VI. O marności przyjaźni

Jakiś czas temu na idealnie gładkim posążku przyjaźni Lily – Mattia pojawiła się rysa.
Dziewczyny same do końca nie rozumiały, co się z nimi dzieje; co dwunastolatki mogą wiedzieć o kryzysach? Próbowały jakoś to nazwać, ale do główek nie przychodziły im słowa trudniejsze od dąsania czy smucenia się. Żadna z nich nie wymyśliłaby nawet tak banalnej i zużytej metafory jak ściana lodowa wyrastająca między nimi. To przekraczało ich możliwości. Było za trudne.
Jak więc pojąć nienazwane?
I choć nie stawiały sobie filozoficznych pytań o przyszłość ich znajomości, czuły się strasznie źle. Z dnia na dzień coraz gorzej, oczywiście. Wyczuwały to nawet zwierzęta. Sowa Lily, która nigdy jakoś nie przepadała za Mattią, a jej uczucia były w pełni odwzajemnione, teraz reagowała na nią wręcz alergiczne. Kot Grizel z dumą prezentował blondyneczce tył swojego przecudnego ciałka. Tylko Ślicznotka pozostawała obiektywna. Sprawy innych ludzi nigdy nie były istotne ani dla ropuch, ani królewien.
Naturalnie, tak jak zwykle w tego typu sytuacjach, zaczęły się tworzyć fronty. Gizel i Lily stanowiły jasną stronę konfliktu, stronę dobrą i pokrzywdzoną. Matt i Ebony były tymi złymi, które bezlitośnie depczą uczucia wszystkich naokoło. Debby zaś i Eirene pozostały państwami niezależnymi, nie mieszały się do sporów, choć przecież potajemnie kontaktowały się z członkami wywiadów obu stron.
W końcu zaś nastąpiło przesilenie.
***
To był czwartek. Nie różnił się zbytnio od pozostałych czwartków; był tak samo nudny (dwie godziny Zielastwa?) i bezbarwny jak cała reszta. Rano grały nawet wspólnie w Miotły i Znicza! Możliwe, że trzykrotna wygrana Mattii (zawsze lepiej wychodziło jej stawianie kółeczek w kratki) zwiastowała nieszczęście, ale kto by się tym przejmował?
Rzekłbyś – cisza przed burzą.
Wracając z obiadu, rozdzieliły się, bo Lily musiała coś jeszcze załatwić. Nikt nie pytał, choć przecież w naturze dwunastoletnich Gryfonek leży zbytnia ciekawość świata. Grzecznie wróciły do dormitorium, bo wciąż było za zimno na naukę na błoniach i, z racji tego, że do Transmutacji miały jeszcze pół godziny, czekały.
Rozmawiały właśnie o ewentualności oblania najbliższego sprawdzianu – żadna z nich nie potrafiła jeszcze tak naprawdę przetransmutować piórka w pinezkę, co tu mówić o bardziej skomplikowanych przedmiotach! – kiedy do pokoju wpadła Ta, Co To Nigdy Niczego Nie Oblewa, czyli panna Evans we własnej osobie.
– Circe nie ma! – krzyknęła z takich strachem w głosie, że Eirene aż podskoczyła z wrażenia.
Circe była ulubionym zwierzątkiem Lily – dwuletnią sową śnieżną, o którą dbała tak, że sama niezbyt chętnie wysyłała ją gdziekolwiek. Całymi dniami uwielbiała wygrzewać się w słoneczku siedząc na parapecie w ich dormitorium i przez to szybko uzyskała status najdziwniejszej sowy w okolicy. Tak, jakby jej właścicielka była szalonym Jimmym Potterem, a nie porządną dziewczynką z dobrego domu.
No i, jak już wspomniano, nie lubiła Mattii. Jak niczego na tym świecie. Tydzień wcześniej nieomal zadziobała ją na śmierć – a przynajmniej próbowała. Bycie zadziobanym na śmierć nie jest czymś, o czym marzy taka dziewczynka.
– Jak to nie ma? – Matt spytała rzeczowo. Od niedawna uchodziła za najrozsądniejszą osobę w tym towarzystwie, co było o tyle dziwne, że nikt normalny tak by jej nie nazwał. – Zapadła się pod ziemię?
Lily spojrzała na nią ze złością, ale nie odpowiedziała, bo gdy już nabierała powietrza do płuc…
– To sowy mogą zapaść się pod ziemię? – spytała Debora.
– Nie wiem – zgodnie z prawdą odpowiedziała jej Grizel, zupełnie ignorując zdenerwowaną sojuszniczkę. – Moja mama czasem mówiła nam, że powinniśmy zapaść się pod ziemię, gdy moi bracia robili babci psikusy. Czy twoja sowa ma babcię?
– Och, na pewno ma! Każdy ma babcię, prawda? – spytała Eriene.
– Tak, tak, ale ja myślę, że takie zapadanie się pod ziemię nie dotyczy tylko wnucząt – odpowiedziała jej Debby. – To takie królewskie określenie. Myślę, że Ślicznotka mogłaby nam to wyjaśnić, ale.. Lily, nie obraź się, twoja sowa nie wygląda jak królewna.
Evans pisnęła. Dziewczynki nie wiedziały za bardzo dlaczego – może jednak się obraziła? Już już chciały ją przeprosić, ale znów…
– Lily, nie krzycz, wystraszysz wszystkie pająki – Ebony parsknęła śmiechem.
W odpowiedzi Evans pisnęła jak jeszcze, tym razem głośniej. Ktoś w Pokoju Wspólnym wrzasnął:
– Ciszej tam!,
a Mattia spojrzała z rezygnacją i na rudą, i odrobinę ciemniejszą koleżankę.
– Byłaś w sowiarni? – spytała.
– Tak – Lily udało się wypowiedzieć trzyliterowe słowo, zachowując pozornie spokojny ton głosu. Przynajmniej już nie piszczała. – Poszłam tam, bo przypomniałam sobie, że miałam napisać do Tunii. Wiesz, ciągle jest na mnie zła.
Blondynka kiwnęła głową. Sama wiedziała coś o obrażonych siostrach., które całemu światu mają wszystko za złe (i w dodatku wlepiają własnej rodzinie szlabany).
– No więc poszłam tam.. Wzięłam ze sobą wcześniej napisany list, wczoraj Grizel rysowała mi na nim miśki. – Grizel potwierdziła. – Wchodzę do sowiarni i wołam, ale żadna z sów nie reaguje. Myślę sobie, że w sumie nie potrzebuję Circe, mogę wysłać inną, ale…
W tym momencie zaczęła płakać.
***
Parę następnych dni było istnym piekłem na ziemi. Mattia momentami miała już tego wszystkiego dość – w kółko rozmawiały o tej sowie, jakby co najmniej naprawdę stało się coś czyjejś babci. A sowa jak nie wracała, tak nie wracała. Złośliwe zwierze widocznie za nic miało sobie nerwy swojej właścicielki i postanowiło wziąć urlop. W końcu każdy ma do niego prawo, prawda?
Kiedy próbowała o tym rozmawiać z Ebony, ta zbywała ją. Tak, jakby samo wspomnienie słowa Circe działało jej na nerwy, a ona sama nie chciała tego okazywać.
– Jeszcze raz Evans o niej wspomni, a wyleję jej na głowę całą zawartość mojego kociołka – przyznała na pewnej lekcji Eliksirów, co Syriusz wypominał jej potem przez długie lata.
Chłopcy też zachowywali się jakby inaczej. I choć tym razem panna MacDonald bardzo chciała wierzyć, że zniknięcie sowy nie jest kolejnym ich psikusem, z dnia na dzień coraz bardziej w to wątpiła. Przy każdej możliwej okazji przyglądała im się podejrzliwie, ale jeśli naprawdę mieli coś na sumieniu, nie zdradzali się z tym w żaden sposób. I to w zasadzie było najbardziej podejrzane.
– Matt, ja nawet nie wiem, która to sowa Lily – Jimmy tłumaczył jej i tłumaczył. – Naprawdę. Do sowiarni wchodzę tylko wtedy, kiedy muszę prosić rodziców o dosłanie mi karmelowych żuczków.
– Kręcisz. – Spojrzała na niego z dezaprobatą. – Kręcisz. Ty o Lily wiesz wszystko.
James tylko się roześmiał.
Niespodziewanie wszyscy stali się jej wrogami – tak, jakby ukrywali przed nią największe sekrety, jak zamordowane pluszaki czy kwiatki pozbawione dostępu tlenu. Im bardziej zbliżała się do Evans i próbowała jej pomóc, tym boleśniej odcinała się od otocznia. Pokłóciła się z Grizel, pokłóciła się z Eirene, pokłóciła się z Debby; chłopcy nie odzywali się do niej za to, że im nie wierzy; Ebony wciąż się dąsała.
Istny koszmar.
Na szczęście w pewnym momencie nastąpił punkt kulminacyjny. A że moment był nieodpowiedni…
Sowa wróciła.
Rankiem, w trzeci czwartek od swojego zniknięcia, wylądowała w talerzu Ebony i wyjątkowo malowniczo pobrudziła się owsianką. Nie zdążyła się wyczyścić, a już znajdowała się w ramionach swojej pani – obsypywana pocałunkami, głaskana po zlepionych piórkach, wytęskniona. Matt patrzyła na to z przerażeniem pomieszanym z obrzydzeniem – nie wyobrażała sobie, by sama mogła w taki sposób traktować jakiekolwiek zwierzę. To było paskudne nawet jeśli rzeczony potworek nie byłby cały pokryty cudzą owsianką, a co dopiero…
– Circe! – James Potter wydawał się być równie szczęśliwy, co Lily. Wyciągnął nawet rękę w kierunku biednej sowy, ale nie było mu dane jej pogłaskać; panna Evans nie chciała dzielić się odzyskaną zgubą.
Wśród okolicznej gawiedzi uczniowskiej zapanowało poruszenie – wszyscy, ale to wszyscy chcieli wiedzieć, co się stało. Grizel i Eirene zdążyły już udać się na lekcje, więc biedna Matt z Deborą stały się jedynymi odpowiedzialnymi za udzielanie im informacji.
Wszyscy jakby zapomnieli o Ebony. Ta zaś korzystała ze swoistego braku zainteresowania jej osobą – siedziała wpatrzona w swoje zmasakrowane śniadanie, od czasu do czasu uśmiechając się z zakłopotaniem do Syriusza. Syriusza, który też jakoś dziwnie się uśmiechał.
– Gdzieś ty była? – odezwała się w końcu Lily. Z przejęciem wpatrywała się w oczy swojej sówki. Widać było, że niesamowicie za nią tęskniła. – Urządziłaś sobie wycieczkę?
Circe z pewnością wyznałaby jej całą prawdę, ale pojawił się jeden problem – sowy, nawet te magiczne, mówić nie potrafią.
– Lily, raczej nigdy się tego nie dowiemy – Remus zabrał głos. Siedział tuż obok Syriusza i od dłuższego czasu przyglądał się wymianie uśmiechów pomiędzy nim a Ebony. Widocznie postanowił im pomóc. Zawsze był bardzo dobrym kolegą. -–Dobrze, że się znalazła. To, co było, nie jest aż tak…
– Ma list! – przerwał mu Jimmy.
Cała grupka drugorocznych Gryfonów jak na zawołanie utkwiła wzrok w lewej nóżce Circe. Tak, ktoś przywiązał do niej wiadomość. Użył do tego bardzo ładnej wstążeczki w zielone groszki. Wstążeczka ta była pierwszym dowodem na to, że wiadomość nie jest skierowana do Lily – Tunia wolała czerwone i błyszczące.
– Do kogo go przyniosłaś, sówko? – panna Evans spytała cichutko. – Do mnie?
Mattia wstrzymała oddech. Nie ona jedna. Na sali zapanowała cisza tak wielka, jakby tak naprawdę nikogo tam nie było, jakby Slytherin, Ravenclaw i Hufflepuff przestały istnieć, nawet jakby sama Lily i jej przyjaciele rozpłynęli się w powietrzu. Wszystkie znaki na niebie i zmieni wskazywały na to, że burza jest blisko, ale nikt nie był w stanie przewidzieć jej rozmiarów.
Była stokroć większa niż się spodziewano.
– Wzięłaś moją sowę! – Lily krzyknęła, mnąc w dłoniach liścik, który dopiero co odczepiła od nóżki Circe. – Co ja mówię! Obydwoje wzięliście moją sowę bez pytania o pozwolenie!
Zwykle spokojna i niesamowicie odważna Ebony skuliła się. Syriusz ze strachu niemal wczołgał się pod stół. Nadchodził kataklizm. Nie chodziło już o zwykłą złość Lily, gdy po raz setny James wkładał jej kwiatki do butów. Nie chodziło już o zwykłą złość Lily, gdy Debby nabałaganiła w dormitorium. Nie chodziło już o zwykłą złość Lily, gdy Mattia znowu prosiła ją o pracę domową.
Chodziło o sowę. O Circe. I o kwestię przywłaszczenia mienia – ale o tym panna Evans nie miała nawet mglistego pojęcia.
– Daj spokój, Lil, przecież to tylko mała pożyczka… – Syriusz zaczął nieśmiało, ale szybko urwał, przytłumiony siłą morderczego spojrzenia swojej koleżanki.
– Oni nie chcieli zrobić nic złego, zapewniam, przecież… – wtórował mu James, tak naprawdę główny sprawca całego zamieszania. Powoli zaczynały go dręczyć wyrzuty sumienia. – Przecież to tylko sowa…
– Tylko sowa? – Lily krzyknęła.
A potem zaczęła płakać.
Podczas gdy Ebony wciąż milczała.
***
Przez następne parę dni sytuacja nie zmieniła się prawie w ogóle. Lily wciąż chodziła wściekła nie niczym osa a całe stado os – nawet jeśli osy nie żyją w stadach, o czym Mattia nie wiedziała zbyt wiele, brzmiało to wystarczająco groźnie, by się do niej nie zbliżać. Syriusz z resztą chłopaków woleli nie pokazywać jej się na oczy. Było to o tyle słuszne, co trudne, bo panna Evans wręcz pokochała ich towarzystwo. Po raz pierwszy mogła bezkarnie na nich krzyczeć i nie być za to ganioną przez resztę koleżanek.
Co do tej reszty – Grizel i Eirene jednoznacznie opowiedziały się po stronie Lily. Było to sytuacją łatwą do przewidzenia. Nieśmiało popierała je również Debby; zwykle nieskora do jakichkolwiek konfliktów tym razem postanowiła zająć słuszne stanowisko. Jedynie Mattia się wahała. Nie ze względu na to, że było jej kogokolwiek żal – uważała, że Ebony z Syriuszem w pełni zasłużyli sobie na to, co ich spotkało. Po prostu z każdym dniem nie znosiła Lily coraz bardziej. Nie mogła wytrzymać jej ciągłych narzekań i obelg, po każdej tyradzie panny Evans robiło jej się wręcz niedobrze, a cała sytuacja wydawała jej się chora. Tak, chora – odnalazła w końcu odpowiednie słowo. Chora o tyle, że przecież chodziło o sowę. O sowę, która w dodatku Mattii nie lubiła!
W końcu Matt podjęła swoją decyzję. Lepszą czy gorszą – nie było to ważne.
Przez następne parę lat sytuacja nie zmieniła się prawie w ogóle.
Tyle, że Ebony wreszcie przestała milczeć.
Advertisements
VI. O marności przyjaźni

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s