Marzenia

Wielokrotnie słyszał, że szczęście jest czymś, na co pracuje się przez całe życie. Może mieć związek z karmą, aurą, dniem urodzin, preferowanym kolorem bielizny u płci pięknej czy jeszcze innym mugolskim przesądem. Ha, mugolskim – używał tego słowa tak, jakby od zawsze był częścią magicznego świata, jakby nigdy nie splamił się kontaktem z niemagicznymi obywatelami. Nic bardziej mylnego. Do dnia jedenastych urodzin był przekonany, że magia nie istnieje, a to wszystko, co go otacza, to zarazem wszystko, co istnieje, czego może się spodziewać i czego może od życia oczekiwać. Że prawa fizyki go ograniczają, a z wolnością i nieosiągalnością zarazem kojarzy się niebieskie niebo, na które spoglądał, kiedy zmęczony całym dniem zabawy kładł się na trawie i marzył. Nie pamiętał już swoich marzeń z dzieciństwa, nie były nigdy zbyt skomplikowane i często koncentrowały się na nowej grze czy zabawce, którą chciałby dostać. Może nawet część z nich się spełniła, kto wie. Z czasem wszystkie blakły i zlewały się w jedno ogólne wspomnienie dzieciństwa, zepchnięte gdzieś w głąb pamięci i przytłoczone wszystkim, co wydarzyło się później.
Kiedy zamykał oczy i próbował przywołać jakieś konkretne marzenie, przed oczami stawał mu tylko jeden obraz. Był późny, jesienny wieczór, za oknem wiał wiatr, a matka właśnie skończyła czytać mu bajkę na dobranoc. Wtedy jeszcze miał z nią całkiem dobre relacje. W każdym razie skończyła czytać, pocałowała go w czoło i powiedziała, że jutro – w jego urodziny! – stanie się coś magicznego. I mrugnęła porozumiewawczo, jakby właśnie zdradziła mu największą tajemnicę. Po tym wyszła, zostawiając go samego z natłokiem myśli. Zdaje się, że długo nie mógł zasnąć, co i raz wyobrażając sobie innego rodzaju prezenty. Może chodziło o przyjęcie z magikiem? To by było magiczne. Zdecydowanie jednak wolałby psa. Kilku jego kolegów miało psy i strasznie im tego zazdrościł – wszystkim, nawet Gregory’emu, który musiał wyprowadzać starego pudla swojej matki. Rano jednak okazało się, że nie dostał psa – dostał natomiast list. Matka wyjaśniła mu, że jest czarodziejem i od września pójdzie do Hogwartu. W pierwszej chwili chciał zapytać, czy to oznacza, że nie może dostać psa. Później, kiedy matka wyjawiła, że sama jest czarownicą, zrozumiał, że to nie żart, że za kilka miesięcy naprawdę zmieni szkołę i będzie się uczył tych wszystkich strasznych i ciekawych rzeczy, o których mu opowiedziała.
Szybko jednak okazało się, że matka nie powiedziała mu nic konkretnego. Nie przygotowała go na to, co zastał w szkole. Oczywiście, kupiła mu różdżkę, podręczniki i całą resztę – wszystko, o czym mógłby marzyć. Poza psem, rzecz jasna. (W Hogwarcie nie można było ich trzymać – matka tłumaczyła mu to kilkakrotnie, zawsze dodając, że mogą kupić sowę czy kota, ale on za każdym razem odmawiał; chciał psa i kupno innego zwierzaka nijak by tej chęci nie zaspokoiło). Wiedział, jakie zajęcia będzie miał na pierwszym roku, wiedział, że istnieją cztery domy, znał kilka legend związanych z samym zamkiem… Wszystko, co powiedziała mu matka, było wiedzą powierzchowną. Tego samego dowiedziałby się w ciągu pierwszej godziny podróży pociągiem, gdyby trafił na rozmownych współpasażerów. Traf chciał jednak, że jego współpasażerowie wiedzieli jeszcze mniej niż on sam – przez chwilę mógł się poczuć ważny, ale kiedy skończyły mu się informacje, którymi mógłby się z nimi dzielić, rozmowa zeszła na mugolskie książki czy programy telewizyjne. Po jakimś czasie w przedziale zapadła cisza i zrozumiał, że nie ma ochoty jej przerywać. Oczywiście jego współpasażerowie byli dość sympatyczni, ale nie sądził, by mogli zostać jego przyjaciółmi. Jeden z nich miał naprawdę irytujący śmiech, a drugi był koszmarnie nijaki – prawdopodobnie mógłby stać się całkiem niewidzialny, gdyby tylko co jakiś czas nie wyrażał głośno swojej nadziei na to, że w Hogwarcie będzie telewizja. Chyba nawet zapytał o to, gdy tylko dojechali na miejsce i zostali skierowani do łódek, przy okazji zwracając na siebie uwagę większości pierwszoroczniaków – część uśmiechała się z politowaniem, część z niecierpliwością czekała na odpowiedź. Sytuacja była wręcz idiotyczna, ale zapewniła wszystkim temat do rozmów na czas podróży do zamku. Potem wszystko zaczęło dziać się tak szybko, że zanim zdał sobie sprawę, Tiara Przydziału wykrzyknęła:
– Lawson, Jack!
Jakieś ręce popchnęły go naprzód, inne ręce założyły mu na głowę Tiarę i zanim się obejrzał, dziesiątki jeszcze innych rąk go oklaskiwały, kiedy został skierowany do stołu Slytherinu, przy którym miał jeść posiłki przez najbliższe siedem lat. Ludzie poklepywali go po plecach, przedstawiali mu się, a ktoś zapytał, czy gra w quidditcha. Zaprzeczył, bo nie wiedział, czym quidditch w ogóle jest. A potem cały rytuał powitania zaczął się od nowa, bo przy stole usiadł następny Ślizgon. Reszta wieczoru zleciała w mgnieniu oka i zanim się obejrzał, był już w lochach, w swoim nowym łóżku, znacznie wygodniejszym niż to, które miał w domu. Nie ułatwiło mu to jednak zaśnięcia – wręcz przeciwnie, w jego myślach panował niemal taki sam chaos, jak wtedy, kiedy matka obiecała mu magiczną niespodziankę. Rozmyślał o czterech domach i zastanawiał się, co sprawiło, że on został Ślizgonem, a jego współpasażerowie z pociągu trafili do Gryffindoru i Hufflepuffu. Nie wiedział o domach za wiele, ale wydawało mu się logiczne, że jakieś różnice musiały istnieć – i to różnice ważniejsze niż te wspominane przez Tiarę w piosence, której nawet nie słyszał za dobrze w całej tej atmosferze radosnego podniecenia.
– Lawson, śpisz? – zapytał jakiś głos po jego prawej stronie. Przekręcił głowę, żeby spróbować przyjrzeć się swojemu rozmówcy, ale było zbyt ciemno. Przez chwilę zastanawiał się, czy może chłopak boi się ciemności i chce z nim porozmawiać.
– Nie – odpowiedział w końcu, akceptując fakt, że nie ma pojęcia, z kim rozmawia. Nieistotne, dowie się jutro.
– Powiedz, Lawson, jesteś… szlamą?
Szlama? Nie miał pojęcia co to, ale spodziewał się, że coś złego. Nie dlatego, że ton głosu na to wskazywał, głos był tylko zaciekawiony – po prostu samo słowo źle brzmiało. Najlepszym wyjściem wydało mu się nieudzielenie odpowiedzi. To nic, że w tym przypadku milczenie niewątpliwie zostanie uznane za równoznaczne z udzieleniem odpowiedzi twierdzącej. W tej chwili wszystko było lepszym wyjściem niż przyznanie, że nie ma się pojęcia, co ten termin oznacza.
– Czyli jesteś – stwierdził głos obojętnie, po czym dodał ciszej: – To wszystko, co stało się lata temu, było nieistotne. Dom Węża ma te same zasady od tysiąca lat. Lepiej się z nimi zapoznaj, żeby nie odstawać.
Jack znów nie odpowiedział. Nie interesowało go wtapianie się w tłum i udawanie kogoś, kim nie był, tylko po to, by zdobyć akceptację. Próbował tego w mugolskiej szkole, ale nigdy nie udało mu się stać w pełni takim, jakim chcieliby go widzieć koledzy, zawsze zostawał gdzieś na uboczu. Jeśli teraz miało być podobnie – trudno. Zainteresowało go natomiast to, co głos powiedział o istnieniu zasad i o „tym, co się stało”. Nie miał pojęcia, co to może znaczyć, ale miał zamiar się dowiedzieć. Gdy tylko znajdzie bibliotekę. Doskonale wiedział, że znajdowanie informacji na własną rękę jest dużo lepsze od pytania o nie innych.
Do biblioteki trafił kilka dni później i od razu mu się spodobała. Nie była tak zimna jak pokój wspólny w lochach, a ludzie nie patrzyli na niego tak… Nie był pewien, jak właściwie patrzyło na niego kilku Ślizgonów, których na tym przyłapał, ale spodziewał się, że gdyby mógł zajrzeć do ich myśli, nie znalazłby tam nic pochlebnego na swój temat. Szybko przekonał się, że ludzie w bibliotece byli zajęci swoimi sprawami, zamknięci w swoich małych światach, z których tylko czasami, gdy musieli poszukać innej książki lub wyjąć z torby nowy zwój pergaminu, wracali na ziemię.
Tam też właśnie zobaczył ją po raz pierwszy. (Właściwie to zabawne, że przez kilka lat zamienili ze sobą tylko kilka zdań – ona była zbyt zajęta nauką i miała swoich przyjaciół, a on starał się nie zwracać na siebie niczyjej uwagi). Szybko dowiedział się, co oznacza słowo „szlama” i o czym mówił jego współlokator pierwszej nocy. Oczywiście wszystkie książki zapewniały, że Voldemort został pokonany, a jego popleczników schwytano i osądzono, ale nie do końca w to wierzył. Wiedział, że niektórzy starsi Ślizgoni w tajemnicy czytali różnego rodzaju wspomnienia i zapiski śmierciożerców, że popierali ich poglądy. Do pewnego stopnia była to zapewne forma buntu przeciwko ustanowionym zasadom, ale zdawało się, że kilku z nich wciągnęło się w to całkiem na poważnie. To właśnie oni dbali o to, żeby nie zapomniał o swoim pochodzeniu. Czasami przypominali mu o nim werbalnie, innym razem złośliwym zaklęciem. Wiedzieli, że nie powie nic opiekunowi domu ani nikomu innemu – bo i do kogo miałby się zwrócić? Przecież to Jack Lawson, odludek zakochany w książkach.
Prawda była taka, że siedzenie w bibliotece wydawało mu się bardziej interesujące od przesiadywania w pokoju wspólnym. Nie interesował się sportem, bo dobrze wiedział, że wstąpienie do drużyny wiązałoby się z większą ilością kontaktów z pozostałymi Ślizgonami, a na to nie miał ochoty. Nie chodziło nawet o to, że nie lubił ludzi – po prostu zdawał sobie sprawę, że reszta Ślizgonów, zapatrzona w zbuntowanych siódmoroczniaków (bo zawsze to właśnie siódmy rok się buntował, zupełnie jakby starsze roczniki tuż przed ukończeniem szkoły przekazywały im jakieś sekretne wiadomości, dopuszczały do jakiejś tajemnicy) niespecjalnie kwapiła się do nawiązywania z nim chociażby umiarkowanie przyjaznych kontaktów. Nie narzekał. Z większością z nich i tak nie chciałby rozmawiać, gdyby spotkali się na bardziej neutralnym gruncie.
A później biblioteka stała się jego ulubionym miejscem z jeszcze jednego powodu – mógł tam bezkarnie przyglądać się pewnej Gryfonce. Nie był głupi, świetnie wiedział, kim była i z kim spędzała czas poza biblioteką. Mógł sobie z łatwością wyobrazić reakcję Scorpiusa i innych Ślizgonów, gdyby spróbował się z nią zaprzyjaźnić.
Chociaż nie, właściwie nie mógł być pewny, jak zareagowałby Scorpius – tak, to właśnie on jako pierwszy zainteresował się pochodzeniem Jacka i zapewne to właśnie on poinformował starszych Ślizgonów o tym, czego się dowiedział. Początkowo starsze roczniki były zainteresowane młodym Malfoyem – w końcu nie co dzień ma się możliwość porozmawiać z synem prawdziwego śmierciożercy! Scorpius cieszył się swoją sławą i chętnie opowiadał każdemu, kto go o coś zapytał, różnego rodzaju historie zasłyszane w domu. Kilka tygodni później opowieści Scorpiusa zaczęły się powtarzać i stało się jasne, że nie ma on nic więcej do powiedzenia. Starsze roczniki przestały się nim interesować, a sam Malfoy przygasł. Kiedy wrócił po pierwszej przerwie świątecznej – był jeszcze bardziej milczący. Plotki głosiły, że poprosił ojca, żeby ten opowiedział mu więcej o śmierciożercach, ale spotkał się z odmową. Na tyle gwałtowną, że przestał rozmawiać z innymi na temat czystości krwi. Wtedy właśnie zaczął rozmawiać z Jackiem, ale ich znajomość nie trwała długo, bo w trzeciej klasie znów zaczął kręcić się w pobliżu siódmoklasistów, starając się wkupić w ich łaski nowymi historyjkami. Jack przyjął to spokojnie. Miał trzynaście lat, nie potrzebował przyjaciół.
Od tego czasu atmosfera w ich dormitorium kilkakrotnie się zmieniała: od lodowatej obojętności i wyszydzania aż do koleżeńskich gestów czy niemal przyjacielskich pogawędek. Wahania te miały związek nie tylko ze statusem Scorpiusa w grupie zbuntowanych siódmoklasistów, lecz także z tym, jak bardzo Jack zapominał, że nie potrzebował przyjaciół. Prawda wyglądała bowiem tak, że nikt w całym Hogwarcie nie jest w stanie przeżyć siedmiu lat bez ani jednej przyjaznej twarzy. Sześciu lat też nie. Dlatego też chodził do biblioteki. Dlatego kolegował się z rok młodszą Ślizgonką, której krew była tak samo „brudna” jak jego.
Poznał Florence w okolicznościach, o których oboje chyba woleliby zapomnieć. Starał się właśnie pozbyć muchomora, który wyrósł mu na lewym policzku (skutek zaklęcia, którym dopiero co oberwał), kiedy usłyszał czyjś cichy płacz. Rzadko zdarzało się, żeby ktoś płakał na korytarzu, ale mógł wyobrazić sobie, że jedna z dziewcząt poczuła przemożną chęć pozbycia się w ten sposób nadmiaru wody z organizmu. Dopiero kiedy podszedł bliżej, zauważył, że policzek dziewczyny zdobił taki sam muchomor. Miała też dwie pieczarki na czole. Świadczyło to o pewnej kreatywności rzucającego zaklęcie.
Florence – której imienia jeszcze wówczas nie znał – zdawała się nie zgadzać z jego opinią, bo płakała dość histerycznie, jakby miała już nigdy nie odzyskać swojej relatywnie nieskazitelnej jak na nastolatkę cery. Próbował ją pocieszyć, ale uspokoiła się dopiero, kiedy udało mu się zaklęciem usunąć wszystkie trzy grzyby. Pamiętał nawet, żeby zająć się też swoim muchomorem. Najwyraźniej to sprawiło, że zyskał w jej oczach szacunek, bo zaczęła mu się zwierzać. Nie należał do osób, które często traktowano jako ramię do wypłakania się lub ucho do wygadania, więc nie bardzo wiedział, jak ma się zachować. Dość sztywno siedział pod ścianą, jakąś stopę od dziewczyny, i słuchał. Niezbyt uważnie zresztą. Spodziewał się, że już nigdy nie będzie mu dane zamienić z tą ciemnowłosą dziewczynką choćby słowa.
Niestety, Florence miała co do niego inne plany. Była rok młodsza i jej również nie dało się określić jako czystej krwi czarownicę. Miała problemy z opanowaniem wielu zaklęć i dlatego starsze roczniki tak lubiły jej dokuczać. Prawie zrobiło mu się jej szkoda. Prawie. A ona, zupełnie jakby mogła to wyczuć, w tej właśnie chwili, kiedy jego współczucie osiągnęło punkt krytyczny (to znaczy stało się czymś więcej niż obojętnym kiwaniem głową, ale jeszcze nie zdołało wyewoluować w żadne słowa otuchy czy poklepanie po dłoni), wlepiła w niego te dziwne, fiołkowe oczy i oświadczyła, że szuka korepetytora.
Odmówił. Natychmiast i bez wahania. Nie zamierzał nikomu pomagać, nie miał na to ani czasu, ani ochoty. Florence jednak nie dała tak szybko za wygraną i oświadczyła, że w takim razie zostaną przyjaciółmi. Prychnął. Naprawdę, tego było już za wiele. Jeszcze trochę i ta rozgadana czternastolatka zaproponowałaby mu, żeby został jej chłopakiem. Uznał, że musi stamtąd jak najszybciej odejść.
Nie oznaczało to, że uwolnił się od niej. Florence dokładała starań, żeby wpadać na niego na korytarzach, a niedługo potem zaczęła przysiadać się do jego stolika w bibliotece, starając się przy tym nie odzywać ani słowem, żeby mu nie przeszkadzać. Doceniał to i czasami uśmiechał się pod nosem, kiedy widział, jak czasem, wertując z wielkim skupieniem księgi, otwierała usta, żeby coś powiedzieć, a potem szybko je zamykała, jakby właśnie dotarło do niej, że jest w bibliotece. Nie miał pojęcia, kiedy to się stało, ale kiedy któregoś wieczoru Florence się nie zjawiła – zaczął się martwić. Nie na tyle, żeby ruszyć na poszukiwania, ale nie mógł oprzeć się wrażeniu, że czegoś mu brakowało, że coś było nie tak. Ulżyło mu, kiedy następnego dnia wszystko wróciło do normy. Od tego czasu powoli zaczął oswajać się z myślą, że być może jednak zaprzyjaźnił się z tą irytującą dziewczynką.
To właśnie Florence zauważyła, że co jakiś czas zerkał w kierunku znajdującego się w pewnym oddaleniu stolika, przy którym zwykli rezydować Gryfoni. Początkowo nie chciała nic mówić, ale w końcu nie wytrzymała:
– Podejdź tam – szepnęła, żeby nie zwrócić na siebie uwagi bibliotekarki.
Spojrzał na nią, jakby nie był pewny, o czym mówi. I czy dobrze zrozumiał. I czy aby się nie przesłyszał. Spojrzenie Florence były jednak dziwnie stanowcze i – był tego pewien – gdyby tylko mogła, najpewniej uniosłaby brew. Niestety, podnoszenie brwi było dziedziną, w której Florence odnosiła jeszcze mniej sukcesów niż w zaklęciach. Kilka razy prosiła go, żeby ją tego nauczył, ale jej mięśnie twarzy odmawiały posłuszeństwa i cała nauka kończyła się na tym, że on śmiał się do rozpuku z dziwacznych min, jakie jej wychodziły, a ona udawała, że jest obrażona. Teraz jednak nawet nie próbowała unosić brwi, po prostu patrzyła na niego, jakby oczekiwała, że naprawdę wstanie i ruszy w kierunku stolika Gryfonów.
Nie wstał. Prawdę mówiąc nawet się nie poruszył. Siedział dalej, jakby ktoś przywiązał go do krzesła. Jakby w ogóle jej nie usłyszał. Nie miał pojęcia, czego Florence od niego oczekiwała – że nagle zaprzyjaźni się z grupą Gryfonów w taki sam sposób, w jaki ona zmusiła go, żeby został jej przyjacielem? Może chciała, żeby połączyli stoliki i wspólnie się uczyli? Naprawdę, śmiechu warte.
Oczywiście wiedział, kto siedział przy tym stoliku. Każdy w zamku wiedział. Jakże mógłby nie wiedzieć, skoro dzieci sławnego Harry’ego Pottera i ich znajomi były ciągłym tematem plotek i obiektem obserwacji. Nie miał pojęcia, czemu wszyscy wydawali się tacy zainteresowani ich osobami, bo sam nie widział w nich nic szczególnego. Ot, uczniowie jak uczniowie. W porządku, może ta dziewczyna – Rose – się wyróżniała. Ale nie na tyle, żeby chciał podejść do jej stolika i przyjrzeć jej się uważnie. Albo zagadać. Albo… Nie, wcale nie chciał. Po prostu coś dziwnego przyszło Florence do głowy, najpewniej szczelnie wypakowanej marzeniami o romansach, królewiczach i królewnach. I białych koniach. I smokach.
Przez chwilę patrzył na rudą głowę Rose Weasley i obserwował, jak raz po raz próbuje założyć za ucho irytujący kosmyk włosów, który ciągle przeszkadzał jej w czytaniu jakiejś opasłej księgi. Mógł przyznać się przed samym sobą – i tylko przed samym sobą – że nie po raz pierwszy się jej przyglądał. W porządku, nie brzmi to może specjalnie romantycznie, ale też i on nie był romantykiem. Do tego nie miał najmniejszego nawet zamiaru robić czegokolwiek poza przyglądaniem jej się. A może nawet i z tego powinien zrezygnować, jeśli Florence coś zauważyła.
Nagle przebiegł mu po plecach zimny dreszcz, kiedy wyobraził sobie, jak Florence – szczerze wierząc, że wyświadcza mu przysługę – idzie do Rose i mówi jej o jego skłonnościach do zawieszania na niej wzroku. Zupełnie jakby to było coś więcej niż przypadek. Po prostu jej włosy zwracały uwagę; trudno przejść obojętnie obok szopy rudych włosów, prawda? Każdy od czasu do czasu rzuciłby na nie okiem. Może nawet opisałby je w jakiś bardziej wymyślny sposób niż słowem „rude” – Florence raz (kiedy usiłowała nauczyć go odróżniania więcej niż kilkunastu podstawowych kolorów) wspomniała, że są kasztanowe, a nie marchewkowe. Kolor kasztanów nie bardzo mu się kojarzył z kolorem włosów Rose, ale nie miał zamiaru się kłócić, bo musiałby przyznać, że wcześniej przyglądał się tym włosom i zadał sobie dostatecznie dużo trudu, by zastanawiać się nad nazwą ich koloru.
Pokręcił głową, jakby liczył, że dzięki temu pozbędzie się natrętnych myśli. Miał siedemnaście lat, mógł sam decydować, czy chce porozmawiać z jakąś dziewczyną, czy nie – i nie potrzebował do tego porad żadnej piętnastoletniej smarkuli.
– Podejdziesz czy nie? – zapytała Florence, wskazując brodą stolik Gryfonów, jakby chciała mu przypomnieć, o czym rozmawiają.
– Nie – odpowiedział, unosząc lekko brew, jakby chciał ją sprowokować, by powiedziała jeszcze coś na ten temat.
Florence prychnęła i wróciła do czytania książki. Liczył, że oznaczało to koniec rozmowy, ale jakiś kwadrans później znów się odezwała:
– Powinieneś kiedyś do niej podejść.
Nie odpowiedział. Nie miał zamiaru opowiadać jej o kilku rozmowach, które do tej pory przeprowadził z Rose. Cztery z nich dotyczyły książki, którą on czytał, a do której ona chciała zajrzeć. Dwie dotyczyły książki, którą ona czytała, a do której on chciał zajrzeć. Dwie inne dotyczyły pogody. Jedna – nowego nauczyciela obrony przed czarną magią i wyglądała mniej więcej tak: Rose się potknęła, wpadła na niego i zapytała, czy słyszał, że w tym roku będą mieli nowego nauczyciela, na co on przytaknął i sobie poszedł. Nie był to moment, w którym udowodnił, na jak świetnego faceta wyrósł. Zdecydowanie nie chciałby opowiadać o tym Florence.
– Będziesz żałował – dodała, kiedy zrozumiała, że nie doczeka się odpowiedzi.
Wzruszył ramionami. Chyba nie myślała, że zrobi to na nim większe wrażenie? Żałował już tylu rzeczy, że jeszcze jedna nie zrobiłaby mu różnicy. Do tego mógł się założyć, że nawet gdyby wstał i tam poszedł, nawet gdyby nawiązał cywilizowaną rozmowę z Rose, to tematy szybko by im się wyczerpały, zapadłaby niezręczna cisza, a potem jedno z nich wymyśliłoby jakąś idiotyczną wymówkę, żeby się oddalić. I to by było na tyle. Żadnej randki w Hogsmeade, żadnych spacerów po błoniach, żadnego wielkiego romansu. Nie nadawał się do tego i tyle.
Florence chyba przyznała mu w myślach rację, bo nie poruszała więcej tego tematu. Nie oznaczało to, że wszystko pozostało takie samo jak przed tą rozmową. Nie wiedzieć czemu, nie mógł pozbyć się uporczywych myśli o Rose i wieczorem, kiedy nie mógł zasnąć, zastanawiał się, czy przypadkiem – tylko przypadkiem – Florence nie miała racji. Nie, nie dlatego, że wierzył w historie miłosne – doskonale wiedział, że szczęśliwe zakończenia istnieją tylko w bajkach. Widział to na własne oczy.
Spróbował powstrzymać wspomnienia, o których uporczywie starał się nie myśleć, ale było za późno. Znów miał pięć lat i patrzył, jak jego ojciec pakuje walizkę i odchodzi bez słowa pożegnania. Znów miał siedem lat i pomagał matce sprzątać, żeby nowy tatuś miał gdzie rozpakować swoje rzeczy (dopiero niedawno dowiedział się, że wcale nie wprowadzał się dlatego, że tak kochał matkę Jacka – po prostu jego żona dowiedziała się o romansie i wyrzuciła go z domu). Znów miał jedenaście lat i patrzył, jak wspomniany nowy tatuś pakuje walizkę i odchodzi, krzycząc, że nie będzie mieszkał pod jednym dachem z pomiotami szatana, które potrafią czarować. Znów miał dwanaście lat i przekonywał matkę, żeby nie zapraszała nikogo do mieszkania. (Już wtedy zrezygnowała z czytania mu bajek na dobranoc; może wiedziała, że i tak nie uwierzy w szczęśliwe zakończenie?) Znów miał trzynaście lat i w czasie wakacji sprzątał porozrzucane po salonie puste butelki. Znów miał czternaście lat i nieco sztywno przytulał matkę, kiedy po raz kolejny jakiś facet wyszedł z walizką i bez słowa pożegnania. Znów miał piętnaście lat i przez dwa tygodnie nie wracał do domu, bo nie wiedział, co tam zastanie. Znów miał szesnaście lat i czuł się zbyt zmęczony, żeby mieć do matki o cokolwiek pretensje, zbyt zmęczony, żeby próbować dawać jej dobre rady czy uświadomić, jak bardzo sobie szkodzi. Wiedział, że to prawdopodobnie nie zobaczą się więcej, bo nie miał zamiaru wracać do domu po zakończeniu szkoły. Przez chwilę miał nawet wyrzuty sumienia, jakieś poczucie głębokiej, pierwotnej tęsknoty za poczuciem bezpieczeństwa, jakie powinno się utożsamiać z domem rodzinnym, ale szybko zdał sobie sprawę, że nie o dom rodzinny tu chodziło, a raczej o polanę za miastem, na której spędził większą część dzieciństwa. Trawa wydawała się tam bardziej zielona, niebo bardziej niebieskie, a słońce cieplejsze. Lubił tam przychodzić, kłaść się w trawie i patrzeć bezmyślnie w niebo. Czasem nawet wyobrażał sobie, że koło niego leży wielki, kosmaty pies, jego najlepszy przyjaciel. Tak, kiedy już znajdzie sobie jakieś mieszkanie, kupi psa. Na pewno. Pies będzie patrzył na niego wielkimi, brązowymi oczami, jakby go rozumiał, jakby te oczy były najmądrzejszymi oczami na świecie, jakby te oczy wcale nie były psie, jakby należały do kogoś całkiem innego, jakby…
Westchnął. W porządku, Florence miała rację. Powinien był podejść i porozmawiać z tą Gryfonką, żeby udowodnić sobie, jak idiotyczne jest to zauroczenie. Jego myśli zdecydowanie za często do niej wracały, to nie było zdrowe. Musi pozbyć się jej raz na zawsze, i jeśli rozmowa z nią ma być jedynym, co może mu uświadomić, że powinien przestać o niej myśleć, to z nią porozmawia. Merlinie, porozmawia z nią!
Minął ponad tydzień, zanim się na to zdobył. Był wdzięczny Florence, że nie drążyła tematu, choć widział, że czasami rzucała mu wymowne spojrzenia, jakby miała do niego pretensje, że nie zrobił czegoś, co powinien był zrobić już dawno. Nie miał pewności, czy chodziło o rozmowę z Rose, czy o to, że ciągle zapominał poćwiczyć z nią któregoś z zaklęć (nie miał pojęcia którego i podejrzewał, że byłaby zirytowana, gdyby jej o tym powiedział. Dlatego liczył, że sama w końcu wspomni, o które chodziło).
W końcu jednak, kiedy uznał, że ma już dość myślenia o rudej Gryfonce, zebrał w sobie resztki odwagi, która – nie wiedzieć czemu – znikała, ilekroć w przeszłości myślał o tej rozmowie. Jednocześnie czuł, że nie może dłużej tego w sobie dusić, bo coraz częściej o niej myślał, zupełnie jakby świadomość, że z nią porozmawia, sprawiała, że podświadomość częściej przywoływała jej wyobrażenie, a przywoływała je częściej, żeby go zmusić, by jak najszybciej z nią porozmawiał. Może z zauroczeniem jest jak ze zrywaniem plastra – im szybciej się go pozbędzie, tym mniej boli.
Był pochmurny, piątkowy wieczór, kiedy ze zdumieniem zauważył, że Rose siedzi przy stoliku sama. Zwykle ktoś dotrzymywał jej towarzystwa i prawdopodobnie to onieśmielało go jeszcze bardziej. Teraz miał szansę porozmawiać z nią sam na sam, zrobić na niej dobre ważnie. I przekonać się, czy warto było tracić czas na przyglądanie się, jak promienie słońca nadawały jej włosom miedziany kolor. Albo kasztanowy, jeśli wierzyć Florence. O ile kasztany błyszczały, choć wydawało mu się to niedorzeczne.
– Wolne? – zapytał, wskazując na krzesło obok niej. Nie zdążył się jeszcze rozmyślić ani wmówić sobie, że rozmawianie z nią to zły pomysł.
Rose oderwała oczy od książki, którą czytała, i spojrzała na niego poważnie, jakby chciała ocenić, czy przypadkiem sobie z niej nie żartuje. Uznał, że pewnie wiedziała o nim jeszcze mniej niż on o niej (i mógł się założyć, że nie spędzała przynajmniej kilkunastu sekund dziennie na obserwowaniu jego włosów), więc chciała się upewnić, czy to nie jakiś żart. Nie wiedział, czemu miałby żartować – w końcu to pytanie wydawało mu się całkiem normalne i naturalne. Ludzie czasami dosiadają się do siebie, kiedy w bibliotece jest tłok.
W porządku, może jednak to źle zaplanował, bo biblioteka była praktycznie pusta, jeśli nie liczyć dwóch osób w przeciwległym kącie pomieszczenia. Miał do wyboru kilkanaście innych stolików, więc nie mógł tłumaczyć się tłokiem. Zrobił głęboki wdech, jakby liczył, że w momencie, kiedy świeże powietrze dotrze do płuc, w mózgu pojawi się jakieś dobre wyjaśnienie. Nic z tego.
– Oczywiście – odpowiedziała w końcu Rose, cały czas obserwując go znad brzegu księgi.
– Dzięki.
Usiadł szybko, jak gdyby w obawie przed tym, że Gryfonka się rozmyśli. Nie mógł sobie jednak przypomnieć, co jego plan przewidywał po tym. Powinien zacząć rozmowę, ale nagle wszystkie słowa, które wydawały się odpowiednie, uciekły mu z głowy. Zaczął żałować, że nie zabrał ze sobą Florence. Pewnie nie dałaby mu spokoju do końca roku szkolnego, bezlitośnie przypominając, jak zrobił z siebie idiotę przed dziewczyną, która mu się podobała, ale przynajmniej nie dopuściłaby do zapadnięcia niezręcznej ciszy. Takiej, jaka właśnie zapadła.
Próbował przypomnieć sobie, jak w czasie ostatnich wakacji nawiązywał rozmowę z mugolkami, ale pytanie „często tu przychodzisz?” nijak nie pasowało do okoliczności. Nie wiedział, jaki temat rozmowy wybrać, więc zdecydował się na najbezpieczniejszy:
– Okropnie dziś padało, prawda?
Rose znów spojrzała na niego znad książki i poczuł, że chyba palnął głupstwo. Nie dlatego, że tego dnia nie padało – lało bowiem jak z cebra – ale dlatego, że dziewczyna najwyraźniej była bardziej zainteresowana lekturą niż jego osobą. Poczuł się trochę tak, jak wtedy, kiedy pierwszy raz usłyszał, że nie powinien być w Slytherinie, bo jego szlamowata krew jest obrazą dla Domu Węża – jakby powinien przeprosić, ale ani nie wiedział za co, ani nie miał ochoty.
– Owszem – odpowiedziała, znów spuszczając wzrok na książkę.
Poczuł, że ta rozmowa donikąd nie prowadzi, a sam pomysł, żeby tu siadać, był najgłupszym ze wszystkich jego dotychczasowych pomysłów. Powinien natychmiast wstać i udawać, że to się nigdy nie stało, że nigdy jej nawet nie zauważył. W końcu nie musiał z nią już nigdy rozmawiać, za kilka miesięcy oboje skończą szkołę i już nigdy, przenigdy się nie zobaczą.
Na tę myśl poczuł jakiś ciężar w sercu, coś zupełnie innego niż to, co czuł, kiedy uświadomił sobie, że już nigdy nie zobaczy matki. Ten ciężar był bardziej motywujący, jakby nakłaniał go, że temu zapobiegł, żeby jakoś zatrzymał Rose – a przynajmniej porozmawiał z nią jak człowiek. Postanowił spróbować po raz ostatni; obiecał sobie, że jeśli i tym razem nie wywiąże się żadna rozmowa, to wstanie i wyjdzie, żeby zachować choć odrobinę męskiej dumy.
– Uczysz się już do owutemów?
Rose zamknęła książkę i popatrzyła na niego poważnie tymi brązowymi oczyma, w których – gdyby dobrze poszukać – najpewniej dałoby się odnaleźć odpowiedzi na wszystkie dręczące go pytania. Czy coś podobnego. Florence cały czas mu powtarzała, że oczy są niezwykle ważne i jeśli będzie się w nie patrzeć dostatecznie długo, to można coś zobaczyć. Nie miał pojęcia, co miała na myśli – bo sądził, że nie chodziło jej o źrenicę.
Gryfonka przekrzywiła lekko głowę i kilka pasm rudych włosów wyślizgnęło się zza jej ucha. Tym razem – w przeciwieństwie do tych razów, kiedy widział, jak poprawiała fryzurę – nie zareagowała. Patrzyła na niego, jakby chciała przejrzeć go na wylot, usłyszeć myśli, prześwietlić zęby i sprawdzić, czy umył uszy. Nie było w tym spojrzeniu nic romantycznego, a raczej chłodny namysł. W końcu jednak musiała zobaczyć w jego twarzy coś, co sprawiło, że odpowiedziała:
– Tak. – A po krótkiej chwili, w czasie której Jack zdążył podjąć decyzję o odwrocie i prawie wstał już z krzesła, dodała: – Jeśli chcesz pogadać, to możemy spotkać się za godzinę przy tym posągu goblina na drugim piętrze. Teraz naprawdę muszę doczytać tę książkę.
– Świetnie. Jasne. Do zobaczenia – odpowiedział, zanim jego mózg zdołał wygenerować bardziej składne zdanie.
Uśmiechnął się, jakby właśnie ktoś mu powiedział, że wygrał tysiąc galeonów. Poderwał się z krzesła, bo poczuł, że za nic w świecie nie będzie w stanie wysiedzieć tuż obok niej i milczeć przez całą godzinę. Postanowił się przejść, a potem zjawić się pod pomnikiem goblina. W końcu porozmawiają, ha! Jeszcze nie wiedział, co dokładnie chce jej powiedzieć, ale miał całą godzinę, żeby poukładać sobie wszystko w głowie.
Dokładnie pięćdziesiąt pięć minut później stał w umówionym miejscu. Niczego nie poukładał sobie w głowie, ale był szczerze przekonany, że kiedy już zaczną rozmawiać, to wszystko jakoś się potoczy. W końcu wszyscy jakoś radzili sobie z rozmowami, wszyscy z kimś rozmawiali, to nie mogło być specjalnie trudne. Nawet w jego przypadku – w porządku, miał opinię odludka, ale to nie znaczyło, że nie potrafił rozmawiać. Florence ciągle zmuszała go do rozmów. Właściwie to częściej coś mówiła i spodziewała się, że będzie na to w jakiś sposób reagował, można to było nazwać rozmowami.
Rose pojawiła się o czasie, nerwowo poprawiając torbę z książkami na ramieniu. Uśmiechnęła się niepewnie i popatrzyła na niego, jakby nadal nie wierzyła, że chciał się z nią spotkać. Nie był pewny, dlaczego tak mu się przyglądała – nie był szczególnie przystojny, nie grał w quidditcha, nie było w nim absolutnie nic, co mogłoby ją onieśmielać. Chyba że… Nagle poczuł, że widniejące na jego szacie godło Domu Węża pali go żywym ogniem. Nie ufała mu, bo był Ślizgonem. Nawet go nie znała, a jednak myślała, że był taki sam jak wszyscy inni mieszkańcy Slytherinu. Tyle się mówi o przyjaźni między domami, o zakopywaniu topora wojennego, o budowaniu mostów porozumienia – i po co? Żeby wyhaftowane na szacie godło decydowało o wartości człowieka? Nawet, jeśli nie jest akceptowany we własnym domu, ciągle narażony na złośliwe uwagi i niespecjalne przyjemne zaklęcia?
Najwyraźniej w jego oczach musiał pojawić się wyraz jakiegoś zawodu, bo Rose zrobiła krok do przodu i uśmiechnęła się nieco pewniej. Zapytała, czemu chciał z nią porozmawiać, a on, zanim zdążył to przemyśleć, powiedział, jak bardzo podobają mu się jej włosy. Nie był pewny, jak zareagowała, bo natychmiast wbił wzrok w czubki własnych butów, ale kiedy zdał sobie sprawę, że nie uciekła, kontynuował. Powiedział, że od jakiegoś czasu chciał z nią porozmawiać. Powiedział, że wydawała mu się sympatyczna. Powiedział właściwie wszystko, co chciał jej powiedzieć, a ona słuchała z uśmiechem. Nie spodziewał się, że będzie taka miła, ani że ich rozmowa przeciągnie się do późnych godzin wieczornych. Kiedy jednak wrócił do dormitorium, był z siebie zadowolony.
Dopiero następnego dnia dopadły go wyrzuty sumienia, sprytnie zamaskowane pod postacią Florence. Przysiadła się do niego jak co dzień i zapytała, czemu nie pojawił się na kolacji. W pytaniu tym pobrzmiewała troska – coś, czego się nie spodziewał i czego od dawna nie doświadczał. Nie wiedział, co jej powiedzieć, więc po prostu opisał zdawkowo cały wieczór, starając się przy tym nie zwracać na siebie uwagi pozostałych Ślizgonów.
– Wiedziałam, że w końcu zmądrzejesz – stwierdziła Florence, klepiąc go po plecach. – Mam nadzieję, że umówiliście się już na kolejne spotkanie.
Przytaknął. Faktycznie, rozmawiało im się tak dobrze, że postanowili się spotkać ponownie po obiedzie. Rozważał nawet, czy pogoda jest odpowiednia do spacerów po błoniach, ale uznał, że do południa na pewno się rozpada. Florence przytaknęła i przez chwilę patrzyła na zaczarowane sklepienie Wielkiej Sali, po czym oświadczyła, że i tak powinien zabrać Rose na jakiś spacer – jeśli nie na błonia, to przynajmniej po zamku.
– Siedzenie przy jakimś marmurowym goblinie jest strasznie nieromantyczne – dodała, zupełnie jakby spodziewała się po nim jakiegokolwiek romantyzmu. Przecież znała go dostatecznie dobrze, aby wiedzieć, że prędzej oboje zostaną okrzyknięci Ślizonami Roku niż on zdobędzie się na jakiś świadomie romantyczny gest.
Kto wie, może i miała rację – Hogwart w końcu był wielkim zamczyskiem, niby czemu nie mieliby trochę pozwiedzać? W końcu już za rok zostaną pozbawieni takiej możliwości. Podziękował jej za radę i z zapałem wrócił do pałaszowania śniadania. W końcu czekał go świetny dzień.
Świetny dzień wkrótce stał się świetnym tygodniem, który potem ewoluował w świetny miesiąc i zanim Jack się obejrzał – nadeszły święta i musiał rozstać się z Rose na pewien czas. Wiedział, że tęskniła za rodziną i chciała wrócić do domu, ale nie mógł uciszyć natrętnego głosu, który powtarzał mu, że jego własne święta byłyby o wiele, wiele lepsze, gdyby została w zamku. Oczywiście nie powiedział jej tego. Nie mógł oczekiwać, że zrezygnuje ze spotkania się z rodziną tylko ze względu na niego i jego uczucie samotności. W porządku, to niesprawiedliwe stwierdzenie, w końcu miał spędzić święta w towarzystwie Florence, z którą dawno nie rozmawiał, bo ciągle się mijali – kiedy on miał chwilę czasu, ona musiała gdzieś iść, a kiedy z kolei ona spędzała popołudnie w bibliotece, on był zbyt zajęty Rose, by z nią pogadać. Czasami miał z tego powodu wyrzuty sumienia, ale potem patrzył na refleksy miedzi, jakie zimowe słońce wydobywało z włosów Gryfonki i wszystko inne schodziło na dalszy plan.
W czasie świąt wszystko wróciło jednak do normy – Florence była tą samą Florence co dawniej i wydawało się, jakby nic się nie zmieniło, choć oboje wiedzieli, że w styczniu zmieni się wszystko. Nie poruszali tego tematu. Cieszyli się niemal pustym pokojem wspólnym, pysznym, świątecznym jedzeniem w Wielkiej Sali, spokojem na korytarzach, śniegiem za oknem… I chociaż w ciągu tych dni kilka razy pomyślał, że tęskni za Rose, cieszył się, że mógł spędzić tyle czasu z Florence.
W styczniu Rose wróciła, a wraz z jej powrotem cały zamek stał się jaśniejszy i bardziej przytulny. Przez myśl przeszło mu nawet, że być może dlatego jego matka tyle razy próbowała z kimś być – że też chciała, żeby ich małe mieszkanie było takie jasne i przytulne, też chciała mieć wrażenie, że w czyichś oczach są odpowiedzi na wszystkie zagadki wszechświata, a czyjś uśmiech może zastępować słońce. Szybko jednak odrzucał tę myśl, przypominając sobie wszystkie nieudane związki matki – to jasne, że w niczym nie przypominały one tego, co łączyło jego i Rose. Matka robiła coś źle, za każdym razem omijała jakieś wskazówki, znaki. Nie był do niej podobny. Ani trochę. Nie popełniał jej błędów i potrafił stworzyć coś, co jej się nigdy nie udawało. Chociaż kto wie – nie rozmawiał z nią ponad pół roku, może coś się zmieniło. Rose kilka razy pytała go, czemu nie dostaje listów z domu, ale za każdym razem ją zbywał. Może powinien jednak napisać do matki – tylko po to, by Rose widziała, że dostaje odpowiedź?
Na początku lutego, w czasie jednego ze spacerów po błoniach, Rose zrobiła coś, czego się nie spodziewał. Kiedy byli już nad jeziorem, a on opowiadał właśnie o jakimś eliksirze, który chciałby uwarzyć, zatrzymała się i szarpnęła go za rękaw. Też się zatrzymał, nie dokończył nawet zdania, które zawisło gdzieś niezręcznie między nimi. Nie wiedział, co za chwilę usłyszy, ale widział po jej oczach, że to będzie coś ważnego. Poczuł, że żołądek zawiązuje mu się w supeł. Najpewniej uznała, że ma go już dość i właśnie szuka najbardziej humanitarnego sposobu na zerwanie z nim. Nie wiedział, czemu uznała, że zaśnieżone błonia będą odpowiednie – może to taka sugestia, że powinien po prostu zamarznąć na śmierć i dać jej spokój?
Rose – nieświadoma gonitwy myśli, jaka miała miejsce w jego głowie – zdjęła rękawiczkę, po czym położyła mu dłoń na policzku, delikatnie starając się skierować jego spojrzenie na siebie. Przez chwilę udawał, że nie rozumie, o co jej chodzi, w końcu jednak skapitulował. Wiedział, że nie odwlecze nieuniknionego. Wiedział, że już za chwilę stanie się coś złego. Wiedział, że…
– Chciałam ci tylko powiedzieć… i wiem, że to trochę za wcześnie… że – zawahała się, a na jej policzkach pojawił się rumieniec, po czym dokończyła szeptem: – że cię kocham.
Zamrugał. Wydawało mu się, że się przesłyszał, że Rose powiedziała coś zupełnie innego. Jednak sposób, w jaki na niego patrzyła, w jaki stanęła na palcach, żeby pocałować go w jeden policzek, potem w drugi, potem w (zimny jak lód) nos, a na końcu w usta, świadczył o tym, że powiedziała właśnie to, co usłyszał. Poczuł, że kamień spadł mu z serca, ale jednocześnie ucisk w żołądku – nie wiedzieć czemu – wcale nie zelżał. Zignorował go jednak. To była zbyt ważna chwila, by przejmować się czymś tak mało istotnym.
– Ja… – zaczął, ale nagle zabrakło mu słów. Jego głowa była pusta, zupełnie jakby wszystkie myśli zostały zassane przez ten nieznośny supeł.
Szybko jednak zastąpił słowa gestami i pocałował ją tak, jak główni bohaterowie mugolskich filmów zwykli całować się tuż przed szczęśliwym zakończeniem. Chciał przelać w ten pocałunek wszystkie uczucia, które do niej żywił, wszystkie słowa, które gdzieś wyparowały – wszystko, absolutnie wszystko, co się z nią wiązało. Chciał jej pokazać, jak ważna jest dla niego i jak dziwne i puste byłoby jego życie bez niej.
Prawdopodobnie mu się to udało, bo do końca spaceru oboje głupkowato się uśmiechali.
Wieczorem, kiedy wrócił do pokoju wspólnego, drogę zastąpiło mu kilku Ślizognów. Ich miny świadczyły o tym, że nie podoba im się jego uśmiech. Właściwie to nie podobała im się cała jego osoba i najwyraźniej chcieli mu to dać do zrozumienia szybkim pchnięciem w kierunku ściany i przystawieniem różdżki do szyi. Nie działo się to po raz pierwszy – za każdym takim razem miał ochotę zapytać ich, w którym mugolskim filmie widzieli coś podobnego. Nie miał wątpliwości, że przynajmniej część z nich oglądała mugolskie filmy.
– Jak tam twój mały romans, Lawson? – zapytał Scorpius, który najwyraźniej znów został przyjęty do grupy zbuntowanych fanów śmierciożerców. Kto wie, może nawet został ich nieoficjalnym przywódcą, w końcu jego nazwisko było dobrze znane.
Jack nie odpowiedział. Od dłuższego czasu starał się nie reagować na żadne zaczepki i zauważył, że przynosiło to efekty. Oczywiście na ogół i tak obrywał pięścią lub jakąś klątwą, ale nigdy nie było to na tyle poważne, by musiał iść do skrzydła szpitalnego. Wyglądało na to, że tym razem będzie inaczej – jeden z roślejszych szóstoklasistów, którzy bezmyślnie wykonywali polecenia starszych uczniów, walnął go z całej siły w żołądek, wcale nie przejmując się supłem, który nadal tam był. Może liczył, że terapia szokowa pomoże?
– To Gryfonka – syknął Scorpius.
– I zdrajczyni krwi – dodał ktoś stojący obok niego, ale Jack nie był pewny kto, bo właśnie po raz kolejny zawarł bliższą znajomość ze ścianą.
– Nawet taka szlama jak ty nie powinna zadawać się z Gryfonami – dodał ktoś inny.
– Lepiej żebyśmy cię z nią już nie widzieli – zagroził inny głos.
– Następnym razem nie będziemy tacy mili – skwitował Scorpius, uśmiechając się jadowicie.
A później ogarnęła go ciemność. Kiedy znów otworzył oczy, zauważył pochylającą się nad nim Florence. Nie wyglądała na zadowoloną. Prawdę mówiąc, wyglądała, jakby zaraz miała się rozpłakać. Zauważył, że nadal są w pokoju wspólnym i wydało mu się dziwne, że wokół nie było nikogo innego. W końcu był sobotni wieczór – gdzie wszyscy się podziali?
– Jest środek nocy – wyjaśniła, kiedy zorientowała się, że jest przytomny i rozgląda się po pomieszczeniu. – Wszyscy śpią.
Westchnął. Mógł sobie wyobrazić, jak wyglądała jego twarz po kilku uderzeniach i jakimś zaklęciu, które sprawiło, że na tak długo stracił przytomność. Wolał jeszcze nie myśleć o tym, jak wyjaśni to Rose; póki co wiedział tylko, że nie może powiedzieć jej prawdy. Nie wiedział, jak by zareagowała, ale domyślał się, że wynikłoby z tego tylko więcej problemów.
– Tym razem powinieneś iść do skrzydła szpitalnego – stwierdziła Florence, siadając obok niego. – Wyglądasz okropnie.
– Dzięki – odpowiedział, starając ocenić stan swojej twarzy przez obmacywanie jej rękami. Wyczuł spory strup na lewej skroni i kilka mniejszych zadrapań w jego okolicy. Nie było szans, żeby udało mu się tego pozbyć w ciągu kilku godzin bez interwencji pielęgniarki. – I wiesz, że tam nie pójdę.
– Wiem – westchnęła i przez chwilę siedzieli w ciszy, jakby zapomnieli, że właśnie prowadzili rozmowę.
Może po prostu oboje musieli się zastanowić nad tym, co chcą powiedzieć. Jack nie był pewny. Wiedział tylko, że Rose nie może się o niczym dowiedzieć. W sumie Florence też powinien oszczędzić szczegółów.
– Rose nie będzie zadowolona – dodała w końcu.
– Wiem – odpowiedział cicho, jakby właśnie podejmował trudną decyzję. – Ale to nie jej sprawa. O niczym się nie dowie.
Przez chwilę wydawało mu się, że Florence coś powie, ale tylko pokręciła głową i znów zapadło milczenie. Z pewnym zdziwieniem zauważył, że nie był to ten rodzaj ciszy, który domagał się przerwania; nie, taka cisza, jak ta, która właśnie zapadła, pojawiała się, kiedy wszystko zostało już powiedziane, a atmosfera oczyszczona. Nie miał pewności, ile czasu tak siedzieli, ale najwyraźniej na tyle długo, żeby Florence zdrętwiały nogi. Niezgrabnie się podniosła i zrobiła minę, która była pewnego rodzaju odpowiednikiem uniesienia brwi.
– Chcesz tu siedzieć do rana? – zapytała.
Zaprzeczył i też się podniósł. Powinien iść do dormitorium i spróbować przespać jak największą część następnego dnia. Wiedział, że nie będzie mógł pokazać się Rose – żadne ze znanych mu zaklęć ani eliksirów nie mogło doprowadzić go do stanu używalności w tak krótkim czasie. Bez słowa ruszył w kierunku dormitorium.
– Oni nie żartują – powiedziała cicho Florence. Nie spojrzał na nią. Niespecjalnie chciał też słyszeć, co miała do powiedzenia. – Zastanów się, czy warto. Proszę.
Nie odpowiedział, ale oboje wiedzieli, że żadna odpowiedź nie była tu potrzebna. Musiał poukładać sobie wszystko w głowie. Do tej pory nie pozwalał czysto krwistym Ślizgonom podejmować za siebie decyzji, więc nie widział powodu, dla którego teraz miałby ulec ich groźbom, ale gdzieś w głowie tłukła mu się natrętna myśl, że gdyby tak zrobił, gdyby ze strachu przed nimi zerwał z Rose, to nie musiałby się zastanawiać, czemu nie mógł odpowiedzieć na jej wyznanie. Nie chciał o tym myśleć, wolał zapamiętać smak jej ust i ten szczery uśmiech, jakim go obdarzyła, kiedy przestali się całować. To właśnie było coś warte; ba, było warte więcej niż tysiąc takich spotkań ze Scorpiusem i jego bandą. A jednak – nie mógł jej odpowiedzieć. Nie mógł powiedzieć tych dwóch słów jako pierwszy i nie mógł ich powtórzyć za nią, choć tak bardzo chciał.
Nie wiedział dlaczego. Jeszcze rok temu powiedziałby, że nie wierzy w miłość. Tyle tylko, że przez te parę miesięcy mnóstwo się zmieniło – cały jego świat przewrócił się do góry nogami i już sam nie był pewny, co myśli i co czuje. Kiedy patrzył na Rose, chciał być lepszym człowiekiem. Chciał być kimś, kto odda jej swoją kurtkę, kiedy zacznie padać, kto ją przytuli, kiedy będzie jej smutno, kto będzie mógł rozpoznać jej kroki na schodach – jakkolwiek niemęsko to brzmiało. W zamian chciał tylko patrzeć na jej uśmiech i obserwować promienie słońca w jej włosach. Jeśli to nie była miłość, to nie wiedział, co nią było. Ale jeśli to była miłość – dlaczego nie mógł powiedzieć tych dwóch słów?
Dręczyło go to przez większą część następnego tygodnia i starał się ograniczyć czas spędzany z Rose, żeby uniemożliwić jej powtórzenie tego, co powiedziała na błoniach. Owszem, jej słowa sprawiły, że poczuł się wspaniale, ale nie chciał słyszeć ich po raz kolejny, jeśli nie mógł zrewanżować jej się tym samym. Z kolei świadomość, że nie mógł jej odpowiedzieć, sprawiała, że nie chciał z nią przebywać – czuł, jakby ją w jakiś sposób oszukiwał. Jednocześnie kiedy patrzył na jej uśmiech, kiedy widział, jak marszczy nos na myśl o pracy domowej z zielarstwa, kiedy obserwował, jak śnieg pada na jej włosy – wiedział, że jej nie kocha, ale mógłby. Gdyby tylko sobie pozwolił, to pokochałby ją bardziej niż samego siebie.
Tyle tylko, że nie mógł sobie pozwolić. Ciągle pamiętał matkę i jej mężczyzn, z których każdy był gorszy od poprzedniego. Obiecał sobie, że nigdy nie będzie taki jak ona, że nie uwierzy w szczęście z kimś innym, jeśli ten ktoś może tak łatwo odejść i zostawić za sobą zgliszcza. Przy Rose na chwilę o tym zapomniał – o trzaskaniu drzwi, o walizkach i o zgliszczach – ale najwyraźniej nie na tyle, żeby jej w pełni zaufać. Żeby powiedzieć jej wszystko o swoim dzieciństwie, o planach i o marzeniach. Oczywiście, o części z nich jej mówił, ale nie o wszystkich.
Rose zdawała sobie sprawę, że coś jest nie tak. Kilka razy pytała, co się stało w sobotę wieczorem i czy ktoś go pobił, ale za każdym razem odpowiadał, że spadł ze schodów. Nigdy nie powiedział których, a Rose nie pytała – wiedziała, że kłamał.
W dalszym ciągu się spotykali i rozmawiali o wszystkich mało ważnych sprawach, jakie mogły im przyjść do głów, ale Rose nigdy nie powtórzyła, że go kocha, a i on nie zaczynał tematu uczuć. Łatwiej było rozmawiać o owutemach, o pogodzie czy o innych uczniach albo w ogóle milczeć. Właśnie w chwilach ciszy zdawał sobie sprawę, że się od siebie bezpowrotnie oddalają, że być może ich znajomość potrwa jeszcze miesiąc czy dwa, ale potem Rose wyślizgnie mu się z rąk i straci ją na zawsze. Czasami zastanawiał się, czy nie lepiej by było, gdyby jednak skłamał i powiedział, że ją kocha – ale gdyby to zrobił, to na czym opierałby się ten związek? Wydawało mu się, że lepiej pozwolić jej odejść teraz, niż czekać, aż zrobi to kiedyś w przyszłości.
W połowie marca poczuł, że jest już zmęczony tymi wiszącymi między nimi niedomówieniami, omijanymi tematami i wiecznie obecną świadomością, że już niedługo ich znajomość się skończy. Nie miał wątpliwości, że będzie to definitywny koniec; może dlatego tak go odwlekał. Kiedy jednak zauważył, że Rose też była zmęczona, zaczął się zastanawiać, jak poruszyć ten temat. Ciężko zacząć mówić o tym, że w pomieszczeniu znajduje się wielki, zielony słoń, jeśli wcześniej przez ponad miesiąc się go ignorowało.
Rose okazała się od niego odważniejsza – w końcu była Gryfonką – i poruszyła ten temat w ostatnim tygodniu marca. Powiedziała, że nadal uważa go za sympatycznego chłopaka i cieszy się, że go poznała, ale coś się miedzy nimi popsuło i powinni zostać tylko przyjaciółmi. Zgodził się, bo i co innego mógł zrobić? Przez chwilę nawet przyszło mu do głowy, że to najlepsze wyjście, skoro jeszcze dwa miesiące temu go kochała. Jeśli jej uczucia zmieniały się tak szybko, to może lepiej, że nic z tego nie wyszło. Oczywiście nigdy nie powiedziałby tego na głos.
Przez parę dni łapał się na tym, że odruchowo szedł pod pomnik goblina (przy którym zwykli się spotykać) albo patrzył na jej stolik w bibliotece, ale starał się nad tym panować. Brakowało mu jej towarzystwa, ale wiedział, że to było najlepsze z możliwych rozwiązań. Za niecałe dwa miesiące każde z nich podąży własną drogą i już nigdy się nie zobaczą. Nie miał wątpliwości, że tak właśnie będzie, że już w lipcu stanie na środku jakiejś londyńskiej ulicy, sam jak palec, i będzie musiał zacząć budować sobie życie wśród mugoli. Pamiętał, jak matka opowiadała o tłumie przyjaciół, którzy zostaną przy nim na dobre i na złe, a jeśli nie, to na pewno będzie za nimi tęsknił. Nie widział wokół siebie żadnego tłumu, tak samo, jak nie widział go wokół matki. Opowiedziała mu po prostu kolejną bajkę na dobranoc.
Początkowo unikał Florence, chociaż zapewniła go, że może z nią o wszystkim porozmawiać. Wiedział, że może, ale nie był pewien, czy chce – mimo wszystko Florence była dziewczyną, mogłaby zwrócić jego uwagę na coś, co zrobił źle, co opacznie zrozumiał lub o czym zapomniał. Nie chciał zastanawiać się, czy cała sytuacja z Rose mogła skończyć się inaczej – oswoił się już z myślą, że ktoś inny będzie szukał w jej oczach odpowiedzi i patrzył na promienie słońca w jej włosach. Nie przeszkadzało mu to.
W połowie kwietnia Malfoy podszedł do niego i poklepał go po plecach. Pogratulował mu też dobrego wyboru – Scorpius żywił niezachwiane przekonanie, że Jack zdecydował się zadbać o dobre imię Domu Węża i dlatego właśnie zerwał z Rose. Ten przez chwilę chciał zaoponować, wyjaśnić, że wszystko wyglądało inaczej, ale zdał sobie sprawę, że to bez sensu. Malfoy i tak będzie wierzył w to, w co chce wierzyć, więc tłumaczenie mu czegokolwiek byłoby tylko stratą czasu. Wystarczyło, że oboje z Rose znali prawdę – wcale nie chodziło o żaden ślizgoński honor, po prostu im nie wyszło. I tyle. Bez żadnego drugiego czy trzeciego dna. Poza tym nigdy nie robił nic tylko ze względu na kilku osiłków, którzy go do tego zmuszali, skąd w umyśle Scorpiusa wziął się pomysł, że nagle się to zmieniło?
Niedługo potem podeszła do niego Florence. Z pewnym zdumieniem odkrył, że nie rozmawiali ze sobą kilka dni i brakowało mu jej towarzystwa. Przyzwyczaił się do niej i w myślach obiecywał sobie, że bez względu na to, co będzie robił po ukończeniu szkoły, nie zapomni o wysyłaniu do niej listów. Może i nie zdobył całej grupy oddanych przyjaciół, ale chciał myśleć, że jego kontakt z Florence nie urwie się tak szybko, jak z innymi uczniami.
– Nie pozwól mu się wyprowadzić z równowagi – powiedziała, siadając obok niego na kanapie.
Pokiwał głową. Wiedział, o kogo jej chodziło, bo co jakiś czas łypał złowrogo w kierunku Scorpiusa. Musiała to zauważyć i uznała, że sytuacja wymagała jej interwencji.
– Wiem – odpowiedział. – Nie zamierzam.
Florence pokiwała głową, ale nie wstała. Wyjęła z torby jakąś książkę, która nie przypominała żadnego podręcznika. Miała trochę zniszczoną okładkę, jakby ktoś czytał ją naprawdę często, ale można było dojrzeć tytuł: był to „Juliusz Cezar” Shakespeare’a.
– Nie uczysz się do egzaminów? – zapytał.
– Nie – odpowiedziała spokojnie i zmarszczyła nos, bo wiosenne słońce zaczęło razić ją w oczy. Jeszcze chwilę wcześniej ta część błoni, na której siedzieli, znajdowała się w cieniu.
– Ale przecież zaklęcia… – zaczął, nagle boleśnie odczuwając wyrzuty sumienia. Wiedział, że zaniedbał Florence. Obiecał jej, że będzie ją douczał, ale wolał spędzać czas z Rose. Czy Florence znalazła sobie lepszego korepetytora?
– Nie martw się – powiedziała, uśmiechając się do niego znad książki. Kiedy nie odwzajemnił uśmiechu, westchnęła i zagięła róg strony, na której skończyła czytać (okropny zwyczaj, którego próbował ją oduczyć). – Nie wracam tu w przyszłym roku – dodała spokojnym tonem, zupełnie jakby mówiła o tym, że na kolację będzie placek z jabłkami.
– Jak to nie wracasz? – zapytał odrobinę głośniej niż planował. Głowy kilku przechodzących niedaleko nich uczniów na moment zwróciły się w ich stronę, ale najwyraźniej byli zbyt mało interesujący, by ktoś poświęcił im więcej niż kilka chwil.
– Po prostu. Dobrze wiesz, że ledwo zdałam sumy i udało mi się to tylko dzięki twojej pomocy. Nie nadaję się na czarownicę i, prawdę mówiąc, nie jestem pewna, czy podoba mi się ten świat. Wrócę do mugoli. – I wzruszyła ramionami, jakby to, co właśnie powiedziała, nie miało większego znaczenia.
Nagle dotarło do niego, że miało znaczenie. Miało wielkie, kolosalne wręcz znaczenie. Nie dlatego, że odczuwał wyrzuty sumienia i nie dlatego, że właśnie stracił jedyny stały punkt, jaki rysował się w jego przyszłości – perspektywę pisania listów do niej. Nie, chodziło o coś całkiem innego. Chodziło nie o niego, ale o nią – o jej życie.
– Nie możesz tego zrobić – stwierdził stanowczo, jakby liczył, że jego zakaz jakoś na nią wpłynie.
Zaśmiała się i popatrzyła na niego. Sprawiała wrażenie, jakby nie była pewna, co ma zrobić. On też tego nie wiedział, tak samo jak nie wiedział, co sam powinien zrobić. Nie wiedział nawet, dlaczego słońce przestało na nich świecić, choć odpowiedź na to konkretne pytanie byłaby zdecydowanie najłatwiejsza ze wszystkich odpowiedzi, które chciał znaleźć. Tym razem jednak nie szukał ich w cudzych oczach, nie leżał nawet na trawie i nie patrzył w niebo. Nie, patrzył prosto na Florence, jakby widział ją pierwszy raz w życiu.
– Oczywiście, że mogę – stwierdziła spokojnie. – Naprawdę, nie mam nic przeciwko temu. Nie chcę powtarzać roku, bo i tak nie opanuję odpowiedniej partii materiału.
– Ale przecież będziesz musiała wrócić…
– Wiem, wiem – przerwała mu. Nie chciała, żeby mówił o domu dziecka, w którym spędzała wakacje. W końcu był piękny, słoneczny dzień, dlaczego mieliby rozmawiać na tak nieprzyjemny temat? – Ale tylko na rok, potem skończę osiemnaście lat i będę mogła rozejrzeć się za czymś własnym. Nie wiem tylko, kto mnie zatrudni, mam sporą lukę w edukacji.
Poczuł, jak w gardle rośnie mu gula. Kiedy on romansował sobie w najlepsze z Rose, Florence najwyraźniej zaplanowała całą przyszłość. Nie przedstawiała się w różowych barwach, ale zaplanowała ją sama. Bez uwzględnienia w niej jego – i to, nie wiedzieć czemu, zabolało. Nie bardziej jednak niż świadomość, że Florence – dobra, wesoła, wspaniała Florence – będzie musiała wrócić do tego okropnego miejsca, o którym kilka razy mu opowiadała, a potem poradzić sobie w wielkim, złym świecie. Tym samym, z którym i on będzie musiał sobie poradzić, ale kiedy myślał o konfrontacji Florence z resztą świata, świat ten wydawał się jakby straszniejszy.
– Dobrze to przemyślałaś? – upewnił się. Szukał w głowie jakiegokolwiek argumentu, którym mógłby przekonać ją do zmiany planów, ale wydawało mu się, że wszystko było za mało przekonujące.
– Oczywiście – odpowiedziała i przez chwilę patrzyła na czubki drzew w Zakazanym Lesie.
Z westchnieniem położył się na trawie, żeby przyjrzeć się chmurom. Wiedział, że nie znajdzie w nich pomocy, ale od dziecka lubił patrzeć na niebo i zastanawiać się, jak mógłby zmienić świat. Leżenie i patrzenie w niebo było wtedy lepsze od powrotów do domu – mógł sobie wyobrażać, że jest superbohaterem albo kosmitą, albo czarodziejem, albo… albo że jest szczęśliwym dzieckiem, synem idealnych rodziców, którzy mieszkają w dużym domku na przedmieściach, takim otoczonym białym płotem, i mają dużego, kosmatego psa. Teraz, kiedy był starszy, wiedział, że to kolejne z marzeń, o których lepiej było zapomnieć niż liczyć na to, że się spełnią. A nawet jeśli, to nie w takiej formie, o jakiej marzył w dzieciństwie. Ale przecież marzenia nigdy się nie spełniają, prawda?
– Niczego tam nie znajdziesz – stwierdziła Florence. – Na niebie – uściśliła. Na wypadek, gdyby nie wiedział, o czym mówi.
Wzruszył ramionami, co było dość trudne w pozycji leżącej. Wiedział, że dziewczyna ma rację, ale nie miał pojęcia, po co mu o tym mówi teraz, kiedy dopiero co rozmawiali o jej przyszłości.
– Kasjusz powiedział, że wina jest nie w gwiazdach, lecz w nas samych. Strasznie mi się ten cytat podobał, wiesz? Ale myślę sobie, że nie tylko z winą tak jest – powiedziała cicho, jakby zdradzała mu wielką tajemnicę. – Czasami wydaje mi się, że nie powinno się leżeć i czekać, aż szczęście samo do nas przyjdzie. Bo nie przyjdzie. Nie spadnie nam z nieba i…
Podniósł się na łokciach, żeby móc na nią popatrzeć. Florence jednak nie patrzyła na niego, dalej wbijała wzrok w czubki drzew. Dopiero kiedy poczuła na sobie jego spojrzenie, obróciła głowę. Nie był pewien, co chce jej powiedzieć, ale wiedział, że kiedy już zdecyduje, to będzie to coś uspokajającego, miłego. Nie spodziewał się, że to ona pierwsza zabierze głos.
– Dlatego chciałam wziąć swój los w swoje ręce, wiesz? – zaczęła powoli, jakby sama bała się, do czego ta wypowiedź zmierza. – Wiem, że w powrót do mugoli nie będzie łatwy, ale to lepsze wyjście. Myślałam o tym od jakiegoś czasu. Owszem, magia jest wspaniała i nie żałuję, że tu byłam, ale mogę bez niej żyć. I to życie będzie tak samo dobre, po prostu… na trochę innych zasadach i z trochę innymi ludźmi.
Chciał jej przerwać, powiedzieć, że przecież była tu już szósty rok, na pewno musiała czuć jakikolwiek związek z zamkiem, z kimkolwiek z koleżanek i kolegów, z… z nim! Merlinie, co z nim? Florence jednak kontynuowała:
– Chciałam, żebyś wiedział, że naprawdę dużo dla mnie znaczył ten czas, który spędzaliśmy w bibliotece. Wiem, że przyczepiłam się do ciebie jak rzep do psiego ogona i pewnie miałeś mnie dość, ale zależało mi na twojej przyjaźni i na tobie. Przykro mi, że nie wyszło ci z Rose. Wydawało mi się, że znalazłeś kogoś, kogo mógłbyś pokochać. I… i wiem, że to, co teraz powiem będzie okropnie niezręczne – dodała pospiesznie, a z jej głosu zniknęło już początkowe wahanie – ale chciałam, żebyś wiedział, że cię kocham. I nie oczekuję, że to odwzajemnisz, nie oczekuję, że powiesz cokolwiek, po prostu chciałam, żebyś wiedział, że kiedy patrzyłam w niebo, to marzyłam, że przyjdziesz do mnie i powiesz, że nie zapomnisz o mnie, kiedy skończysz Hogwart, że jeśli chcę, to możemy coś wynająć i pracować wśród mugoli albo… albo coś. Ale potem uznałam, że marzenia tak nie działają i dlatego ci o tym mówię. I wiem, że to nie ma sensu i pewnie chcesz stąd uciec, i…
Przez cały czas, kiedy mówiła, patrzył na nią z największym zdziwieniem. Jak mógł wcześniej tego nie zauważyć, nie mieć najmniejszego pojęcia, co plątało się po jej głowie? W końcu jednak przyszły te słowa, których szukał od początku tej rozmowy, i przerwał jej wywód:
– Tak – stwierdził.
– Co tak? – zapytała zdziwiona, jakby nie spodziewała się po nim żadnej reakcji.
– Możemy poszukać razem jakiegoś mieszkania, zacząć nowe życie wśród mugoli, jeśli chcesz. Możemy się przeprowadzić gdziekolwiek chcesz – powiedział, zanim jego mózg zdążył to wszystko przetworzyć i wymyślić całą listę powodów, dla których nie powinien tego mówić.
– Naprawdę? – zapytała, a oczy zalśniły jej jaśniej niż najjaśniejsze gwiazdy na letnim niebie.
– Naprawdę – potwierdził. – Tylko zamieszkajmy razem jako kumple. Póki co – dodał ostrożnie.
Florence pokiwała głową i uśmiechnęła się promiennie, a on ze zdziwieniem patrzył w jej oczy. Nie szukał w nich odpowiedzi – szukał tych iskierek radości, które właśnie wywołał i które – miał nadzieję – będą się pojawiały często. Chciał, żeby tak było. Chciał na nie patrzeć, chciał je wywoływać i nie chciał, by kiedykolwiek zgasły.
– Ale żeby było jasne – dodał po chwili, a uśmiech Florence nieco przygasł – kupimy psa. Obojętne jakiego, byle był duży i zostawiał dużo sierści na kanapie.
Florence wybuchła śmiechem, który – nie wiedzieć czemu – brzmiał dużo lepiej niż zwykle. Dźwięczniej i weselej. Sam też zaczął się śmiać i wydawało mu się, że jego śmiech też jest inny. Może tak właśnie brzmiał śmiech osoby, która nie czekała, aż jej marzenia same się spełnią, ale nie wahała się o nie walczyć?

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s