Szczęśliwe zakończenie

Zdarzają się takie noce, przez które ciężko jest przebrnąć, a człowiek nie ma pewności, czy kiedy – jeśli – przyjdzie świt, będzie tą samą osobą, którą był, kładąc się do łóżka. Takie noce są pełne lepkich, czarnych wspomnień, których nie sposób wygonić z głowy i przed którymi nie ma obrony. Przez długie godziny jest się zakładnikiem własnej przeszłości, która leniwie przewija się przed oczami, sugerując działania, które można było podjąć, wybory, które powinny być inne… Najpierw wspomnienia pojawiają się kolejno, potem coraz szybciej i szybciej, wirując, łącząc się i eksplodując w jasnozielonym błysku, po którym nie następuje czerń. Po nim następuje coś znacznie gorszego. Prędzej czy później przychodzi świt.
Lily Potter widziała w minionych miesiącach zbyt wiele świtów. Częściej, niż chciałaby się przyznać, witała je leżąc w zbyt dużym łóżku, sparaliżowana własnym strachem przed kolejnym dniem i niedowierzająca, że wciąż żyje, wciąż jest prawie tą samą osobą, którą była wcześniej. Kiedy noc znikała, a pierwsze promienie słońca wpadały do pokoju, łatwiej było odepchnąć wspomnienia i cienie w tył głowy, ale zawsze tam były. Towarzyszyły jej wciąż i wciąż, przypominając, co mogła zrobić, jak wyglądałoby jej życie, gdyby
Czasami myślała, że Jamesa spotkał lepszy los.
*
Szopa czarnych włosów, które wyglądały, jakby nigdy nie widziały grzebienia, rzucała się w oczy w tłumie w Wielkiej Sali, w czasie zajęć, przerw, w pokoju wspólnym, na błoniach – wszędzie, gdzie nie spojrzała, był James Potter wraz ze swoimi włosami, swoim wianuszkiem przyjaciół, swoim zadufaniem w sobie i pewnie ukradzionym zniczem. Był nie do zniesienia, a jednak Lily nie mogła przestać zerkać, czy na pewno tam jest. Od września zachowywał się inaczej. Rok szkolny trwał już jakiś czas, a on wydawał się spokojniejszy, momentami nawet nieobecny, jakby wydarzyło się coś ważnego. Coś, co przedarło się przez pustą jak balon głowę i zmusiło do myślenia. Tak, zdecydowanie wyglądał na istotę myślącą.
To była nowość i Lily nie była pewna, jak powinna się w związku z tym zachować. Zwłaszcza że bywały dni, kiedy James mijał ją na korytarzu czy w pokoju wspólnym, zupełnie ignorując lub posyłając nieznaczny, ale smętny uśmiech. Żadnego błaznowania, żadnego „Spójrz na to, Evans!”.
Może był chory?
*
Każdy dzień rozpoczynał się wcześnie. Początkowo myślała, że to ponura rzeczywistość samotnego rodzica małego dziecka – płacz w środku nocy, płacz o świcie, płacz o każdej porze dnia. Ten płacz świdrował jej czaszkę i nie pomagał zapomnieć o wszystkim, co się stało. Teraz jednak Harry przesypiał już całe noce i dopiero rano stanowczo domagał się jedzenia. Mogłaby sypiać po więcej niż trzy-cztery godziny na dobę. Może wtedy sińce pod oczami w końcu by znikły, choć nie miała pewności, że rozpozna w lustrze swoją twarz bez nich.
Przez jakiś czas myślała, że mimo tego, co się stało, będzie w stanie dalej żyć w domu, który urządzili wspólnie z Jamesem. Kiedy wszyscy dowiedzieli się o tej tragedii – a dowiedzieli się w ciągu jednej nocy – Lily spotkała się ze setkami przejawów życzliwości i współczucia. Zupełnie obcy ludzie brali ją w ramiona, płacząc lub pozwalając jej się wypłakać. Osoby, których w życiu nie widziała, przynosiły jej jedzenie czy oferowały pomoc. Wiadomo już było, że Voldemort zginął, ale śmierciożercy nadal stanowili zagrożenie, dlatego choć dom był w końcu otoczony zaklęciem Fidelisa, Syriusz uparł się, że będzie spał na kanapie w salonie i pilnował jej bezpieczeństwa.
Wokół niej było dużo ludzi, a jednak była tak samotna. Dom był za duży, pełen obcych miejsc, a ludzkie spojrzenia zbyt pełne współczucia. Nie potrafili patrzeć na nią inaczej. Była żoną bohatera i matką innego bohatera. Przestała być Lily. Nikt nie był zainteresowany nią, interesowała ich tylko jej strata. Właśnie to poczucie, że traci własną podmiotowość, skłoniło ją, by pewnej nocy spakować tylko najważniejsze przedmioty i zniknąć wraz z Harrym.
*
Powrót do Hogwartu po świętach zawsze był dla niej ciężki. Spędzała w domu o wiele mniej czasu, niżby chciała. Nawet jeśli wziąć pod uwagę krzywe spojrzenia Petunii, powroty do domu były ważne i z pewną obawą myślała o tym, jak będą wyglądały, kiedy już zda owutemy. Wiedziała, że nigdy nie wróci do mugolskiego życia, nie po tym, jak przez siedem lat podziwiała, jak wspaniały jest świat czarodziejów. W czerwcu stanie przed trudnym wyborem i choć już domyślała się, jaką decyzję podejmie, sama waga tej decyzji ją przerażała. Po raz pierwszy poczuła, że nie miałaby nic przeciwko temu, żeby do jej przedziału wpadł James Potter i zaczął się wygłupiać. Tymczasem minęła już połowa podróży, a on nawet nie przechodził korytarzem.
Kiedy sama wyszła na korytarz, powtarzała sobie, że to nie zainteresowanie losem Jamesa Pottera, to po prostu wypełnianie obowiązków prefekta. Musiała się upewnić, czy w pociągu panuje porządek.
Nie pamiętała już, jaką wymówkę przygotowała sama przed sobą, by usprawiedliwić fakt, że weszła do przedziału Huncwotów i spędziła w nim większość podróży.
*
Harry budził się najpóźniej o siódmej. Częściej o szóstej. Zwykle już wtedy nie spała. Czasami brała prysznic, innym razem przygotowywała śniadanie albo po prostu patrzyła przez okno. Mieszkali w niezbyt ładnej okolicy, ale z okna w kuchni było widać pobliski park. Lubiła na niego patrzeć przez cały rok, nawet jeśli zimą nie działo się w nim nic ciekawego. Czasami łapała się na tym, że przez dobry kwadrans stoi przy oknie i patrzy na park, podczas gdy powinna robić coś zupełnie innego. Coś, co dorośli będący w jej sytuacji życiowej, powinni robić. W końcu dorośli zawsze powinni mieć zajęcie, wyglądanie przez okno to domena dzieci.
Lily nie była pewna, czy jest na pewno dorosła. Robiła wszystko, co robić musiała, ale miała wrażenie, że nie robi tego odpowiednio, nie myśli odpowiednio, nie ma odpowiedniego przygotowania czy nastawienia. Choć minęło wiele czasu, odkąd była dzieckiem, nie czuła się mądrzejsza, niż kiedy siedziała na hogwarckich błoniach. Może bardziej zmęczona.
– Mama! – zawołał Harry ze swojego pokoju, a ona nie mogła wykrzesać z siebie żadnej radości na myśl o nadchodzącym dniu.
*
James Potter czytał książkę. Nie brzmi to może szczególnie zdumiewająco – podobne zachowanie zdarzało mu się w przeszłości – ale nie mogła pozbyć się wrażenia, że czyta ją w inny sposób. W większym skupieniu i z szacunkiem właściwym książkom, a nie jakby zaraz miał ją rzucić w kąt i pognać na boisko quidditcha. Jakby naprawdę chciał się czegoś dowiedzieć. „Oczywiście, że chce się czegoś dowiedzieć, w tym roku zdajemy owutemy,” skarciła się w myślach Lily. Mimo to nie mogła przestać na niego patrzeć.
Byli w bibliotece, dzieliło ich dobrych pięć czy sześć stolików, a jednak ponad głowami i ramionami innych uczniów, tej dziwnej plątaniny zupełnie nieinteresujących ciał, co rusz na niego zerkała. Zdarzało mu się przygryzać koniec pióra, co nie było dobrym pomysłem i na sam ten widok Lily marszczyła nos, choć nie tyle z niechęcią, ile z rozbawieniem. Poza tym jednak czytał z uwagą, co jakiś czas marszcząc czoło albo poprawiając okulary. Był skupiony. Naprawdę skupiony.
Lily w końcu musiała odwrócić wzrok, bo obawiała się, że zacznie się rumienić.
*
Harry w całej swojej dziecięcej naiwności i niewinności patrzył na nią spod strzechy czarnych włosów, a ona nie była pewna, co właściwie łapie ją za serce – jego spojrzenie czy włosy tak podobne do włosów Jamesa, o którym przecież starała się nie myśleć, bo cóż by jej z tego myślenia miało przyjść? James nie żył, wszyscy uważali go za bohatera, a ona była tak nieszczęśliwa, jak jeszcze nigdy w życiu. Nie mogła nikomu o tym powiedzieć. Nie zrozumieliby. W końcu to ona odrzuciła ich pomoc, w ostatecznym rozrachunku to ona nie dopasowała się do roli, którą jej napisali.
– Nie, nie możemy iść do parku – odpowiedziała, gasząc jego entuzjazm. Odwróciła się od niego, choć na dłuższą metę nie pozwoliło jej to uciec. W tej chwili jednak skupiła się na przygotowywaniu jajecznicy. Nie była to spektakularna ucieczka, ale na inną nie mogła sobie pozwolić.
Bardziej spektakularne ucieczki miała już za sobą.
*
Zaproszenie do Hogsmeade było jednocześnie do bólu znajome i niespodziewane. Wydawało jej się, że James zmienił się przez tych kilka miesięcy do tego stopnia, że stracił nią zainteresowanie i nie zaprosi jej już do Trzech Mioteł. W końcu jesienią nawet nie zapytał… Choć wcale na to nie czekała. Ani trochę. Po prostu przez tyle lat słyszała podobne zaproszenia wciąż i wciąż, że kiedy James bez słowa ruszył w kierunku miasteczka wraz z Syriuszem, Remusem i Peterem, Lily poczuła się zawiedziona. Nie była nawet pewna dlaczego – gdyby zapytał, to zgodziłaby się czy odmówiła?
Śnieg jednak powoli topniał, a uczniowie szykowali się do kolejnej wizyty w Hogsmeade, James zadał to samo pytanie, które słyszała już tyle razy. Jednak teraz nie szczerzył się jak dzieciak, nie popisywał zniczem, nie robił nic, co mogłoby ją zdenerwować. Po prostu siedział na wprost niej i w oczekiwaniu na odpowiedź smarował sobie tost marmoladą. Zdawał się pogodzony z odpowiedzią niezależnie od tego, jaka by ona nie była.
Kiedy Lily się zgodziła, James skinął głową i tylko brzdęk noża nieco zbyt mocno odkładanego na brzeg talerza zdradził, jak wiele ta odpowiedź dla niego znaczyła.
*
Harry był już najedzony i ubrany, a ona marzyła, żeby jak najszybciej odprowadzić go do przedszkola. Kiedy pierwszy raz powiedziała komukolwiek o tym pomyśle – ten Harry Potter w mugolskim przedszkolu! – nie spotkała się z entuzjazmem. Szybko zjawiło się całe stado samozwańczych ciotek i wujków, którzy chcieli poświęcić się wychowywaniu Harry’ego, gdyby ona postanowiła – co niewskazane – znaleźć pracę. Po co jej praca, kiedy w skrytce u Gringotta miała więcej złota, niż zdoła wydać? Może nic nie robić, po co jej praca? Czy nie chce być z synem? Prawie cały magiczny świat chciałby być na jej miejscu, móc spędzać czas z bohaterem narodowym. A ona jednak nie mogła.
Przedszkole było niedaleko, ale droga codziennie trwała długo, bo Harry nie mógł się zdecydować, czy woli iść, czy przyglądać się mijanym psom i gołębiom. Lily zatrzymywała się, ilekroć była taka potrzeba, kątem oka pilnując syna, ale zbyt zmęczona, by jakkolwiek przyspieszyć tę drogę. W końcu docierają do przedszkola, gdzie niemal wpycha Harry’ego w ręce przedszkolanki i ucieka do pracy. Nie jest to praca jej marzeń, zdecydowanie poniżej kwalifikacji, ale mugoli niespecjalnie interesuje, ile kto zdobył owutemów. W tym świecie Lily mogła pracować tylko fizycznie za niską pensję. Nie przeszkadzało jej to tak, jak przeszkadzało innym, którzy dowiedzieli się, jaką ścieżkę wybrała.
Kiedy pracowała, nie musiała myśleć.
*
Nie była pewna, kiedy po raz ostatni – o ile kiedykolwiek – toczyła z Jamesem Potterem poważną dyskusję. Nie była pewna, czego się spodziewała, ale to była bardzo przyjemna dyskusja. Zaczęło się od eliksirów, potem płynnie przemknęli przez plany na przyszłość (auror i uzdrowicielka), by skupić się na sytuacji politycznej i opiniach na temat zasadności Traktatu o Tajności. Zanim się obejrzała, wypili po dwa kremowe piwa, ale koniec tematów do rozmów nie majaczył nawet na horyzoncie.
W końcu zdała sobie sprawę, ile czasu minęło, kiedy Trzy Miotły niemal opustoszały. Pospiesznie wrócili do zamku, bo nie chciała dawać nikomu złego przykładu – prefekt nie powinien dostawać szlabanów ani się spóźniać. Kiedy jednak dotarli do pokoju wspólnego, długo nie mogli rozejść się do dormitoriów, raz po raz przypominając sobie zabawną historyjkę czy ciekawostkę z niedawno przeczytanej książki. Nie, Lily zdecydowanie nie mogła sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz rozmawiała na poważnie z Jamesem Potterem. Być może to był pierwszy raz.
Wiedziała jednak, że nie ostatni.
*
Niewiele łączyło ją z innymi kobietami, które pracowały na stanowiskach podobnych do tego, które sama zajmowała. Nie wszystkie były niewyedukowane, niektórym po prostu nie dopisało szczęście i wylądowały w ponurym miejscu, z którego niewiele osób uciekało, a większość z dnia na dzień szarzała coraz bardziej i bardziej, zlewając się z kolorem ścian i podłóg, mechanicznie wykonując swoją pracę. Większość z nich milczała – może skupiały się na pracy, może wszystkie myślami były gdzieś indziej i przeżywały o wiele ciekawsze życie. Takie, w którym nie trzeba przekładać kartonów, pilnować maszyn czy zmywać podłogi, kiedy coś się wylało. Wszystkie teraz mogły być myślami w ciepłych krajach, a tylko rękoma w tym ponurym przybytku.
Lily nie myślała o ciepłych krajach. Była skupiona na tym, co robiła, i czyjś głos nieoczekiwanie wyrwał ją z transu do tego stopnia, że przez chwilę niemal nie wiedziała, co powinna robić. Jedna z dziewcząt stojących nieopodal – nie mogła mieć więcej niż osiemnaście lat – obejmowała brzuch, nieco go wypinając.
– Jimmy powiedział, że teraz się ze mną ożeni. Mam nadzieję, że będziemy mieli córeczkę – trajkotała dziewczyna, a Lily poczuła, jak po plecach przebiega jej zimny dreszcz. Choć nie była o wiele starsza od tej dziewczyny, nie potrafiła przypomnieć sobie tego, co właśnie mogła czuć ta dziewczyna. Ale przecież też czuła podobny entuzjazm, podobną radość, musiała je czuć.
Prawda?
*
Owutemy nie sprzyjały romansom, do tego każdego dnia Prorok donosił o coraz dalej idących okrucieństwach. Lily i James często widywali się tylko przy śniadaniu – kiedy to wymieniali szeptem informacje, które pozyskali z prasy lub od znajomych – i kolacji, kiedy przepytywali się z zaklęć lub eliksirów. Nie był to żaden płomienny romans, ale podążali swoim tempem we wspólnie obranym kierunku. Było to obiektem żartów wielu osób, ale oni nic sobie z tego nie robili.
– Lily, gdybyś dała mu szansę parę lat temu, Jim nie musiałby tyle szlochać po nocach – zaśmiał się Syriusz, błyskawicznie spiorunowany wzrokiem przez Jamesa. Syriusz wyszczerzył zęby w zawadiackim uśmiechu i pociągnął nosem, udając, że ociera łzę. Palce Jamesa zacisnęły się pod stołem na jej dłoni, ale kiedy spojrzała na niego, odkryła, że w jego oczach nie ma ani krztyny złości, a jedynie smutek.
Syriusz, kiedy przestał błaznować, popatrzył na Jamesa z takim samym smutkiem, po czym szybko wrócił do pochłaniania tego, co miał na talerzu. Obaj do końca kolacji byli dziwnie cisi.
*
Przerwa na lunch była stratą czasu. Lily bezmyślnie grzebała widelcem w stojącej przed nią sałatce. Tutaj, na terenie stołówki, rozmów było więcej, kobiety zbijały się w kilkuosobowe grupki i początkowo szeptały, by w końcu krzyczeć tylko po to, by słyszeć własną rozmowę ponad głosami grupki znajdującej się tuż obok. Samotnic takich jak Lily nie było wiele, ale zwykle siedziały z boku i skupiały się na własnym talerzu. Nie chciały z nikim rozmawiać.
Czasami Lily zastanawiała się, czemu właściwie dalej to znosi. Przecież tak łatwo byłoby spakować walizkę, zabrać Harry’ego i się teleportować. Do Doliny Godryka lub gdzieś indziej, w końcu mieli tylu znajomych… Ta myśl jednak ją mroziła. W tych długich tygodniach po śmierci Jamesa wszyscy ci znajomi, którzy tak gwarnie tłoczyli się w ich – jej – salonie i kuchni sprawiali, że nie miała czym oddychać. Podawała im herbatę i ciasteczka, podgrzewała przyniesione obiady, serwowała kanapeczki, ale miała wrażenie, że za to wszystko płaci własną duszą, że z każdą wypchaną jedzeniem gębą ona coraz bardziej dławi się i dusi. A oni wszyscy stawali się jej tak samo obcy jak te kobiety, które cały czas rozmawiały, zamiast zjeść w spokoju swój lunch. W końcu nie mogła już na nich patrzeć, nawet na Syriusza, który był takim wsparciem.
Szczególnie na Syriusza.
*
Dopiero, kiedy przyłączyli się do Zakonu Feniksa, kiedy już mieli owutemy za sobą, dowiedziała się, że rodzice Jamesa zginęli w czasie minionych wakacji. Nie była pewna, jak mogła się nie domyślić. To cierpienie w jego oczach musiało mieć jakieś źródło, a ona nawet nie próbowała zgadywać, przyjmując je z dobrodziejstwem inwentarza.
Początkowo myślała, że nie będzie umiała traktować go odpowiednio, że zasługiwał na szczególne względy z tytułu bycia sierotą, choć nie miała pojęcia, jak traktuje się osiemnastoletnie sieroty. Potem jednak zdała sobie sprawę, że gdyby zaczęła traktować go inaczej niż do tej pory, w żaden sposób by mu nie pomogła. Martwi rodzice byli czymś, co James miał już za sobą. Nadal ogarniał go smutek – widziała to – ale minęło już zbyt wiele czasu, by teraz nieustannie pytać go o samopoczucie. Powinna traktować go tak samo. W końcu byli parą od niedawna, nie chciała tego zepsuć.
A jednak jej się to udało, choć nie z powodu nadmiaru troski.
*
Niewiele było momentów, kiedy Lily pozwalała swoim myślom błądzić, zamiast skupiać się na pracy. Zdarzały się jednak dni, kiedy porywały ją te same lepkie myśli, które towarzyszyły jej w nocy, gdy nie mogła spać; rzadko nawiedzały ją myśli wesołe, ale do tego już przywykła. Czasami nie była pewna, co jest gorsze – „Lily, uciekaj, ja go powstrzymam,” które krzyczał James, i to zielone światło, czy może wspomnienie wszystkich gorących szeptów prosto w jej ucho, dużych, ciepłych dłoni, których dotyk tak uspokajał. Starała się nie myśleć ani o jednym, ani o drugim.
Nie była pewna, czy czynią ją to złą matką, ale cieszyła się, że Harry nie będzie pamiętał ani zielonego światła, ani Jamesa. Wiedziała jednak, że z każdym dniem Harry rośnie i coraz bliższy jest zadania pytań, na które nie była pewna, czy umie odpowiedzieć. Teraz, kiedy miał kilka lat, akceptował odpowiedź, że tatuś bardzo go kochał, ale musiał odejść i było mu z tego powodu bardzo przykro. W którymś momencie jednak to przestanie wystarczać. W którymś momencie Lily przestanie wystarczać, przestanie być jego całym światem. Czy będzie miał wtedy żal, że uciekła?
Wiedziała, że będzie miał żal; chciała, żeby go miał.
*
Choć słońce już dawno zaszło, nie miała ochoty zapalać żadnej z lamp. Nie wiedziała, jak długo siedziała w ciemności, aż w końcu usłyszała znajome skrzypienie drzwi – od kiedy stało się znajome? – i równie znajomy głos, który wypowiadał jej imię z taką troską, że chciała się rozpłakać. Czekała, kiedy pojawią się łzy, bo do tej pory trwała w przedziwnym odrętwieniu, które sprawiało, że choć była świadoma upływu czasu, nie mogła się ruszyć. Dopiero kiedy James usiadł obok niej i objął ją ramieniem, zaczęła płakać. Cały świat zawalił jej się na głowę.
– Co się stało? – zapytał, nadal ją obejmując, a kiedy nie odpowiedziała, potrząsnął lekko jej ramieniem. – Co z Zakonem? Ktoś zginął? Lily, co się dzieje?
– Jestem w ciąży – odpowiedziała po chwili, kiedy znalazła głos. Czuła się fatalnie i chciała zniknąć. Nie rozumiała, czemu James całuje ją w skroń, policzek, czoło, wszędzie, gdzie tylko mógł. Bełkotał, że jest najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi, a ona nadal miała ochotę zniknąć. Nie czuła się gotowa, żeby zostać matką, nie widziała go w roli ojca i, przede wszystkim, nie sądziła, by świat, w którym żyli, nadawał się do tego, by sprowadzać na niego dziecko.
*
Na koniec dnia pracy była zmęczona, ale to był dobry rodzaj zmęczenia, który pozwalał jej poczuć, że zrobiła coś użytecznego. Zmęczenie całkiem innego rodzaju niż to, które towarzyszyło jej, kiedy wstawała z łóżka. Tamto wiązało się ze wciąż żywymi wspomnieniami, to – stanowiło dowód, że nie jest ich więźniem, że ma teraźniejszość i, być może, przyszłość. Póki co jednak jej przyszłość wiązała się z koniecznością odebrania Harry’ego z przedszkola i przeczekania kilku godzin, by ten dzień powtórzyć w identycznej niemal formie.
Harry – jak zwykle – ucieszył się, kiedy ją zobaczył. Podbiegł i wtulił twarz w jej płaszcz, a ona poczuła się bezradna. Poklepała go po głowie i zadała kilka pytań o jego dzień. Usłyszała nawet część odpowiedzi. Była zirytowana samą sobą. Czemu nie mogła poświęcać mu więcej uwagi?
Czemu zabrała go ze sobą, kiedy uciekała, skoro nie umie się nim opiekować?
*
James nie odstępował jej ani na krok, nieustannie pytając, czy jest jej wygodnie, czy powinien coś podać i czy na pewno nie ma skurczów. Był irytujący, a może tylko tak jej się wydawało, bo za tydzień powinna rodzić i nie czuła się na to ani trochę gotowa. Myślała, że jeśli wezmą ślub – który on od razu zaproponował, a ona zgodziła się dostatecznie szybko, by nie wzbudzać podejrzeń, że nie jest do tego pomysłu przekonana – to wszystko stanie się łatwiejsze, ale ślub tak naprawdę niczego nie zmienił. Byli tymi samymi ludźmi, tak samo niegotowymi na dziecko jak wcześniej. Żałowała, że nie może porozmawiać o tym z matką, która choć była mugolką, to nigdy nie zerwała kontaktów z Lily. Aż do tego wieczora, kiedy oboje z ojcem zginęli. Nie zdążyli zostać dziadkami, choć przecież Lily tak się pospieszyła.
James był naprawdę świetnym facetem, tak zaangażowanym i opiekuńczym. Nie żałowała, że wtedy zgodziła się wyjść z nim do Hogsmeade, nie żałowała właściwie niczego, ale gdyby to nie działo się tak szybko, gdyby mieli więcej czasu… Ale teraz nie było czasu, teraz była chodzącą – człapiącą – bombą zegarową. Nieprzydatna Zakonowi, stanowiąca zagrożenie dla innych, bo niemogąca się teleportować. James zaczął mówić o zwiększeniu ochrony domu, ale nie słuchała. Czekała w napięciu, aż kopniaki ustaną, a zaczną się skurcze. Czekała, aż dziecko się urodzi, bo kiedy je zobaczy, nie będzie mogła dłużej narzekać, że wszystko wydarzyło się za szybko.
Przecież zawsze tak było, że dzięki dziecku wszystko się układało, prawda?
*
Harry nie przestawał opowiadać o smokach i robotach, tworząc wielowątkową baśń, która już dawno straciła sens, ale pozwalała mu iść szybciej i nie zatrzymywać się tak często, jak rano, kiedy szli do przedszkola. Był przejęty tym, co mówiły inne dzieci, a do tego o wszystkim chciał jej powiedzieć. Myśli Lily tymczasem krążyły gdzieś między kolacją a sprzątaniem – wiedziała, że powinna odkurzyć salon, dawno tego nie robiła, a gdyby ktoś przyszedł z wizytą…
Problem w tym, że nikt nie przychodził z wizytą. Jedynym gościem, który ją tu odwiedził, był Syriusz. Nie wiedziała, jak zdobył adres, w końcu nie zostawiła go żadnemu z przyjaciół Jamesa. Zarzucił jej wtedy, że to okrutne, że ma prawo widzieć chrześniaka, że tęskni za nim tak samo jak ona. Za nim. Nie wypowiadali imienia Jamesa, nie musieli. Wspólna żałoba, tragiczna pustka, którą czuli i której nic nie mogło wypełnić, ich zbliżyła, a to, co nie udało się pustce, dokończyła Ognista Whisky, którą Syriusz przyniósł. Kiedy obudzili się o świcie na kanapie, żadne z nich nie wiedziało, gdzie podziać oczy. „Nie powinniśmy byli”. „To by się nie stało, gdyby nie Ognista”. „Tak bardzo przepraszam”. „To był błąd”. Wszystko to, co się mówi, kiedy spędziło się z kimś noc, a w świetle dnia doszło się do wniosku, że to nie był najlepszy pomysł. Nie zdążyła nawet znaleźć swojej sukienki, kiedy usłyszała, że Syriusz – już ubrany – zakłada buty. „Nie powinniśmy byli, to obraza dla jego pamięci,” powiedział wtedy, a ona poczuła, jakby ją spoliczkował. Nie była już nawet kobietą, której można było pożądać, była tylko wdową i matką, istotą z marmuru.
Harry dalej trajkotał radośnie, a ona skreśliła sprzątanie z listy obowiązków na ten wieczór.
*
– Harry… Harry James Potter – powiedział James ze wzruszeniem, patrząc na nią, jakby dała mu najwspanialszy prezent, jaki w życiu otrzymał.
Uśmiechnęła się do niego. Wiedziała, że będzie na tyle dobrym ojcem, na ile będzie mógł; wiedziała, że nie spocznie, póki Harry nie będzie najszczęśliwszym dzieckiem na świecie; wiedziała, że zapewni mu szczęśliwe dzieciństwo. Nie wiedziała tylko, jak ona się w ten obrazek wpisuje. Miała wrażenie, że do niego nie pasuje i choć zrobi wszystko, żeby być równie szczęśliwą co oni, bała się, że nie da rady.
Ukryła twarz w poduszce i pozwoliła sobie na kilka łez. Nikt nie zwrócił na nią uwagi.
*
Harry z zapałem coś kolorował, a ona przeżuwała kolację, którą wcześniej przygotowała, ale gdyby ktoś zapytał ją, co właściwie jadła, nie byłaby w stanie odpowiedzieć. Smakowało jak popiół, choć przecież nie mogło nim być, bo Harry przed chwilą jadł to samo i nie protestował. Niedługo powinna położyć go spać i zacząć mierzyć się z demonami przeszłości, żeby zakończyć ten dzień tak niewyróżniający się wśród innych dni.
Wzięła do ust kolejny kęs kolacji, kiedy rozległo się pukanie do drzwi. Początkowo nie zareagowała, zbyt zaskoczona, bo przecież nikt ich tu nie odwiedzał. Nikt poza Syriuszem, ale to nie mógł być on, nie po tamtym poranku. Kiedy jednak Harry zaczął powtarzać, że musi otworzyć drzwi, bo nie można pozwalać gościom czekać na wycieraczce, Lily wstała. Choć musiała wykonać tylko kilka kroków, każdy z nich wydawał się trudny, jakby jej nogi ważyły tonę. W końcu jednak odsunęła zasuwę i uchyliła drzwi.
– Syriusz? – zapytała z niedowierzaniem, niepewna, czy powinna go wpuścić do środka.
*
Dziecko wolało Jamesa, nie ją. To było oczywiste. Harry pozwalał jej się wziąć na ręce tylko po to, by go nakarmiła, ale w momencie, kiedy był już najedzony, zaczynał krzyczeć i robił to tak długo, aż James nie przyszedł i nie wziął go na ręce. Wtedy i tylko wtedy się uspokajał. Frustrowało to Lily i wprawiało w obawę, że może Harry w jakiś sposób wie, może wyczuwa te myśli, które towarzyszyły jej przed porodem, może wie, że ona nie nadaje się na matkę i w ten sposób to daje do zrozumienia. Przez kilka pierwszych miesięcy życia zdawał się ją ledwo akceptować i przepłakała z tego powodu niejedną noc.
– To minie, jak mógłby cię nie kochać? Jesteś najlepszą matką na świecie – mówił James, kiedy byli sami.
Choć chciała wierzyć w jego słowa, nie była pewna, czy powinna. Gdzieś w jej głowie czaiły się nieobce każdemu rodzicowi, ale spotęgowane zachowaniem Harry’ego lęki, że nigdy nie będzie dostatecznie dobra, że nie poradzi sobie z tym wyzwaniem.
*
Syriusz był tak samo przystojny jak zawsze, choć wychudł, a w jego spojrzeniu kryło się jakieś szaleństwo, którego wcześniej nie zauważyła lub którego wcześniej tam nie było. Patrzył na nią, jakby miała odpowiedzi na wszystkie pytania egzystencjalne, które mogą go w tej chwili dręczyć, a Lily po raz pierwszy poczuła coś innego niż pustkę. Poczuła irytację.
– Co tu robisz? – zapytała, przypominając sobie ten gorzki poranek, kiedy widzieli się po raz ostatni, ten wymuszony wstyd i koszmarny zawód, że nie była wystarczająco dobra, by go zatrzymać, by był nią zainteresowany jako kobietą.
– Musimy porozmawiać, Lily – powiedział niemal błagalnie – o tej nocy, kiedy on umarł.
*
W połowie lata Harry zaczął ją akceptować, choć nie była pewna, czemu nie robił tego wcześniej ani co się zmieniło. Skończyły się jednak krzyki, ilekroć brała go na ręce w celu innym niż karmienie. James patrzył na nich z bezgraniczną miłością, której czasami się trochę bała, ale do której przywykła. Po raz pierwszy od czasu, kiedy odkryła, że jest w ciąży, zaczęła myśleć o przyszłości nie z obawą, ale z niewielką, ledwie tlącą się nadzieją. Oczywiście Voldemort i jego śmierciożercy dalej byli na wolności, nie można było zaznać spokoju, póki nie zostaną pokonani, ale były momenty, kiedy myślała, że to wszystko niedługo się skończy, że będą szczęśliwą rodziną, że ich świat nie runie.
A potem przyszedł ten październikowy wieczór, który był tak podobny do innych wieczorów. Nic nie zwiastowało tragedii; ot, zwykła sobota. Tego dnia przygotowała pieczeń na obiad, a James stwierdził, że dawno nie jadł tak dobrego sosu. Nawet żartował, że skrzaty w Hogwarcie powinny się od niej uczyć. Wiedziała, że sos nie był tak dobry, jak James twierdził, że był, ale miło było słyszeć te wszystkie komplementy.
Kiedy odkładała umyte naczynia do szafki, usłyszała dziwny, nieznany dźwięk, który dopiero później skatalogowała jako huk otwieranych z ogromnym impetem drzwi. Wszystko wydarzyło się zbyt szybko – i „Lily, uciekaj, ja go powstrzymam”, i zielone światło, i dźwięk upadającego ciała, i strach, bezbrzeżny strach, kiedy zapadła cisza. W końcu jednak cichutkie kwilenie Harry’ego sprawiło, że musiała zdobyć się na odwagę i wejść do salonu. Musiała zmierzyć się z tym, co zostało z jej dotychczasowego życia.
*
Kolorowy fotel z kwiecistym obiciem wyglądał pociesznie, kiedy Syriusz w nim usiadł, roztaczając wokół aurę przygnębienia i źle tłumionego szaleństwa. Wcześniej położył na podłodze sporej wielkości czarną torbę. Harry próbował do niej zajrzeć, ale kiedy napotkał karcące spojrzenie Syriusza, zajął się porzuconymi w kącie salonu klockami, co jakiś czas tylko rzucając zaciekawione spojrzenia w kierunku torby.
Lily usiadła w drugim fotelu. Nie wiedziała, czego spodziewać się po jego wizycie, i nie rozumiała, czemu nie poświęcił więcej czasu na przywitanie z Harrym. Wziął go przelotnie na ręce i przytulił, ale zanim malec zdążył się choćby zorientował, kto ich odwiedził, Syriusz wypuścił go z objęć i skupił całą uwagę na niej. Tymczasem ona obserwowała go chłodno i nie zaoferowała herbaty, co jednak ani trochę nie sprawiło, że poczuł się niechcianym gościem. Przyszedł tu z misją, widziała to wyraźnie.
– Wolałbym nie musieć cię o to prosić, ale… – zaczął, wyjmując z torby kamienną myślodsiewnię. – Dumbledore podejrzewa, że James działał po stronie Voldemorta. Musimy oczyścić jego imię, Lily, musimy.
*
Czas jest przedziwnym zjawiskiem. Choć człowiek nie ma nad nim żadnej kontroli, to jednak jest w stanie odczuwać go w tak różne sposoby, jakby tak naprawdę cały świat był wytworem jego własnej wyobraźni, jakby nic poza nią nie istniało. Lily pamiętała tylko fragmenty tego, co działo się po śmierci Jamesa. Pamiętała, że jego ciało leżało w salonie przez cztery tysiące lat, a ona sama brała Harry’ego na ręce przez dobre pół wieku. A potem była cisza. Harry poruszał ustami, był czerwony na twarzy jak wtedy, kiedy za długo płakał, ale nie słyszała, by wydawał z siebie jakikolwiek dźwięk. Trwali w tej ciszy, póki świat nie zadrżał w posadach, co było niemożliwe, bo przecież świat się skończył pół godziny i setki lat temu.
Nie wiedziała, skąd wziął się Hagrid, ale tam był. Był też Syriusz, widziała jego twarz. Była pewna, że widziała McGonagall, ale to nie oznaczało, że kobieta faktycznie tam była, bo Lily wydawało się, że widzi też swoich rodziców, Petunię, Severusa i tę mugolkę, którą poznała w czasie jednych wakacji, Maggie. Wszyscy patrzyli na nią, jak na dzikie zwierzę, którego kolejnego ruchu nie mogli przewidzieć. Wokół niej roiło się od twarzy, nieustannie przemieszczających się postaci. Czuła ich ręce obejmujące jej ramiona, słyszała ich głosy, mogła wywęszyć ich współczucie wymieszane z radością, bo Voldemort najwyraźniej zginął, zabierając Jamesa ze sobą.
Wyrwała się z letargu dopiero, kiedy ktoś wylewitował ciało Jamesa z salonu. Pozostał po nim tylko przesunięty za bardzo w lewo stolik kawowy.
*
Wynurzywszy się ze wspomnień, Lily przez chwilę siedziała w milczeniu, jakby próbowała je wszystkie przyswoić, na nowo zaakceptować i przykryć pierzynką obojętności. Czuła na sobie wyczekujące spojrzenie Syriusza i wiedziała, że będzie musiała mu opowiedzieć o tym, co widziała – przynajmniej we fragmentach – ale potrzebowała jeszcze kilku chwil, by poukładać sobie to wszystko w głowie. James był przecież uosobieniem cech, którymi powinien odznaczać się każdy Gryfon. Nie mogła uwierzyć, że Dumbledore podejrzewał go o działanie na rzecz Voldemorta.
– Nie widziałam nic, co… wskazywałoby na to, że zmienił stronę – powiedziała, nie podnosząc wzroku. Nie wykluczała, że do końca świata będzie patrzeć na własne kolana, jeśli podniesienie wzroku oznaczało konieczność zmierzenia się z tą idiotyczną teorią.
Syriusz przez chwilę wyglądał, jakby uleciało z niego powietrze, ale po chwili nabrał nowego zapału, który w ogóle nie korespondował z jego wcześniejszym przygnębieniem, za to sprawił, że iskierki szaleństwa w jego oczach stały się wyraźniejsze.
– Wiedziałem, że to nie może być prawda. Przecież gdyby był… gdyby coś się stało, to byśmy zauważyli. Kto, jeśli nie my – mruknął, jakby sam siebie próbował przekonać.
Lily milczała. Wojna, która tak nagle skończyła się przed kilku laty, była o tyle dziwna, że niejednokrotnie nie można było odróżnić przyjaciela od wroga. Ale James…?
– Dumbledore mówi, że to mógł być Imperius, ale że Rogaty z całą pewnością współpracował z Voldemortem, dostarczał informacje i to przez nie zginęli Prewettowie – powiedział tak cicho, że Lily nie była pewna, czy na pewno go słyszy, czy też jej mózg uzupełnia jego słowa, tworząc całkowicie niemożliwe stwierdzenia.
– Jak długo…? – zapytała słabo.
– Przynajmniej pół roku. To niemożliwe, nie kiedy byliście tacy szczęśliwi, nie kiedy mieliście Harry’ego – powiedział łamiącym się głosem.
Lily poczuła wyrzuty sumienia. Pół roku przed tą feralną nocą działo się tak wiele, że nie była niczego pewna. Zwłaszcza teraz, kiedy wszystko się zlewało ze sobą i zacierało, tworząc jednolity, szary obraz minionych dni. Wiedziała, że James gdzieś wychodził, z kimś się spotykał. Czasami pytała, ale mówił, że to spotkania Zakonu. Czy nimi były? Nie wiedziała. Nie uczestniczyła w działaniach Zakonu tak żywo jak wcześniej, nie mogła. Do tego wciąż była obawa, że wśród nich znajduje się szpieg… Czy faktycznie tam był? Czy co noc sypiała z tym szpiegiem?
– Nie miał Mrocznego Znaku – powiedziała w końcu.
– Dumbledore mówi… – zaczął Syriusz, a Lily poczuła, że wzbiera w niej ogromny gniew.
– Co Dumbledore o tym wie, nie było go z nami! Dlaczego wyciąga to po tylu latach? James zginął z ręki Voldemorta, czy to nie wystarczający dowód, że z nim nie współpracował? Czy grzebanie w przeszłości komukolwiek może teraz pomóc?! – wybuchła. Nie miała pojęcia, że są w niej tak ogromne pokłady złości i goryczy, ale poczuła się nieco lepiej, kiedy wyrzuciła z siebie przynajmniej część tego, co ją dręczyło.
Syriusz potarł twarz dłonią, jakby zbierał siłę, żeby powiedzieć coś, czego bardzo nie chciał mówić. Wyglądał jak ktoś, kto stracił wszystkie złudzenia i szukał choćby strzępka nadziei, którego nie mógł znaleźć.
– Snape potwierdził jego zdradę – powiedział z głębokim niesmakiem.
– Wierzymy w to, co mówi podwójny albo potrójny agent, a nie w to, co wiemy o Jamesie? – warknęła Lily. Złość w niej pulsowała, co było całkiem miłym uczuciem. Było jakimkolwiek uczuciem.
– Nie, oczywiście, że nie! – obruszył się Syriusz, a ona po raz pierwszy poczuła, że być może to nie ona jest w najgorszej sytuacji.
Syriusz kochał Jamesa jak brata, po jego śmierci został sam, a teraz chcą mu odebrać nawet dobre wspomnienia. Lily przynajmniej miała Harry’ego. Mogła oddać wszystkie wspomnienia za to, żeby nie musiał on dorastać z wiedzą, że jego ojciec jest podejrzewany o zdradę – jest zdrajcą? Mogła ponownie uciec, zabrać go ze sobą, zastąpić mu cały magiczny świat na dobre, zrobić z niego mugola. Syriusz nie miał gdzie uciekać. Syriusz musiał temu wszystkiemu stawić czoła. Musiał położyć na jednej szali informacje od Dumbledore’a, zaś na drugiej swoje uczucia. Niezależnie od tego, po której stronie ostatecznie się opowie, w którą wersję uwierzy, już zawsze będzie nosił to piętno, ten ból, który będzie go dławił w nocy i nie odstępował w dzień, który znieczuli go na inne bodźce i odbierze światu kolory. I w tym odnalazła coś znajomego, a jednocześnie coś, co podgrzewało jej złość. Teraz, kiedy Syriusz nie był w pozycji człowieka oferującego jej pomoc, kiedy cierpiał tak samo lub nawet bardziej… Teraz potrafiła wybaczyć mu tamten poranek.
– Co planujesz? – zapytała, kiedy zorientowała się, że zbyt długo milczą.
– Nie wiem, ale nie mogę pozwolić, żeby wszyscy sądzili… żeby Dumbledore przekonał ich, że… – Spojrzał na nią, a z szarych oczu znikło całe szaleństwo, pozostawiając za sobą tylko smutek. – Nie wiem.
Lily nachyliła się nad stołem i delikatnie położyła dłoń na jego policzku, kierując na siebie jego wzrok.
– Możesz na mnie liczyć – zapewniła, choć jeszcze kilka godzin temu nie uwierzyłaby, gdyby ktoś jej powiedział, że kiedykolwiek wygłosi takie słowa. Teraz jednak, kiedy złość ogrzewała jej kości i budziła ze snu zapomniane już cechy osobowości, po raz pierwszy od dawna czuła się sobą. – Nie przekonamy wszystkich, ale… ale w naszych sercach James pozostanie prawdziwym bohaterem. Prawdziwym Gryfonem.
Syriusz pokiwał głową.
*
Zdarzają się takie noce, przez które ciężko jest przebrnąć, a człowiek nie ma pewności, czy kiedy – jeśli – przyjdzie świt, będzie tą samą osobą, którą był, kładąc się do łóżka. Lily Potter nadal zdarzały się takie noce. Co jakiś czas wolała wstać z łóżka i doczekać do świtu w kuchni, patrząc przez okno na park, który wyglądał pięknie o każdej porze roku. Zdarzały się też noce, kiedy to nie jej wspomnienia sprawiały, że nie mogła spać. Syriusz wiercił się i miotał, ilekroć śniło mu się coś koszmarnego. Budziła go wtedy łagodnie i czasami to wystarczało. Częściej jednak musiała patrzeć, jak w pośpiechu się ubiera i wychodzi, by wrócić po kilku godzinach z podkrążonymi oczami i ubraniami przesiąkniętymi ostrym zapachem whisky i papierosów. Nie wiedziała, czy chodził zawsze w to samo miejsce, czy za każdym razem w inne. Nie pytała.
Czasami miała wrażenie, że postąpiła jak rasowa femme fatale – w chwili, kiedy był najbardziej zagubiony, dała mu pozorne ukojenie, a potem oplotła się wokół niego, wciągając w tryb życia, który prowadziła, odciągając od świata magii, który w tamtym czasie buzował od plotek o Jamesie. Syriusz się nie opierał, szukając w niej oparcia i zrozumienia. Początkowe opory związane z brukaniem pamięci przyjaciela pozwalały mu wracać do niej coraz częściej i częściej, aż w końcu wprowadził się na stałe. Stało się to tak naturalnie, że oboje zdali sobie z tego sprawę dopiero, kiedy Harry zapytał, czy wujek Syriusz też dostanie prezent od Mikołaja, a jeśli tak, to czy nie powinien powiesić świątecznej skarpety. Skarpeta zawisła trochę z boku tych, które Lily i Harry powiesili, ale w czasie świąt była tak samo pełna łakoci.
Nawet jeśli nie było to jej szczęśliwe zakończenie, to bywało szczęśliwsze, niż się spodziewała.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s