Początek. Sen.

Czasami tak po prostu jest. Wspomnienia z najwcześniejszych lat powracają do nas w snach, by w końcu zacząć prześladować nas na jawie. Na początku nie rozumiemy ich, kiedy jednak stają się coraz wyraźniejsze, odtrącamy je jak natrętną muchę. Niestety, im bardziej próbujemy o nich zapomnieć, z tym większą mocą powracają. Mugole wiedzą o tym od dawna – nazywają to prawem nieświadomości czy czymś równie mugolskim i niezrozumiałym dla przeciętnego czarodzieja. Jednak osoby obdarzone darem magii, darem prawdziwej mocy, nie potrafią – lub nie chcą – przyjąć tego do wiadomości. Nie dla nich jest nauka, logiczny punkt widzenia. Muszą do wszystkiego dojść samemu.
Nasz bohater miał to wątpliwe szczęście przynależeć do grupy drugiej.
Trzydziestoletni, wykształcony mężczyzna bez zobowiązań, za to z obiecującą przyszłością – legendarna Kasandra Trelawney wywróżyła mu stanowisko Ministra Magii na wiele lat przed jego narodzinami – nie miał żadnych problemów. Jego podwładni zawsze przychodzili na czas, szef witał go uśmiechem, a Hallie robiła przepyszną kawę. Tylko czasem w nocy męczyły go koszmary – wyjątkowo paskudne, nawet biorąc pod uwagę ich naturę. Śnił mu się jego… ojciec. Istota tego snu nie miała bynajmniej nic wspólnego ze stanem zdrowia mężczyzny – starszy pan żył sobie radośnie ze swoją rodziną w stolicy Walii i nic nie zapowiadało jego szybkiego zgonu – choć nasz bohater wielokrotnie zarzekał się, że wolałby już sen o nieboszczyku. Jego ojciec okazywał się tam zdrajcą, osobą niegodną zaufania, kłamcą i oszustem.
Przyszedł czas na malusieńką dygresję. Wy, moi drodzy czytelnicy, nie możecie nic wiedzieć o stosunkach w domu głównego bohatera, pozwólcie więc, że coś wam wyjaśnię. Ów trzydziestolatek wychowywał się jako jedynak w bardzo tradycyjnej – cóż za staromodne słowo! – rodzinie. Ojciec, matka, surowa niania i zastęp skrzatów. Bardzo rzadko rozmawiał z rodzicami. Pojawiali się w domu raz na jakiś czas, by potem zniknąć jak duchy. Chłopakowi nie pozostało nic innego, jak tylko wyobrażanie ich sobie. W odróżnieniu od większości współczesnej mu młodzieży nie próbował zrobić z nich demonów, nie mających czasu dla dziecka. Wręcz przeciwnie – wybielał ich jak tylko mógł, powtarzając sobie w duchu, że na pewno bronią całego świata albo przynajmniej pomagają biednym i uciśnionym.
Oczywiście, nasz bohater nie mógł pogodzić się z wizją ojca ze snu. Zresztą sam już nie pamiętał, kiedy go ostatnio widział. Ba! On nie był pewien czy kiedykolwiek miał ku temu okazję! Jak więc z samych wyblakłych zdjęć, które pokrywały ścianę nad jego łóżkiem, mógł stworzyć tak realistyczną marę? W zrozumieniu, a raczej wytarciu z pamięci, pomagał mu alkohol – najlepszy terapeuta, o wiele skuteczniejszy od mugolskich psychoanalityków i innych diabłów medycyny i psychologii. Jednak ilekroć zapominał, sen i tak powracał. W akcie największej desperacji nie spał przez trzy noce. Kiedy w końcu oddał się w objęcia Morfeusza, nastąpiła pewnego rodzaju kumulacja jego wizji i bardzo tego żałował – nigdy wcześniej sen nie był tak wyraźny.
Jego jedyną podporą była jego Hallie, jego Harriet, jego i tylko jego. Dziewczyna z pokoju obok, niezwykle inteligentna i przy tym bardzo, bardzo ładna. Czy z nią sypiał? Nie, chyba nie. Po prostu czasem, gdy przynosiła mu kawę, zapominał się przywitać i od razu opowiadał o ostatniej nocy. Jej największą zaletą było to, że potrafiła słuchać, mało mówiła i brzydziła się plotek. Ona pierwsza zauważyła, że z naszym bohaterem jest coś nie tak. Dlatego, tamtego upalnego dnia, próbowała powstrzymać wszystkich przed odwiedzaniem go w biurze. Myślała, że to tylko kolejny sen i szybko mu minie.
Jednak to nie było to.
***
Siedział przy biurku i zgniatał w kulkę zielony pergamin, pachnący delikatnymi, damskimi perfumami. Świeży tusz spływał po jego spoconych dłoniach, barwiąc je na czarno, jednak mężczyzna zdawał się tego nie zauważać. Z jego piwnych oczu leciały łzy – prawdziwe łzy smutku, te, które nie przystoją przedstawicielowi płci nieco mniej urokliwej. Nie było jednak osoby, która mogłaby je otrzeć. Był w pomieszczeniu sam – jeśli nie licząc stosu ksiąg rachunkowych, paru mebli i listu.
List.
Nigdy wcześniej nie pisała do niego matka. Rozmawiał z nią może raz, może dwa razy w życiu. Przez mgłę widział obraz tej pięknej, mądrej kobiety o arystokratycznych rysach i owalnej twarzy, otoczonej burzą hebanowych włosów. Jej głos był zimny, ale melodyjny. Z przyjemnością słuchał jej rozkazów, jej mądrości życiowych. Było to jednak na tyle dawno, że wszystkie pokrył kurz niepamięci. Dopiero ten skrawek pergaminu – jaśmin czy bez, jaśmin czy bez? – przypomniał mu tę najważniejszą. Zawsze ufaj swoim snom. Umysł to jedyna rzecz, która nigdy Cię nie zawiedzie. Czy wiedziała? Nie, nie mogła. Przecież mary senne to rzecz tak prywatna, tak niedostępna dla innych… Zdawał sobie sprawę z tego, że kontrolowanie wyobrażeń drugiej osoby, w szczególności jeśli jest się z nią silnie związanym, niektórym czarodziejom nie sprawia najmniejszych problemów. Nie uważał jednak by jego matka mogła należeć do tej grupy. Kobiety w tamtejszych czasach miały do powiedzenia dużo, ale nie były nigdy tak silne, by samemu zajmować się najwyższym stopniem czarnej magii.
Poza tym, ona była Aniołem. Tym dobrym.
Kiedy piętnaście minut później wpadła do jego biura w akompaniamencie krzyków Hallie, wcale nie wyglądał lepiej. Rozumiał za to dokładnie tyle, ile wcześniej – nic.
– Harriet, mogłabyś nas zostawić?
Kobieta wzdrygnęła się. Jego głos był lodowaty i tak niesamowicie szorstki!
– Jak sobie chcesz. – Ostatnie słowo niemal zagłuszył trzask zamykanych drzwi
Po raz pierwszy od bardzo dawna – a może nawet od momentu, gdy opuścił jej ciało by zmierzyć się z niesprawiedliwym światem – byli tylko sami. Tylko we dwoje. Ta niezwykła izolacja od otoczenia wzbudziła w nim przerażające wręcz myśli. Zamiast zastanawiać się, po co przyszła, wpatrywał się w jej dekolt i starał się zapomnieć o tym, że to jego matka.
– Synu… – Nigdy wcześniej te słowa nie bolały tak bardzo. Nigdy wcześniej aż tak rozpaczliwie nie chciał ich usłyszeć z jej ust. – Musimy porozmawiać. Koniecznie.
Nie odpowiedział. Poczuł, że się rumieni; szybko odwrócił głowę w kierunku okna.
– Synu…
– Napijesz się czegoś? – spytał.
– Synu! – krzyknęła. – Spójrz na mnie!
Skulił się ze strachu. Pamiętał ten ton. To było dawno, tak dawno, a mimo to, doskonale pamiętał, że powinien teraz spodziewać się chłosty. Tak, rodzina naszego głównego bohatera była na tyle dziwna, że stosowano w niej stare kary cielesne. Jako mały chłopiec dostawał razy prawie codziennie. Dlaczego akurat wtedy przypomniał sobie…?
– Matko. – Uklęknął. Głowę trzymał pochyloną. – Pani Matko, błagam o twe wybaczenie.
– Tego cię uczyła ta jędza, Alvina? – Gdy wspomniała o jego starej niani, przeszył go dreszcz. – Daj sobie spokój i wstań z tych klęczek.
Nieśmiało się podniósł. Prawdę mówiąc, nie takiej reakcji się spodziewał. Tak to jest, gdy dziecko nowoczesnej kobiety wychowuje staromodna niania. W dzisiejszych czasach tak się utrzymuje dyscyplinę w tych „lepszych” domach. W Arystokracji.
– Mów mi Gabrielle – powiedziała spokojnie. – Określenie ‘matka’ za bardzo mnie postarza.
Pomieszczenie wypełnił ich śmiech.
***
Podobno przy szklaneczce czegoś słuszniejszego lepiej się myśli. Nikt nie wiedział tego lepiej od naszego bohatera. Dlatego też oświadczył on kategorycznie, że bez alkoholu o niczym nie rozmawia. W końcu Gabrielle zgodziła się by on coś pił, sama jednak została przy herbacie.
– Co cię tu sprowadza? – spytał, nieco już ośmielony.
Byli już u niego w domu; Hallie pomogła mu się urwać z pracy. Nigdy nie wychodził z biura przed ósmą i było to dla niego nie do końca dobrą odmianą.
– Powiem wprost. – Kobieta odstawiła filiżankę, po czym ujęła swymi jego dłonie. – Twoja siostra nie żyje.
Początkowo miał ochotę się roześmiać, ale szybko zrezygnował z tego pomysłu. Nie chciał obrazić Gabrielle. Nie teraz.
– Matko, z całym szacunkiem, ale… – Dalsza część zdania nie chciała mu przejść przez gardło.
– Ale? – spytała, wciąż patrząc mu w oczy.
– Zawsze sądziłem, że jestem jedynakiem.
– Cóż za tupet!
Wstała z krzesła tak gwałtownie, że o mało nie wywróciła stolika, a herbata nie wylała się na obrus i jej błękitną sukienkę. Podniosła z ziemi aksamitną torebkę i wysypała jej zawartość u stóp swojego syna. Zdjęcia. Mnóstwo zdjęć przedstawiających jego ojca i parę brązowowłosych dziewczynek. Na niektórych pojawiał się też chłopiec – wysoki, odrobinę od nich starszy.
Poznawał go. Był na jego roku w Hogwarcie. Ślizgon, tak często wyśmiewany w jego otoczeniu. Niezbyt lubiany; słyszał nawet kiedyś, jak ktoś nazwał go zdrajcą krwi. Mimo to zawsze chodził z podniesioną głową. Zawsze.
– Myślisz, że mi łatwo? – kontynuowała. – Wysłał mnie tu twój ojciec. Po tym, jak zostawił nas, gdy byłeś mały, dla tej szmaty i jej dzieciaków, po tylu latach… Po prostu napisał do mnie, że jego żoneczka i jedna z córek nie żyje. Jakby mnie to interesowało! Pomyślałam tylko, że może powinieneś wiedzieć, bo to… Rodzina w końcu.
Zamknął oczy. Ten sen…

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s