparła najcieplejszym głosem, jaki mogła z siebie wykrzesać. Przybliżyła twarz do jego twarzy na tyle, że wyraźnie czuła drogą wodę kolońską. Nie, nie liczyła na nic, a przynajmniej chciała, żeby tak to wyglądało.
– Chciałem cię zapytać… – zaczął, rozglądając się dookoła. Melanie miała wrażenie, że zacznie piszczeć, gdy usłyszy te słowa. W duchu śmiała się już na widok min kuzynek, kiedy przedstawi go rodzinie. – …ców?
Zamrugała. Jak to możliwe, że niedosłyszała tych najważniejszych w życiu słów?!
– Przepraszam, możesz powtórzyć? – poprosiła najsłodszym tonem, na jaki było ją stać.
– Pytałem, czy to prawda, że popierasz śmierciożerców? – zawahał się. – Zrozumiem, jeśli nie odpowiesz, ale to bardzo, bardzo ważne.
Prychnęła głośno. A więc o to chciał ją zapytać?! O jej przekonania?! Nie mogła w to uwierzyć! Był tak bezczelny, że… Chwila, właściwie to ona wyobrażała sobie niewiadomo co. On tylko zapytał. Ale w takim razie po co ta atmosfera?!
– Ja… Och. Jak MOŻESZ o to pytać DZIŚ?! – wybuchła.
– Co…? O co chodzi, co sobota ma do tego? – zdziwił się, kompletnie nie rozumiejąc jej wybuchu.
– Nie mówię o sobocie, ty ośle skończony! – Cofnęła się. Nie mogła znieść dłużej tego zapachu wody kolońskiej, który najwyraźniej teraz był tożsamy z zapachem idioty. – Poza tym to nie twoja sprawa, kogo popieram.
– Zastanów się, Melanie. To ważne kwestia, w tych dniach – jak sama powiedziałaś – ludzie bez wyrobionego zdania nie mają szans. Dobrze wiesz, co się dzieje. Musisz się opowiedzieć po jednej ze stron. – Utkwił w niej bystre spojrzenie ciemnych oczu.
O’Carrington poczuła się naga i bezbronna. Jej intuicja się pomyliła, po raz pierwszy w życiu. Jak mogła pomyśleć, że on… No cóż, musi to ciągnąć dalej, ostatecznie nikt nie powiedział, że chodzi mu tylko o formalności. Nie może porzucić gry w trakcie spektaklu, tak robią tylko amatorki. Ona jest profesjonalistką. Musi znowu zaufać swojej intuicji, przecież od dawna czuła, że on TEŻ ma takie zapatrywania, po co to ukrywać? Tym razem nie może się mylić!
– Myślę, że dobrze wiesz, co odpowiem. Nie pytałbyś w innym wypadku, prawda? – Znów podeszła bliżej, jakby stanie po przeciwnej stronie ulicy oznaczało pewną śmierć przez zamarznięcie, a on był jedynym źródłem ciepła w tę śnieżną noc. – Musisz zdawać sobie sprawę, że ten kryzys to tylko sprawa przejściowa, że wkrótce wszystko się unormuje…
Nie odtrącił jej, pozwolił stać tak blisko, że jej nos prawie zagrzebywał się w jego szaliku.
– Co masz na myśli? – zapytał.
– To chyba oczywiste – szepnęła prosto do jego ucha. – Czarny Pan zwycięży, zapewni lepszą przyszłość takim jak ty czy ja… Nie możemy żyć dłużej wśród tego plugastwa, które otacza nas ze wszystkich stron, sam o tym wiesz doskonale, twoja rodzina…
– Tyle chyba wystarczy, Melanie. Dziękuję ci za… urocze popołudnie – odpowiedział, a ton jego głosu był chłodniejszy niż temperatura śniegu, który ich otaczał.
Nie odsunął się. Stał tak dalej i patrzył na nią z całą pogardą, na jaką było go tylko stać. Nie widziała jego oczu, ale była pewna, że nie wyrażają niczego innego. Nie chciała ich widzieć, nie chciała zobaczyć, jak bardzo go zawiodła, choć liczyła na tak wiele. Sama się odsunęła, jakby nagle ją oparzył.
– Dlaczego ty… – wydyszała. – Dlaczego jesteś takim odmieńcem?! – Ze złości cisnęła różę na chodnik. – Zrobiłam z siebie idiotkę, a ty tak po prostu dziękujesz?
– Czego oczekiwałaś? – zapytał kpiąco. – Myślę, że powinnaś już iść. Zatrzeć ślady, nim wyśledzą cię aurorzy.
– Ty sukinsynu… Nie jestem śmierciożerczynią!
– Masz wyrobione zdanie na ten temat. A ja mam swoje. Do widzenia, mademoiselle.
Spokojnie odszedł do końca uliczki, gdzie zatrzymał się na chwilę i popatrzył na nią, a śnieg spokojnie padał na jego czarne włosy i ciepły, wełniany płaszcz. Była pewna… chciała być pewna, że w jego oczach jest żal, że jest mu przykro, że go zawiodła. Ale z drugiej strony – gdyby tak było, to z pewnością nie odszedłby. Ten jakże prosty gest znaczył wszystko, przekreślał nie tylko jej przekonanie o niezawodności intuicji, lecz także znacznie komplikował dotychczasowe życie. Zrozumiała już, co robił w jej miasteczku. Jakie to było proste, chciał ją sprawdzić! Przekonać się, kogo popiera. I użył do tego jej własnych słów.
Gdy spojrzała ponownie na koniec ulicy – już go nie było i wiedziała, że nigdy się nie zobaczą. Podniosła z ziemi różę i popatrzyła na nią. Nie była już tak piękna jak kilka godzin temu, ale wciąż wyglądała nieźle.
– Nienawidzę cię, Syriuszu Black – wymamrotała do rośliny i zdeportowała się. Nie było czasu na rozmyślanie, teraz został jej tylko czas na działanie, jeśli nie chce przypłacić życiem swej głupoty. A – mimo wszystko – nie chciała.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s