V. O potędze przyjaźni

Z Peterem był tylko jeden problem – nie umiał schować ogona. Ćwiczyli to już tyle razy, a on ciągle go sobie zostawiał.
– Glizdek, przyznaj się, ty się w nim po prostu zakochałeś! – stwierdził w końcu Jimmy, co reszta towarzystwa skwitowała głośnym śmiechem.
O ile oni sami podchodzili do tego dość luźno, sytuacja z dnia na dzień robiła się coraz poważniejsza.
Kiedy dwa lata temu wyszło na jaw to, że Remus jest wilkołakiem, w pierwszej chwili byli przerażeni i zdezorientowani. Jak inaczej mogli zareagować na taką informację? Ogrom tej tragedii przekraczał możliwości pojmowania ich młodych umysłów. Z czasem jednak udało im się przyzwyczaić do tego stanu, później go w pełni zaakceptować, aż w końcu uznali, że najwyższy czas zacząć działać.
Od pana Flisberga, najbardziej nierozgarniętego nauczyciela obrony przed czarną magią, jakiego tylko można sobie wyobrazić, wyciągnęli zgodę na dostęp do działu Ksiąg Zakazanych. Nie było to zresztą takie trudne. Wystarczyło powiedzieć mu, że mają zamiar wystawić przedstawienie z okazji Dnia Wybuchania Wszystkich Ślizgońskich Kociołków i potrzebują zgody na kilkudniową okupację Dziurawego Kotła – bo przecież ta nazwa to na cześć, proszę pana! – a on podpisał wszystko, co mu podsunęli, następnego dnia nie pamiętając już nawet, że uwierzył w istnienie tak absurdalnego święta. Trochę więcej problemów sprawiła im ta złośliwa bibliotekarka, ale w końcu i ona musiała ulec – pisemna zgoda to pisemna zgoda, choć przecież całkowicie niewiarygodna. Bo kto normalny wpuściłby tam dzieciaki po takie książki?
Ćwiczyli dzielnie, to trzeba im przyznać. Za dnia czy w nocy, rezygnowali nie tylko z lekcji i szlabanów, ale czasami nawet i ze swoich tajemniczych eskapad. Wszystko dla przyjaciela! Lecz o ile Jimmy i Syriusz nie opuścili się przez ten czas w nauce, Peter dostawał „trolla” za „trollem”. Nie za bardzo wiedzieli, jak sobie z tym poradzić. W końcu postanowili, że raz na jakiś czas dadzą mu się pouczyć czegoś poza formułami transmutacyjnymi i sytuacja się unormowała. Istniało nawet prawdopodobieństwo, że na nadchodzących sumach dostanie kilka istotnych „zadowalających”, co nigdy nie zdarzyło mu się na żadnym egzaminie.
Pod koniec zeszłego roku rozpoczęli pierwsze próby. Początkowo nie radzili sobie zbyt dobrze. Bywały chwile, gdy wątpili, że cokolwiek zdziałają. W lipcu Jimmy wylądował w Mungu, bo jeden z jego rogów wyrósł mu na plecach i wcale nie chciał ich opuścić. Mimo zaleceń nie tak znowu miłej pani doktor, nie zaniechali dalszych ćwiczeń – nie zatrzymał ich ani ślad na plecach Pottera, ani obawa, że mimo rzucania zaklęć w domu pełnym dorosłych czarodziei, ktoś w końcu zauważy, że to jednak oni. Ich wytrwałość zaowocowała i już pierwszego listopada Syriusz po raz pierwszy zamienił się całkowicie w psa.
Jamesowi zajęło to trochę więcej czasu, ale szybko dogonił kolegę. Tylko ten Peter! W trakcie pierwszej noworocznej pełni mieli zamiar po raz pierwszy wykorzystać swój talent w praktyce, ale wszystko wskazywało na to, że będą musieli to zrobić we dwójkę. Nie mogli ryzykować, zabierając ze sobą kogoś zupełnie na to nieprzygotowanego. Co by było, gdyby jego transmutacja okazała się nietrwała i nagle zamieniłby się w człowieka? Mógłby tego nie przeżyć. Zbyt wiele było tym razem do stracenia.
***
– Jak się tam dostaniemy, Jim?
Znajdowali się w swoim dormitorium. Syriusz, rozłożony na łóżku, trzymał nogi na ścianie i był na tyle niekompletnie ubrany, że każda z zakochanych w nim dziewcząt dałaby wszystko, żeby go takim zobaczyć. James zachowywał się znacznie lepiej, choć przecież jego głównym zajęciem było budowanie skomplikowanej konstrukcji z kart do Eksplodującego Durnia i gumy do żucia.
Początkowo zignorował pytanie przyjaciela. Wydawało się zbyt oczywiste, by jakkolwiek na nie reagować. Milczeli więc dłuższą chwilę, każdy zajęty własnymi myślami. Gdzieś z dołu dochodziły ich odgłosy zwyczajnego, zimowego popołudnia; ktoś z kimś się kłócił, tłukł szklanki czy inne łatwo tłukące się rzeczy, inni śmiali się z czegoś głośno, a czyjś kot miauczał przeraźliwie. Z całej tej kakofonii istotny był dla nich tylko jeden głos, którego aktualnie nie mogli wyróżnić – Peter.
– Pytałem, jak się tam dostaniemy – powtórzył Syriusz, niespecjalnie zniecierpliwiony. – Jest już po trzeciej, Rogaczu, nie mamy dużo czasu.
– Przecież już o tym rozmawialiśmy – odpowiedział, dla odmiany wstępnie wściekły, Jimmy. – Uspokój się, nigdy nie lubiłeś zbyt skomplikowanych planów, a ja muszę się skoncentrować, bo inaczej…
Inaczej nastąpiło szybciej, niż się spodziewano –– przez chwilę James Potter był skazany na oglądanie świata przez czarny dym, tylko po to, by, odzyskawszy w końcu zdolność podziwiania świata w jego normalnych kolorach, odnotować, iż cały pokryty jest paskudnie lepiącym się i obrzydliwie brzydkim, magicznym proszkiem.
– Ostrzegałem – warknął, strzepując resztki swojej konstrukcji na i tak zabrudzony dywan. – Moja wieża! Zniszczyłeś dzieło mojego życia, zdajesz sobie w ogóle sprawę z wagi tego problemu? Mogłem zginąć!
Każdy normalny człowiek w tej sytuacji postarałby się najpierw zmyć z siebie takie świństwo, ale Jim wielokrotnie udowadniał, że do zbyt normalnych nie należy. Zamiast doprowadzić do porządku siebie i stolik, wolał pielęgnować w sobie swoją złość tak, by urosła do niebotycznych rozmiarów. Czasami, przyznaję to z żalem, zachowywał się jak rozgoryczona nastolatka – wolał niepotrzebnie się nakręcać dla samej przyjemności.
W takich sytuacjach Syriusz zawsze wolał wyjść. Tym razem jednak musiał pozostać z przyjacielem – mieli bardzo ważną sprawę do omówienia i tym razem naprawdę chodziło o czyjeś życie. Rzucił mu więc tylko znudzone spojrzenie i westchnął.
– Nasz stary plan zakładał obecność Petera. Tylko on jest na tyle mały, żeby…
James parsknął śmiechem. Nie była to jednak tym razem okoliczność łagodząca.
– Łapo, chyba nie oczekujesz ode mnie, że zmniejszę się do rozmiarów szczura?
Tym razem to Syriusz nie odpowiedział. Wolał nie irytować Rogacza jeszcze bardziej. Zamiast jakkolwiek reagować, wpatrywał się w białą ścianę – jakby mogła mu pomóc!
Nawet dźwięk przewracanej lampy, nawet ciąg przekleństw pod adresem tego, kto stawia takie porządnym ludziom pod nogami, nawet odgłosy Jamesa powracającego na swoje właściwe miejsce. Nic nie mogło go odciągnąć od jego zajęcia.
– Wiesz, zawsze możemy poprosić Glizdka, żeby towarzyszył nam do tego momentu – Black odezwał się dopiero po chwili tak długiej, by móc łudzić się, że jego przyjaciel już odrobinę się uspokoił.
– Tak, a potem co? – Nadzieja matką głupich. – Poprosimy go grzecznie, żeby poszedł do zamku? Myślisz, że się zgodzi?
– Musi rozumieć…
– Łapo – James przerwał mu bezceremonialnie. – Zachowujesz się tak, jakbyś znał Petera od dzisiaj. Nikt nie zrezygnowałby z takiego wyjścia!
Niespodziewanie Syriusz wstał z łóżka. James, nieprzygotowany na taką sytuację, również się poderwał, ponownie zawadzając o nieszczęsną lampę. Okrzyk bólu i złości rozniósł się po całej wieży Gryffindoru.
Po chwili dołączył do niego trzask zamykanych z impetem drzwi.
***
Tak, jak pokrótce wytłumaczył Rogaczowi (o ile zdanie pojedyncze niespecjalnie rozwinięte można nazwać wytłumaczeniem), poszedł po kota.
Właścicieli kotów wśród Gryfonów było bardzo dużo. Wystarczyłoby zejść do pokoju wspólnego i złapać pierwszego z brzegu – nikt by nawet nie zauważył, że jednego ubyło. Syriusz jednak musiał mieć pewność, że futrzak będzie odpowiedni, a jego opiekun nie zada zbyt wielu pytań. Przy okazji liczył również na rozwiązanie problemu wieczornej opieki nad Glizdogonem. U kogo zaś mógł rozwiązać obie te sprawy naraz? U Mattii, oczywiście.
Okazało się, że rozwiązanie nie jest aż tak proste, jak można było przypuszczać.
– Jak to nie masz kota? – Syriusz wydawał się co najmniej zaskoczony.
– Nie lubię zwierząt – odpowiedziała, przewracając kolejną stronę. Czytała jakąś fascynującą książkę historyczną i nawet nie okazała mu tyle szacunku, by spojrzeć w jego stronę. – Nie zauważyłeś tego przez tyle lat? Nie dotykałam nawet Ślicznotki, nie mówiąc już o stworzeniach porośniętych futrem.
– Więc czyje jest to bure coś, które umila nam wieczory swoim śpiewem?
– Grizel.
To była najgorsza odpowiedź, którą mógł usłyszeć.
Grizel, jeszcze nie tak dawno temu jego Grizel, aktualnie…
– Ona cię nienawidzi, Łapo, nie wypożyczy ci swojego skarbu.
Trzy miesiące temu zostawił biedną pannę Saedyce na rzecz jakiejś młodszej Krukoneczki i już wielokrotnie miał okazję pożałować swojej decyzji. A to tracił wypracowanie, które nieopatrznie zostawił w pokoju wspólnym, a to znajdował w swoim łóżku martwe kijanki, a to… Mógł znieść wszystko. Rozumiał, że zemsta – sam pewnie nie byłby aż tak delikatny. Jednak od kota zależy ludzkie życie, o bogowie!
Zaczynał podzielać złość Rogacza. Jego wieżę też przed chwilą zburzono.
– Nie, nie, zapomnij o tym – dodała po chwili, czując na sobie jego błagalne spojrzenie. – Nie padnę przed nią na kolana tylko dlatego, że potrzebujesz jakiegoś parszywego sierściucha. Poproś Ebony.
– Czy znasz takie słowo jak poświęcenie, Matt?
Nie odpowiedziała. Na pierwszy rzut oka mogłoby się zdawać, że jego słowa nie zrobiły na niej żadnego wrażenia. Gdyby jednak przyjrzeć jej się dokładnie… Mocniej zaciśnięte usta, jedno zdanie czytane po wielokroć, palce delikatnie zginające róg kartki. Subtelne oznaki łamania wewnętrznej bariery.
– Dobra – westchnął po chwili niezdecydowania. – Gdzie wcięło moją ostatnią deskę ratunku?
– Galen zabrał ją na spacer.
Syriusz po raz drugi tego dnia nie dowierzał własnym uszom.
– Pada śnieg! – niemal krzyknął.
Tym razem Mattia na niego spojrzała. Jej niebieskie oczy nie wyrażały niczego specjalnego – no, może poza nutką pobłażania na specjalne okazje.
Miała zamiar powiedzieć mu, że ich koleżanka niedługo wróci. Nie miała siły. Wystarczyła jedna jego zmartwiona minka – doprawdy, przypominał jej w takich momentach zbitego psa i sama nie wiedziała dlaczego – by podjąć ostateczną decyzję. I to zdecydowanie różną od tej pierwszej.
– Nie spłacisz mi się z tego do końca życia.
***
Syriusz zniknął z kotem dobre dwie godziny temu, a jej kończyła się już cierpliwość do Mattii i Petera.
Wróciła ze, swoją drogą bardzo obiecującego, spaceru cała zmarznięta i przemoczona, ale nie dane jej było w spokoju się przebrać i odpocząć. Nie! Black musiał złapać ją w pokoju wspólnym i powiedzieć, że wychodzi gdzieś z kotem, a ona ma się zaopiekować Matt i Glizdogonem. Nie zdążyła nawet zapytać o to, co najlepszego znowu wymyślili – Syriusz ulotnił się w ciągu ułamka sekundy, zostawiając ją z całym tym bałaganem na głowie.
Wkrótce okazało się, że jedyną osobą wtajemniczoną w plany szanownego pana Blacka był Peter, który dziś wyjątkowo postanowił milczeć jak zaklęty. Jamesa z Remusem też niespecjalnie mogła zlokalizować. Pozostało jej… Cóż, patrzenie jak z pozoru inteligentna Matt pojedynkuje się z Glizdkiem na żarty, które, doprawdy, nie przystoją nawet Łapie.
– A wtedy… A wtedy on… – dalszą część wypowiedzi Petera zastąpił głośny wybuch śmiechu jego koleżanki.
Ebony nigdy nie rozumiała, co takiego wszyscy widzą w Pettigrewie. Był tylko małym, grubym chłopczykiem, któremu wydawało się, że mimo króliczych zębów i tchórzostwa wypisanego na twarzy może coś w życiu osiągnąć. Przyssanie się do ludzi pokroju Blacka i Pottera otwierało przed nim drogę na sam szczyt, ale, nie oszukujmy się, wewnątrz pozostawał wciąż tym samym żałosnym człowieczkiem.
Matt, mimo swojej niechęci do rodzaju ludzkiego samego w sobie, zawsze protestowała, gdy ktokolwiek Petera obrażał. Tak samo zachowywali się pozostali Huncwoci. Nazywali chłopaka swoim przyjacielem i nikomu nigdy… Był nietykalny. Bardziej niż sam James, Syriusz czy nawet Remus – o ile z nich drwiono, o tyle Glizdek był tematem tabu. Oni go chronili.
Zamyśliła się. Przez moment nie zwracała uwagi na perlisty śmiech Mattii i skrzek, który wydawał z siebie Peter. Sprzed oczu znikł jej obraz niezwykle roześmianej, choć przecież nieszczęśliwej dziewczynki, porcelanowego aniołka i bestii, która koło niej siedziała. Nie trwało to nawet ułamka sekundy, a jednak…
– Peter!
Niezwykle wyraźnie usłyszała krzyk koleżanki.
Desperacko zerwała się z fotela i rozejrzała dookoła. Odrobinę za późno. Jedyną osobą obecną w pokoju wspólnym była Mattia.
– Co się stało? – spytała Ebony, nie do końca pojmując całą sytuację.
Mattia pochlipywała, wtulona w szkarłatny fotel. Nie wyglądała na specjalnie smutną czy przerażoną – odzyskiwała powoli swój zwykły, obojętny wyraz twarzy. Tylko te łzy…
– Syriusz mnie zabije – powiedziała po chwili, głosem zbyt niepewnym, by mógł należeć do prawdziwej panny MacDonald. – Obiecałam mu, że go tu zatrzymamy i co? Uciekł! Wystarczyło, że się na chwilę odwróciłam, bo coś upadło za moimi plecami, a ten szczur…
Szczur – tego określenia zawsze brakowało jej go opisania Petera. Kiedy nareszcie je otrzymała, poczuła, że więcej słów nie będzie jej już nigdy potrzebne. To obejmowało całą jego sylwetkę.
– Powiedział, gdzie idzie?
Matt wymownie spojrzała za okno. Nie odpowiedziała.
– No powiedział czy nie?
– Powiedział. Do przyjaciół.
***
Pies, jeleń, szczur i wilkołak tworzący zgraną drużynę to niecodzienny widok.
Ale przez wszystkie lata ich nocnych spacerów po Hogsmeade, nikt nie złożył na nich ani jednego donosu.
Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s