VIII. O marności rodziny

Mattię zawsze cieszyły powroty do domu. Z roku na rok zmieniały się jednak powody, dla których lubiła znów tam być. Gdy była młodsza, brakowało jej przede wszystkim rodziców – i to z nimi chciała spędzać każdą chwilę po swoim powrocie. Zaś od kiedy jej siostra skończyła Hogwart, w trakcie letnich wakacji Matt nie spuszczała jej z oka. Tak, jakby przez chwilę nieuwagi tamta mogła zaplątać się w czasoprzestrzeni, zgubić w jednym z korytarzy ich starego domu, zaplątać we wspomnienia i nigdy nie powrócić.
Czy podświadomie podejrzewała, że siostra kiedyś ją zostawi? Może tak, ale było to podejrzenie na tyle słabe, by projekt przeprowadzki nie okazał się porządnym ciosem wymierzonym przez zaskoczenie.
Dla Mattii była to wyjątkowo ciężka noc.
Przez długie, bezsenne godziny rozmyślała o tym, że jej rodzina… że jej rodzina się rozpada. A przynajmniej – nigdy nie będzie już w komplecie. I choć sama przez większość roku nie mieszkała w domu, choć sama była po części odpowiedzialna za wielomiesięczne rozłąki, nie mogła pojąć, jak jej siostra – tak odpowiedzialna, dorosła osoba! – mogła wymyślić coś równie nieodpowiedzialnego. Żeby się wyprowadzać? Do jakiegoś tam chłopaka? Mattia potrafiła podsumować to tylko jednym słowem – dramat.
Trudno więc opisać radość dziewczyny, gdy w okolicach godziny dziesiątej dwadzieścia cztery rano obudziło ją nic innego, jak głos jej ukochanej siostry, krzyczącej jej nad uchem:
– Tiamat, obudzisz się wreszcie?
W każdej innej sytuacji denerwowałaby się tym, że ktoś budzi ją o tej nieludzkiej porze. Tym razem jednak – gdyby nie była tak zaspana – z pewnością skakałaby ze szczęścia. Mogłaby też odtańczyć specjalną choreografię wesołości, którą jeszcze w pierwszej klasie zaprezentowała jej Debby. Jedynym, na co się zdobyła, było podniesienie głowy i spojrzenie na siostrę spod burzy blond loków.
– Okazało się, że zapomniałam paru rzeczy. – Uśmiech starszej panny MacDonald świadczył o tym, że podzielała dobry nastrój Mattii. – Nie wiesz może, gdzie schowałam ten śmieszny budzik, śpiewający hipopotamią piosenkę?
Szkoda, że Mattia sama nie podzielała już swojego dobrego nastroju.
Pytanie siostry przypomniało jej o rozpadzie rodziny i wszystkich gorzkich wnioskach, do których doszła w nocy. Momentalnie uznała, że podniesienie głowy było gestem pochopnym, niepotrzebnym i nazbyt radosnym; dlatego też z dramatycznym westchnięciem z powrotem opadła na poduszki.
– Tak się nie bawimy, Tiamat! Nie możesz nie odzywać się do mnie do końca życia. Nie zrobiłam niczego złego, rozumiesz? Ja tylko…
Nie zdążyła dokończyć. Dalszą część jej wypowiedzi zagłuszył krzyk ich matki:
– Ebony w kominku w salonie!
Z tej okazji Mattia nie mogła nie skorzystać. Zwlokła się z łóżka, uparcie ignorując siostrę i jej Powinnyśmy porozmawiać. Tak bardzo pochłonięta była zgrywaniem obrażonej, że zapomniała nawet o założeniu kapci, nim wyszła z pokoju, ostentacyjnie trzasnąwszy drzwiami.
Choć, musiała przyznać to przed samą sobą, perspektywa rozmowy z Ebony też jakoś specjalnie jej nie bawiła. Wprawdzie nie widziała swojej przyjaciółki już od dwóch tygodni, jednak jej codzienne – tak, codzienne – pojawianie się w kominku w salonie państwa MacDonald doprowadzało biedną Mattię do obłędu. Tęskniła za nią, jasne. Ale miała tyle własnych problemów… Dlaczego świat nie mógł o niej po prostu zapomnieć?
– Cześć – powiedziała niemrawo, siadając w fotelu, z którego idealnie widziała swojego kominkowego rozmówcę. – Spałam.
Prawdopodobnie nie było to najmilsze powitanie tego świata, ale nic lepszego nie przyszło jej do głowy. Prawdę mówiąc, użycie czasu przeszłego też nie było zbyt fortunne. Ona wciąż pół-spała. Świadczyło o tym choćby to, że z ledwością powstrzymywała się od zamknięcia oczu.
Fotel był w końcu taki miękki! Można było zwinąć się w kulkę i zatopić w morzu poduszek, które były prywatną obsesją matki panien MacDonald. Czyż w tym cudownym świecie obitym tapicerką w różnokolorowe róże nie zapominało się o wszystkich swoich problemach? Mattia zaczynała wierzyć, że tak. Nagle zrozumiała, że z pozoru zupełnie nieistotny mebel zaczął urastać w jej oczach do rangi światowego symbolu bezpieczeństwa.
– Nie uwierzysz w to, co ci powiem, Matt.
Wiedziała, że uwierzy, ale nie chciała psuć Ebony efektu teatralności. W tym stanie uwierzyłaby we wszystko – nawet w to, że Hufflepuff kiedykolwiek zdobędzie Puchar Domów – byle rozmówca dał jej dzięki temu święty spokój.
– Nie uwierzę – przyznała, ostatkiem sił zmuszając się, by podtrzymywać tę rozmowę.
Mina Ebony dobitnie świadczyła o tym, że tę satysfakcjonował poziom zaangażowania Mattii w tę pasjonującą konwersację, która – z punktu widzenia panny MacDonald – ciągnęła się już zdecydowanie za długo, a i tak nie było wiadomo, o co chodzi. Cóż. W innej sytuacji innemu człowiekowi z pewnością byłoby miło, że ktoś docenia jego wkład. Jej to zupełnie nie wzruszało.
– Łapa uciekł z domu! – Jednak krzyk jej przyjaciółki nawet niewzruszonej Mattii wydał się zbyt entuzjastyczny.
– No i? – odpowiedziała, starając się zachować pełną powagę.
Ebony prychnęła, co zaowocowało rozsypaniem popiołu wszędzie dookoła kominka. Świetnie. Teraz trzeba będzie także pozamiatać.
– Nie rozumiesz czy nie słuchasz? – spytała. – Łapa uciekł z domu. Mieszka teraz u Rogatego.
Mattia rozumiała i bardzo nie chciała słuchać.
***
W głowie wciąż miał świst porcelanowych figurek po pra-krewnym, które przelatywały na zmianę koło jego lewego i prawego ucha. Z całej tej awantury najbardziej żal było mu tego nieszczęsnego zestawu. Bądź co bądź, ze wszystkich szpargałów po przodkach on prezentował się chyba najlepiej – nic dziwnego, że staruszka wydziedziczono; miał za dobry gust na tę rodzinę.
Wolał nie myśleć o tym, że lada chwila matka pewnie i jego samego wykreśli z zaszczytnej familii Blacków. Kiedy się z nią kłócił, nie marzył o niczym innym, jak o tym, by właśnie tak się stało. Zaklinał niesprawiedliwy los, by dał mu szansę uwolnić się wreszcie od choroby, na którą cierpiała ta cholerna arystokracja. Gotów był poświęcić wszystko w zamian za wolność od przesądów, uprzedzeń, niedzielnych herbatek i – to przede wszystkim – nienawiści, którą oni wszyscy żyli. Teraz jednak, gdy siedział na podłodze w pokoju Rogatego i miał okazję na spokojnie o tym wszystkim pomyśleć, jedynym, co czuł był… smutek.
Próbował wytłumaczyć sobie, że gdyby w końcu się im nie postawił, źle by się to dla niego skończyło. Nadchodziły złe czasy i aż za dobrze wiedział, po której stronie staną Blackowie. Nie chciał brać w tym udziału. Wystarczyło, że Regulus…
Właśnie, Regulus. Mały Reggy. Nigdy go nie lubił – czy nie był wszakże kopią jego mamuśki? – ale tutaj, na podłodze Rogatego zrozumiał, że być może nie była to właściwa postawa. Co bowiem stanie się teraz z jego bratem? Wciąż będzie przykładnym paniczykiem, oczywiście. Ale skoro on się uratował, może i dla młodego byłaby szansa? Jak przez te wszystkie lata mógł nawet nie pomyśleć o uratowaniu Regulusa? Jak mógł zostawić go samego z tym…
Zaklął w myślach. Cóż za absurd. Przecież ten mały Reggy wcale nie chciał być ratowany!
– Jak tam, stary? – spytał James.
Ostatkiem woli zmusił się, by podnieść głowę i spojrzeć na przyjaciela. Nie mógł go zignorować – przecież ten przyjął go do siebie w środku nocy, tak po prostu, nie zadając żadnych pytań! Rogaty był prawdopodobnie najlepszym człowiekiem na tym świecie. Jak Ruda mogła tego nie zrozumieć? Przecież tego czarnego, rozczochranego łba nie dało się nie kochać!
– Próbuję się poskładać – odpowiedział, starając się unikać tonu nazbyt dramatycznego. – Wiesz, to mój debiut w kategorii wydziedziczenie.
James roześmiał się tak, jak gdyby usłyszał najśmieszniejszy dowcip świata. To, że zawsze, niezależnie od okoliczności znajdował powody do śmiechu, było kolejnym powodem, dla którego naprawdę warto było się z nim trzymać. W końcu i on, Syriusz chyba już nie Black, mógł się dzięki temu przynajmniej uśmiechnąć.
– Gdzie cię wcięło? – spytał po chwili, domyśliwszy się, że Rogaty nie ma zamiaru sam rozpocząć tego tematu.
– A, wiesz, miałem kominek do odebrania.
Łapa spojrzał na niego poważnie.
– Prosiłem cię, żebyś na razie nie mówił o niczym Mattii.
– To nie Mattia – odpowiedział tonem wyjątkowo urażonym. – Dotrzymuję obietnic, wypraszam sobie!
Oburzenie, któremu się poddał, kazało mu najwidoczniej podjąć jakąś akcję – chwilę później bowiem nie stał już w progu pokoju, a jakieś ćwierć kroku bliżej. Jakie oburzenie, taka i akcja.
Cały problem polegał na tym, że nie za bardzo wiedział, jak postępować teraz z Syriuszem. W końcu ten… stracił swoją rodzinę, prawda? Jaka by ona nie była, to dość istotny element życia każdego człowieka. Oczywiście miał też jakichś wujków czy jakieś ciocie, ale to zdecydowanie nie było to samo!
Nie mógł znieść tego jego spojrzenia.
– Okay, Ebony – wyrzucił z siebie. – Ale to nie to samo, co? Sama się odezwała. Nie umiem kłamać.
Syriusz zwykle starał się nie wzdychać zbyt ostentacyjnie (to babskie), ale tym razem naprawdę nie mógł się powstrzymać. Jeśli Ebony się dowiedziała, z pewnością zaraz przekaże to Mattii. A jego problemy rodzinne naprawdę nie powinny być czymś, o czym tak po prostu opowiada się przy kawie i ciasteczku. To naprawdę nie była niczyja sprawa.
– Wybaczysz mi? – spytał James, starając się z całych sił zrobić ze swojej twarzy coś, co w jego mniemaniu zapewne miało być słodką minką.
– Jeśli Matt się dowie…
– Prosiłem, żeby nie rozpaplała!
Proszenie Ebony o to, by nie powiedziała czegoś Mattii było równie skuteczne, jak proszenie Smarka, żeby w końcu umył te kudły. Choć, oczywiście, na to drugie nie wpadłby nawet tak niepoprawny optymista jak Rogaty. W tym celu musiałby się do Smarka odezwać – a choć mogłoby się wydawać, że dość często do tego dochodzi, zwykle Potter porozumiewał się z nim raczej za pomocą zaklęć.
– Myślisz, że rozpapla? – dorzucił po chwili zastanowienia.
– Myślę, że za chwilę znowu będziesz miał kominek, stary.
James wzruszył ramionami.
– Rodzice poszli znowu spać, nikt go tam na dole nie usłyszy.
To wydawało się dość rozsądnym rozwiązaniem – w końcu czy nie lepiej było udawać, że się jej kompletnie nie spodziewało niż naprawdę stanąć twarzą w twarz z Mattią obudzoną o drugiej w nocy w celu powiadomienia jej, że Syriusz uciekł z domu? Tylko głupiec wybrałby opcję drugą.
– Zresztą, skoro rodzice znowu śpią, pomyślałem, że to ci się przyda.
Jeszcze nigdy Łapa nie ucieszył się tak na widok jakiejkolwiek butelki, jak wtedy, gdy zobaczył tę, którą James wyciągnął zza swoich pleców.
Zapowiadała się bardzo długa noc.
***
– Próbowałam do ciebie dotrzeć wieczorem, ale twoja matka powiedziała mi, że lepiej pozwolić ci spać – kontynuowała Ebony, której najwidoczniej nie przeszkadzało to, że Mattia nie odpowiedziała na jej poprzednie pytanie. – Dlatego dzisiaj jak tylko wstałam, postanowiłam z tobą pogadać. Nawet śniadania nie zdążyłam zjeść, Matt, mogłabyś to docenić.
Jednak ona czuła, że nie jest w stanie zrozumieć poświęcenia Ebony. W szczególności, że wykazała je ona po to, by podzielić się z nią informacją do życia jej całkowicie zbędną. Kogo obchodziło miejsce zamieszkania Łapy? Tu rozpadała się rodzina! Świat Mattii walił się w gruzy, a ta jej zawracała głowę jakimiś błahostkami!
– To wszystko, co chciałaś mi powiedzieć? – spytała. – Mogę już iść spać?
Ebony z wrażenia aż zaniemówiła. Niestety, długo to nie trwało.
– W ogóle cię to nie obchodzi? – Zabrzmiało jak wyrzut.
Mattia spojrzała na nią najprzytomniejszym wzrokiem, na jaki było ją stać.
– Nie – odpowiedziała. – Zrozumcie wreszcie, że świat nie kręci się wokół Blacka. To naprawdę nie jest najważniejszy człowiek na ziemi.
Trudno było znaleźć na to wystarczająco dobrą odpowiedź.
Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s