IV. O marności miłości.

Na dworze już od dawna było ciemno, ale ich to niewiele obchodziło. Nawet jeśli miałaby ich znaleźć McGonagall i tak za parę dni mieli opuścić zamek, więc nic już im raczej nie byłaby w stanie zrobić. Przez cały okres siódmej klasy urządzali sobie tego typu wieczorne spacerki, więc dlaczego teraz mieliby sobie odmówić? To, że zwykle było ich więcej o niczym nie świadczyło. Byli dorośli. Mogli robić to, co chcieli.
Prawdę mówiąc, Mattia nie wiedziała, dlaczego Syriusz nie zgodził się, żeby zabrali ze sobą Ebony. Od pięciu miesięcy nie zostali sam na sam i myślała, że Łapa już się do tego przyzwyczaił. Nie, żeby się pokłócili. Po prostu w pewnym momencie panna Vitreous doradziła przyjaciółce, że lepiej chuchać na zimne i nie kusić losu. W szczególności po tym, co się stało. Od tamtej afery, kiedy zgodziła się przed jakąś z jego adoratorek udawać jego dziewczynę i sprawy zaszły odrobinę za daleko, musiała zacząć lepiej się pilnować.
Ubrana była bardzo skromnie, w prostą, brzoskwiniową sukienkę i tak w całości zakrytą płaszczem – mimo iż był czerwiec, wieczory wciąż były dość chłodne. Nie miała zamiaru paradować po błoniach w cienkiej koszulce, tak jak to robił jej towarzysz.
Od jakiegoś czasu rozmawiali o tym, co aktualnie działo się w zamku – to był ich stały repertuar. Tamtego dnia na przykład cała szkoła żyła tym, że jedna ze Ślizgonek zaczęła się umawiać z Gryfonem. Istny skandal obyczajowy. Matt znała Afrę, bo o niej tu mowa, więc wiedziała, co z tego dziewczęcia za ziółko i była przekonana o interesowności tego związku. Podejrzewała ją o chęć publicznego ośmieszenia chłopaka, ale tego oczywiście nie powiedziała Syriuszowi – jeszcze uprzedziłby chłopaka i wszyscy straciliby widowisko.
– A słyszałaś o tym, że Rogacz ma zamiar się oświadczyć? – spytał, gdy w końcu wyczerpali temat niefortunnego, międzydomowego związku.
– Lily powie mu tak.
Nie wiedziała, skąd w niej ta pewność. Z rudą nie rozmawiała już od dłuższego czasu. Nie lubiły się, irytowały nawzajem swoją obecnością. Jedyną skuteczną metodą na zatrzymanie tego na poziomie obopólnej niechęci było unikanie wspólnych rozmów – żadnych kłótni, żadnych przepychanek słownych, tylko błogosławiona cisza i milczenie. Mimo to jednak wiedziała, jak odpowie jej koleżanka. Jakoś tak podświadomie.
Chociaż czy przypadkiem nie wspominała o tym Grizel..?
– Chociaż jednemu się udało.
Wzruszyła ramionami. Nigdy nie interesowały ją szczegóły miłosnego życia Blacka. Miała ciekawsze rzeczy na głowie. Choćby to, jak szybko zakończyć tę kulawą rozmowę i wrócić do ulubionej książki.
W kontaktach z ludźmi była beznadziejna. Kaleka emocjonalna.
– Wiesz, że Odila pytała mnie dzisiaj, co będziemy robić po Hogwarcie? – kontynuował, zupełnie niewzruszony postawą dziewczyny. – Powiedziałem jej, że zapewne nie będziemy się już wtedy znać, a potem miałem na głowie ryczącą dziewczynkę.
– Jeśli pytasz mnie, dlaczego tak zareagowała, odpowiedź jest bardzo prosta. Byłeś równie delikatny, co zwykle.
Na jego twarzy pojawił się grymas niezadowolenia – charakterystyczny dla dumnego Syriusza Blacka, który nie lubił, gdy się go choć trochę upominało. W jego głowie pewnie właśnie formowały się kąśliwe uwagi, na które Mattia była już uodporniona, ale nie zdążył wypowiedzieć ani jednej.
– Ale jeśli chodzi o coś innego… – kontynuowała. Uśmiech spełzł jej z twarzy, przez moment znów wyglądała jak ponura, niekochana przez nikogo Ślizgonica. – Nie, Łapo, nie będę znowu udawać twojej narzeczonej. Znudziło mi się to.
– Wcale nie o to mi chodziło! – zapewnił trochę zbyt gorliwie.
– Nie?
Spojrzała na niego z lekkim powątpieniem. Na to już nie mógł zareagować inaczej jak obrażoną miną. To takie typowe – prawie nigdy się nie kłócili, ale jeśli już to tylko o takie bzdurne, bezpodstawne insynuacje.
– Nie – odpowiedział, a w zasadzie warknął, co zaowocowało ponownym wzruszeniem ramion dziewczyny. – To wtedy było głupie i więcej się nie powtórzy.
Cisza, która nastała po tym wyznaniu nie była aż taka znów krępująca. Wbrew pozorom, nawet w tak ekstremalnych sytuacjach milczało im się ze sobą całkiem dobrze – czasem nawet lepiej niż rozmawiało. Dlatego też nie próbowali ciągnąć tej żałosnej konwersacji na siłę – na tym etapie szło zapomnieć o wszystkich krzywdach w piętnaście minut względnej ciszy, a dalsze pogłębianie tematu mogłoby sprawić, że odezwaliby się do siebie dopiero za pół roku.
***
Styczniowe poranki bywały tamtej zimy wyjątkowo piękne. Przynajmniej jeżeli chodziło o tę część Anglii. Tutaj jednak nikt nie zwracał uwagi na ich urok – wszyscy byli raczej skoncentrowani na tym, co działo się w ich najbliższym otoczeniu.
W wieży Gryffindoru wszyscy obecni obserwowali przedstawienie wystawione dla nich przez Syriusza Blacka. Jako aktor miał niewiele do powiedzenia – trzymał tylko na kolanach Mattię – ale, wbrew pozorom to on był tu reżyserem. Odbiorcą docelowym miała być Lessie, jego niedoszła dziewczyna, która, teraz cała zalana łzami, ze strachem obserwowała to, co wyczyniała starsza koleżanka. Każdy pocałunek, którym panna MacDonald obdarowywała Łapę był dla niej ciosem prosto w serce.
Ważniejsze jednak było to, co wydarzyło się potem.
Wybiegli z Pokoju Wspólnego, roześmiani i podekscytowani. Patrzyli na siebie zafascynowani, wciągnięci w grę, która zaczęła się w końcu tak niewinnie. Mattia chwyciła go za rękę – po raz pierwszy pewnie występując przeciwko ich idealnej, czystej przyjaźni. Wcale nie mieli zamiaru przestać. Raz w życiu pozwolili sobie na coś więcej, kilka dodatkowych pocałunków i parę godzin spędzonych wspólnie w jakiejś pustej klasie wcale nie na rozmawianiu.
Z tamtą chwilą skończyła się ich przyjaźń.
***
W trakcie tamtej czerwcowej rozmowy na błoniach ich myśli krążyły koło tego samego tematu i po raz pierwszy od bardzo dawna były tak blisko siebie.
– A ty, Matt? – spytał nagle Syriusz.
Spojrzała na niego z nieskrywanym zdziwieniem. Nie wiedziała o co mu chodzi – wolała jednak winę na to zrzucić na fakt, że jest zamyślona, a nie znów bezpodstawnie oskarżać go o jakieś insynuacje. Jednak to jej zaskoczone spojrzenie wybiło go z rytmu i sprawiło, że przez moment odechciało mu się zadawać pełnego pytania.
Przez jedną krótką chwilę.
Potem jednak ich myśli znów się od siebie oddaliły i wszystko wróciło do tej sztucznej, obojętnej normy.
– Co masz zamiar ze sobą zrobić po Hogwarcie?
Niezauważalnie odetchnęła z ulgą.
– Będziesz bardzo płakał, jeśli powiem, że wyjadę daleko stąd i więcej mnie nie zobaczysz? – spytała, uśmiechając się na wskroś niewinnie.
Przez chwilę udawał, że się zastanawia. Jej anielska twarzyczka uniemożliwiała mu podjęcie natychmiastowej, okrutnej reakcji. Twarde nie utknęło w jego krtani i nie chciało z niej wyjść, złośliwe. Te słodkie, niebieskie oczęta przysłaniały mu w tym momencie zimną i gorzką duszę dziewczyny.
– Oświadczę się wtedy Odilii i to ty zostaniesz sama – stwierdził w końcu, z pozorną obojętnością w głosie.
Mattia parsknęła śmiechem.
– Myślisz, że się zgodzi? – spytała z powątpieniem w głosie. – To, że dziewczyna płacze i obiecuje, że będzie usychać z tęsknoty, nie znaczy od razu, że chce z tobą spędzić całe życie.
Tym razem to on wyglądał na niedowierzającego własnym uszom.
Spojrzał na nią swoimi ciemnymi oczami, w których ewidentnie odbijało się zdziwienie. Z tego wszystkiego zatrzymał się i nie był w stanie wykonać nawet kroku.
Jemu się nie odmawia.
– Co ty dziś tak wieszczysz, Matt? – spytał po chwili niezdecydowanego milczenia.
Ona, dla odmiany, szła dalej. Tylko, że tyłem do kierunku ruchu, a przodem do niego, tak, żeby go widzieć. Cofała się powolutku, bez pośpiechu. Nie chciała stracić go z oczu zbyt szybko.
– Po prostu ja bym odmówiła – stwierdziła, nie przestając się uśmiechać. – Wiesz, nie jesteś dobrym materiałem na męża.
– Dlaczego?
Nie odpowiedziała. Odwróciła się do niego plecami i ruszyła dalej.
W normalnej sytuacji uznałby, że skoro nie chce odpowiadać – to nie. Mattia mogła sobie zawsze pozwolić na więcej niż ktokolwiek inny, miała u niego specjalne względy. Nie tak jak Ebony, na którą krzyczał przy każdej możliwej okazji. Nie tak jak różne miłości jego życia, od których tylko wymagał. Ona mogła robić z nim wszystko i nie zdarzyło się, żeby zaprotestował. Wykorzystywała to, owszem. Teraz jednak…
– Dlaczego? – powtórzył, chwytając ją za nadgarstek.
– Zastanówmy się – zaczęła, wciąż się nie odwracając i nie zatrzymując. – Nie chciałabym spędzić życia z kimś, kto przede mną miał więcej kobiet niż włosów na głowie, a przy tym każdą traktował równie podle i przedmiotowo.
Jego uścisk nieco zelżał, ale wciąż był mocny. Mattia resztą sił skupiała się na tym, żeby po prostu mu się nie wyrwać – może nawet nie chodziło o to, że bolało, a o fakt, że już do tej pory powiedziała za dużo. Nie, żeby żałowała Syriusza. Może i się przyjaźnili, ale przyjaciele są po to, żeby mówić prawdę, czyż nie? Zresztą, nigdy nie dawała ich znajomości żadnych szans – jej chęci były tu najmniej ważne.
– Nie rozumiem – przyznał bardzo cicho. – Naprawdę uważasz…
– To ty w ogóle potrafisz przyznać się do niewiedzy? – Zatrzymała się nagle i odwróciła w jego kierunku. Spodziewał się raczej złości, pogardy w jej oczach. Cóż, ciągle go zaskakiwała. Nie przestawała się uśmiechać, lecz nie było w tym ani grama kpiny. Tak zapatrzył się w tę znów niemal anielską postać, że o mało na nią nie wpadł. Na szczęście do tego nie doszło. Co by sobie pomyślała..? – Syriuszku, nie wiedziałam, że poczyniłeś aż takie postępy.
– Matt…
– Tak, wiem, przepraszam. – Nawet nie próbowała udawać skruszonej. – Przecież my teraz o twoich wadach, a nie zaletach. Zapomniało mi się.
W takich sytuacjach naprawdę wątpił, że kiedykolwiek zdołał ją polubić.
Nie trwało to jednak zwykle długo – fakt, mówiła coś nieprzyjemnego, ale po chwili zaczynała się śmiać i znów była urocza, cudowna, wspaniała. Odile mówiła, że musi być skończonym kretynem, jeśli nie widzi, jaka jego przyjaciółeczka jest zepsuta – ale to przez zazdrość! Dlatego też nadal jej nie puścił, wręcz przeciwnie, przysunął się do niej na dość niestosowną odległość.
– Spójrz na takiego Jimmy’ego – kontynuowała swój wywód, pozornie obojętna na zmianę sytuacji. – Był wierny Evansównie przez te wszystkie lata, a ona bardzo ładnie go za to wynagrodziła.
– Myślisz, że po drodze nie miał żadnej innej? – spytał, uśmiechając się kpiąco.
– Na pewno miał, znałam je wszystkie. Co do sztuki.
– Więc…
Westchnęła z rezygnacją.
– Zdrada rodzi się w głowie, nie w rękach. Zawsze wracał do Evans, prawda? Żeby nie zwariować musiał po prostu od czasu do czasu zaopiekować się jakąś inną dziewczyną.
Prawdę mówiąc, niewiele było tych innych Pottera. Może trzy, cztery przez cały okres nauki. Porównywać je z tymi, którym Syriusz narobił nadziei to jak próbować sprawdzić, ile kropel wody mieści w sobie ocean. Niewykonalne, głupie, bezsensowne.
– Chcesz mi powiedzieć, że wyszłabyś za Rogacza?
– Rogacz jest ślepo zakochany w swojej Evansównie, nie psujmy im tego szczęścia.
Odsunął się odrobinę; może nie była to wielka zmiana, ale dziewczyna od razu ją wyczuła.
– Matt, czy ty myślisz, że ja…
Na jedną krótką chwilę stracił możliwość dokończenia swojego zdania; trudno mówić, gdy się kogoś całuje. Trwało to jednak na tyle krótko, że można ten fakt spokojnie pominąć. Jego zdziwienie było o wiele istotniejsze, bo umożliwiło jej zabrania swojej ręki i uwolnienie się od presji tej niewiarygodnie małej odległości między nimi.
– Ty mnie nie obchodzisz, Syriuszku – przyznała, zupełnie spokojnie jak na stan, w którym powinna się znajdować.
Zrobiła krok do tyłu. I jeszcze jeden. I jeszcze…
– Bo cały czas chodziło ci o Odilę, prawda?
To zastanawiające, jak szybko sprzed oczu potrafi nam zniknąć obraz osoby, na której nam niby tak bardzo zależało.
Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s