jeden.

Marzec przywitał ich chłodem i słotą, której przecież w Szkocji niemało. Czemu to wszystko służyło? Barty przeklinał ten deszcz, tę mgłę i to paskudne miejsce, które ktoś wypłukał w pomyjach po wczorajszym objedzie. Barty pragnął piękna, a piękna nie ma bez słońca, nie ma bez nieruchomości tafli jeziora, której nie wzburzą nawet skrzydła ważki, tego smoka małego świata. Ale i słońca nie ma bez piękna, a tu wszystko było takie stare i takie nudne, i takie bez uroku.
Przeciągnął się. Tak, wszystko, ale to już niedługo. Tyle że niedługo wydawało się wiecznością. Dlaczego lato nie mogło już po prostu przyjść? Dlaczego grało takiego sukinsyna?
Niedługo było za daleko, by oddać palce mrowieniu ekscytacji.
– Nie marszcz noska – mruknęła mu do ucha Perse.
Barty zdziwił się, nie tylko dlatego, że nagle wyrwano go z jego ponurych rozmyślań. Znał Perse od dawna i wiedział, że jest niema – nie, nie dosłownie, jej ciało było bardziej niż doskonałe. Była niema tradycją, rodziną i wychowaniem, a to o wiele więcej niż natura może zdziałać. Wszak i niemi ludzie, tak przynajmniej myślał Barty, jakoś się ze sobą komunikują. Ona nie miała światu niczego do powiedzenia.
Zagadka szybko została jednak rozwiązana. Tuż za Perse, w świecie, który z jednej tylko strony ograniczała alabastrowa linia jej ramion – ach, gdyby wylądować się tam, gdzie są one z obu stron! – znajdował się Regulus, mrugający do niego zaczepnie, lecz nie tak, jak mrugają kochankowie, o nie, to było mrugnięcie współzbrodniarza. Regulus i Perse znali się od zawsze, zaręczeni zaś byli jeszcze dłużej, a przecież młoda męska dusza nienawidzi kajdan. Dlatego grali nią oboje, przerzucali na prawo i lewo jak szmacianą lalką, bo przecież nigdy niczym innym nie była. Bawiła ich jej skromność i jej nieistnienie, ta pusta skorupa, którą nazywała sobą, a która tak łatwo się rumieniła.
Barty rozkoszował się różem jej policzków tak, jak niektórzy rozkoszują się różem dobrego wina i krótką miłością za gargulcem na trzecim piętrze.
– Przestanę – odpowiedział Perse, choć przecież wcale z nią nie rozmawiał. – Ale ty zmarszcz swój. To piękny nosek do marszczenia.
Zamiast napawać się władzą nad pąsem, który ogarną całą jej duszę i ciało, spojrzał najpierw na Regulusa, bo przecież takie były reguły tej gry. Bo choć grali w nią oboje, to Regulus ustalał zasady. Z tego swojego pieprzonego posłuszeństwa swojej pieprzonej matce.
Regulus roześmiał się, a więc wszystko było w porządku. Nie przekroczył granicy, za którą były już tylko jego smutne, zawiedzione oczy.
Barty mógł więc powrócić do Perse i uważnie obserwować przemianę, jaka w niej zachodziła. Ten róż powoli spływający po jej twarze, jej dekolcie, jej rękach – bo przecież nie czerwień, jej skóra rozrobiła krew swoją nieskazitelną bielą – był w jego mniemaniu najbardziej podniecającym widokiem świata. A przecież dla nastoletnich chłopców wszystko jest podniecającym widokiem.
Nie zawiodła.
Regulus odgarnął jej ciemne loki, a tętno Barty’ego jeszcze bardziej przyspieszyło, bo nawet jej ucho było różowe i takie piękne w zestawieniu z czerwienią regulusowych ust i języka.
– Zmarszczę – powiedziała cicho i bez wyrazu, bo przecież nie były to jej słowa – jeśli go ucałujesz.
Barty nie zawahał się.
Oczy Perse, dotąd martwe, błysnęły przerażeniem, gdy zbliżył się do niej i czerpiąc przyjemność z każdej sekundy jej bezwzględnego posłuszeństwa, ucałował jej zimny i zupełnie mu obojętny nos.
Nos, który musiała zmarszczyć.
– Jesteście okrutni – zauważyła Eugene, ale kto by jej słuchał? Odkąd Wilkes skończył szkołę, nie było tu porządku, bo prawo stanowił Regulus, a przecież jemu wszystko było jedno i to samo.
Zignorowali ją więc obaj, a Perse nic nie przyszło z tego protestu, wszak należała do Regulusa, a on nigdy nie miał należeć do niej.
Więcej pożytku przyniósł jej trzepot setek skrzydeł, za którymi podążał korowód skrzeków setek dziobów wraz ze sznurem upuszczonych setek listów. Barty nie spodziewał się niczego, stary przecież nigdy do niego nie pisał, a matka nigdy nie sprzeciwiała się staremu, ale na wszelki wypadek odsunął się i zakrył dłońmi talerz z francuskimi tostami, o których już dawno zdążył zapomnieć. Koperty może i pachniały piękniej pokryte syropem klonowym, ale trudniej się je otwierało bez ubrudzenia palców, a Barty poza pięknem kochał też czyste palce.
– Co, Black, mamusia napisała? – rzucił Octavian, ten mały sukinkot, którego wstydziła się nawet jego siostra. Barty nie rozumiał, dlaczego w ogóle siedział koło nich przy stoliku, skoro jego jedynym zajęciem było zatruwanie ich życia docinkami niegodnymi nawet pięciolatków. – Zapomniałeś z domu swojego śliniaczka?
– Och, przymknij się – powiedziała Eugene, bo to w zasadzie było jedyne zdanie, jakie od wielu lat wypowiadała do swojego brata. – Bo ci przypomnę o tym wyjcu z zeszłego tygodnia, w którym nasza matka przypominała ci o konieczności zdrowego odżywiania się i noszenia zimą czapki.
Octavian przymknął się.
Barty posłał Eugene wdzięczny uśmiech, bo od żartów tego pacana zawsze bolała go głowa. Ból ten uleczyć mógł potem dopiero dobry kufel piwa – trudny do zdobycia, kiedy się jest nieletnim – lub uśmiech samej Eugene, która od dobrych paru miesięcy spędzała mu sen z powiek. A wszystko przez to, że po ostatnim meczu…
Eugene uśmiechnęła się, a Barty z trudem powstrzymał się od przypominania sobie, jak to wpadł do szatni i zobaczył ją niespecjalnie ubraną, ale zupełnie tym nieskrępowaną i pomyślał: cholera, co za kobieta.
Co za kobieta istotnie.
W przezwyciężeniu tej pokusy pomogła mu ciekawość, bo przecież musiał wiedzieć, kto pisał do Regulusa. Co, jeśli to coś ważnego? Fakt, w dziewięciu na dziesięć przypadkach była to tylko jego matka, ten prawdziwy wrzód na tyłku, jakby nie mogła bardziej przypominać starego i nienawidzić swojego dziecka. Odkąd Syriusz zabawił się w kurczaka i uciekł z domu, kierowany tą chorą miłością do bagna ludzkiego, matka Regulusa zrobiła się jeszcze gorsza i teraz nie było dnia i nie było wesołego popołudnia, którego nie zatrułaby swoim zrzędzeniem. Ale może tym razem to nie była ona? Może zagadała się z jakąś inną potworą, inną zasuszoną jaszczurką w peruce, którą dawno już zjadły mole, i nie napisała?
Wyraz twarzy Regulusa niewiele mu powiedział. Oczywiście, mógłby liczyć na to, że Perse zapyta, co się dzieje, ale czekać na to pytanie przyszłoby mu przynajmniej do następnego stulecia, jeśli nie do absolutnego nigdy. Nie, żeby nie była ciekawska – te wszystkie panienki z dobrych domów są takie same, o tym Barty wiedział aż za dobrze, i ponad wszystko kochają wściubianie nosków w nie swoje sprawy. Jednak Perse różniła się trochę od reszty, różniła się tym, że bała się Regulusa ponad wszystko we wszechświecie i wolała za wszelką cenę nie przypominać mu o tym, że istnieje.
Pozostało tylko jedno. System sekretnych znaków, których używali, odkąd mieli jedenaście lat. Najpierw jedno stuknięcie środkowym palcem, potem…
– Barty – Regulus nie pozwolił mu dokończyć. – Skocz ze mną na słówko.
– Teraz?
– Nie, kurwa, za dwie godziny.
Perse skrzywiła się. Regulus nie lubił przeklinać – robił to tylko przy niej i tylko dlatego, że tak strasznie ją to irytowało. Nawyk ten nabył dawno temu od Evana Rosiera, który lubił uczyć go rzucania nożami w ścianę.
Stary, dobry Rosier. Trochę go żal, że tak się rzucił w wir narzeczeństwa z wnuczką tej wariatki, ale co na to poradzisz? Stary też był wariatem, a Barty wcale nie uważał, że w jakikolwiek sposób powinno to wpływać na jego kontakty towarzyskie. Zasługiwał na znacznie lepszego ojca niż stary.
Zasługiwał co najmniej na starszą wersję Evana Rosiera.
Wstali. Pierwszy Regulus, który nadawał tempo wszystkim ich ruchom. Potem Barty, jak echo, jak cień Regulusowego cienia, ostrożnie i dokładnie, bo co, jeśli się pomyli? Nie robili tego świadomie, tak samo, jak dwie krople nie spływają po szybie tym samym wodnym korytem, wiedząc, że naśladują siebie nawzajem. Tacy się już urodzili? Może. Mogli też po prostu do tego przywyknąć. Robili tak od zawsze, trudno więc było znaleźć początek w tym, co dzieliło się w nieskończoność.
Eugene kiwnęła im na pożegnanie, jako jedyna zresztą, bo ostatnio coś złego działo się ze światem i teraz bubki takie jak Octavian otaczały wianuszki wielbicielek. Barty uważał, że to znak tego, co nieuchronnie nadejdzie – wojny, która wleje się do Hogwartu przez szpary w starych oknach. A ci, którzy będą słabi i neutralni, bardziej więc znienawidzeni od wroga, zostaną wyniesieni ponad wszystkich, bo tylko przy nich człowiek będzie się czuł tak, jak gdyby miał dożyć jutra. Bo przecież Octavian lepszy był w tym od szczura i od karalucha, i Barty pewien był, że nie ma na świecie siły zdolnej go unicestwić. Kanalie żyją najdłużej.
Korytarze Hogwartu były równie zimne, co spojrzenia, którymi ich pożegnano – a jednak Regulus czuł się wśród nich dobrze, czy on w ogóle potrzebował ludzi? Barty nie rozumiał tego do końca, dla niego niezbędna była sława i poklask, łaknął tłumów mających jego imię na swoich ustach, tłumów pięknych pięknem identyczności, tłumów bezwzględnych bezwzględnością nieistotności, bo co innego im pozostało? Nie potrafiłby żyć w odosobnieniu, ba, nie nadawałby się do konspiracji, chciał być docenionym i widocznym, i chciał błyszczeć światłem miliardów gwiazd, w które wpatrywał się nocami ze swojego łóżka na strychu, gdzie zesłał go stary. Korytarze Hogwartu nie były dla niego.
– Stało się coś? – spytał Regulusa, bo nie mógł się już doczekać wieści, ta plucha i ta nuda zabijała go powoli, kawałeczek po kawałeczku, zaczynając od dużego palca u nogi, bo przecież to coś, od czego w ciele zawsze wszystko się zaczyna. – Rosier napisał?
Dla Barty’ego Rosier był po trochu bogiem; tylko po trochu, bo przecież nie był Regulusem Blackiem, zresztą, rudy był, a być rudym to gorzej niż urodzić się bez twarzy. Niemniej to on dzierżył klucz do ich światłej przyszłości i to sprawiało, że Barty wypowiadał jego nazwisko z niejaką czcią. Dzielili zresztą o wiele więcej niż plany na najbliższe parę lat – łączyła ich pasja, entuzjazm, porywanie się z motyką na słońce, młodzieńczy idealizm, a to więcej, niż zwykle łączy kochanków.
Jednak Regulus nie miał zamiaru odpowiadać. Uciszył go gestem ręki. Nie był wielkim fanem słów.
Barty zdziwił się, gdy weszli do pokoju wspólnego, bo przecież ta plątanina zielonych obić i zimnego ognia w kominku nijak pasowała mu do atmosfery tajemnicy, którą miał zaraz poznać. Czy poduszki z wydzierganymi wężami godne są powierzenia im sekretu? Ściany mają uszy, owszem, wszędzie – ale tutaj nawet żyrandole zdawały się patrzeć na nich setkami świec, nawet i stare draperie oddychały ich konspiracją.
W porze śniadania nikogo tu jednak nie było i może to dlatego Regulus zdecydował się na jeden z foteli przy schodach, gdzie zwykle siadali, gdy dość już mieli bawienia się Perse.
Dopiero teraz Barty zauważył, jak zdenerwowany jest Regulus. W lochach wszystko było lepiej widać. Półmrok wyciągał z ludzi to, czego światło dzienne nigdy miało nie ujrzeć. Ich myśli.
Regulus myślał o smutku, o bólu i o utracie.
– Trzymaj się mocno – powiedział. – To nie będzie przyjemne.
Barty już czuł się źle. Zmartwiona twarz przyjaciela doprowadzała go do obłędu. Czasami wydawało mu się, że żył tylko po to, by widzieć Regulusa szczęśliwym. To był jeden z tych momentów.
– Dajesz.
– Zabili Sigurda Yaxleya.
Dobrze, że jednak mocno się trzymał, czuł bowiem, z jaką siłą podłoga przyciąga go do siebie i woła, by ją objął, by upadł i już nigdy nie powstał.
Zabili Sigurda Yaxleya.
I choć wiedział, z jakim ryzykiem wiąże się wszystko, w co się wplątali, dopiero teraz miał okazję poczuć je tętniące w jego żyłach i przestraszyć się naprawdę. Sigurd Yaxley, Sigurd Yaxley nie żyje. Przecież jeszcze parę miesięcy temu… Nie może być tylko jednego Yaxleya, świat jest zbudowany dla dwóch, co się teraz stanie z tą luką po człowieku?
Wiedział, co czuł brat Sigurda, wiedział to aż za dobrze, bo gdyby Regulusowi coś się stało…
– Snape składa Rosiera, ale ten się wyliże. Mieli bardzo ciężką noc.
– Co się stało? – spytał, gdy w końcu odzyskał głos. Zabili Sigurda Yaxleya, cholera, jak można mówić, gdy zabili Sigurda Yaxleya?
– Aurorzy się stali, to się stało. Ogarnij się, Barty, ja mówię poważnie, musimy się wyplątać z tego bałaganu, dopóki jest jeszcze czas. Wcale nie chcemy tej wojny. – Jego oczy nie wyglądały jak jego oczy, a tak przynajmniej uważał Barty, miały w sobie za dużo pewności i zdecydowania, a przecież Regulus nienawidził decydować. – To nie nasza sprawa. Dzisiaj Yaxley, jutro my, a ja nie chcę zakopywać cię pod ziemią. Nie ciebie, Barty.
Nie odpowiedział.
Nie rozumiał, co się dzieje. Czy Regulus namawiał go do tchórzostwa? Dezercji? Fakt, nie było jeszcze za późno, byli po słowie z Rosierem, ale Rosier zrozumiałby, gdyby odpuścili, kto jak kto, ale on akurat swoje na tej wojnie przeżył. W szczególności, że przecież wczoraj w nocy…
– Jak to: Snape składa Rosiera? – spytał, bo dopiero teraz to do niego dotarło.
Regulus westchnął tak, jak ojcowie wzdychają, gdy ich synowie po raz kolejny pytają ich, jak to jest zabić człowieka.
– Skoncentruj się. Próbuję ci powiedzieć…
– JAK TO SKŁADA ROSIERA? CO MU, KURWA, JEST?
– Przestań się drzeć, ściągniesz nam na głowę jakąś pluskwę.
Regulus miał rację, ale Barty tego nie rozumiał – przynajmniej nie ten Barty, który chciał krzyczeć i płakać, i wyrywać sobie włosy z głowy, bo po raz pierwszy w życiu kogoś stracił.
I to prawie podwójnie.
– CO MU JEST?
– Żyje, Barty, to naprawdę nie jest teraz ważne, przecież jak Książę się do czegoś weźmie, to zawsze sobie z tym poradzi, nie? Usiądźże, słyszę Ellen, przekręcającą się na jej łóżku, wolałbym, żebyś jej tu nie ściągnął.
Dopiero teraz Barty zrozumiał.
Usiadł, chociaż sekundę temu nie wiedział, że stał. Odzyskał oddech i odzyskał zdolność myślenia. Wszystko wróciło do normy, bo przecież Regulus miał rację – Książę wiedział, co robi.
– Nie możesz mówić poważnie, Reg.
Nie rozumiał jednak, dlaczego mówi to, co mówi. Nie sprzeciwiał się Regulusowi. Zawsze grał tylko i wyłącznie w jego grę. Choć władał całym światem, nigdy nie władał nim.
Aż do teraz.
– Nie możesz mówić poważnie o tym, żeby stchórzyć. To jest nasza wojna.
– Barty, ja po prostu…
– Nie, Reg. Nie przerywaj mi. – Odnalazł w sobie stanowczość, o istnieniu której też nie wiedział. – To jest nasza wojna. Nie tylko dlatego, że jest słuszna. Obiecaliśmy kumplowi, że będziemy tam przy nim i nie możemy go teraz zostawić. Faceta trzeba składać. Potrzebuje nas.
Cisza była ciężka, ale lepsza niż słowa, które chcieli do siebie wypowiedzieć.
Szkoda.
Być może wszystko skończyłoby się inaczej.

Advertisements
jeden.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s