I. O potędze magii.

Chłopcy znaleźli się sami już na pierwszej ich lekcji, jaką była Transmutacja.
Pani profesor McGonagall była straszna. Mattii przywodziła na myśl ciotkę Leokadię, siostrę jej ojczulka, która zawsze krzyczała na nią, kiedy nie zjadała do końca obiadu. Tamta też przybierała taki surowy wyraz twarzy, wyglądała tak, jakby połknęła szczotkę i zbierała swoje włosy w sztywny kok. Jednak członek twojej własnej rodziny zawsze wydaje się w takiej sytuacji chociaż odrobinę lepszy. Na cioci takie kraciaste spódnice wyglądały beznadziejnie, ale pasowały do niej jak ulał. Pani profesor nie miała tego szczęścia. Czarna szata psuła wszystko.
Kiedy weszła do sali, nie od razu zrobiło się cicho. Musiała minąć chwila, dwie, zanim ktokolwiek zauważył jej obecność. Tą najbardziej spostrzegawczą osobą okazała się Ebony, która zajmowała miejsce zaraz obok Mattii; szturchnęła ją w ramię tak mocno, że dziewczynka jęknęła z bólu. Widząc, że nie uzyskała swoim aktem przemocy żadnych efektów, wstała i powiedziała bardzo głośno:
– Dzień dobry, pani profesor!
Wszyscy poderwali się z miejsca. Nie zrobiło to wielkiej różnicy; armia dzieci na stojąco wciąż jest równie niewysoka, co armia dzieci na siedząco. Klasa była zbyt duża, żeby mogła się nagle zacząć wydawać zatłoczona i, naprawdę, na nauczycielce większe wrażenie zrobił szum odsuwanych krzeseł niż to, że ktoś tam wstał.
– Siadajcie, siadajcie – powiedziała, ale szybko tego pożałowała; dźwięk był równie nieznośny co przed chwilą, taka powtórka z rozrywki. – Sporo was w tym roku. Same dziewczęta? Odniosłam wrażenie…
Nagle drzwi za jej plecami otworzyły się z hukiem, uderzając o jej plecy. Krzyk bólu i wściekłości wydobył się z jej ust. Nie przewróciła się; zrobiła coś, co zadziwiło wszystkich – unikając zderzenia z podłogą, zamieniła się w kota.
Mattia aż jęknęła z zachwytu. Nigdy wcześniej nie widziała czegoś tak cudownego.
W jednej chwili pani profesor była zwykłą kobietą – no, może nie taką zwykłą, bo przypominała ciotkę Leokadię, ale jednak kobietą. Parę sekund później pochyliła się do przodu i zaczęła upadać. Potem wszystko wydarzyło się tak szybko, że trudno było jej zarejestrować poszczególne etapy. Była pewna, że najpierw zaczęła ona porastać futerkiem, a dopiero potem wyrosły jej wąsy. Jednak już z tym czy wpierw nastąpiło kurczenie się czy zamiana nóg w łapki miała problemy.
W każdym bądź razie na końcu wyrósł ogon i biedny kot-McGonagall mógł wylądować z cichym miauknięciem.
– Bardzo przepraszamy za spóźnienie, zgubiliśmy po drodze kolegę i musieliśmy… – jeden z nowoprzybyłych odezwał się, ale szybko umilkł, widząc, a w zasadzie nie widząc, żeby ktokolwiek ważny znajdował się w klasie. – Udało nam się, Syriuszu! Wchodzimy!
Czwórka chłopaków pojawiła się w sali, o mało nie zadeptując zwierzęcia, które uciekło od nich bardzo niezadowolone.
Ten, który mówił, wszedł jako pierwszy. Mattia mimowolnie parsknęła śmiechem. Nie przypominał wprawdzie ciotki Leokadii, ale też przywodził jej na myśl różne osoby, które już kiedyś poznała. Z postury przypominał chłopaka, który kiedyś całował się z jej siostrą przy furtce – był tak samo chudy, wszystko z niego zwisało, a ręce były wyjątkowo niewymiarowe. Ciemne włosy, o dziwo, miał jeszcze bardziej rozczochrane niż jej tato na zdjęciach z młodości. No i w dodatku nosił duże okulary w drucianych oprawkach, które co chwilę musiał poprawiać, bo zsuwały mu się z nosa.
Za nim wkroczyło kolejnych trzech jegomości, z czego jeden został nazwany Syriuszem, ale który – tego Mattia na razie nie wiedziała. Każdy z nich był inny, wyjątkowy, ale wyglądali, jakby coś ich łączyło. Znali się przecież dopiero drugi dzień! Wywierało to na obecnych tu dziewczętach niesamowite wrażenie.
Najwyższy miał jasnobrązowe włosy i poważny wyraz twarzy – kolejna osoba, która połknęła szczotkę. W ręce ściskał podręcznik od Transmutacji i rozglądał się uważnie, czy aby na pewno nie kręci się tu nauczycielka.
Ten średni miał włosy równie ciemne, co jeden z jego kolegów, ale, dla odmiany, uczesane. Na jego twarzy malowały się nieskończone pokłady pewności siebie. Mógł się na pierwszy rzut oka wydać przeciętny, ale gdy tylko uśmiechnął się po raz pierwszy, wszystkie młode serduszka na tej sali zaczęły bić szybciej. Te męskie też.
Ostatni był zaledwie odrobinę wyższy od Matti, ale wagowo przedstawiali się tak samo. Sprawiał wrażenie całkiem sympatycznego, tylko odrobinę zdezorientowanego – dziewczynka od razu zrozumiała, że to pewnie ten, którego zgubili na korytarzu. O najmniejszym i najwolniejszym zawsze najłatwiej zapomnieć! Jedynym, co mogło od niego odstraszać były wystające przednie zęby – przypominał przez to króliczka i tu znów zachciało się Matti śmiać.
Po chwili jednak wszyscy musieli się uspokoić, bo przed chłopcami zmaterializowała się prawdziwa profesor McGonagall. Tym razem dziewczynce też nie udało się ustalić jak to zrobiła, bo zajęta była przyglądaniem się nowym kolegom, ale obiecała sobie, że kiedyś na pewno się tego dowie.
– Co to ma znaczyć? – spytała i wcale nie była miła i uprzejma. – Nie dość, że spóźnieni, to jeszcze nie patrzą, co robią!
Chłopcy stali, patrząc na nią z rozdziawionymi ustami. Pierwszy odważył się odezwać ten z książką.
– Pani jest animagiem? Czytałem…
– Nie obchodzi mnie, co pan czytał, panie…
– Lupin – dokończył, słysząc, że się zawahała.
– Panie Lupin, mógłby mi pan nie przerywać? Byłabym wdzięczna. – Obrzuciła go karcącym spojrzeniem. Kiwnął głową. – Nie obchodzi mnie, co pan czytał, panie Lupin. To niegrzeczne zaczynać z kimś znajomość przez atak starymi, ciężkimi drzwiami.
Wszyscy, jak na ustalony znak, pokornie schylili głowy. Poza jednym, oczywiście. Ten uśmiechający się – gdyby Mattia używała takich słów, pewnie określiłaby to jako bezczelność i impertynencję – wciąż patrzył profesorce prosto w oczy.
– Musi pani przyznać, że byliśmy efektowni – stwierdził w końcu.
– Muszę – odpowiedziała i odwzajemniła uśmiech. W jej przypadku wyglądało to raczej jak paskudny grymas. Paskudny i złośliwy. – Zajmijcie więc teraz równie efektownie miejsce i zgłoście się do mnie po południu.
Momentalnie zrzedła mu mina.
***
Na Zaklęciach miejsce w pierwszej ławce zajęła Ślicznotka. Nie zgodziła się, żeby ktokolwiek się do niej dosiadł; wszelkich próbujących odsyłała precz, pokazując im swój jęzor. W takim wypadku nie pozostało im nic innego jak usiąść dalej.
Debby tłumaczyła, że kiedy jeszcze była człowiekiem, jej ropucha wyjawiała szczególne uzdolnienia magiczne. Czarowała tak dobrze, że jednak z zazdrosnych o nią wiedź rzuciła na nią urok, który, jak już wiemy, mógł odczynić tylko pocałunek. Teraz Ślicznotka poświęcała całe dnie poszukiwaniom innego sposobu pozbycia się uciążliwej klątwy. Jedyna nadzieja w profesorze Flitwicku, który w końcu uczył w najlepszej szkole świata.
Mattia zajęła miejsce koło dwóch chłopaków, których jeszcze nie znała. Usiadła tam razem z nią Ebony. Miejsce było o tyle strategiczne, że ich ławka stała na samym końcu.
– Jimmy jestem. – Okularnik wyciągnął rękę w ich kierunku. – A ten pajac obok to Syriusz. Miło mi was poznać.
Dziewczynki przedstawiły się grzecznie i usiadły.
Lekcja się zaczęła. Do sali wszedł niski człowieczek. Naprawdę niski. Mattia nie przypuszczała, że poza nią, Lily i tym króliczym chłopcem są w szkole ludzie tak mizernego wzrostu. Miał na sobie śmieszną szatę w gwiazdki i księżyce, taką, jakie widywała w książkach o czarodziejach sprzed wieków, a także tiarę niemal wyższą od jego głowy. Dziewczynka od razu pomyślała, że polubi tego śmiesznego mężczyznę o włosach białych jak obrusy jej matki.
– Witam moją nową klasę, witam – powiedział, głosikiem równie piskliwym, co głos Matti. Powoli wszedł przygotowane dla niego podwyższenie tak, aby każdy mógł go wyraźnie widzieć. – Nazywam się profesor Flitwick i będę was uczył zaklęć w tej pięknej szkole.
Zamiast oczekiwanych oklasków bądź jęków tłumów, pierwszą reakcją była ręka Debby uniesiona do góry.
– Tak, panienko…
– Debora Lynotch, panie profesorze. – Wstała i grzecznie się ukłoniła na tyle, na ile jest to możliwe w takich warunkach. – Mam do pana pytanie od Ślicznotki, mogę?
– Oczywiście.
Debby rozpromieniła się.
– Abraham powiedział mi, że mam się z tym zwrócić do pana, bo pan czaruje tutaj najlepiej. – Flitwick próbował jej przerwać i wytłumaczyć, że to zbyteczne określenie, ale jego głos zawiódł nawet w starciu z jedenastolatką. – Chodzi o to, że Ślicznotka jest ropuchą, a powinna być królewną.
Dopiero teraz zwrócił uwagę na zwierze siedzące na ławce.
Powiedzieć, że poczuł się zakłopotany to za mało. On prawie spalił się tam ze wstydu; czyhała nad nim wizja skompromitowania się przed zupełnie nowymi uczniami. Z drugiej strony, miał ochotę się roześmiać, słysząc tak absurdalne stwierdzenie.
Chociaż chyba nic nie przebije ucznia, który kiedyś ogłosił, że przeciśnie wielbłąda przez ucho igielne, lecz zamiast wyżej wymienionego zwierzęcia, użył do tego nauczycielki Obrony Przed Czarną Magią. Ach, ci siódmoklasiści!
– Mama mówiła mi kiedyś, że takie uroki odczynia się pocałunkiem. Może pan mógłby ją pocałować? Jest pan silnym czarodziejem, więc pewnie ta moc jeszcze bardziej jej pomoże.
Profesor już miał grzecznie odmówić, gdy nagle Syriusz zaczął podskakiwać. Tak, podskakiwać. Z ręką uniesioną do góry, krzyczał:
– Ja to zrobię, ja!
– W takim wypadku, zapraszam tu kawalera. – Na twarzy Flitwicka pojawił się ledwo zauważalny wyraz ulgi.
Chłopak z takim entuzjazmem przepychał się do pierwszej ławki, że aż nadepnął na stopę Ebony. Nie był przy tym na tyle miły, żeby ją przeprosić; pewnie nawet tego nie zauważył. Na jego twarzy znów pojawił się ten cudowny uśmiech i dziewczyna sama mu wybaczyła.
Po chwili stał już w odpowiednim miejscu i pochylał się nad ropuchą, która znowu wytykała język.
– Nie lubi cię – Debby stwierdziła fachowo.
– Daj spokój. Każda mnie lubi – odpowiedział, a potem szybko pocałował Ślicznotkę.
To było najbardziej obrzydliwa rzecz, jaka mu się w życiu przydarzyła. Już wolał moment, kiedy został zmuszony do przytulenia się do Ślizgonki tak, jak chciała jego mamusia. Odsunął się więc bardzo cicho i z niesmakiem wytarł swoją twarz rękawem szaty.
Stali i obserwowali. Pierwsze pięć sekund nie przyniosło nic. Drugie też. Aż tu nagle…
Nic się nie wydarzyło.
– Mówiłam, że cię nie lubi – podsumowała Debby. – Widocznie musi ją pocałować ktoś wyjątkowy.
Ropucha patrzyła na wszystkich z równym obrzydzeniem. Trudno było określić kogo widziałaby w roli swojego zbawcy. Sytuacja zdawała się być beznadziejna.
Syriusz wrócił do swojej ławki, nie tak promienny jak przed chwilą. Tym razem nikogo nie podeptał. Usiadł grzecznie i spuścił głowę; widać było, ze strasznie mu smutno.
– Widocznie nie nadajesz się na ropuszego księcia. – Mattia poklepała go po ramieniu. – Na pewno była z niej paskudna królewna.
– Zrobiłem z siebie strasznego idiotę – stwierdził ponuro. – Wszyscy wiedzą, że ropucha to tylko ropucha, a nie zaklęta królewna.
– Wszyscy wiedzą, że nie ma czegoś takiego jak magia, a dywany nie mogą latać.
Podniósł głowę i spojrzał w niebieskie oczy dziewczyny. Od razu zrobiło mu się trochę raźniej. Na jego twarzy znów zagościł uśmiech – przyznaję, mniej promienny niż wcześniej, ale znów radosny. Po chwili dołączył do entuzjastycznych okrzyków Jimmy’ego:
– Tak! Wyczarujmy dla ropuchy zamek!
i ignorowania zapewnień Debory:
– To Ślicznotka, a nie ropucha!
***
Pięć lat później pewna królewna znalazła swojego księcia. Ale to już inna historia.
Advertisements
I. O potędze magii.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s