Hestia Jones

Śpiew ptaków zbudził ją bardzo wcześnie. Nie znosiła wcześnie wstawać, ale tym razem nie miała wyboru. W końcu czasu nie było wiele, a ona miała tyle rzeczy do zrobienia…
– Wielkie nieba – westchnęła pani Brown, wchodząc do pokoju córki. – Hestio, musisz się pospieszyć!
– Wiem, mamo – odparła czarnowłosa dziewczyna, próbując domknąć kufer.
Kobieta tylko pokręciła głową i wyszła z pokoju, zostawiając córkę samą. Dziewczyna znów zabrała się za pakowanie kufra. Wreszcie udało się domknąć bagaż i Hestia zeszła do kuchni, gdzie jej rodzice jedli śniadanie. Sama dziewczyna nie mogła przełknąć ani kęsa. Była bardzo zdenerwowana i jak najszybciej chciała dostać się na peron.
W końcu śniadanie dobiegło końca i mogli przenieść się King’s Cross. Dziewczyna już nie mogła się doczekać, kiedy zobaczy przyjaciółki, kiedy tam dotrze… Na tą ostatnią myśl zazgrzytała cicho zębami. Nie lubiła Hogwartu od pewnego czasu.
– Hestia, rusz się! – krzyknęła jakaś blondynka, wyglądając z okna pociągu.
Czarnowłosa skinęła głową, szybko pożegnała się z rodzicami, obiecała zdać wszystkie SUMy i wsiadła do pociągu. Na korytarzu jednak kufer się zaklinował i nie mogła go ruszyć. Przykucnęła i, klnąc pod nosem, próbowała obrócić go o kilka stopni, żeby zmieścił się w przejściu.
Operacja ta się udała i już po chwili dziewczyna podniosła się i chciała ruszyć w stronę przyjaciółki, ale na coś wpadła. Coś było całkiem miękkie, ciepłe i ładnie pachniało, co spowodowało u Hestii podejrzenie, że może to być jakiś inny uczeń. Na wszelki wypadek odskoczyła, potykając się o kufer i lądując na podłodze.
– Nic ci nie jest? – zapytał chłopak, pomagając jej wstać.
– N-nie – odparła dziewczyna, czerwieniąc się potwornie.
– To dobrze – podsumował tamten i ruszył dalej.
Hestia oparła się o okienną szybę i próbowała poskładać myśli. Ona, niewyrośnięta i pokręcona Krukonka z piątego roku wpadła na starszego o dwa lata Huncwota, który do niej zagadał. Była w raju i nie obchodziło ją, gdzie chłopak zmierzał.
A chyba powinno, bo zmierzał do przedziału siódmorocznych Puchonek…

***

Dormitorium piątorocznych Krukonek nie było miejscem, w którym można hałasować do woli – zwykle panowała tam cisza, przerywana tylko przewracaniem kart ksiąg. Tym razem jednak cztery dziewczyny plotkowały zawzięcie i nie przejmowały się ciszą nocną.
– A ja wtedy mówię, że muszę iść do biblioteki – pisnęła ruda Maggie.
– Ależ ty jesteś głupia! – zawyła Camilla, która uznawana była za eksperta w dziedzinie kontaktów damsko-męskich. – Trzeba było iść na błonia!
– No wiesz! A Zielarstwo?! – oburzyła się Natalie.
– A co jest ważniejsze, zielarstwo, czy Puchoni? – zapytała Camilla. – Hes, może mnie wesprzesz?
Hestia zamrugała trochę nieprzytomnie i spojrzała pytająco na koleżankę.
– Mówiłaś coś? – zapytała.
– Tak, Hes – warknęła Camilla. – Ale nieważne. Mów, jak twoje sprawy.
– Moje… sprawy?
– Tak – potwierdziła Maggie, patrząc uważnie na czarnowłosą.
Hestia utkwiła spojrzenie w dywanie i lekko się zaróżowiła.
– Ja nie mam takich spraw – szepnęła.
– Jasne, Hes – westchnęła Camilla. – Bujać to my, ale nie nas. Mów!
– Nie ma o czym mówić – powtórzyła dziewczyna, czerwieniąc się jeszcze bardziej.
Nienawidziła w sobie tego, że zawsze się rumieniła. Zwłaszcza, kiedy kłamała.

***

Hestia, zarumieniona do granic możliwości, wyjrzała zza załomu korytarza. Próbowała się czegoś dowiedzieć i wyglądało na to, że wybrała sobie świetny moment, bo na korytarzu znajdowali się akurat Huncwoci.
Dziewczyna jeszcze bardziej przylgnęła do ściany i próbowała cokolwiek usłyszeć. Spotkanie Gryfonów musiało jednak dobiegać końca, bo kilka chwil później musiała ukryć się za zakurzonym gobelinem, jeśli nie chciała zdradzić miejsca ukrycia.
Nie rozumiała, czemu się ukrywa, zamiast wyjść na korytarz, podejść do Blacka i prosto w oczy powiedzieć, co czuje. Ale nie była w stanie, skoro sama myśl powodowała prawie czerwone rumieńce.
Zerknęła jeszcze raz w stronę Gryfona i starała się opanować falę smutku, kiedy zobaczyła w jego ramionach Casandrę Stonelly, siódmoroczną Puchonkę.
Obróciła się szybko i chciała odejść, gdy wpadła na kogoś. Szybko spojrzała, z kim się zderzyła. Była to raczej wysoka, czarnowłosa Gryfonka, która uśmiechnęła się nieco kpiąco.
– Szpiegujesz Huncwotów, mała? – zapytała.
Hestia przełknęła głośno ślinę. Spodziewała się kłopotów.

***

– Ja… Ja nie… – wymamrotała Hestia, rumieniąc się jeszcze bardziej, niż zwykle.
– Ta, jasne – mruknęła Gryfonka. – O co ci chodziło, mała?
Hestia spojrzała na nią błagalnie.
– Ja już nic… Ja nie…
– O co ci chodziło? – powtórzyła panna Larson.
– O nic – powiedziała twardo. – Ja nie chciałam. To był przypadek.
– Taak?
– Tak – powtórzyła panna Brown, rumieniąc się.
Nagle zza zakrętu korytarza wyszły dwie osoby. Przez chwilę Hestia myślała, że to Black i ta Puchonka, ale okazało się, że były to Maggie i Natalie, jej przyjaciółki. Od razu spojrzały wrogo na Larson.
– Czego chcesz od Hestii? – zapytała Maggie, celując w nią różdżką.
– Uspokój się, mała. Chyba nie chcesz, żebym i ja wyjęła różdżkę?
Maggie przez chwilę się zawahała, ale nie ruszyła się. Znała się na pojedynkach i nawet dwa lata starsza Gryfonka nie była w stanie zachwiać jej pewności siebie.
– Eee… Może już pójdziemy? – zasugerowała Hestia, odrywając się od ściany.
– Tak, chodźmy. – Natalie szarpnęła Maggie za tył szaty.
Gryfonka patrzyła, jak odchodzą w milczeniu, aż wreszcie zawołała:
– Nie masz u niego szans, mała!

***

– O kim ona mówiła? – zapytała Maggie, patrząc na przyjaciółkę podejrzliwie. – O którymś Gryfonie?
– Czyli Camilla miała rację – stwierdziła Natalie z nieznacznym uśmiechem.
– Tak, miała rację – przyznała Hestia. – Wolałabym tego nie mówić, ale…
Maggie popatrzyła na nią badawczo.
– Black? – zapytała, a gdy Hestia pokiwała głową, jęknęła. – Hes, jesteś taka naiwna! On jest najbardziej popularnym chłopakiem w szkole! Do tego jest dwa lata starszy. Nie masz szans, Hes.
Hestia spojrzała na nie ze smutkiem i ledwo dostrzegalną nutą wrogości.
– Zobaczycie – powiedziała. – Jeszcze zobaczycie.

***

Hestia przeczesała włosy ręką i, starając się pohamować coraz okazalsze rumieńce, przemierzała hogwarckie korytarze, aż dotarła do wieży Gryffindoru. Tu się zatrzymała. Co właściwie miała zrobić? Tu, gdzie była, zaprowadziła ją złość na przyjaciółki i chęć udowodnienia, że się mylą. Ale teraz, kiedy złość już wyparowała…
Dziewczyna popatrzyła błagalnie na portret Grubej Damy, jakby licząc, że ta podpowie jej co robić. Nikt jednak nie kwapił się, by pomóc Krukonce. Hestia miała wrażenie, że rumieni się aż po czubki uszu. Do tego zaczęła nerwowo wykręcać palce i już miała zawrócić, gdy usłyszała za plecami jakiś głos:
– Co tu robisz, mała?
Panna Brown istotnie nie była wysoka i nie wyglądała na swoje piętnaście lat, ale zdecydowanie protestowała przeciwko nazywaniu jej “małą” i to przez każdego, komu się tylko żywnie spodoba. Odwróciła się, chcąc to wyjaśnić, ale ujrzała przed sobą kogoś, komu na pewno spowiadać się nie chciała.
Była to Lily Evans – znana w całej szkole ze swoich rudych włosów i ze zdolności poskramiania Jamesa Pottera. Do tego Gryfonka i to z roku Blacka. “Ktoś tam na górze musi mnie strasznie nie lubić”, pomyślała Hestia, starając się wymyślić jakąś wiarygodną odpowiedź.
– Przechodziłam tędy – bąknęła. – Naprawdę, tylko przechodziłam. Nie szpiegowałam ani nic!
Lily uśmiechnęła się nieznacznie, ale miło.
– Ale ja cię o nic nie posądzam. Po prostu zapytałam.
Hestia zarumieniła się bardziej niż zwykle, zastanawiając się, jak to w ogóle możliwe.
– Ja… – Uśmiechnęła się z trudem. Nie wiedziała, co powiedzieć.
– Domyślam się, po co tu przyszłaś. Nie ty pierwsza i nie ostatnia. – Zamilkła na chwilę, po czym dodała jeszcze pewniejszym głosem. – Huncwotów tu nie ma.
– Nie! Ja nie…! – Dziewczyna chciała się rozpłakać. Nie dość, że wchodzi na idiotkę, to jeszcze przed kimś, kto wie o jej uczuciach więcej, niż ona sama. – Lepiej już pójdę.
Ruszyła korytarzem, przypatrując się swoim stopom. Po chwili zauważyła, że Lily idzie obok niej.
– Co? – zapytała Hestia.
– Pomyślałam, że skoro tak zależy ci na spotkaniu z Huncwotami, to mogę ci pomóc. – Ruda popatrzyła na nią poważnie. – Jesteś Krukonką, prawda?
– Tak, a co?
– Powiedzmy, że mam do Krukonów słabość.
Gryfonka skręciła w inny korytarz, zostawiając Hestię z mętlikiem w głowie. Dziewczyna szybko skierowała się do dormitorium i bez słowa usiadła na swoim łóżku, starając się pozbyć rumieńców i powstrzymać zbierającą się falę łez; sama nie była pewna, czy to łzy radości czy smutku.
– Hes, co się dzieje? – Maggie usiadła obok przyjaciółki i popatrzyła na nią badawczo.
– Nie wiem, Meg. Nie wiem, czy w ogóle się coś stało, ale…
– Mów, na pewno poczujesz się lepiej.
– Myślisz?
Maggie pokiwała rudą głową i spojrzała na nią uważnie, jakby chciała przebić ją wzrokiem. Hestia westchnęła, poprawiła czarne kosmyki splątane na ramionach i zaczęła mówić.

***

Słońce chyliło się ku zachodowi, gdy Hestia wyszła z zamku. Jezioro było pięknie oświetlone, ale nie o to jej chodziło. Przystała na pomysł Camilli tylko dlatego, że na błoniach spodziewała się zastać Huncwotów. A wtedy będzie mogła siedzieć pod jakimś drzewem i obserwować… Właśnie w tej roli czuła się najlepiej. Była urodzonym obserwatorem, gdyby mogła, to w ogóle nie ingerowałaby w otoczenie, tylko siedziała gdzieś na uboczu i patrzyła.
Ale otoczenie nie zawsze pozwalało jej się bezkarnie obserwować. Przykładem była chociażby Natalie, która zawsze wtedy szturchała ją ramieniem i mówiła coś zabawnego. Przynajmniej zabawnego dla niej – Hestia nie zawsze wiedziała, o czym wcześniej toczyła się dyskusja i śmiała się tylko po to, by nie urazić przyjaciółki.
Teraz jednak miała towarzyszyć obrażonej Camilli i przeglądaniu kilku ksiąg z biblioteki. Czarnula nie była pewna, czy księgi z biblioteki można wynosić na błonia, ale najwyraźniej jej przyjaciółce to nie przeszkadzało, jak zresztą wiele innych zasad, które czasem łamała. Teraz jednak zasady były ostatnią rzeczą, o jakiej Camilla Parker mogłaby myśleć, a to dlatego, że Natalie – ta niepozorna Natalie, która zwykle była w jej cieniu – udało się umówić na randkę z Puchonem, który od dawna podobał się blondynce. Camilla jednak nie rezygnowała i poprzysięgła, że odbije chłopaka Natalie, która zapewniała, że Puchon sam ją zaprosił i jak Cam tak bardzo chce, to może iść z nią. Dziewczyny to jednak nie przekonało i zaczęła unikać Natalie, zmuszając Hestię do tego samego.
Sama Hestia nie miała na ten temat zdania i niewiele obchodziły ją spory przyjaciółek o Puchona, który w jej opinii nie był wart uwagi. Obiecała jednak, że posiedzi tu z przyjaciółką i obietnicy miała zamiar dotrzymać.
Po kilkunastu minutach ślęczenia z nosem w księgach, Camilla szepnęła:
– Patrz, tam się coś dzieje.
Hestia podniosła wzrok i popatrzyła we wskazanym kierunku. Faktycznie, na granicy Zakazanego Lasu stało kilka osób i najwyraźniej z czegoś się śmiało.
– Chodź, zobaczymy o co chodzi. – Blondynka szarpnęła przyjaciółkę za rękaw.
– Nie, Cam… Po co?
– No chodź!
Nie zdążyły nawet podnieść się z miejsc, gdy koło nich przebiegła jakaś zapłakana dziewczyna, ze wszystkich sił próbując zakryć głowę, na której miała resztki różnokolorowych włosów. Hestia rozpoznała w niej Casandrę Stonelly, z którą spotykał się Black. “A więc Casandra wypadła z gry…”, pomyślała.
Szybko wstała i, nie czekając na Camillę, podeszła do grupki zgromadzonej przy Zakazanym Lesie.

***

Był wczesny ranek, gdy drobna czarnulka przechadzała się po brzegu jeziora, zastanawiając się, dlaczego ma na sobie jakąś białą, zwiewną suknię. Była pewna, że nie założyłaby jej dobrowolnie, ale w takim razie dlaczego nie dość, że w niej była, to jeszcze chodziła po błoniach jak jakaś… topielica!
Przystanęła nad brzegiem, próbując się przejrzeć w tafli wody. Nie było fal, a woda wyglądała jak szkło, a mimo tego nie dostrzegła swojej twarzy – widziała tylko rozczochraną szopę włosów. Odruchowo zaczęła je poprawiać, nie zważając na to, że spokojnej i nieruchomej wody przybywało i przybywało… Hestia miała wrażenie, że zaraz się utopi, w końcu nie umiała pływać! Nagle jednak okazało się, że stąpa po wodzie. Krukoński umysł podpowiadał jej, że to fizycznie nie możliwe, ale ta myśl nie potrafiła dotrzeć tam, gdzie powinna. Może dlatego, że wtedy ta bariera pękłaby, a ona zwiedziłaby z bliska dno jeziora.
Mimo wszystko przykucnęła i dotknęła ręką tafli. Była chłodna, ale sucha. Popukała w nią palcem. Dźwięk wydał się znajomy. “Szkło”, przemknęło jej przez umysł. “Ta woda jest ze szkła!”.
Wbrew zdrowemu rozsądkowi oparła dłonie o szklaną taflę i spojrzała na swoje odbicie. Tym razem zobaczyła jakąś twarz, ale nie wyglądała jak jej własna. Co więcej – była coraz bliżej tafli i coraz bardziej przypominała pewnego Gryfona.
Hestia przyłożyła policzek do szkła, patrząc jednym okiem w twarz Blacka. Nigdy nie widziała go z tak bliska… Chociaż nie, wtedy, w pociągu, był równie blisko. Dziewczyna była pewna, że to zbyt piękne, żeby było prawdziwe; była pewna, że śni. Wtedy właśnie twarz Gryfona zmieniła się w twarz Natalie, a szklana tafla znikła. Krukonka poczuła, że spada w czarną otchłań, na dnie której powinna być woda.
Zanim jednak do tej wody dotarła – obudziła się i usiadła na łóżku. Nie ulegało wątpliwościom, że była w dormitorium piątorocznych Krukonek, a nad nią naprawdę pochylała się Natalie.
– Coś się stało? – zapytała.
Hestia pokręciła przecząco głową, zastanawiając się, o czym jej przyjaciółka właściwie mówi.
– Chciałam z tobą porozmawiać – oznajmiła Natalie po krótkim milczeniu.
– O czym?
– O Camilli.
– Więc rozmawiajmy. – Czarnowłosa zarumieniła się lekko, pamiętając wszystko, co panna Parker wygadywała na temat Natalie.
– Nie tu. – Dziewczyna pokręciła głową. – Przecież i ona, i Maggie mogą tu w każdej chwili wejść.
– I co z tego? – Hestia zerknęła na zegarek. – Właściwie dziwię się, co robią poza dormitorium o siódmej rano.
– Są na śniadaniu.
– Co dowodzi, że szybko nie wrócą.
– Wrócą. Zbieraj się.
Panna Brown spojrzała błagalnie na przyjaciółkę, po czym opadła na poduszkę, by po chwili wstać i bez słowa ruszyć do łazienki. Wiedziała, że to nie wina Natalie, że przerwała taki piękny sen. Nawet, jeśli miała ważną sprawę…

***

– Tu chyba nas nie usłyszą, co? – zapytała Hestia, gdy okrążyły jezioro i znalazła się w miejscu, w którym działa się akcja jej snu.
– Tak, tu możemy spokojnie pogadać.
Czarnowłosa odetchnęła z ulgą i popatrzyła pytająco na przyjaciółkę.
– Ja wiem – zaczęła Natalie – że Camilla jest wściekła, ale to naprawdę nie moja wina, że Andy wolał mnie. Nic do niego nie czuję, a spotkaliśmy się tylko raz… Co mam zrobić, żeby Cam zaczęła się normalnie zachowywać?
– Nie wiem. Naprawdę nie wiem. Może powinnaś z nią porozmawiać?
– Ale ona nie chce ze mną rozmawiać – wyjaśniła brunetka, jakby tłumaczyła dziecku, że dwa i dwa to cztery.
– Powiedz jej to samo co mi, a na pewno zgodzi się na rozmowę. Camilli zwykle szybko przechodzi złość.
– W takim razie… spróbuję.
Natalie poderwała się z miejsca i ruszyła w stronę zamku.
Hestia podeszła do brzegu jeziora tak, jak w swoim śnie, ale tym razem nie miała na sobie sukni, a woda nie była ze szkła. Niewielkie fale podmywały czubki jej butów. Nagle zauważyła, że w wodzie odbija się jeszcze czyjaś twarz. Poczuła, że serce zaczęło jej szybciej bić. Od razu poczuła występujące na policzkach rumieńce. Powoli się odwróciła.
– Cześć, mała. – Lily Evans uśmiechnęła się do niej.
– Cześć – odparła Hestia, rumieniąc się jeszcze bardziej. Powodem tego nie było nawet to, że mówi do jednej z najpopularniejszych dziewczyn w szkole jak do starej znajomej. Krukonka bała się, że ruda domyśli się, o czym marzyła.
– Pamiętasz, co ci obiecałam?
Czarnowłosa pokiwała energicznie głową.
– Więc dziś, o osiemnastej jest trening quidditcha, a po nim możesz wpaść na Syriusza. Trening jest raczej nieoficjalny, więc tłumu jego wielbicielek nie powinno być. Powodzenia… wybacz, ale nie pamiętam twojego imienia.
– Hestia. Hestia Brown.
– Miło mi. Ja jestem…
– Wiem doskonale, kim jesteś. Lily Evans, siódmy rok, Gryffindor. – Rumieniec zalał całą jej twarz i Krukonka była pewna, że wygląda jak mugolska budka telefoniczna.
Lily uśmiechnęła się do niej serdecznie.
– W takim razie powodzenia, Hestio.
– Dzięki… Nie wiem nawet, jak ci się odwdzięczę.
– Nie ma o czym mówić.
Ruda odeszła w stronę zamku, a czarnowłosa położyła się na trawie, patrząc w niebo. Czuła się szczęśliwa i miała nadzieję, że nic tego szczęścia nie zmąci.

***

Dochodziła osiemnasta, gdy Hestia wybiegła z zamku. Musiała naprawdę się namęczyć, aby żadna z przyjaciółek nie poszła z nią. Wysiłek jednak się opłacił, gdyż przez całą godzinę mogła z trybun obserwować grę Gryfonów – czy może raczej popisy Blacka. Siedziała bez ruchu, patrząc z namaszczeniem na Syriusza. Dlaczego on zdawał się jej nie dostrzegać?
Po treningu nie podeszła do niego. Chciała, ale nogi odmówiły jej posłuszeństwa. Później do akcji włączył się też rozum – co niby mogłaby mu powiedzieć? Że świetnie lata? Przecież on to wie! Dziesiątki dziewczyn mu to powtarzają! Co musiałaby zrobić taka dziewczyna, jak ona…?
Poczuła lekkie pieczenie pod powiekami. Nic nie może zrobić. To stracone nadzieje. Musi o nim zapomnieć. Przecież nie ma szans.
– Co się dzieje, mała? – Lily Evans usiadła obok niej.
– Nic.
– Przecież widzę. Dlaczego nie podeszłaś do niego po treningu?
– A jaki by to miało sens?
Obie zamilkły na chwilę. Hestia zaczęła się obawiać, że ruda po prostu zaraz wstanie i pójdzie sobie, zostawiając ją tutaj jak idiotkę. Ale tak się nie stało.
– Wiesz, Syriusz jest lekkoduchem. Sama zresztą na pewno o tym wiesz… Dla niego życie to zabawa. Przynajmniej teraz. Wie, że podoba się dziewczynom i, cóż, nimi również się bawi. – Zawiesiła na chwilę głos. – Ale to na pewno wiesz.
Czarnowłosa skinęła głową, choć nie była pewna, do czego Evans właściwie zmierza.
– Domyślasz się może dlaczego chciałam ci pomóc?
– Nie. Nie zastanawiałam się nad tym – przyznała.
– Wydawałaś się zdeterminowana i… inna, niż te wszystkie dziewczyny, które się za nim uganiają. Pomyślałam, że może ty sprowadzisz go na ziemię. – Popatrzyła na nią niepewnie. – Nie zrozum mnie źle, Syriusz jest moim przyjacielem. Ja po prostu… och, cóż, trudno. Mam nadzieję, że kiedyś się przełamiesz, mała.
Wstała i ruszyła powoli w stronę zamku, nie oglądając się za siebie.
Krukonka podciągnęła kolana pod brodę. Czego właściwie się spodziewała? Myślała, że Evans jest jakąś dobrą wróżką? Sama jest sobie winna – to ona nie wykorzystała okazji, którą ta niby-dobra wróżka jej przygotowała. Ale czy właściwie chciała tę okazję wykorzystać? Co mogłaby mu wtedy powiedzieć? “Cześć, jestem Hestia, kocham cię od pół roku”?
Poczuła się jakaś strasznie mała, nieważna i stłamszona. Czy nikogo nie obchodziła? Black nawet jej nie dostrzega, a przyjaciółki? Camilla i Natalie są zbyt zajęte wojną o tego Puchona, a Maggie musi je ze sobą godzić. Tak, została sama. Tym razem nawet bez tych rumieńców, za którymi zwykle się kryła. Tym razem było zbyt zimno na rumieńce. Zbyt zimno na siedzenie na stadionie quidditcha. I na pewno zbyt zimno na płacz. Wolała tego nie sprawdzać – jak była mała, matka wmawiała jej, że gdy się płacze na mrozie, to z oczu lecą kryształki lodu. Teraz wiedziała, że to nieprawda, ale czy warto kusić los?
Powinna już wracać do zamku, ale po co właściwie? Było jej wszystko jedno. Mogła tu zostać i zamarznąć. Jak jutro rano przyjdzie tu drużyna Krukonów, to znajdą ją zamarzniętą na trybunach… W tym momencie poczuła, że wyobraźnia ją ponosi. Owszem, było zimno, ale nie aż tak!
Zaczęła się zastanawiać, jaka może być temperatura powietrza, gdy ktoś zarzucił jej płaszcz na ramiona. Z nikłą nadzieją spojrzała na przybysza.
– Maggie?
Dziewczyna skinęła głową i usiadła obok niej, na miejscu, na którym godzinę wcześniej siedziała Lily Evans.
– Hes, co się dzieje? Szukałyśmy cię, ale żadnej z nas nie przyszło do głowy, że będziesz na boisku!
– Jak to szukałyście?
– Ja i Natalie. Camilla wykręciła się korepetycjami. – Westchnęła. – Chyba wszystkie znamy te jej korepetycje, prawda?
Panna Brown skinęła głową. Wiedziała, że dla Camilli zawsze jest jakiś Andy, George, Freddie czy inny John i “korepetycje” z nim. Ciekawe tylko z czego!
– Więc mnie znalazłaś – podjęła Hestia, starając się uśmiechnąć. – I co?
Maggie przez chwilę skubała rękaw płaszcza. Wreszcie podniosła wzrok i powiedziała krótko.
– On nie jest dla ciebie. Jesteś dla niego za dobra, nawet jeśli tego nie widzisz.
Czarnowłosa uśmiechnęła się krzywo.
– Tak myślisz?
– Hes, proszę! Wiem, co mówię.
– Camilla i Natalie też tak uważają?
– Nie wiem – przyznała. – Camilla raczej nie. Według niej Black jest prawie bogiem… A Natalie… sądzę, że nic nie wie. Ma własne zmartwienia.
– Andy Goodman?
– Nie. – Głos rudowłosej stał się surowy i pobrzmiewała w nim nutka nagany. – Jej ojciec nie żyje. Był aurorem, nie pamiętasz?
Szkarłatny rumieniec zalał policzki Hestii. Jak mogła zapomnieć? Przecież ledwo dwa dni temu jej przyjaciółka dostała list od matki… I jeszcze ten artykuł w Proroku. Jak mogła nie pamiętać?!
– Maggie…
– Lepiej nic nie mów. – Tym razem jej głos był przyjemny, spokojny. – Chodźmy stąd, bo zamarzniemy na kość, a rano znajdzie nas drużyna quidditcha.
Hestia zaśmiała się cicho. Jak to możliwe, że ona myślała dokładnie to samo?
Powoli ruszyły w stronę zamku, spoglądając czasami na zasnute chmurami niebo. Czarnowłosa nie wiedziała, która jest godzina, dopóki nie usłyszała głośnego:
– Brown! Sawyer! Co wy tu robicie? – Profesor McGonagall przyjrzała im się dokładnie.
– Szłyśmy właśnie do dormitorium, pani profesor.
– A dlaczego byłyście na dworze?
– Spacer dla zdrowia, pani profesor.
Czarnowłosa cały czas milczała, błagając w myślach wszystkie świętości, o jakich kiedykolwiek słyszała, by nie zaczęła się rumienić.
– Niech wam będzie – mruknęła profesor transmutacji – ale za drugim razem nie ominie was szlaban. Dziś Ravenclaw traci tylko dziesięć punktów.
– To się już nie powtórzy, pani profesor.
McGonagall odprowadziła nas spojrzeniem aż do zakrętu korytarza, tuż za którym było wejście do pokoju wspólnego.
– Stare księgi – powiedziała Maggie, a zbroja odsłoniła przejście.
Kilka chwil później były już w pustym dormitorium. Hestia odwiesiła płaszcz i usiadła ciężko na łóżku. Co właściwie tak ją wyczerpało?
Przyjaciółka jednak usiadła obok niej.
– A teraz opowiedz wszystko Cioci Madeleine-Dobra-Rada – oświadczyła.
Panna Brown mimowolnie się uśmiechnęła.

***

W dormitorium siódmorocznych Gryfonów panowało zamieszanie. Dla przeciętnego obserwatora nie byłoby to zaskoczeniem, ale tym razem prócz czterech Huncwotów, w pokoju był rudowłosa dziewczyna.
– James, pospiesz się! – jęknęła, starając nie patrzeć na bałagan i nie zastanawiać się, czy w pokoju nie ma nowej formy życia.
– Już, już – odkrzyknął jeden z chłopaków, nurkując pod łóżkiem w poszukiwaniu podręcznika od transmutacji. Wreszcie go znalazł i mógł wyjść razem z Lily.
Panna Evans jednak w progu zatrzymała się na chwilę i, jakby z namysłem, powiedziała:
– Syriuszu, wydaje mi się, że powinieneś wiedzieć. Ta mała Brown z Ravenclawu szaleje na twoim punkcie. Chciałam jej pomóc, ale…
– Spokojnie, Lily. – Black znalazł się w polu widzenia rudej. – Co ja mam z tym robić? W tej chwili mam na oku kogo innego.
– Tę Ślizgonkę? – zapytał Peter.
– Tak, tę Pool, jeśli musicie wiedzieć!
Lily popatrzyła na niego.
– Powinieneś to jeszcze przemyśleć. Dainah Pool nie jest dla ciebie. Zawiedziesz się na niej. Natomiast ta mała…
Syriusz przerwał jej niecierpliwym gestem.
– Pozwól, że sam to osądzę – odparł nieco chłodno.
– Żebyś później nie mówił, że cię nie ostrzegałam. – Ruda wyszła z pokoju wraz z Potterem.
Pozostała trójka Huncwotów spojrzała po sobie.
– Co ją ugryzło?

***

Madeleine Sawyer ruszyła korytarzem w kierunku wieży Gryffindoru. Nie wiedziała, co właściwie chciała w ten sposób osiągnąć, ale po wczorajszych zwierzeniach Hestii czuła się w obowiązku coś zrobić. Może po prostu rozmówić się z Blackiem? Albo z Evans?
Szczęście jej dopisało, bo dostrzegła sylwetkę Gryfonki w głębi korytarza. Przyspieszyła kroku i wkrótce się z nią zrównała. Nie była pewna, co chce powiedzieć. Wreszcie wypaliła:
– Oszukałaś ją.
Lily spojrzała na nią pytająco, jakby codziennie oszukiwała tyle osób, że nie mogła już spamiętać ich personaliów.
– Kogo?
– Hestię. Moją przyjaciółkę. – Zaakcentowała ostatnie słowo.
Gryfonka spojrzała na nią z ledwo dostrzegalnym rozbawieniem.
– Jak niby ją oszukałam?
– Obiecałaś pomoc. I co?
– I jej pomogłam – odparła, zatrzymując się. – Powiedziałam o tym treningu. Nie wykorzystała okazji, ale to już nie moja wina. Co jeszcze mam zrobić? To jej sprawa.
Maggie zamilkła. Cóż mogła jej zarzucić? Evans nie miała obowiązku pomagać Hestii, to było jasne. Chociaż coś w jej zachowaniu…
– Ale… przecież ona cierpi!
– Wiem – powiedziała nieco chłodnym tonem. – Ale co mogę zrobić? Czego się po mnie spodziewasz? To Syriusz jest moim przyjacielem, a nie ta mała. On nie jest zainteresowany twoją przyjaciółką. Nie mogę go zmuszać. Liczę, że to uszanujesz.
Krukonka skinęła głową. Lily, uznawszy to za koniec rozmowy, ruszyła dalej. Maggie jednak ją ponownie dogoniła.
– Jeśli jej nie pomożesz, to chociaż nie utrudniaj. Nie wyrządzaj jej szkody. Proszę.
Gryfonka uśmiechnęła się lekko.
– Nie zaszkodzę, możesz być pewna. – Odeszła w swoją stronę.
– Mam nadzieję – szepnęła Madeleine, zawracając do dormitorium. Było jeszcze wcześnie, ale powinna przygotować się do zajęć.

***

Natalie poprawiła szatę i spojrzała na Hestię współczująco, tak jak się patrzy na dziecko, które upadło i chce iść dalej, ale się boi. Sama Hestia nie chciała współczucia. Nie chciała też litości czy udawanego smutku. Pragnęła tylko zapomnieć. Nadal czuła coś do Blacka, ale chciała zakopać to w najgłębszym zakamarku pamięci i nie przyznawać się nigdy do tego, jak głupio się zachowywała. Nigdy, nigdy, nigdy! Ale czy to nie ona sama powtarzała, że nigdy nie należy mówić “nigdy”? Tym razem było to nigdy prawdziwe. Miała taką szczerą nadzieję, zważywszy na okoliczności.
– Hes, proszę. Opowiedz mi co się stało. – Natalie spojrzała na nią współczująco, swymi dużymi, brązowymi oczyma.
– Nic. – Czarnowłosa zdobyła się na lekki uśmiech. – Nie wydarzyło się nic, o czym byś nie wiedziała. – To była prawda. Była pewna, że Maggie rozgadała już wszystkim. Rano, kiedy nie było jej w dormitorium, zaczęła się też obawiać, że może poszła z kimś o tym rozmawiać, ale wytłumaczenie przyjaciółki ją uspokoiło. Kto jak kto, ale rudowłosa uwielbiała przesiadywać w bibliotece o dziwnych porach.
– Kłamiesz. Jestem tego pewna.
– Nat, to ja proszę ciebie! – Hestia poderwała się z miejsca. – Daj temu spokój! Sama jeszcze nie wiem, co tak naprawdę się stało, rozumiesz? Sama tego nie wiem! – Umilkła na chwilę, by mówić dalej, tym razem cichym, opanowanym głosem. – Muszę to przemyśleć. Muszę.
– Mogę…
– Nie, Natalie. Nie możesz. Mogę tylko ja. Tylko musicie dać mi szansę. Przestańcie mnie traktować jak dziecko!
– Nikt cię nie traktuje jak dziecko!
– A właśnie, że tak. Traktujecie mnie jak niedorozwiniętego, ale rozpieszczonego bachora. A teraz ja muszę wziąć się w garść. Sama. Nie pomożecie mi wypytując!
Brunetka popatrzyła na nią z zastanowieniem.
– Czy ty aby nie przesadzasz? Bo w końcu, na litość Merlina, co takiego się stało? Maggie nic mi nie mówiła, więc nie mogło to być nic bardzo poważnego… Nie zrozum mnie źle, Hes. Twoje problemy na pewno są poważne, ale… przesadzasz.
– Tak myślisz? – Czarnowłosa podeszła do drzwi. – Naprawdę?
– Nie, Hestia, chodzi o to, że…
Drzwi trzasnęły głośno. Natalie powoli do nich podeszła i wyjrzała na schody. Jej przyjaciółka musiała już wybiec z wieży.
– Nie zrób nic głupiego – szepnęła do pustego pokoju.

***

Hestia zbiegła po schodach i wpadła jak burza do pokoju wspólnego, przez który przemaszerowała w tempie błyskawicy. Dopiero na korytarzu złość jej przeszła na tyle, by mogła się opanować. A opanować się musiała, bo za kilka minut powinna pojawić się na zaklęciach. Ale… chyba raz może nie pójść. Powie, że źle się czuła. Flitwick na pewno to zrozumie.
Powoli ruszyła w stronę sowiarni. Powinna napisać list do domu, a skoro nie ma nic lepszego do roboty, to może się za to zabrać od razu.
Drzwi cicho skrzypnęły, a drobna czarnulka weszła do środka. Kątem oka zauważyła, że jeden z parapetów jest zajęty. Wolałaby być sama, ale nie chciała zaczepiać starszych od siebie Ślizgonów. Musiała jednak minąć dziewczynę, kiedy szła po swoją sowę i jakiś pergamin. Nie mogła nie zwrócić uwagi na to, że blondynka wpatruje się ze smutkiem w dal, opierając czoło o ścianę tuż przy oknie. “Czyżby płakała?”, zastanowiła się Krukonka, szybko jednak odwracając wzrok. Nawet jeśli, to co ją to obchodziło? Miała własne zmartwienia! Ale… przecież nie może kogoś tak zostawić!
– Coś się stało? – zapytała, patrząc na Ślizgonkę.
Tamta szybko odwróciła ku niej wzrok, ale gdy dostrzegła godło Ravenclawu przybrała zwykłą, ironiczną minę. Zmierzyła czarnulkę bacznym spojrzeniem od stóp do głów i na wszelki wypadek jeszcze raz – w odwrotnej kolejności. Potem odwróciła głowę, ponownie patrząc gdzieś ponad Zakazanym Lasem.
Hestia już miała się znów odezwać, gdy usłyszała zdawkową odpowiedź nieznajomej.
– Nic.
Krukonka już chciała wzruszyć ramionami i iść w przeciwny kąt pomieszczenia, ale coś w spojrzeniu dziewczyny kazało jej stać tu dalej.
– Czego chcesz? – burknęła blondynka.
Dziewczyna zawahała się. Czego właściwie chciała?
– Mogę ci pomóc.
Ślizgonka wykrzywiła usta w pogardliwym uśmieszku.
– Lepiej idź stąd, mała, do swoich wszystkich uśmiechniętych i utalentowanych przyjaciół, zanim mi przyjdzie ochota opowiedzieć, jakie jest prawdziwe życie, a nie – wskazała na odznakę – Krukońskie ideały obłożone książkami.
– Co ty wiesz o Krukonach?! – oburzyła się czarnowłosa.
– Więcej, niż myślisz. Znałam kiedyś jedną Krukonkę. – Zamyśliła się na chwilę.
– Jaką? – zapytała Hestia, zanim pohamowała ciekawość. Od razu się zarumieniła, ale i tak mniej niż zwykle. Blondynka ponownie uśmiechnęła się tak, jak uśmiecha się kobra, nim rzuci się na ofiarę.
– Chcesz wiedzieć, jaką Krukonkę?
– Tak.
– A skąd mam wiedzieć, czy jej wszystkiego nie powtórzysz? – zapytała ironicznie.
– Masz moje słowo!
– Twoje? – mruknęła. – Czyli czyje? Mała, widzę cię pierwszy raz na oczy i naprawdę nie wiem, po co w ogóle jeszcze z tobą rozmawiam!
– Jestem Hestia. Hestia Brown. Z piątego roku.
Ślizgonka popatrzyła na nią krytycznie, ale milczała. Czarnowłosa poczuła się głupio. Dlaczego tamta nic nie mówiła? Przecież powinna się przedstawić… albo powiedzieć cokolwiek!
– A ja… – zaczęła wreszcie tamta. – Jak pewnie zauważyłaś, jestem Ślizgonką. Wątpię, czy to dobre towarzystwo dla ciebie, panno Brown – mruknęła, naśladując sposób mówienia profesor Jones.
Hestia wzruszyła ramionami.
– Wątpię, czy kogoś obchodzi moje towarzystwo.
– Bunt, co? – spytała blondynka zaczepnie.
– Żebyś wiedziała.
– Śmieszna jesteś, mała. – Znów zapatrzyła się na Zakazany Las. – Nie umiałabyś się zbuntować. Buntownicy się nie rumienią. I na ogół nie są Krukonami.
– A co to ma do rzeczy?
– Szczerze? Niewiele. Ale nie lubię Krukonów.
– Niby dlaczego? – zapytała Hestia, zanim zdążyła się pohamować.
– To zbyt długa historia. – Uśmiechnęła się pod nosem. – Więc co takiego się stało, że opuściłaś zacisze biblioteki i rozmawiasz z niebezpieczną Ślizgonką?
– Niebezpieczną? – zdziwiła się czarnowłosa.
– Tak mówią.
– Ale… dlaczego? Nie wydajesz się niebezpieczna. Kim ty w ogóle jesteś?
– Dainah Pool – odparła blondynka, patrząc uważnie na Krukonkę przymrużonymi oczami. – Niewątpliwie “życzliwi” informowali cię o co ciekawszych momentach mojego życia… – Przywołała na usta drwiący uśmiech i czekała na reakcję.
– Coś może i słyszałam – przyznała Hestia. – Ale to nie znaczy, że teraz wstanę i sobie pójdę.
Dainah znów uśmiechnęła się smutno, tak samo jak na początku rozmowy.
– Może masz i rację. To najwyższa pora, żebym ja wstała i poszła. – W drzwiach zatrzymała się na chwilę. – Cóż, mam nadzieję, że twój bunt się uda… Trzymaj się, mała.
– Czekaj! – Hestia podeszła krok bliżej.
– Co?
– Mam nadzieję, że jeszcze porozmawiamy.
Panna Pool uniosła brwi w zdumieniu. Po chwili jednak się opanowała i z lekkim uśmiechem odparła:
– Tego możesz być pewna.

***

Hestia niespokojnie przewracała się z boku na bok, nie mogąc usnąć. A jeśli nawet jej się to udawało – wpadała w lepką ciemność pełną bezpostaciowych szeptów i anonimowych postaci, uciekających, nim zdąży je dogonić. Zwykle budziła się, gdy była o krok od poznania tajemniczej postaci bawiącej się z nią w kotka i myszkę.
Rano była zlana potem i niewyspana. Stojąc pod prysznicem zaczęła się zastanawiać, co te sny mogą właściwie oznaczać. Może za dużo zjadła na kolację? A może powinna jednak chodzić na wróżbiarstwo?… Wtedy wiedziałaby, co te sny znaczą.
Była już wiosna, pora roku, którą Matka Natura stworzyła specjalnie dla zakochanych. Logicznym więc wydawało się, że Krukonka nie tylko nie cieszyła się z odejścia mrozów, ale była tym faktem wręcz przerażona. Za chwilę na błonia wyjdą pary trzymające się za rączki i szepczące sobie czułe słówka… A wśród tych par na pewno będzie ON.
„Przestań, Hes”, zganiła się w myślach. „Miałaś o nim zapomnieć raz na zawsze.”
Łatwiej jednak było pomyśleć, a trudniej wykonać. Mięśnie nie słuchały wewnętrznych nakazów: nie odwracały głowy, gdy on patrzył na stół Krukonów w czasie posiłków, nogi nie udawały, że jej nie prowadzą na boisko quidditcha… Zawsze, prędzej czy później się tam zjawiała. Mówiła sobie, że to ostatni raz, że po prostu chce udowodnić, że drugi raz nie zmarnowałaby szansy. Ale szansy na co? Wiedziała, że on kocha inną. Wiedziała, że ona się mu nie spodoba.

***

Któregoś dnia siedziała na trybunach, patrząc tęsknie w stronę zamku. „A może jednak dziś… może tu przyjdzie, spojrzy na mnie…” mówiła sobie. To nic, że treningi Gryfonów odbywały się o innych porach – wtedy widownia była zawsze pełna. Teraz mogła liczyć na to, że on zechce urządzić sobie samotny trening.
Otworzyła jakąś księgę i z westchnieniem zaczęła czytać. Nawet nie zauważyła, gdy ktoś obok niej usiadł.
– Znowu na niego czekasz? – Blondynka patrzyła w niebo. – Tracisz czas. Nie przyjdzie.
– A skąd ty to możesz wiedzieć?!
– Uwierz, że wiem o nim trochę więcej od ciebie. Nawet, jeśli się pojawi, to nie licz na nic. On nie potrafi odwzajemniać uczuć.
– Ale…
– Hestio, nie chcesz wiedzieć. – Dainah poprawiła sznurowadło i znów zapatrzyła się w niebo. – Słyszałaś kiedyś, że chwali się swoimi „trofeami”?
– Nie…
– Może to tylko plotka, ale wiedz jedno. Nie chciałabyś się tam znaleźć. Żadna z dziewczyn, które się tam znalazły nie była zadowolona.
– Skąd…
– Bo JA też się na tej liście znalazłam – ucięła i spojrzała na Krukonkę uważnie. – Zadurzyłam się w Blacku jakiś czas temu. Stara historia… W każdym razie rozumiem, co czujesz. Dlatego ci to mówię. To sukinkot i szkoda tracić na niego czas.
– Nie.
Blondynka spojrzała na nią ze zdziwieniem. Hestia zdawała się mieć łzy w oczach.
– Co „nie”?
– Nie masz racji. Ja… ja wiem, że nigdy z nim nie będę, ale to na pewno wspaniały chłopak. A ty jesteś po prostu zazdrosna!
Ślizgonka wybuchła głośnym śmiechem i musiała naprawdę długo się opanowywać, by kontynuować rozmowę.
– Tak sądzisz? Skoro tak, to chyba powinnaś sama się przekonać, jak to jest. Skoro nie potrafisz się uczyć na cudzych błędach… Chociaż mało jest ludzi, którzy to potrafią. Sama musiałam się tego nauczyć, a i tak nie wiem, czy w pełni mi się udało. – Uśmiechnęła się smutno. – Powodzenia, mała. Nic więcej nie mogę ci w tej sytuacji życzyć.

***

Nadszedł czerwiec i zakończenie roku. Hestia pluła sobie w brodę, że straciła tyle okazji, żeby porozmawiać z Syriuszem. W przyszłym roku już go tu nie będzie – założy szczęśliwą rodzinę z jakąś piękną dziewczyną i będzie miał dobrą pracę. A ona już nie będzie miała powodu, żeby siedzieć na trybunach, nie będzie miała na kogo zwalać wszystkich smutków, kogo za nie obwiniać.
Podjęła jednak decyzję. Porozmawia z nim. Pożegna się. Powie cokolwiek, nawet jeśli miałaby się przy tym zrobić czerwona jak furgonetka buraków zanurzona w czerwonej farbie olejnej. Jest to winna samej sobie – już nie jemu, tylko właśnie sobie.
Sprawdziła, czy nie ma go na błoniach; była pewna, że właśnie tam będzie spędzał ostatni dzień w Hogwarcie, ale pomyliła się. Wpadła na niego na korytarzu prowadzącym do Wielkiej Sali. Prawie go przewróciła, ale żadne z nich się nie odezwało. Zanim Hestia zebrała się na odwagę – Black wszedł do Wielkiej Sali.
Syriusz? – Zza drzwi dobiegł głos znajomej Ślizgonki.
Dainah, sądzę, że powinniśmy porozmawiać.
O czym? – Czy to była niechęć?
O tym, co się stało… O nas… – rzucił Gryfon.
Krukonka zrozumiała, że była ostatnią osobą, na którą chcieliby wpaść, a była pewna, że wpadną, bo słychać było zbliżające się kroki. Czarnowłosa szybko ukryła się za zbroją i zobaczyła, jak Syriusz i Dainah wychodzą z Wielkiej Sali. Nie trzymali się za ręce, ale dzieliła ich niewielka odległość, co wyraźnie wskazywało na to, że niechęć Ślizgonki już minęła. Wyszli na błonia.
Hestia cicho opadła na podłogę. Czuła się, jakby ktoś właśnie wrzucił jej serce do zamrażarki, a potem na rozgrzane do czerwoności igły. Spodziewała się tego po wszystkich… po wszystkich, tylko nie po niej. Myślała, że Dainah ją rozumie, ale teraz? Po tych kilku rozmowach, po tym co o nim mówiła…
Łza spłynęła po rumianym policzku.
– Mam nadzieję, że będziesz szczęśliwa… – szepnęła, choć chyba nikt nie mógł zdawać sobie sprawy, ile ją kosztowało wypowiedzenie tych kilku słów.

***

Wakacje chyba jeszcze nigdy nie wydawały jej się taką męczarnią. Nie cieszyły jej niezłe wyniki sumów, nie zauważyła jak dumna była jej matka – na arkuszu widniały same „Powyżej Oczekiwań” i „Zadowalające”, a nawet jeden „Wybitny”. Co prawda nie zdała Historii Magii, ale mało komu udawało się zdać bez przygotowania; bo trudno nazwać przygotowaniem przekartkowanie trzynastu grubych tomów dzień przed egzaminem. Hestia już wchodząc na salę pogodziła się z wynikiem i walczyła tylko o Nędzny, zamiast Okropnego.
Teraz jednak miała chandrę i nie cieszyły jej tak przyziemne sprawy. Właściwie mało co ją cieszyło. Gdy odwiedzały ją przyjaciółki, zdobywała się na nikły uśmiech, by ich nie martwić. Jednak wszystkie wiedziały, że to iluzja – Hestia czymś się dręczyła, ale wyraźnie robiła dobrą minę do złej gry. A skoro sama nie chciała rozmawiać, to trudno było ją na zwierzenia namówić. Zresztą jedyna Maggie wiedziała co naprawdę się stało, choć naturalnie nie wiedziała o ostatnim dniu szkoły. Zawsze, gdy miała na końcu języka pytanie o powód zmartwienia przyjaciółki, coś nie pozwalało jej tego pytania zadać. Wiedziała dobrze, dlaczego Hestia tak się czuje. Ten Black. Ten cholerny, przystojny Gryfon, z uczuciem do którego nie radziła sobie połowa hogwarckich dziewcząt.
Wiedziała, co powinna zrobić. I była tego pewna, dopóki sowa nie znikła za horyzontem. Potem nabrała wątpliwości…

***

Po dwóch miesiącach humoru pod zdechłym kotem, Hestia stała się taka, jak dawniej – wesoła i pogodna. Wyglądało na to, że pogodziła się z utratą obiektu westchnień. Po dwóch miesiącach użalania się nad sobą, odrodziła się na nowo. Nikt nie wiedział, co tak naprawdę się w niej zmieniło przez te wakacje, ale jedno było pewne: panna Brown wydoroślała. A przynajmniej wszyscy mieli takie wrażenie. Sama Hestia unikała tematu Blacka i nadal nie dopuszczała przyjaciółek do swej tajemnicy. Wolała, by pozostało to tylko jej sekretem. Zwłaszcza, że naprawdę życzyła Dainah szczęścia, choć większość myśli o niej powodowała nieprzyjemne ukłucie żalu. Miała wrażenie, że zaczynała ufać Ślizgonce, że ona ją rozumie… Widać bardziej rozumiała Blacka.
Krukonka bezmyślnie patrzyła przed siebie. Siedziała już w Wielkiej Sali i czekała na rozpoczęcie Ceremonii Przydziału. Nie myślała o niczym, po prostu wodziła wzrokiem po Sali. Zupełnie nieświadomie zatrzymała spojrzenie na Chrisie Jones, jej równolatku z Hufflpuffu. Czy tylko jej się tak wydawało, czy Chris zmienił się przez wakacje? Zawsze na zielarstwie wydawał jej się nieporadnym, ale uczciwym i sympatycznym chłopakiem. A teraz… coś było inaczej.
Dziewczyna oderwała od niego spojrzenie i patrzyła teraz na Tiarę Przydziału. Nie wiedziała jednak, że siedząca obok niej Maggie doskonale wiedziała, w którą stronę patrzyła. I ruda Krukonka postanowiła tym razem pomóc zawczasu.

***

W opuszczonym korytarzu, będącym rzadko uczęszczanym skrótem do biblioteki, zadudniły kroki. W świetle pochodni raz po raz widoczna była niewysoka postać. Szła szybko i pewnie, wiedząc dokąd zmierza. Istotnie, musiała wiedzieć, gdyż w pewnym momencie zatrzymała się i stuknęła różdżką w odpowiednie cegły. Poczekała, aż ukaże się tajne przejście i weszła do pokoju. Nie był on wiele większy od schowka na miotły, ale stał tam fotel i stolik. Doskonale wiedziała, kogo na tym fotelu zastanie.
Bez słowa usiadła na stoliku i poczekała na reakcję chłopaka.
– Sawyer?! A co ty tu robisz?
– Chciałam pogadać, Jones.
– Ale… dlaczego tu?
– Nie sądzę, by świadkowie byli nam potrzebni.
Maggie popatrzyła na niego krytycznie. Zdecydowanie nie był ideałem chłopaka, ale ona zrobi z niego ideał. Żeby tylko Hestia była szczęśliwa.
I faktycznie, udało jej się to, ale jeszcze nie wiedziała jakim kosztem.

***

Była już dość późna jesień. Drużyna Ravenclawu wygrała mecz z Gryfonami i właśnie hucznie świętowali to zwycięstwo. Maggie z radością patrzyła na Hestię i Chrisa. Rozmawiali ze sobą bardzo przyjaźnie, a do tego ona prawie wcale się nie rumieniła. Ruda poczuła się dumna – w końcu to po części jej zasługa.
Następnego dnia po imprezie udało jej się spotkać Hestię w łazience. Szczotkowała właśnie włosy, nucąc pod nosem jakąś piosenkę. Wyglądała na szczęśliwą.
– Udany wieczór, prawda? – zagadnęła Maggie.
– Tak, bardzo dobrze się bawiłam – przyznała czarnowłosa.
– Wiedziałam, że się pozbierasz. – Przez piegowatą twarz dziewczyny przebiegł grymas zastanowienia, ale jednak zadała pytanie, które chodziło jej po głowie. – Myślisz jeszcze o nim?
– O kim? – zapytała Hestia, rumieniąc się jak za dawnych czasów.
– Wiesz… o Syriuszu. Przeszło ci już to zauroczenie?
– Tak, raczej tak. Chris jest uroczy. Naprawdę nie wiem, jak mogłam tego wcześniej nie dostrzegać.
– To dobrze, bo chyba powinnaś o czymś wiedzieć. Sowa przyleciała dziś rano… – Ruda podała jej niewielki kawałek pergaminu. Były na nim napisane trzy słowa, które zatrzęsły jej już ułożonym światem.
„Zerwali. Jesteś szczęśliwa?”
Rozpoznała pismo Lily Evans. Ale co ona mogła… Domyśliła się, że to sprawka Maggie. Nikt inny nie mógłby czegoś takiego wymyślić.
– Tak – przyznała winowajczyni, jakby wiedząc o czym Hestia myślała. – Napisałam do niej w wakacje. Wyłożyłam całą sprawę. Obiecała mi napisać, jeśli coś się zmieni… Ale nie wiedziałam, że tak szybko to nastąpi. Po prostu chciałam, żebyś wiedziała. Ale to niczego nie zmienia, prawda Hes?
Dziewczyna nie odpowiedziała. Cały czas wpatrywała się w list. „Jesteś szczęśliwa?”, zapytywała Lily. Na pewno liczyła, że to ją ucieszy. A może miała zamiar wymusić na niej wyrzuty sumienia? To liczyło się najmniej. Ważniejszym było określić, co właściwie czuła. Czy była szczęśliwa? Czy ta wiadomość miała dla niej jakieś znaczenie? Czy to coś zmieni? Miała w głowie mętlik. Wiedziała tylko, że informacja ta zrobiła na niej większe wrażenie, niż powinna.

***

– Hestio Anne Brown! Masz w tej chwili otworzyć drzwi!
Cisza. Brunetka odparła się o klamkę, plecami przywierając do drewnianej powierzchni. Miała wrażenie, że przyjaciółka robi jej na złość. Chociaż… czy na pewno nadal mogła ją określać mianem przyjaciółki? Tak dawno ze sobą szczerze nie rozmawiały. Właściwie jeśli już wymieniały jakieś spostrzeżenia, to tylko na temat bieżących prac domowych, albo ona żaliła się na Grega. Może powinna jednak bardziej się zainteresować tym, co Hestia przeżywa? Wiedziała od Maggie, że było jej ciężko, bo beznadziejnie durzyła się Blacku, który nie dość, że skończył szkołę, to jeszcze związał się z jakąś Ślizgonką. A potem, tydzień temu, przyszedł ten list i zaczęło się dziać coś niedobrego.
– Hestio, proszę! Otwórz te drzwi, albo je wysadzę!
Nadal brak reakcji. Znów oparła się o wciąż zamknięty przedmiot sporu. Zaczęła się zastanawiać, kiedy właściwie ich przyjaźń zaczęła się psuć. Co chwilę również pojawiało się pytanie „kiedy Hestia otworzy te piekielne drzwi”. Jak na życzenie, drzwi się otworzyły, a ona sama zaliczyła kontakt trzeciego stopnia z podłogą.
– Przepraszam, Natalie – mruknęła czarnowłosa, pomagając jej wstać.
– Nic się nie stało. – Brunetka szybko oceniła strój przyjaciółki. Była pewna, że wybiera się na jakieś spotkanie. Mogła tylko mieć nadzieję, że to spotkanie z Chrisem. Wolała jednak nawet nie pytać, bo mogłoby to być źle odebrane. Popatrzyła tylko jak panna Brown wybiega z pokoju wspólnego, pozostawiając ją na progu łazienki.

***

– Więc jesteś pewna, że ten list niczego między nami nie zmienia? – szepnął Chris, patrząc na nią z nad „Standardowej księgi zaklęć, stopień szósty”.
– Chris, to nie ma znaczenia. Wiem, dość długo mi to zajęło, ale doszłam do wniosku, że to było dawno, a ja byłam głupia i… – urwała, rumieniąc się przy tym.
– To świetnie. Już się bałem, że jednak będziesz wolała Blacka… Wiesz, miał takie powodzenie, że…
– Nie przypominaj mi. To było głupie zauroczenie. Wyrosłam z tego.
Chris nic nie odpowiedział, tylko uśmiechnął się do niej, powodując, że rumieniec stał się jeszcze bardziej widoczny. Ale jemu to nie przeszkadzało – lubił, jak się rumieniła. Właściwie lubił ją niezależnie od tego, jak wyglądała czy co robiła – po prostu za to, kim była. Koledzy z dormitorium przestrzegali go, że dziewczyna może mu złamać serce, jeśli tylko w zasięgu jej wzroku zjawi się Black, ale Puchon się tym nie martwił – konkurent skończył już szkołę i mało prawdopodobne, by Hestia kiedyś go jeszcze spotkała.

***

– Hes, czekaj! – Szybkie kroki odbiły się echem od ścian i sklepienia korytarza. Po chwili blondynowi udało się ją dogonić i przez chwilę szli ramię w ramię, pogrążeni w milczeniu.
– Więc… jak ci poszły owutemy? – zapytała dziewczyna, czując, że cisza staje się coraz bardziej niezręczna.
– Co? Ach tak, owutemy. Nieźle, chyba nawet nieźle. – Chris zamilkł na chwilę. – Tak się zastanawiam, co z nami będzie jak skończymy Hogwart. Przecież już czerwiec, za kilka dni koniec roku i…
Krukonka zatrzymała się na chwilę i utkwiła spojrzenie w chłopaku.
– Zastanawiałam się nad tym samym – powiedziała cicho. – Gdzie chcesz znaleźć pracę?
– Myślałam o karierze uzdrowiciela, ale nie wiem, czy nie przyjmą do Świętego Munga. Wiem, że są jeszcze inne placówki tego typu, ale Mungo jest najlepszy. A ty?
– Ja chciałam znaleźć spokojną posadkę w Ministerstwie. Nie mam zbyt wielkich ambicji – mruknęła, przypominając sobie, jakie kariery zaplanowały jej przyjaciółki. Maggie zostanie aurorką, Natalie miała już zaklepany stołek w Ministerstwie, prawdopodobnie gdzieś przy Departamencie Tajemnic, Camilla dostała propozycję śpiewania w Zwęglonych Ogniomiotach i chciała poświęcić się karierze wokalnej. A ona?…
– Jestem pewien, że znajdziesz wymarzoną pracę – stwierdził z mocą Chris. – Obiecaj mi tylko jedno. Że nie zapomnisz o mnie, że kiedyś się jeszcze spotkamy i wtedy ja… wtedy zrobię to, na co mi dziś nie starczyło odwagi.
Pocałował ją w policzek i ruszył do swojego dormitorium.
Krukonka odruchowo pogładziła się po policzku i przypomniała sobie słowa Puchowa. Na co mu mogło zabraknąć odwagi? Czyżby… Nie chciała nawet myśleć.

***

Obiecywała sobie, że nigdy nie zapomni tych lat spędzonych w Hogwarcie, ale wspomnienia z czasem pokrył kurz.
Była pewna, że nigdy nie stanie się szarą biurokratką, jakich wiele w Ministerstwie, ale ta pewność się wiele razy zachwiała.
Wierzyła, że ślub z Chrisem Jonesem był najlepszym, co jej się tylko mogło w życiu przytrafić. Biała suknia, bukiet, w tle uroczysta muzyka, podniosłe słowa przysięgi, ciepłe oczy Chrisa… Jakie to wszystko było dla niej wtedy ważne. Nie spodziewała się, że może tak szybko stracić swoją wagę. Już kilka dni po weselu miał wrażenie, że coś dzieje się za jej plecami, choć nie mogła wiedzieć, ani nawet podejrzewać co. Jej mąż był nadal taki, jak dawniej, a przynajmniej starał się taki być. Hestia przekonywała samą siebie, że nic się nie dzieje, że to normalne. Niestety, rozmowy przez kominek z Maggie wcale nie utwierdzały jej w tym przekonaniu, a trzeźwe spojrzenie Natalie pomogło jej wygrzebać się z dołka.
Pragnęła na zawsze wyrzucić ten obraz z pamięci, zmazać go, usunąć, ale jednocześnie pielęgnowała jak drogi kwiat, nie pozwalając mu wyblaknąć. Kilka sekund, które potrafią zmienić całe życie. Dwie osoby, które były jej najdroższe na świecie. Camilla Parker i jej mąż, Chris Jones. Bardzo sobą zajęci, nie zauważyli jej wejścia do pokoju. Dopiero gdy chrząknęła, oderwali się od siebie. Żadne nawet nie próbowało się tłumaczyć. Zapadła krępująca cisza, przerwana dopiero trzaśnięciem drzwi za wychodzącą Hestią.
Wiedziała, że musi się z nim rozstać. Nie zdążyła. Dwa dni później został zamordowany przez śmierciożerców. Ich związek się skończył, choć nie przypuszczała, że nastąpi to tak gwałtownie. Miała wrażenie, że się nie pozbiera po tej stracie, że to za dużo jak dla niej. Ale życie toczyło się dalej, początkowo gdzieś obok, potem powoli wprowadzając ją w swój nurt. Skokiem na głęboką wodę był jednak dzień, w którym Maggie zaprosiła ją na tajemnicze spotkanie. Hestia nie była pewna, co właściwie to zebranie miało na celu – przez kilka godzin rozmawiano o Tym, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać. Zrozumiała dopiero kilka dni później, gdy Maggie przyniosła jej zaproszenie na zebranie Zakonu Feniksa.

***

– I na koniec chciałbym przedstawić Hestię Jones, która dołączy do Zakonu. Złożyła już przysięgę. – Dumbledore uśmiechnął się serdecznie, a ona poczuła, że trema nieco maleje. Przyjrzała się wszystkim będącym na Sali i usiadła obok Maggie.
Zebranie powoli się kończyło, bo – jak wyjaśnił dyrektor – nie dotarł ważny człowiek z jeszcze ważniejszą informacją. To były ciężkie czasu i wszyscy bali się najgorszego. Siedząca przy końcu stołu była Ślizgonka, Dorcas Meadowes smętnie patrzyła na drzwi, wyraźnie kogoś oczekując. Hestia była pewna, że słyszy, jak dziewczyna szepcze zbielałymi od przygryzania wargami „on wróci, wiem, że wróci”. Zauważyła, że szczupłe palce szatynki skubią nerwowo serwetkę.
– Co jej jest? – szepnęła czarnowłosa do siedzącej obok przyjaciółki.
– Och, to dłuższa sprawa. Jest zakochana i… powiedzmy, że nie był to najlepszy wybór.
Dziewczyna pokiwała głową i ze współczuciem spojrzała na Dorcas. Świetnie ją rozumiała, też przez coś takiego przeszła. Zapatrzyła się w okno, wspominając jak to było kiedyś. Ile czasu właściwie minęło od śmierci Chrisa? Nie mogła być pewna. Pół roku? Rok? Sto lat? Teraz, kiedy siedziała w tym niewielkim pokoju, wykładanym dębową boazerią, w otoczeniu przynajmniej połowy Zakonu Feniksa, czuła, że wreszcie zaczyna żyć. Jasne promienie słoneczne załamywały się na szybach i oświetlały jej bladą twarz. Ostatnio długo nie wychodziła z domu, co się odbiło na cerze… Teraz słońce pobudzało ją do marzeń.
– Hes, rusz się. – Maggie zamachała jej ręką przed oczami.
– Co?… Chyba się zamyśliłam…
– Na to wygląda. Chodź, wszyscy już wychodzą. Jak się uda, to się załapiemy na sieć Fiuu. Nie mam ochoty iść w ten deszcz piechotą.
– Piechotą? Czemu? – Wolała pominąć kwestię deszczu, bo niewielka mżawka padająca w słońcu jej nie przeszkadzała.
– Środki ostrożności. No chodź.
Nie zdążyły nawet dojść do drzwi, bo wszyscy zaczęli się cofać i siadać na miejsca. Wrócił też Dumbledore, a za nim James Potter i – Hestii zabiło szybciej serce – Syriusz Black. Obaj uśmiechnięci, trzymali w rękach jakieś kartki. Pani Jones nie mogła się skupić – nie słyszała o czym mówili i dopiero szturchnięcie Maggie wyrwało ją z letargu.
– Teraz już musimy iść. Hes, na litość boską, co się z tobą dzieje?
– N-nic. Ja…
– Zamyśliłaś się?
– Tak, chyba tak…
– Nie mów, że znowu…
– Jakie znowu? Jakie znowu?! Nie może być żadnego „znowu”, skoro wtedy nic się nie wydarzyło! A zresztą…
– Idź do domu, Hes – powiedziała spokojnie Maggie. – Idź do domu, wypij herbatę, poczytaj dobrą książkę i nie myśl.
– Ale ja… – Czarnowłosa zawahała się. – Tak, tak właśnie zrobię.
Zamiar ten jednak spełzł na niczym, gdy w głównym holu wpadły na całą grupę Huncwotów. Peter Pettigrew nerwowo przestępował z nogi na nogę, patrząc przez okno. Remus Lupin przeglądał jakąś książkę leżącą na szafce obok. James Potter całował właśnie Lily Evans (czy też może już Potter?) i nie zwracał uwagi na otoczenie. Syriusz Black natomiast najzwyczajniej w świecie patrzył na nie i uśmiechał się pod nosem.
– Maggie, a kogo to przyprowadziłaś na zebranie? Mam wrażenie, że od ostatniego czasu w Zakonie pojawiło się tyle nowych twarzy…
– Wydaje mi się, Syriuszu, że powinieneś znać Hestię. Z Hogwartu. Była ze mną na roku. – Rudowłosa zaakcentowała imię przyjaciółki, z czego ta nie była wcale zadowolona.
– Hestia? – wymamrotał Syriusz, prawie rozbierając Maggie wzrokiem. – Zupełnie nie kojarzę. Może umówimy się na kolację, powspominać?
Stojąca nieopodal Dorcas w milczeniu łykała łzy i tylko drżące usta wskazywały na to, jakie emocje nią targają. Hestia poczuła, jak burzy się w niej krew. Jak on śmiał! Flirtuje otwarcie z Maggie, kiedy ona i ta biedna dziewczyna konają z zazdrości! Jak mógł się tak bawić ich uczuciami? Przecież musiał sobie zdawać sprawę z tego, co się dzieje!
– Przykro mi, nie mam czasu – odparła ruda takim tonem, jakby naprawdę jej było żal.
– Cóż, trudno. – Black uśmiechnął się, jakby chciał pokazać jaki jest wspaniały. – Mam nadzieję, że kiedyś jeszcze znajdziesz dla mnie czas.
Maggie nie zdążyła nic odpowiedzieć, bo kolejka do kominka się ruszyła i Syriusz znikł w zielonych płomieniach wraz z resztą Huncwotów. Rudowłosa spojrzała na przyjaciółkę, ale Hestia nie zauważyła tego badawczego spojrzenia – jej wzrok był utkwiony w ścianie.
– Chyba powinnyśmy porozmawiać – zauważyła cichym, pustym głosem.
– Tak. – Panna Sawyers nie wyglądała na zachwyconą. – Tak sądzę…
Obie straciły nadzieję na spokojne popołudnie z herbatą i dobrą książką.

***

Długie, brązowe zasłony drgały lekko, poruszane spokojnym wiatrem. Salon mieszkania przy October Street był ciemny i ponury – zapalona była tylko jedna, niewielka lampka, stojąca w rogu pokoju. Światło wydobywające się przez wzorzysty abażur rzucało dziwne i straszne cienie na sufit i ściany. Siedzące w pokoju kobiety nie zważały na ciemność.
– Więc… spotkaliście się? – zapytała czarnowłosa.
– Można to chyba tak ująć, – przyznała ruda – ale nie znasz całej prawdy.
– Całej prawdy? – syknęła. – Prawda jest taka, że dobrze wiedziałaś o wszystkim, a jednak…
– A jednak co? Hestia, opanuj się! Ty miałaś męża i zapierałaś się, że Black ci przeszedł! A ja też miałam prawo wierzyć, że mogę sobie ułożyć życie!
– Ale przecież wiedziałaś! Jak mogłaś!…
– Zrozum, że nie wszystko się kręci wokół ciebie! Zeszłaś ze sceny, a on się zainteresował mną! Co miałam robić? Zgrywać świętą i odpowiedzieć najprzystojniejszemu facetowi, jakiego widziałam, że nie umówię się z nim, bo moja zamężna przyjaciółka kochała się w nim w Hogwarcie?
– Tak postąpiłaby prawdziwa przy…
– Nie, tak postąpiłaby skończona idiotka. – Maggie zerwała się z fotela, ale zaraz z powrotem nań opadła, jakby ten nagły zryw pozbawił ją wszystkich sił. – Może masz trochę racji, nie powinnam się tak zachowywać, ale spróbuj spojrzeć na to od mojej strony. Podobał mi się, nie miałam żadnych zobowiązań, kolacja wydawała się świetnym pomysłem…
– Żadnych zobowiązań?…
– A czego byś ode mnie oczekiwała? Celibatu? Pomyśl rozsądnie…
– Nie, nie mówię o celibacie, tylko… – Hestia poczuła, że robi jej się głupio. Była pewna, że się rumieni.
– Tylko co? Powiedz, bo nie potrafię cię zrozumieć.
Czarnowłosa zdawała sobie sprawę, że zachowuje się żałośnie. Musiała przyznać, że zazdrościła Maggie – ruda zdobyła coś, na co ona nigdy by się nie zdobyła. Jadła z nim kolację, spędzili razem czas, może nawet… Jej wyobraźnia przedstawiała coraz śmielsze obrazy „dobrego spędzania czasu”. Nie mogła się uwolnić od tych wizji tak samo, jak nie mogła wybaczyć przyjaciółce tej „zdrady”.
– Maggie, przepraszam, ale chyba będzie lepiej… Pójdę już.
Rudowłosa wykonała taki gest, jakby chciała ją zatrzymać, ale zrezygnowała. Dopiero, gdy usłyszała trzaśnięcie drzwi, wstała, wyłączyła lampkę i usiała na podłodze, podciągając kolana pod brodę. Łza potoczyła się po jej policzku. Po niej następna i następna… Panna Sawyers przestała je w końcu hamować.

***

Rzęsisty deszcz zmywał z brudnych chodników kurz całego dnia. Rudowłosa kobieta szła szybko do domu, stukając głośno obcasami. Po raz pierwszy od tak dawna naprawdę spieszyła się z powrotem. To wspaniałe uczucie, że ma na co czekać. Chciało jej się śpiewać, uśmiechać się do obcych ludzi, przelać swoją radość w innych. Wreszcie ktoś ją dostrzegł i zaprosił na kolację. I to dziś!
Szybko wbiegła po schodach i otworzyła drzwi mieszania. October Street jeszcze nigdy nie wydawało jej się tak piękne. Mieszkanie nie było małe, a przytulne. Meble przestały być dziwne, tylko stały się interesujące. Czy to miłość sprawia, że widzi się świat inaczej? Jeśli tak, to ona kocha najsilniejszym uczuciem, jakie znała.
Wyszykowała się, założyła nową sukienkę, uczesała się według porad znalezionych w mugolskim piśmie, zrobiła nawet makijaż i skropiła się sporą ilością ulubionych perfum. W końcu to kolacja w najlepszej mugolskiej restauracji, jaką kiedykolwiek znała. I to jeszcze z kim!
Kiedy o dziewiętnastej rozległ się dzwonek do drzwi, nie mogła w to uwierzyć. Ale jednak – na jej progu stał Syriusz Black z luźno zawiązanym krawatem, nonszalancko opadającymi na czoło czarnymi włosami i uśmiechem na ustach. A w ręku trzymał czerwoną różę.
– Nie trzeba było. – Zarumieniła się. Jak Hestia. Czy to wyrzut sumienia?
– Piękne kobiety zawsze powinny dostawać piękne kwiaty – odpowiedział, wchodząc do mieszkania. – To jak, gotowa?
– Jasne, wezmę tylko płaszcz. – Zamilkła na chwilę. – Jesteś pewien, że to nie za duży wydatek?
– Nie, skąd. Zaufaj mi, Maggie.
Dlaczego, dlaczego mu wtedy zaufała?
– Ufam ci, jak możesz wątpić.
A potem wyszli do restauracji. Dziewczyna zastanawiała się, czy to naprawdę w porządku, że on stawia całą kolację. Gdyby szli na hamburgera to co innego, ale wykwintna kolacja… Zresztą, dlaczego się w ogóle zgodziła? Przecież nie pasuje do eleganckiego wystroju restauracji. Nie umie być damą.
To przez ten uśmiech! Zawsze wszystko było przez ten uśmiech.
– Co zamawiasz? – zapytał, gdy już usiedli przy stoliku i przyszła kelnerka z kartami dań.
– A ty? – Nie wiedziała co zamówić. Wszystko wyglądało tak… dziwnie.
– Chyba Befstrogonowa. Podobno mają tu świetne.
– To ja też. – Uśmiechnęła się z ulgą. Nienawidziła składać zamówienia.
Dopiero kiedy kelnerka przyniosła im kolację, Maggie zaczęła rozglądać się po pomieszczeniu. Ich stolik był na uboczu, z jednej strony przylegał do okna, z drugiej do ściany, trzecią stanowił bardzo dorodny kwiatek, przez który nie było widać nawet sąsiedniego stolika. Innymi słowy, byli w całkowitym odosobnieniu, które jeszcze potęgowała świadomość, że kelnerka nie wróci, póki jej nie zawołają, a okno wychodzi na ślepą uliczkę.
Stojąca na stole świeczka rzucała cienie na cały kącik, grała światłem w kieliszku, który trzymał w ręku, świeciła się w jego oczach. Do tego to wino było takie smaczne, skąd wiedział, że takie akurat lubi? Czy to nie za piękne, żeby było prawdziwe? Spotykali się właściwie od dwóch tygodni. Czy taka kolacja to dobry „kaliber” spotkań po takim krótkim stażu znajomości?
Czy w tym momencie powinna zapalić się w głowie czerwona lampka ostrzegawcza?
Ale niestety, nie zapaliła się. Wszystko zaczęło pędzić coraz szybciej i szybciej: wino, obiad, wino, deser, wino, usta Syriusza na jej szyi, wino…
Dlaczego tu jest tak ciepło? Syriusz chyba też to zauważa…
Czy to mój płaszcz? Wygląda znajomo.
O, od razu lepiej. Ten chłód nocy… Dzień dobry, panie kierowco!… Syriusz, nie szarp mnie, chciałam się przywitać!
Gdzie wsiadamy? Nie znam tego kierowcy. Wygląda jak McGonagall z wąsami.
Niedobrze mi. Wiesz, że mogę zarzygać tapicerkę?
Znów chód? Dojechaliśmy? Cholera, chyba złamałam obcas… A mama mówiła, nie noś szpilek…
Dużo jeszcze tych schodów? Mam nadzieję, tak mi miło, jak mnie obejmujesz…
To moje mieszkanie? Chyba tak. W takim razie usiądę. Może podłoga przestanie wirować. Jasne, siadaj obok.
Co robisz? Przecież ta sukienka… Zresztą nieważne. Nie przerywaj…

Rano obudziła się obok niego. Naga.
Chyba nikt nie musiał jej tłumaczyć co się stało.
Spojrzała na śpiącego obok Syriusza, matczynym gestem poprawiła kołdrę i zagryzła wargi. Czy to na pewno było dobre?… Nie powinna tyle wczoraj pić. I nie powinno do tego dojść.

Kiedy patrzyła na to z perspektywy czasu – nie żałowała. A przynajmniej nie aż tak, jak oczekiwałaby tego od niej Hestia. Zresztą, niech sama przyzna, która dziewczyna w Hogwarcie o tym nie marzyła!
Pociągnęła kolana pod brodę i otarła łzy. Nie będzie płakać.

***

Hestia siedziała na fotelu, jakby ktoś ją do niego przywiązał. Nie mogła uwierzyć własnym uszom – to, co Maggie mówiła… Jak ona w ogóle mogła! Przecież to okropne, jak mogła tak postąpić! Jak mogła to teraz opowiadać, przecież… przecież to straszne.
Ruda usiadła na drugim fotelu i spojrzała na przyjaciółkę.
– Rozumiesz teraz, dlaczego musimy pomóc Natalie?
– Tak – przyznała czarnowłosa i zamilkła na chwilę.
Niewielki, ale słoneczny pokój wypełniła niemal namacalna cisza, której jednak żadna z kobiet nie chciała niszczyć. Wreszcie Hestia zdecydowała się odezwać.
– A możesz mi opowiedzieć co… co właściwie się stało między wami? Między tobą i Syriuszem, znaczy.
Maggie odwróciła głowę w obronnym geście. Była pewna, że to pytanie padnie, odkąd tylko głowa Hestii pojawiła się w jej kominku dwa dni temu i przeprosiła.
– Zrozum, nie chcę… rozdrapywać tego, co było. To przeszłość. Nie stało się nic poważnego, naprawdę. Zwykła kolacja. – Czuła się podle, mówiąc to. Ale nie mogła powiedzieć jej prawdy, nie mogła.
Czasami między ludźmi tworzą się niewielkie przepaści, które czasem, żłobione wzajemnymi kłamstwami i pretensjami, urastają do rozmiarów wysokich klifów, bezdennych przepaści, przez które nie ma mostu porozumienia. Zazwyczaj nawet nie zauważa się momentu, w którym się tworzą… Czy taki moment pojawił się właśnie teraz?

***

– Dlaczego… dlaczego to musiało się stać? – Brunetka chlipała cicho. Hestii ledwo udało się ją posadzić w fotelu, bo cały czas się wyrywała i chciała coś zrobić, choć sama nie wiedziała co.
– Nie wiem – przyznała czarnowłosa. – Czasami nie mamy wpływu na to, co się dzieje i choćbyśmy z całych sił chciały temu zaradzić, po prostu się nie da. Takie są… no, koleje losu.
– Nie rozumiesz, Hes? Nie rozumiesz, ile ona dla mnie znaczyła? Była moją przyjaciółką!
– Rozumiem, Natalie. Moją też kiedyś była… Dawno temu, wydaje się, że miliony lat temu, kiedy wszystko wyglądało inaczej… Teraz…
– Teraz jej już nie ma, więc może lepiej nic więcej nie mów, bo może ci się wyrwać o jedno słowo za dużo.
– Zrozum, co ona mi zrobiła! Mam prawo nie płakać po jej śmierci!
– Przyjaźniłyście się – syknęła Natalie. – Powinnaś to uszanować.
– Nasza przyjaźń się skończyła w momencie, w którym się z nim przespała. Możesz TO uszanować? – wybuchła Hestia. Od samego rana siedziała z Natalie na tej kanapie i próbowała zrozumieć, co się właściwie stało. Czy to już się zaczęło? Czy Życie zaczęło niszczyć przyjaźń, którą tak pieczołowicie budowały w szkole? Czy na spotkaniu absolwentów będzie więcej pustych krzeseł?
W niewielkim, ale bardzo schludnym pokoju zaległa cisza. Żadna z nich nie miała ochoty nic mówić. Dopiero wróciły z pogrzebu i trudno było ich nastrój sklasyfikować jako wesoły.
Natalie wreszcie wstała z sofy i skierowała się do kuchni. Hestia odetchnęła z ulgą. Niezręczna cisza została przerwana.
– Herbaty? – zapytała oschle brunetka.
– Jeśli to nie problem…
– Nie, mam nadmiar tych fusów… Wiesz, ona często wpadała na herbatkę…
Czarnowłosa wstała i powoli dotarła do krzątającej się w kuchni przyjaciółki. Widziała, że cały czas ma łzy w oczach, ale nie wiedziała jak jej pomóc. Czuła się taka bezsilna, a jednocześnie złość aż w niej kipiała. Jak ona mogła opłakiwać tę podłą, dwulicową… zdrajczynię! Wiedziała dobrze, że się nie lubiły i śmierć jednej z nich niewiele zmieniała.
– Natalie, zrozum… – wymamrotała. – Ona nie wróci, Sama-Wiesz-Kto ją zabił i to jest ostateczne…
– Ale dlaczego? Dlaczego właśnie ona?
„Przespała się z nie tym śmierciożercą, z którym powinna”, przemknęło Hestii przez myśl i od razu poczuła drobne ukłucie winy. Może nie powinna tak myśleć o zmarłej?
Nagle do drzwi wejściowych rozległo się ciche pukanie i weszła Maggie, cała ubrana na czarno, co w połączeniu z jej rudymi włosami wyglądało naprawdę ładnie. Rzuciła na podłogę torebkę i od razu podeszła do brunetki, całkowicie pomijając czarnowłosą.
– Wiem, jak musisz cierpieć – powiedziała współczująco. – Camilla była też moją przyjaciółką, rozumiem ten ból…
– Przynajmniej ty… – szepnęła przez łzy.
Hestia poczuła się całkowicie zbędna. Nie lubiła ckliwych scenek, a w tej na pewno nie chciała brać udziału. Wielkie Opłakiwanie Camillii Parker, tak obiecującej młodej damy, piosenkarki i kurtyzany z zamiłowania. „I złodziejki cudzych mężów”, pomyślała.
Cicho wycofała się z kuchni, chwyciła płaszcz i wyszła, zamykając bezszelestnie drzwi. Chciała iść do domu, wypić ciepłą kawę i spać przez następne miliony lat. Jaki sens miała dalsza egzystencja? Jedyne, co ją trzymało to chęć działania – czasami palący wręcz wewnętrzny przymus, żeby coś zrobić w kierunku zmiany obecnej sytuacji. Szkoda, że tak rzadko realizowany…
Dwie przecznice dalej dogoniła ją zziajana Maggie. Szarpiąc za rękaw zaprowadziła do ślepej uliczki, gdzie sama przysiadła na blaszanym koszu na śmieci, wskazując Hestii drugi. Kobieta z pełną godności miną podziękowała i spojrzała na rudą. Czego mogła chcieć? Przecież nie robić jej wyrzuty o to, co się stało u Natalie. Miała prawo wyjść.
– Wyszłaś – stwierdziła cicho Maggie.
– Tak, stanie tam i patrzenie jak ją razem opłakujecie nie miało sensu.
– Nie mów, że ciebie nie zabolała jej śmierć.
– Tak jak was? Nie, na pewno nie. Wiele lat jej tego szczerze życzyłam. Zasypiając wymyślałam coraz bardziej wyszukane sposoby śmierci, ale to, co się stało, było bardziej oryginalne od wszystkich moich wizji.
Prawda była taka, że Camilla Parker została zabita Avadą w plecy podczas aktu płciowego przez zazdrosnego śmierciożercę.
– Była twoją przyjaciółką.
– I spała z moim mężem. Tak też robią przyjaciółki?
– Poniosło ją. Była młoda i…
– Ja też byłam młoda!
– Nie kochałaś go.
– Jak możesz tak mówić… Jak śmiałaś… – Hestia się zatrzęsła ze złości, a na jej policzki wypłynął rumieniec, zdradzający emocje. – Wiele możesz mi zarzucić, ale nie to. Chris był dla mnie bardzo ważny, kochałam go jak…
– Jak przyjaciela? – wpadła jej w słowo Maggie. – Bo przecież nie tak, jak Syriusza.
Panna Sawyers wiedziała jak uderzyć, żeby bolało najbardziej. I właśnie trafiła w czuły punkt Hestii. Nawet nie zdążyła się ugryźć w język, nim poczuła dłoń czarnowłosej na prawym policzku.
– Nigdy więcej nie mów tak… rozumiesz? Nienawidzę cię! – krzyknęła pani Jones. – Nienawidzę cię za to, że zawsze byłaś taka pomocna, za to, że pomogłaś mi z Chrisem, za to, że tyle o mnie wiesz… I tak, za to, że byłaś z Syriuszem też. Nie mogę na ciebie patrzeć!
– Hestia, uspokój się! Zachowujesz się jak wariatka!
– Może jestem wariatką. Już dawno zwariowałam… Już dawno, Madeleine…
Nie czekając na reakcję rudej wyszła na ulicę i szybko pobiegła do domu. Nie obchodziło jej, że ludzie na ulicy dziwnie patrzą – chciała tylko jak najszybciej dotrzeć do swojego łóżka, zagrzebać się pod kocem i wypłakać wszystkie żale w bordową poduszkę.

***

30 lipca 1980, poniedziałek.
Drogi pamiętniczku, jakkolwiek to brzmi, a wiem, że brzmi idiotycznie, Natalie przysłała mi dziś sowę. Napisała, że Maggie wyjechała. Myślisz, że to moja wina? Przecież nie chciałam… To wszystko, co się stało… Po co ona to mówiła? Nie powinna była, gdyby nie to…
Gdyby nie to nadal bym się nad tym zastanawiała, taka jest prawda. Ona zawsze znała mnie lepiej, niż ja samą siebie. Wiedziała, że tak było. Dlaczego tak zareagowałam, skoro mówiła prawdę? Czy prawda mogła mnie aż tak zranić? Widocznie tak. Jestem za słaba… nie umiem sobie radzić z takimi sytuacjami. Dlatego właśnie zgodziłam się spotkać z Natalie. Liczę, że mi pomoże albo chociaż… Nie, nie wiem na co liczę. Po prostu trudno mi zrywać przyjaźń, jeśli kiedykolwiek przyjaciółkami byłyśmy.
Jak mogę w to wątpić? Byłyśmy!
Tylko czy jesteśmy nadal?…

***

Dziurawy Kocioł wyglądał jak zwykle, ponury i pełen dziwnych typów. Hestia nigdy nie lubiła tu niczego zamawiać – miała wrażenie, że barman pluje do drinków, które są podawane w szklankach w większości składających się z kurzu. Mimo to przystała na prośbę Natalie, by spotkać się właśnie tu.
Brunetka siedziała w kącie i czytała „Proroka codziennego”. Pani Jones podeszła do niej i bez słowa usiadła naprzeciwko.
– Cześć – powitała ją przyjaciółka.
– Mhm – mruknęła Hestia. – O czym chciałaś rozmawiać?
– Napisałam ci wczoraj, że Maddie wyjechała… Nie przejmujesz się tym?
– To był jej wybór. Żałuję, że ostatnia rozmowa z nią wyglądała tak, a nie inaczej, ale chyba wróci, prawda?
– Nie liczyłabym na to, Hes. Była bardzo zdeterminowana. Krzyczała… nieważne, co krzyczała, boję się o nią. Była w takim stanie… może zrobić coś głupiego.
– Myślisz, że powinnyśmy ją znaleźć?
Natalie skinęła głową i otworzyła usta, by coś powiedzieć, ale nie dane im było dokończyć rozmowy, bo drzwi do baru się otworzyły i wpadli tam Huncwoci.
– Mam syna! – krzyknął James Potter. – Tom, kolejka dla wszystkich! Na mój koszt!

***

Było słoneczne popołudnie, a kamienica na obrzeżach Londynu, w której Hestia się właśnie znajdowała, miała okna zwrócone na południowy zachód, czyli w kierunku świecącego dość ostro słońca. Był środek sierpnia, pierwsze spotkanie Zakonu od narodzin syna Pottera i ucieczki Maggie. Czarnowłosa bała się tego zebrania. Bała się pustego miejsca obok siebie. I bała się też zobaczyć roześmianą twarz Dorcas, bo to ona była ostatnią zdobyczą Syriusza.
Hestia przez chwilę zastanowiła się, czy to nie obsesja – tak dużo spraw podporządkowała Syriuszowi, ciągle się nim interesuje, choć nie ma śmiałości. Czy on kiedykolwiek sam z siebie zwróci na nią uwagę? A jeśli tak, to jak ona się zachowa? Zaczynała podejrzewać się o najgorsze i nie była już niczego pewna.
Tymczasem Dumbledore mówił coś o zapewnieniu szczególnej ochrony członkom Zakonu mieszkającym na odludziu i narażonym na ataki śmierciożerców. Na koniec przemowy pogratulował Jamesowi i Lily syna. Ani słowem nie wspomniał o Maggie, choć Hestia cały czas się łudziła, że to on wysłał ją na tajną misję.
Po zebraniu jednak starszy czarodziej do niej podszedł i zapytał, co się stało z panną Sawyers. Czarnowłosa, chcąc nie chcąc, opowiedziała pokrótce co się stało, pomijając oczywiście szczegóły związane z Blackiem. Miała wrażenie, że Dumbledore nieco się strapił, ale nie pytał o nic więcej i pozwolił jej iść.
Była pewna, że wszyscy już wyszli, więc nie musiała się martwić, że na kogoś wpadnie w takim stanie – łzy same cisnęły jej się do oczu, a nie chciała płakać przy ludziach. Sama nie była pewna, co jest powodem – wspomnienie o Maggie, ogólna chandra czy zespół napięcia przedmiesiączkowego? Nieważne, powinna po prostu znaleźć łazienkę, obetrzeć łzy i wrócić do domu.
Jeszcze nigdy nie była w łazience w tej kamienicy, ale wiedziała, gdzie się znajduje. Szybko do niej podążyła, otwierając drzwi szarpnięciem. Po chwili jednak, zarumieniona do granic możliwości, zamknęła je i cofnęła się kilka kroków w tył. Wszystkiego się spodziewała, ale nie tego! Dlaczego tylko ona ma takie szczęście, by wpadać na Syriusza w dziwacznych momentach?! Szybko kucnęła, zbierając zawartość torebki, która sama wypadła jej z rąk. Niefortunne drzwi jednak zaczęły się powoli otwierać, a ona marzyła tylko, żeby zniknąć. Machnęła ręką na wszystkie drobiazgi, których nie zdołała zebrać i szybko weszła do kuchni, gdzie był kominek, przez który mogła dostać się do domu. Teraz już naprawdę chciało jej się płakać.

Tymczasem Syriusz Black, wyszedłszy z łazienki, zauważył na podłodze kilka kartek papieru, spinkę i dwie monety. Domyślił się, że ich właścicielką jest ta niewiasta, która wparowała do łazienki. Zauważył tylko, że ma dość długie, czarne włosy i jest niewysoka. Mogła być całkiem ładna, wypadałoby się tym zainteresować… Przejrzał wszystkie karteczki, najwięcej uwagi poświęcając tej, która okazała się być listem.
“Hestia Jones, Frederick Street 12, Londyn”, przeczytał.
“Chyba trzeba złożyć wizytę pani Jones”, pomyślał.

***

Hestia siedziała na łóżku przeglądając mugolską gazetę dla pań domu. Chciała sobie ugotować coś wykwintnego, bo miała serdecznie dość kanapek i naprędce gotowanych zup. Nie spodziewała się gości, na co wskazywał jej strój – stare, połatane dżinsy i za duży T-shirt, poplamiony farbami. Do tej pory żałowała, że uparła się sama pomalować ściany w salonie.
Jej myśli błądziły gdzieś wokół gęsi z borówkami i ananasem, kiedy rozległ się dzwonek do drzwi. Dziewczyna uznała, że to domokrążcy i nie warto nawet wstawać, ale dźwięk dzwonka rozległ się kolejny raz. Postanowiła sprawdzić, kto to. Cicho, na palcach podeszła do wizjera i zerknęła, od razu łapiąc się za serce, które najwidoczniej chciało wyskoczyć z piersi, przejść przez dziurkę od klucza i położyć się na wycieraczce. Na wycieraczce, na której stał Syriusz Black.
Czarnowłosa poczuła, że jest jej słabo. W co ona jest ubrana! I te włosy! Musi coś ze sobą zrobić! A jeśli on uzna, że nie ma jej w domu, odejdzie i już nie wróci? Musiała go wpuścić.
Niewiele myśląc otworzyła szafę, wyciągnęła z niej długi płaszcz i, mimo że był środek sierpnia, założyła go na siebie, starając się przy okazji doprowadzić włosy do stanu jako-takiej używalności. Teraz już nie miała wyjścia. Dzwonek rozległ się jeszcze raz, a potem zawtórowało mu szuranie. Syriusz się najwyraźniej niecierpliwił. Teraz albo nigdy. Musi otworzyć te drzwi.
Powoli wyciągnęła rękę, przekręciła klucz i szarpnęła za klamkę, przygotowując się, na to, że zobaczy rozbawienie w ciemnych i pięknych oczach Blacka. Niestety, ani oczu, ani ich właściciela nie było. Na wycieraczce leżała tylko róża i kilka drobiazgów, które wtedy wypadły jej z torebki. Podbiegła do poręczy schodów i wychyliła się. Słyszała jeszcze kroki.
– Syriusz! – krzyknęła za odchodzącym mężczyzną. Nie zareagował. Prawdopodobnie nie usłyszał, nigdy nie umiała głośno krzyczeć, a echo na klatce schodowej było praktycznie zerowe.
– Syriusz… – powtórzyła, opadając na najwyższy stopień. – Dlaczego?… Przecież bym ci otworzyła…
Ukryła twarz w dłoniach i starała się powstrzymać płacz. Wiedziała, że wygląda żałośnie – płacząca, w zimowym płaszczu i z różą w ręku. Dobrze, że sąsiedzi nie patrzyli, co się dzieje, nie zniosłaby kolejnego upokorzenia.

***

Droga Hes,
Piszę do Ciebie po części w brew sobie. Nie chciałam uciec tak samo, jak nie chciałam wielu innych rzeczy. Ale nie myśl, że to przez Ciebie. Nie, po prostu czuję, że muszę odpocząć po tym wszystkim, co się stało. Wydaje mi się, że tak będzie lepiej dla nas obydwu. W końcu masz teraz sposobność umówienia się z Syriuszem, a przecież na tym tak Ci zależało…

Droga Hestio,
Wyjechałam na wakacje. Nie martw się, niedługo powinnam wrócić. Choć nie sądzę, żebyś się o mnie martwiła, to…

Hes!
Niedługo powinnam wrócić, a póki co poproś Natalie, żeby zajęła się moim mieszkaniem. Chciałam Cię jeszcze uspokoić, że nic mi nie jest, po prostu potrzebuję odpoczynku, a w Londynie było to coś nieosiągalnego.

Maggie spojrzała na kartkę. Znowu list brzmiał nie tak, jak powinien. Nie chciała Hestii urazić, ani nie chciała wspominać o niczym ważnym. Może w ogóle nie chciała tego listu pisać? Coś jej mówiło, że jednak powinna.
– Nigdy tego nie skończę – westchnęła, zapalając papierosa.

***

Hestia powoli otworzyła oczy, rozglądając się po ciemnym pokoju. Była trzecia w nocy. Najgorsza godzina, kiedy już nikt nie czyta książek, ani nikt jeszcze nie wstaje. Pora wszystkich samotników rozpaczających nad swym losem i czas, w którym przychodzą do głowy najgorsze pomysły. Gdyby prowadzono statystyki przyczyn samobójstw, to duża część z nich mogłaby się zaczynać słowami „samobójca obudził się o trzeciej nad ranem…”.
Dziewczyna tłumaczyła sobie, że jest za wcześnie, żeby wstawać i powinna wrócić do spania, jeśli nie chce mieć podkrążonych oczu. Tyle, że i tak nikt by nie zwrócił uwagi na jej podkrążone oczy, bo w ogóle nikt nie zwraca na nią uwagi. Czy tak wygląda dorosłość? Całkowita samotność, przerywana nieudanymi próbami wyjścia do ludzi? Jeśli tak, to ona chce być znowu dzieckiem. Chce biegać po łące, zbierać kwiatki, pleść wianki, a potem wrócić do domu, przytulić mamę, założyć jej jeden wianek na głowę i zjeść obiad. Brakowało jej tego wszystkiego. I rodziców, i obiadów, i wolności. Teraz była tylko praca, samotne wieczory i raz na jakiś czas spotkania Zakonu. Tak miało wyglądać jej życie? Bez żadnego celu, po prostu egzystencja z dnia na dzień; przeżuwanie papki bezbarwnej rzeczywistości. Co by to mogło zmienić? Może miłość? Ale do kogo? Przecież sama wie, że nie ma szans z Syriuszem. Nie odważy się z nim porozmawiać na ten temat. Przecież to tak, jakby chciała mu wejść do łóżka.
Westchnęła cicho. Nie miałaby raczej nic przeciwko. Tyle, że nie odważy się. Nie była Gryfonką i nie będzie. Już za późno. Na zbyt wiele rzeczy za późno – nie zmieni świata wokół siebie siedząc w starej piżamie i wylewając łzy.
Wtedy w jej głowie pojawiła się niespodziewana myśl. A gdyby zrobić to, co Maggie? Wyjechać? Uciec stąd, zostawić troski i problemy w tym mieszkaniu, spakować walizkę i na pierwszej napotkanej łące nazrywać kwiatów na wianek? Czy to przyniosłoby ukojenie?
Przyłożyła twarz do poduszki. Nie, nie powinna o tym myśleć. Musi zostać. Dla Zakonu i dla Syriusza. Przecież może ją wreszcie zauważyć. Ta cała Dorcas dostała szansę, czemu ona miałaby nie? Też może iść do mugolskiego salonu piękności, też może kupić sobie ciuchy, na które musi oszczędzać trzy miesiące. Jeśli na to leci Black, to dlaczego ma być gorsza? Ma złoto, całkiem dużo złota, bo nie ma na co wydawać… Po pracy pójdzie do mugolskich sklepów, bo teraz jest zbyt senna, by myśleć.

***

– Hestia! Zaczekaj!
Czarnowłosa odwróciła się i popatrzyła w stronę, z której dobiegał głos. Przez dość wąski korytarz Ministerstwa Magii biegła Natalie, choć buty na dość wysokim obcasie skutecznie to utrudniały. W ręku trzymała coś, co wyglądało jak list.
I faktycznie, było listem, jak się przekonała Hestia. Od razu rozpoznała pismo Maggie.
– Przeczytaj – ponagliła Natalie.

Droga Natalie!
Piszę do Ciebie, ponieważ nie potrafię napisać do Hestii, a tylko Wy dwie jesteście mi bliskie. Chcę tylko zawiadomić, że nic mi nie jest, potrzebowałam po prostu wakacji. Powinnam niedługo wrócić.
Maggie

P.S.
Przekaż Hestii, żeby się nie martwiła. Ona wie, o co chodzi.

Czarnowłosa oddała list. Nie czuła specjalnych emocji w związku z tym, co przeczytała. Cieszyła się, że Maggie nic nie jest, ale z drugiej strony zazdrościła, że ruda ponownie zdobyła się na coś, na co ona nie umiała – zrobiła sobie wakacje od szarego życia.
– I co? – zapytała Natalie.
– Nic. Dziękuję, że dałaś mi go do przeczytania.
– Nie ma o czym mówić. – Brunetka uśmiechnęła się. – A teraz wybacz, mam jeszcze mnóstwo pracy.
Hestia skinęła głową i wróciła do swoich obowiązków, przez cały dzień jednak myśląc nad tym, co zrobiła Maggie. Wakacje… O tak, przydałyby jej się. Ale najpierw spróbuje złapać szczęście za nogi. Od razu po pracy idzie do mugolskich sklepów.

***

– W tym byłoby pani do twarzy! – Pulchna sprzedawczyni pchnęła ją w kierunku lustra.
Hestia zatrzymała się, patrząc na swoje odbicie od stóp do głów. Faktycznie, wyglądała nieźle – długa do ziemi suknia w kolorze morskim i z nie największym dekoltem. Tylko czy odważyłaby się ją założyć z jakiejkolwiek okazji? Chociaż z drugiej strony nie ma takich ubrań. Jedyną wieczorową sukienkę zachlapała farbą, kiedy w trakcie malowania wiadro z farbą spadło na – jak się okazało – nieszczelną szafę.
– No dobrze – wymamrotała. – Wezmę ją. A czy jest coś może bardziej… codziennego?
– Oczywiście, kochanieńka! Zaraz się znajdzie coś odpowiedniego!
Po chwili dziewczyna wylądowała w przymierzalni z kilkunastoma bluzkami, spódnicami i sweterkami. Była pewna, że łatwo jej się z tego sklepu wyjść nie uda.
Wreszcie jednak zdecydowała się na odpowiednie stroje, wybrała dodatki, zapłaciła i wyszła. Czekał ją jeszcze sklep z butami, fryzjer i kosmetyczka, ale wiedziała, że nie zdąży wszystkiego zrobić dziś. Uznała, że zajmie się jeszcze butami, a resztę odłoży na następny dzień.
Sklep obuwniczy – największy i najtańszy w całym Londynie – był trzy przecznice dalej, więc nie było sensu brać taksówki czy czekać na autobus. Gderając na ilość torebek z ubraniami (miła sklepowa uparła się zapakować wszystko w oddzielną torbę; nie omieszkała też za każdą policzyć kilku pensów), przyglądała się wystawom. Żałowała, że jej życie nie może być takie, jak tych wszystkich roześmianych modelek z plakatów. One na pewno nie miały takich problemów, jak brak pożywiania w lodówce czy brak faceta.
Z butami poszła jej dużo łatwiej, niż z ubraniami, bo żadna sprzedawczyni nie wydawała się specjalnie zainteresowana doradzaniem jej. Spokojnie wybrała więc kilka par, pasujących do przed chwilą zakupionych strojów. Szybko zapłaciła i skierowała się do wyjścia, nie najlepiej widząc drogę przed sobą – liczba zakupowych zdobyczy to uniemożliwiała. Liczyła po prostu na uprzejmość ludzi, którzy widząc kogoś z pakunkami zejdą mu z drogi.
Przeliczyła się. Na pierwszym zakręcie poczuła, że na kogoś wpadła. Miała wrażenie, że zna ten zapach wody kolońskiej, a kiedy podniosła oczy – zarumieniła się jak za dawnych czasów. Dlaczego ze wszystkich ludzi w Londynie musiała wpaść na niego?!
Z chodnika właśnie podnosił się Syriusz Black, patrząc na nią z najwyższym zdumieniem.
– Hestia Jones? – upewnił się.
– Dzień dobry, Syriuszu. – Rumieńce były w kolorze gaśnicy strażackiej, czuła to. – Przepraszam, nie chciałam na ciebie wpaść, to przez te zakupy, wiesz, te pudła trochę ograniczają widoczność…
„Zamknij się, idiotko, bo powiesz dwa słowa za dużo”, mruknął jakiś głos w jej głowie.
– Poczekaj, pomogę ci – zaoferował Black, powodując, że dziewczynie szybciej zabiło serce.
– Dziękuję, to naprawdę miło z twojej strony…
Przez następne pół godziny czuła się jak w raju. Szła ulicami Londynu – tak, praktycznie przez jego centrum – razem z Syriuszem, który pomagał jej nieść zakupy. Żałowała, że Maggie jej nie widzi. I ta cała Dorcas. Na pewno by zerwali. Chociaż… może nie powinna tak myśleć? W końcu nic między nimi nie było. Black pewnie nawet nie wstąpi na herbatę…
„Zaraz, ja nie mam herbaty! Muszę kupić!”, przemknęło przez myśl Hestii, ale szybko uspokoiła ją myśl, że naprzeciw kamienicy jest niewielki sklep, gdzie na pewno herbata i jakieś ciasteczka będą. A póki co może spokojnie iść przed siebie. Jak najdłużej iść.
– To tu? – zapytał wreszcie Syriusz, wskazując brodą kamienicę przy Frederick Street.
– Tak, tu. Dziękuję raz jeszcze. Może wstąpisz na herbatę? – Hestia starała się nadać swojemu głosowi barwę uprzejmą, ale nieco obojętną. Wiedziała jednak, że on musiał zdawać sobie sprawę, że pod tą pozorną obojętnością była ukryta nieomalże prośba.
Syriusz zerknął na zegarek.
– Tak, mogę wstąpić, skoro zapraszasz.
Hestia zaczekała, aż Black otworzy drzwi do klatki schodowej, a potem szybko weszła po schodach, żeby nerwowo siłować się z kluczem pod drzwiami. Jej towarzysz tymczasem powoli wszedł, pogwizdując cicho i przyglądając się drzwiom sąsiadów. Wreszcie zamek zaskrzypiał i drzwi się otworzyły. Dziewczyna, rumiana jak piwonia, szybko zamknęła drzwi od zabałaganionej sypialni. Chłopak w tym czasie postawił pakunki, poprawił fryzurę i zerknął na gospodynię domu.
– To co z tą herbatką? – zapytał.
Czarnowłosa zarumieniła się jeszcze bardziej, świadoma, że herbaty nie posiada. Ale jeśli o tym powie, to Syriusz może sobie pójść, a tego nie chce! Zaprosiła go więc do salonu, upewniając się czy na pewno nie chce kawy lub czegoś mocniejszego. Zdecydowanie chciał herbatę, „jeśli to nie kłopot”, jak dodał.
Zaniepokojona wpadła do kuchni, przetrząsając wszystkie szafki. Znalazła resztkę zwykłej herbaty, ale wyszłaby z tego taka lura, że wstyd podać. Musiała szukać dalej. Pusta puszka po cytrynowej, resztka malinowej, którą dosypała do szklanki, trochę sypanej Earl Grey… Ale to ciągle mało. Ostatnia nadzieja w niebieskiej puszce. Tak, pojemnik był pełny, ale dziewczyna zamarła, gdy zobaczyła napis. „Herbatka przeczyszczająca”. Przecież nie może go tak urządzić!
Powąchała zawartość puszki. Pachnie normalnie. Może nic się nie stanie, nie da mu przecież całej szklanki, tylko dosypie troszkę… Poza tym ta herbata wymiesza się z pozostałymi, cukrem, cytryną… Nie da się wyczuć.
Sobie nalała soku i wróciła do salonu z obiema szklankami, nadal rumiana jak jabłko jesienią. Powoli piła swój napój, patrząc w ciemne oczy Blacka. Chyba nie zorientował się, że herbata nie była tym, na co liczył, bo nawet się nie skrzywił. W pokoju zapadła cisza.
– Więc… co właściwie kupowałaś? – zagadnął.
– To i owo… odświeżałam garderobę na jesień – odparła, mimo że głos w jej głowie ustawicznie powtarzał „Kłamczucha!”.
– Niezłe odświeżanie, ledwo się w z tymi pakunkami mogłaś zabrać. Dobrze, że na mnie wpadłaś.
– A co tam właściwie robiłeś?
– Wracałem od Dorcas.
Twarz Hestii nieznacznie stężała, ale starała się tego nie okazać. Dopiła resztki soku.
– Coś z nią nie tak? Jest chora?
– Taaak, można to tak ująć. Chora i nudna. Ciągle tylko zajmuje się ubraniami, modą, gazetami… Strasznie pusta dziewczyna.
Czarnowłosa poczuła, że rumieniec obejmuje teraz nie tylko twarz, ale schodzi na szyję i dekolt. I ona chciała się upodobnić do Dorcas? Chciała stać się „pustą dziewczyną”?
– Nawet z nią nie rozmawiałam, mówiąc szczerze…
– Hm… Niewiele straciłaś. – Syriusz zamilkł na chwilę. – Nie wiesz co się stało z Maggie Sawyers?
Serce. Jej serce. Hestia poczuła, jakby właśnie cały rumieniec zszedł w dół, do serca, które eksplodowało. Nic takiego się jednak nie stało. Musiała dalej prowadzić rozmowę. Nieco bledsza.
– Maggie wyjechała. Wydaje mi się, że mówiła coś o niespełnionej miłości, od której musi odpocząć. Och, dobrze, że nie słyszałeś, co mówiła. Stała się straszną feministką. – Dlaczego ten głos w głowie cały czas krzyczy „Kłamczucha”?!
Brwi Blacka mimowolnie uniosły się nieco do góry.
– Cóż, nie spodziewałem się…
Znowu na chwilę zapadła cisza, wreszcie Syriusz się odezwał.
– Mieszkasz sama?
– Tak. Odkąd skończyłam Hogwart musiałam radzić sobie sama. – „A Chris?”, szepnął głos.
– Ale chyba miałaś męża?…
– Śmierciożercy go zabili.
– To musiał być dla ciebie cios, współczuję.
– Nie, nie był. Mieliśmy się rozwieść. Zdradzał mnie.
Znów chwila ciszy. O szybę tłucze mucha. „Czy on też to słyszy?”, przemknęło jej przez myśl.
– Masz już zajęty sobotni wieczór? – zapytał w końcu chłopak.
– N-nie. – Czy to się dzieje naprawdę?
– Może byśmy się gdzieś wybrali?… Wiesz, kolacja…
– Chętnie, Syriuszu.
– Świetnie. Bądź gotowa o dziewiętnastej… – urwał. Po chwili dodał nieco ciszej: – Przepraszam, chyba powinienem już iść… Chyba zjadłem coś niestrawnego.
Uśmiechnął się tym słynnym uśmiechem łamacza serc niewieścich i wstał. Hestia też niechętnie wstała, ale po chwili – gdy otrzymała pożegnalnego buziaka w policzek – nie żałowała. Dopiero kiedy drzwi za Blackiem się zamknęły poczuła wyrzuty sumienia. Czy to przez jej herbatkę?… Nie, niemożliwe.
Ale przecież osiągnęła to, czego chciała. Umówili się. Tylko dlaczego czuła, że nie będzie mogła spojrzeć Maggie i Dorcas w oczy?

***

W sobotę od rana Hestia krzątała się nerwowo po domu. Udało jej się znaleźć mugolski magazyn z artykułem „Wyglądaj świetnie w ten wieczór – 21 praktycznych porad!”, który szybko przeczytała. Po wizycie w sklepie była gotowa do wszystkich zabiegów upiększających – maseczka z ogórka, peeling, depilacja, nałożenie na włosy odżywki, makijaż… Nie martwiła się jedynie o sukienkę – ostatni zakup się przyda. Powinna co prawda pomyśleć o dodatkach, ale tym się może zająć, kiedy będzie czekać, aż odżywka do włosów się wchłonie.
Pół godziny spędziła leżąc bezczynnie z plastrami ogórka na twarzy, w myśli układając listę spraw, które musi jeszcze załatwić do dziewiętnastej. Nie była pewna czy się wyrobi, ale nie miała wyjścia. Musiała dać z siebie wszystko.
Paznokcie, makijaż, fryzura, sukienka… Ma jeszcze trochę czasu… Buty… Gdzie są buty? A, leżą w przedpokoju. Zdąży, nie powinna się denerwować. Wszystko jest w porządku, wdech i wydech. Jeszcze godzina. Może przepakować torebkę na tę bardziej elegancką. I założy buty, tak na wszelki wypadek.
Wpół do siódmej. Założy buty i poczeka w przedpokoju, żeby móc szybko otworzyć drzwi.
Za dwadzieścia. Czy na pewno umyła zęby? Może zje miętówkę.
Za piętnaście. Nie, musi umyć zęby. A co, jeśli poprzednio ich nie domyła?
Za trzynaście. Jedno opakowanie miętówek to za mało. Musi znaleźć drugie.
Za jedenaście. Jasna cholera! Słoik z konfiturą stłukł się na jej sukienkę. Trzeba się przebrać.
Za dziesięć. Ale w co? Nie ma innej sukni!
Za osiem. Koniec paniki. Przecież jest czarownicą. Starczy jedno zaklęcie!
Za siedem. Jakie to było zaklęcie, do jasnego peruna?!
Za pięć. Gotowe. Udało jej się. W nagrodę zje miętówkę.
Za cztery. Może jeszcze jedną?
Za dwie. A jak nie przyjdzie? Na pewno ją wystawi!
Za minuta. Czemu te miętówki nie mieszczą jej się w ustach? Siły Wyższe, na pewno się wygłupi!
Dziewiętnasta. To już! Zaraz zapuka! Fryzura dobrze się układa? A suknia? Po plamie ani śladu?
Minuta po. Powinna się zacząć uśmiechać. Tak na wypadek. Wyplucie siedmiu miętówek pozwoliło jej zamknąć usta.
Pięć po. Zaraz się pojawi. Przecież obiecał.
Piętnaście po. Miętówki się kończą.
Dwadzieścia pięć po. Usta ją bolą od uśmiechu.
Wpół do ósmej. A jak nie przyjdzie? Wiedziała! Z równym powodzeniem mogła zaoszczędzić sobie cały dzień starań. Syriusz ją wystawił. Ale nie będzie płakać, nie będzie…
Za dwadzieścia pięć. A może coś go zatrzymało?
Za dwadzieścia. Coś bardzo ważnego.
Za osiemnaście. Na pewno zaraz przyjdzie. Uśmiechnie się, wręczy jej różę i…
Za piętnaście. Jasna cholera, Syriuszu Black! Masz się tu natychmiast zjawić!
Za dziesięć. Nie oszukuj się, Hestio. On nie przyjdzie. Przestań się głupio szczerzyć, bo ci tak zostanie.
Za osiem. I te miętówki też przestań jeść.
Za siedem. I w ogóle się uspokój, dziewczyno! Co się z tobą dzieje? To tylko facet!
Za sześć. No dobra, nie byle jaki, ale jednak facet.
Za pięć. Pewnie poleciał do tej swojej Dorcas i właśnie… jedzą kolację czy coś.
Za trzy. To bez sensu. Pójdzie się przebrać i zaśnie. Przy odrobinie szczęścia się nie obudzi i nie będzie o tym myśleć.
Za minuta. Przyjdzie. Musi. Nie rób mi tego, Syriuszu. Proszę.
Dwudziesta. Nienawidzę cię, Black!
Minuta po. A może mu się pomyliły godziny? I zaraz zapuka?
Pięć po. To bez sensu. Zrozum, wystawił cię. Zmyj ten idiotyczny makijaż, połóż się spać i naucz się z tym żyć, Hestio.
Dziesięć po. Nie zrobisz tego dalej tu siedząc.
Piętnaście po. No wstań wreszcie! I nie płacz, bo ci tusz spłynie. A jeśli on jednak przyjdzie? Będziesz wyglądać jak potwór z Loch Ness.
Wstała. Przygotowany wcześniej wazonik z wodą wylądował na podłodze. Nawet się nie stłukł. Chyba przeżył już nie takie wstrząsy.
Hestia powoli rozpięła zamek sukienki i ją zdjęła, nie zadając sobie trudu z odwieszeniem jej do szafy. Chciała przebrać się w coś wygodnego, położyć się na kanapie, patrzeć w sufit… I nie myśleć. Przede wszystkim unikać bolesnego tematu, jaki był Syriusz.
Odkręciła wodę. Długa kąpiel to to, czego jej potrzeba. Wleje jakiegoś olejku, weźmie książkę i może posiedzieć tak kilka godzin, aż odkryje, że woda jest lodowata, ona sama ma katar, a mordercą w kryminale był kamerdyner.
Za kwadrans dziewiąta, kiedy Hestia kończyła napuszczać wodę do wanny, rozległ się dzwonek. Dziewczyna spojrzała pytająco w stronę drzwi, jakby liczyła, że udzielą jej odpowiedzi. Wreszcie niepewnie podeszła do wizjera i serce jej zamarło. Syriusz. Jak mógł! Przecież jeśli teraz mu otworzy, zobaczy ją w samej bieliźnie. Jeśli nie otworzy – Black sobie pójdzie.
– Chwileczkę! – krzyknęła, rzucając się biegiem w kierunku sukienki.
– Hestia, otwórz! – Usłyszała zza drzwi.
„Gdybyś wiedział, jak chciałam to usłyszeć”, pomyślała, zapinając sukienkę. Wyglądała fatalnie w porównaniu ze stanem sprzed dwóch godzin, ale i tak w miarę nieźle. Podeszła do drzwi. Żadnej miętówki w ustach. Wazon na podłodze w kuchni. Uśmiech w porządku. Może otworzyć.
Przekręciła zamek i najpierw lekko uchyliła drzwi, a potem otworzyła na tyle szeroko, by chłopak mógł bez przeszkód wejść.
– Przepraszam za spóźnienie. Motor mi się zepsuł pod Londynem – wyjaśnił. – Proszę, to dla ciebie.
– Dziękuję, Syriuszu! Od razu wstawię ją do wazonu. A ty może chcesz umyć ręce? Tu jest łazienka. – Wskazała drzwi w głębi korytarza i sama poszła do kuchni po wazon, w który mogła wstawić śliczną, czerwoną różę.
– Hes, chcesz zatopić sąsiadów? – krzyknął żartobliwym tonem Syriusz z łazienki.
– Co?! – Szybko podeszła do drzwi i zajrzała do środka. – O Boże. Zapomniałam zakręcić wodę. Sąsiedzi mnie zabiją – westchnęła.
– Nie martw się, zaraz się tym zajmiemy – zaoferował Black, podwijając rękawy. – Masz jakąś ścierkę? Najlepiej dużo ścierek.
Czarnowłosa poczuła się okropnie. Cała łazienka dosłownie tonęła w wodzie, która wylewała się z wanny w najlepsze.
– Może najpierw to zakręcę – powiedziała przejęta, siłując się z kranem. – Aaaa! No wspaniale! – jęknęła, patrząc na kurek od zimnej wody, który został w jej ręku. –Lepiej przyniosę te ścierki. I różdżkę.
– Znasz jakieś zaklęcie hydrauliczne? – zdziwił się Syriusz, z łatwością zakręcając kurek od ciepłej wody i udrażniając odpływ wanny, do tej pory zatkany korkiem.
– Eee… nie – przyznała dziewczyna, rumieniąc się. I bez dalszych słów poszła po jakieś ścierki. Wydawało jej się, że jest ich ciągle za mało, więc w przypływie szaleńczej inwencji złapała za świeżo uprane i wyprasowane prześcieradło, które również mogło być dobrym materiałem chłonnym.
Następne pół godziny spędzili na dokładnym wycieraniu podłogi, przy okazji dokumentnie mocząc stroje, które z całą pewnością były na ważniejsze okazje, niż naprawianie wanny. Hestia miała wrażenie, że zaraz się popłacze – tak miała wyglądać jej randka marzeń? Wycieranie podłogi? Syriusz musiał być na nią wściekły. Nawet nie poczuła, kiedy po jej policzkach potoczyły się ciepłe łzy, niszcząc staranny makijaż, z którego do tej pory i tak pozostało najwyżej wspomnienie.
– No, powiedzmy, że tak może być – stwierdził Black, odsuwając się od wanny, by zobaczyć swoje dzieło w pełnej krasie. – Przynajmniej już nie leci woda, ale powinnaś wezwać mugolskiego hydraulika… Hestia? Ty płaczesz?
Nie odpowiedziała, tylko siedziała przy ścianie w mokrej sukience i starała się ukryć twarz w dłoniach. Nie dało się ukryć, że płakała. Łzy żłobiły ścieżki w pudrze i łączyły się na brodzie, żeby skapnąć na dekolt i zostawić nieładny ślad z tuszu.
– Hestia, co się stało? – zapytał skołowany, utwierdzając przy tym stereotyp, że nic nie wytrąca faceta z równowagi bardziej, niż płacząca kobieta.
– Wszystko… wszystko jest nie tak – chlipnęła. – To moja wina, zepsułam cały wieczór i na pewno żałujesz, że w ogóle mnie zaprosiłeś.
– To nieprawda. – Syriusz spróbował usiąść koło niej, choć nie było to łatwe, bo musiał zmieścić się w rogu obok pralki. Udało mu się jednak poklepać ją po ramieniu i uśmiechnąć się rozbrajająco. – I wcale nie żałuję. To ciekawy wieczór, ale przecież noc się dopiero zaczyna.
– Ale… ale to wszystko, ta woda… Naprawdę cię to nie zraziło?
– Jesteś naprawdę niebanalną dziewczyną – odparł. Patrząc w jej zapłakane oczy. Musiał się hamować, by nie wybuchnąć śmiechem, gdy zobaczył rozmazany tusz do rzęs, ale jednak mu się udało. Pomógł jej wstać i osuszył ubrania ciepłym podmuchem z różdżki.
Hestia uśmiechnęła się smutno.
– Wyglądam jak potwór.
– Wcale nie – zaprzeczył szybko Black.
– Zaraz się doprowadzę do normy. Poczekaj w salonie, proszę.
Syriusz posłusznie wycofał się z łazienki i zajął się zwiedzaniem salonu.
– Jesteś taką idiotką, Jones – syknęła do lustra, kiedy miała już pewność, że chłopak jej nie usłyszy. Szybko zmyła makijaż, starając się nałożyć choć prowizorycznie nowy. Zrezygnowała z naprawiania misternej fryzury i po prostu spięła włosy w kok. Nie wyglądała źle, ale i tak była zła na samą siebie. Co on musiał sobie pomyśleć!
– Jestem gotowa – powiedziała cicho, wchodząc do salonu.
Black stał przy oknie, wyglądając na puste podwórze.
– Ślicznie wyglądasz – oznajmił, pocierając brodę z pewnym zakłopotaniem. Domyślał się, ile wysiłku kosztował dziewczynę taki wygląd, a to, co widział teraz nie było nawet ułamkiem tego, co przygotowała wcześniej.
– Nie żartuj – mruknęła. – To co, idziemy?
– Jasne. Mam rezerwację w bardzo przyjemnej restauracyjce.
Hestia założyła buty i jak już miała zamykać drzwi na klucz, coś ją zastanowiło.
– A co z Dorcas?
– To przeszłość. Nie zaprzątaj sobie nią głowy.
„Mam nadzieję, że nie kłamiesz”, pomyślała, nim zamknęła drzwi na klucz. Mimo niefortunnego początku, była pełna optymizmu, który jednak jej przeszedł, gdy dotarli do restauracji.
– Jasna cholera! – Syriusz z całej siły kopnął w zamknięte drzwi.
– Nie denerwuj się, to na pewno pomyłka. Zresztą, nie musimy tu jeść. – Hestia starała się zachować spokój, choć z miernym rezultatem – była tak samo wściekła, jak Black, ale nie uzewnętrzniała tego.
– Ten cholerny sukinsyn zamknął nam drzwi przed nosem! Gdzie moja różdżka?! Już ja dopilnuję, żebyśmy tu zjedli kolację!
– Nie, ściągniesz nam na kark Ministerstwo!
Musieli wyglądać śmiesznie – mężczyzna w garniturze, ale bez krawata, wymachujący jakimś patykiem i kobieta w długiej, zwiewnej sukni koloru morskiego, próbująca go powstrzymać. Prawdopodobnie ta szarpanina trwałaby dość długo, gdyby nie błyskawica, która przeszyła niebo, zwiastując nadchodzącą burzę.
– Chyba powinniśmy dać sobie spokój – mruknął bardzo niechętnie Syriusz. – Przynajmniej dziś wieczór.
Hestii przemknęło przez myśl, że to zwiastuje kolejną randkę. Miała nadzieję, że ta szaleńcza myśl okaże się prawdziwa. Och, jak by tego chciała!
Kolejna błyskawica przeszyła niebo tuż nad nimi, a zaraz po niej rozległ się grzmot i spadły pierwsze, ciężkie krople, po chwili przeradzając się w ulewny deszcz, tak typowy dla Wysp Brytyjskich.
– Żeby to hipogryf podeptał! Chodź gdzieś pod dach, bo przemokniemy do suchej nitki.
Jak na ironię losu, żadnych dobrych schronów nie można było znaleźć i Syriusz wreszcie zdecydował się przeczekać ulewę pod rozłożystym kasztanem, puszczając mimo uszu uwagę o tym, że pioruny najczęściej trafiają w wysokie drzewa. Burknął tylko, że z jego szczęściem nie byłoby to takie niezwykłe.
Deszcz jednak padał coraz intensywniej i po kilkunastu minutach musieli stanąć bardzo blisko siebie, by zachować choć resztki uczucia suchości. Hestia z przyjemnością wąchała perfumy Blacka. Miała wrażenie, że z równym powodzeniem świat mógłby się teraz skończyć, a ona nawet by nie zauważyła.
– Chyba nie ma sensu tu tak sterczeć – zauważył Syriusz gdzieś w okolicach prawego ucha dziewczyny. Zdjął w miarę suchą marynarkę i podał towarzyszce. – Masz, okryj się.
Hestia zarzuciła odzienie na głowę i w dalszym ciągu narkotyzowała się zapachem perfum. Właściwie deszcz przestał jej już przeszkadzać – mogłaby tak stać. Ale Syriusz uznał, że powinni pobiec kilkadziesiąt metrów do najbliższego zadaszonego sklepu, tam złapać oddech i biec dalej – trzy przecznice od tego kasztana było jego mieszkanie, tam będą mogli coś zjeść i napić się ciepłej herbaty. Nie zdążyła nawet powiedzieć, że nie może biec na obcasach, kiedy nogi same zerwały się do sprintu. Nie pamiętała nawet ile czasu biegła – czuła, jakby straciła rozum, a nogi przejęły kontrolę. Nie była pewna, czy się śmieje, czy to tylko jej myśli. Wreszcie jednak buty na obcasie uznały za stosowne zaprotestować i dziewczyna wylądowała w kałuży.
– Nic ci nie jest? – zapytał Syriusz, podchodząc do niej.
– Nie, wszystko dobrze… to przez te obcasy – wymamrotała.
Black pomógł jej wstać – oboje byli już przemoknięci do suchej nitki, ale przestało im to przeszkadzać. Kilka chwil potem chłopak zanucił Deszczową piosenkę i po chwili oboje tańczyli, zaśmiewając się do rozpuku. Po wykonaniu zgrabnego piruetu Hestia zatrzymała się na krawężniku i patrzyła na Syriusza zawodzącego „I’m singing in the rain”. Potem, z jeszcze większym uśmiechem, podszedł do niej i wyciągając rękę zapytał:
– Madame, mogę prosić do deszczowego walca?
Zaśmiała się głośno i podała mu rękę. Po chwili obracali się po całym chodniku, raz po raz depcząc marynarkę Blacka, która upadła w ferworze tańca. Na koniec – jak nakazywał obyczaj – gentleman ucałował dłoń swej partnerki, patrząc później w jej oczy.
– Jesteś wyborną tancerką – przyznał.
– Dziękuję. – Zarumieniła się lekko, choć deszcz szybko zmył ten rumieniec.
Syriusz tymczasem patrzył na jej usta, z dość jasnym zamiarem pocałowania dziewczyny.
„Cholera, gdzie miętówki?”, pomyślała, ale gdy tylko Black złożył pocałunek na jej wargach, myśl zmieniła się diametralnie. „Zresztą, olać miętówki…”

***

Mieszkanie Syriusza faktycznie było niedaleko. Dotarli tam akurat, gdy przestawało padać. Oboje zaśmiewali się do łez i próbowali wycisnąć wodę z ubrań. Gospodarz domu zaoferował Hestii coś do przebrania się, by jej sukienka wyschła. Normalnie by się na coś takiego nie zgodziła, ale ten wieczór wprawił ją w taki nastrój, że się zgodziła bez oporów, po chwili siedząc na sofie w wielkim, czarnym swetrze i parę numerów za dużych skarpetkach. Przed nią stał kubek gorącej herbaty, a Syriusz próbował znaleźć czyste talerze.
Hestia zaoferowała, że pomoże mu w kuchni, na co chętnie przystał. Kilka chwil potem dodawali wszystko, co tylko znaleźli w lodówce do kanapek, wciąż się śmiejąc. Dopiero pukanie do drzwi zepsuło ten nastrój.
– Poczekaj, zaraz otworzę – powiedział Syriusz i podszedł do drzwi.
– Już myślałam, że cię nie zastanę. – Ten głos wydał się Hestii znajomy. – Czemu ode mnie tak szybko wyszedłeś?
Dorcas weszła do przedpokoju.
– Nie wyszedłem. Zerwałem z tobą, pamiętasz? To koniec. Wyjdź stąd, Dorcas.
– Ale ja wiem, że to tylko kolejne droczenie się. Nie daj się prosić… – Jej wzrok nagle zatrzymał się na Hestii, która w swetrze Blacka wyglądała dość dwuznacznie. – Więc to dla niej mnie rzuciłeś? – zapytała ostro Meadows.
– Nie. Hestia jest tylko moją przyjaciółką.
– Też coś. Jeszcze pożałujesz, Black. I ty także, Jones! – krzyknęła, wyciągając w kierunku dziewczyny palec zakończony szponiastym paznokciem.
A potem, zachowując minę pełną godności, trzasnęła drzwiami.
W mieszkaniu zapadła cisza.
– To nie tak… – zaczął Syriusz.
– Nieważne – mruknęła Hestia i ruszyła do łazienki. Założyła mokrą sukienkę i wychodząc rzuciła Blackowi sweter. – Nie musisz się tłumaczyć.
Założyła buty i szukała torebki.
– Hes, zastanów się. Rozchorujesz się!
– I co z tego? – Otworzyła drzwi i wyszła na klatkę schodową. – Dobranoc Syriuszu.
I zbiegła po schodach, łapiąc szybko taksówkę.
Black stał w oknie jeszcze parę minut. Potem rzucił sweter na podłogę i poszedł zjeść kolację sam.
„Idiota”, pomyślał. „Znów wszystko spieprzyłem. Ale Dorcas jeszcze pożałuje.”

***

Hestia dotarła szybko do domu, rzucając nienawistne spojrzenia w kierunku wazonu, w którym stała róża. Była zła zarówno na siebie, jak i na Syriusza – dlaczego jej to zrobił? Przecież to miał być wspaniały wieczór. Dlaczego to wszystko się musiało stać?
Zrzuciła z siebie sukienkę i przywarła plecami do ściany, składając ręce na piersi. Tak strasznie chciało jej się płakać, a jednak łzy nie chciały popłynąć. Sama nie wiedziała dlaczego; może wylała ich już zbyt wiele przez Blacka? Czy istniał jakiś limit łez, które można wylać przez jednego drania?
Usiadła na dywanie i pociągnęła nosem. Czy to musiało się tak skończyć?
Pierwsza łza pojawiła się na powiece i szybko popłynęła po policzku, a za nią kolejne.

***

– Natalie? – zapytała głucho Hestia.
Po drugiej stronie słuchawki panowała cisza.
– Natalie, proszę. Skoro podniosłaś słuchawkę, to odezwij się!
Nadal żadnej reakcji.
– Proszę – szepnęła czarnowłosa płaczliwych głosem. – W imię naszej przyjaźni, odezwij się.
Jakiś szmer po drugiej stronie słuchawki utwierdził ją w przekonaniu, że Natalie tam była. Dopiero, kiedy usłyszała trzask odkładania telefonu na widełki i długi sygnał dostępności zrozumiała, że przyjaźń się skończyła. Natalie, ta twardo stąpająca po ziemi Natalie, która zawsze miała odpowiedź na wszystko i nie dawała się zwariować niesamowitym pomysłom Maggie… Ta sama Natalie teraz odłożyła słuchawkę mugolskiego telefonu. Nie chciała rozmawiać. Nie chciała się z nią kontaktować. Stały się sobie obce.
Dziewczyna odwiesiła swoją słuchawkę i wyszła z czerwonej budki telefonicznej, wracając do mieszkania. Nie mogła już od nikogo oczekiwać pomocy? Naprawdę nie było już nikogo, kto mógłby jej pomóc?
Nieświadomie pomyślała o Maggie. Ile czasu minęło od ich ostatniej rozmowy? Zaczęło jej brakować rudowłosej przyjaciółki. Żałowała, że nie umie się z nią skontaktować. Wtedy jednak przyszła jej do głowy inna myśl. Od czego są znajomości, jakie zawarło się w Hogwarcie, jeśli nie od tego, by prosić koleżanki o pomoc?
Szybko wróciła do domu i napisała krótki list.

Przepraszam, jeśli Cię niepokoję, ale mam szczerą nadzieję, że mnie jeszcze pamiętasz z Hogwartu. Rozmawiałyśmy kilkakrotnie. Gdybyś miała czas, chętnie bym się z Tobą spotkała. Mam problem z… z tym samym Gryfonem, o którym rozmawiałyśmy w Hogwarcie.
Pozdrawiam,
Hestia Jones Brown

Wyjaśniła sowie, że nie wie, gdzie może być adresatka, ale koniecznie musi ten list dostarczyć Dainah Pool, która powinna mieszkać gdzieś w Anglii.
Zaczęło się oczekiwanie.

***

Syriusz, o ile jego wiedza o kobietach była dobra – a śmiał twierdzić, że taka właśnie była – postanowił dać Hestii czas na ochłonięcie. W tym czasie raz na zawsze wyjaśnił Dorcas, że z nimi koniec, choć dziewczyna nadal obiecywała zemstę. Black jednak uważał, że nie posunie się do tego i bagatelizował jej słowa – ktoś taki, jak ona nie umiałaby podnieść różdżki na niewinnych – a jako takich klasyfikował siebie i Hestię. W każdym razie rozwiązał sprawę z panną Meadows i uznał, że może wrócić do sprawy czarnowłosej wdówki, która coraz bardziej go intrygowała. Wiedział, że nie może być zbyt nachalny, więc postanowił odczekać kilka dni i wysłać jej list z powtórnym zaproszeniem na randkę. W końcu rezerwacja nadal była aktualna – tak przynajmniej powiedział właściciel restauracji po bliższym kontakcie z paroma zaklęciami.
Czekał. Wiedział, że dostanie to, czego chce. A teraz chciał Hestii.

***

Odpowiedzi od Dainah nie było – Hestia już zwątpiła w to, że uzyska odpowiedź kiedykolwiek. Zamiast tego dostała sowę od Syriusza z przeprosinami i zaproszeniem na kolejną randkę. Zgodziła się, jeszcze tego samego dnia idąc na zakupy nowej sukni – przecież nie może się pokazać drugi raz w tym samym.
Umówionego dnia starała się tak nie histeryzować, choć miętówki jadła bez opamiętania. Makijaż zrobiła łagodniejszy, a fryzurę mniej wymyślną na wypadek deszczu. I czekała.
Punkt dziewiętnasta rozległo się pukanie i tak samo, jak poprzednio, Syriusz wręczył jej różę, którą wstawiła do wazonu.
– Woda zakręcona? – spytał żartobliwie Black.
– Tak, od wizyty hydraulika podchodzę do tego kranu z ostrożnością – zaśmiała się.
– Czyli możemy iść. – Uśmiechnął się szeroko, a Hestia miała wrażenie, że jej kolana zrobiły się z waty. Czy to… miłość? Nie, niemożliwe.

Restauracja – ta sama, co poprzednio – była tym razem otwarta. Kelnerzy okazali się niezwykle mili, choć sprawiali wrażenie, jakby bali się Syriusza. Zamówienie zrealizowano niesamowicie szybko, a do tego dostali gratis butelkę najlepszego wina.
– Mam wrażenie, że wszyscy na nas patrzą – szepnęła Hestia, jednocześnie krojąc jakieś niezwykle wykwintne mięso znajdujące się na jej talerzu.
– Wydaje ci się, to popularna restauracja, obsługa nawet nie miałaby czasu dokładniej przyglądać się klientom.
– Mugolska? – zapytała dziewczyna.
– Właściciel jest charłakiem, ale obsługa w pełni mugolska.
Pokiwała głową. Trochę żałowała, że nikt znajomy jej nie zobaczy, że nie będzie plotek. Chociaż może to i dobrze? Czy na pewno chciała, żeby wszyscy wiedzieli o tej kolacji? A jeśli znowu coś pójdzie nie tak?
Chyba nikt nie zdawał sobie sprawy, ile Hestia by dała za to, by ta randka się udała. Bardzo się bała, że znowu coś nie wypali, że pojawi się jakaś Dorcas czy inna dziewczyna, że Syriusz się zorientuje, jaką nudziarą jest, że zrobi coś głupiego… Lista obaw wydawała się nie mieć końca. Przez to nie mogła się odprężyć, cały czas miała wrażenie, że jej odpowiedzi są pozbawione jakiegokolwiek sensu. I jeszcze to śmieszne uczucie motylków w brzuchu, kiedy ich dłonie przypadkowo się spotykały, sięgając po solniczkę. Czy to nie było zachowanie typowe dla jakiejś nastolatki? Nie powinna się tak zachowywać, przecież jest dorosła. Och, oczywiście, dorosła nie równa się dojrzała, ale to już lekka przesada, powinna się opanować.
„Ale właściwie… po co się opanowywać? Raz się żyje, Hestio Jones! Tylko raz, powinnaś o tym pamiętać”, zganiła się w myślach, postanawiając choć raz w życiu się naprawdę zabawić. Była tu w wyśmienitym towarzystwie, piła wino o najlepszym bukiecie smakowym, jaki tylko jej usta czuły… a wieczór dopiero się zaczynał.
Potem wszystko stało się intensywniejsze, jaśniejsze, głośniejsze, ale z czasem otoczenie jakby się uspokoiło, a jedyne, co pozostało wyraźne, to był stół i Syriusz. Rozmawiali jeszcze, wznosili toasty, kelner przyniósł drugą butelkę, a potem trzecią. Przestało już ją dziwić, że to na koszt firmy. Po prostu chwila trwała i była piękna, Hestia czuła, że nie byłaby szczęśliwsza nawet, gdyby biegała boso po idealnej, słonecznej, soczyściezielonej łące ze stadami kolorowych motyli. Chociaż może już biegała? Ten pęd powietrza, ta lekkość ducha i…
– Hestia, ty jesteś pijana w sztok! – Głos Syriusza sprowadził ją na ziemię.
– Ależ ssskąd – odparła.
– Lepiej, żebyśmy stąd wyszli.
– Szemu? Mie się tu podoba.
– Hes, tak będzie lepiej, chodź. – Wcisnął kelnerowi kilka wcześniej odliczonych banknotów i poprowadził dziewczynę do wyjścia. Tam dopiero się zawahał. – Khem… Masz jakieś drobne?
– Drobne? – Zdziwienia na chwilę ją otrzeźwiło. – Sprawdź w torebce.
– Nie będę ci grzebał. Chodźmy do mnie, jest blisko.
– Skoro tak mówisz…
Przez następne czterdzieści minut Black prowadził Hestię najkrótszą drogą do swojego mieszkania, by wreszcie wnieść ją po schodach na pierwsze piętro i położyć na sofie w salonie.
„Też mi randka”, pomyślał. „Upiła się zanim… Co się dzieje?”
Wyjrzał z kuchni do salonu. Hestia właśnie próbowała się podnieść z kanapy.
– Lepiej nie wstawaj – mruknął siadając obok niej. – Pewnie masz wrażenie, że jesteś na karuzeli, co?
– Nie, to tylko ten pokój tak wiruje…
– Połóż się spać, to ci dobrze zrobi. No, może jutro będziesz mieć kaca, ale…
– Nie chcę spać – powiedziała dziwnie przytomnym głosem. – Nie chciałam, żeby tak wyszło. Wiem, że mówię teraz od rzeczy, pewnie wygadam coś idiotycznego, ale miałam nadzieję, że ta randka się udała. Po tej ostatniej byłam zła, ale chyba nie umiałabym ci odmówić, Syriuszu. Tyle czasu czekałam i kiedy wreszcie mnie zauważyłeś musiało stać się coś takiego jak ta Dorcas, ja naprawdę nie wiem dlaczego ona musiała przyjść, przecież gdyby nie to, to mógłby być wspaniały wieczór, bo nie przeszkadzał mi ten deszcz, owszem, trochę się zdenerwowałam, jak się tyle spóźniałeś, ale przecież to jeszcze nie koniec świata, prawda? No właśnie, to się przecież zdarza, choć później byłam wkurzona, nawet napisałam do tej dziwaczej Ślizgonki, która kiedyś z tobą była, myślałam, że mi pomoże, ale sowa nie mogła jej znaleźć, a nie miałam się kogo poradzić – Natalie odwiesiła słuchawkę, rozumiesz? Tak po prostu, ja tego nie rozumiem, po tylu latach przyjaźni ona robi coś takiego…
Syriusz spojrzał na nią z przerażeniem. Widział już wiele pijanych kobiet, ale chyba jeszcze żadnej cierpiącej na słowotok spowodowany upojeniem alkoholowym! Nie widział innego wyjścia, jeśli ona ma się zamknąć, to trzeba zamknąć jej usta raz a dobrze.
– …i wtedy, na szóstym roku Natalie po prostu oddała tę książkę, nie czytając nawet liściku, pewnie nadal tam jest. Ale ona już taka jest – zasadnicza, chodzący przepis prawy, praca ponad wszystkim. Powinna sobie kupić koszulkę z napisem „Praca jest dla mnie wszystkim, Ministerstwo to mój dom, śpię za biurkiem”. Nie rozumiem jak ona w ogóle mogła… – zbliżenie się Syriusza zbiło ją z tropu, choć dalej gadała. Zamilkła dopiero, kiedy Black ją pocałował. Słowotok nie był tak silny, na jaki wyglądał, bo zamiast dalej mówić, Hestia po prostu odwzajemniła pocałunek. Miała nadzieję, że ta chwila będzie trwała wiecznie. Nie przeszkadzało jej, że zrobiło się ciemno, kiedy jej sukienka – rzucona w kąt – wylądowała na lampie. Nic jej nie przeszkadzało. Była w raju.

***

Ból głowy jest zawsze pierwszym objawem kaca, ale w przypadku Hestii ograniczył się tylko do ogólnie pojętego „ćmienia” w skroniach. Jednak pierwszą rzeczą, jaką zauważyła, był fakt, że nie jest w swoim łóżku. Pachniało tu inaczej. Znała ten zapach, ale była pewna, że to niemożliwe. Otworzyła powoli oczy, przeciągając się. Dopiero wtedy zdała sobie sprawę, że jest naga. Teraz już naprawdę był najwyższy czas ocenić sytuację możliwie trzeźwo.
Wyglądało na to, że była w sypialni Syriusza Blacka, w jego własnym, prywatnym łóżku. I to naga. Z ostatniej nocy pamiętała niewiele – tylko przebłyski, ale domyślała się, co zaszło. Zarumieniła się na samo wspomnienie i spojrzała na Syriusza, śpiącego po jej lewej stronie. Matczynym gestem poprawiła kołdrę i bezszelestnie wyszła do kuchni, po drodze zakładając ten sam sweter, który Syriusz dał jej na pierwszej randce – nie wiedzieć czemu leżał na samym wierzchu sterty ubrań na fotelu. Nie była pewna, czego właściwie chce szukać w kuchni, ale zajrzała do kilku szafek, ale – nie znajdując herbaty – nalazła sobie wody. Z każdym płynu do jej świadomości powracało coraz więcej obrazów wczorajszego wieczora. Miała wrażenie, że to jakaś szaleńcza układanka, jakieś dziwaczne puzzle, które musi ze sobą poskładać. Nienawidziła tego uczucia, ale występowało na ogół po upiciu się – przestawała kontrolować to, co mówi… Zaraz, co ona mogła powiedzieć Syriuszowi?! Pamiętała, że mówiła coś o Natalie, Chrisie i… Nie, jak mogła zacząć opowiadać o tej całej Dainah, Maggie i innych jego dziewczynach, które spotkała i im zazdrościła. Jeśli się nie myli, to chyba opowiedziała mu właściwie całe swoje życie, łącznie z bieganiem nago po ogródku sąsiadów – to akurat pamiętała bardzo wyraźnie. Zrobiła z siebie pośmiewisko i łatwą dziewczynę. Nie, nie, nie… Nie będzie mogła spojrzeć mu w oczy. Nigdy. Najlepiej będzie, jak natychmiast stąd wyjdzie, w domu się spakuje i ucieknie do Tybetu. Nie zobaczy go nigdy więcej, w górach zje ją yeti i wszyscy zapomną o tym, że istniała. Tak, tak będzie najlepiej.
Znalazła sukienkę, szybko się w nią ubrała, napisała na jakiejś kartce krótki list, wzięła torebkę i starając się nie narobić hałasu otworzyła drzwi. Zerknęła w stronę śpiącego Syriusza, ale nie zmieniła zdania. Zawsze była zdania, że za głupotę trzeba płacić – ona okazała się niezwykle głupia i to właśnie była jej kara.
Zamknęła drzwi z cichym trzaśnięciem i zeszła po schodach. Drugi raz opuszczała tę kamienicę w ciągu dwóch tygodni i drugi raz chciało jej się płakać. Wygrzebała portmonetkę i upewniła się, że ją stać na taksówkę. Tak, niedługo będzie w domu…

Tymczasem Syriusz poruszył się nieco. Słyszał jakieś szmery, ale się tym nie przejmował. Dopiero trzaśnięcie drzwi go dobudziło. Nieco nieprzytomnie rozejrzał się po pokoju.
„Wyszła?”, zdziwił się w myślach.
Powoli obszedł całe mieszkanie, wreszcie znajdując kubek po wypitej wodzie i list. Przeczytał:

Przepraszam, ale wiem, jaką idiotką jestem. Dziękuję za wieczór i żałuję, że to było ostatnie takie spotkanie. Wyjeżdżam jeszcze dziś.
Hestia

– Co jej znowu przyszło do głowy – westchnął, mnąc list i rzucając na podłogę. Jeśli czegoś w kobietach nie rozumiał, to były to idiotyczne reakcje. Jeśli chce się dowiedzieć o co jej chodzi, to nie pozostaje nic innego, jak iść na Frederick Street.

***

Taksówka zaparkowała przed niepozorną, trzypiętrową kamienicą. Hestia zapłaciła i wysiadła. Te śmieszne samochody to zdecydowanie najlepszy mugolski wynalazek. Zwłaszcza dla kogoś, kto nie znosi teleportacji, a do takich osób należała Hestia – zawsze pełna obaw, że ulegnie rozszczepieniu, choć egzamin zdała za drugim razem.
Otworzyła drzwi i szybko weszła na drugie piętro. Cały czas towarzyszyło jej dziwne przeczucie, że nie jest tu sama. I faktycznie – pod drzwiami do jej mieszkania ktoś siedział. Na początku nie rozpoznała kto, ale rude włosy – choć krótsze, niż dawniej i brudne – jednoznacznie wskazywały na…
– Maggie? – zapytała Hestia z niedowierzaniem.
Rudowłosa spojrzała na nią przekrwionymi oczami.
– Hes… Dawno się nie widziałyśmy, prawda?
Zapadła cisza, w czasie której czarnowłosa nie potrafiła wykrztusić z siebie słowa. Myślała, że Maggie wyjechała na zawsze, że nigdy się nie zobaczą.
– Mogę… mogę wejść? – spytała niepewnie.
– Oczywiście, przepraszam… – Hamując się przed zadaniem lawiny pytań, Hestia przekręciła klucz i wpuściła przyjaciółkę do środka.
– Nie chciałam ci się zwalić na głowę – powiedziała Maggie. – Ale nie miałam gdzie się podziać. Sprzedałam swoje mieszkanie przed wyjazdem.
– Jasne, możesz się tu zatrzymać, nie ma problemu. Czekaj, zrobię ci trochę miejsca w szafie…
– Nie musisz, naprawdę. – Ruda usiadła w fotelu i próbowała się odprężyć. – To co u ciebie? Zmieniło się coś przez ten czas?
– Wszystko po staremu, naprawdę – skłamała szybko. – A co ty robiłaś tyle czasu?
– Podróżowałam, mówiąc ogólnie. Głównie za granicę, z jednego wyjazdu muszę zdać dokładną relację w Zakonie – mrugnęła porozumiewawczo.
Hestia zdała sobie sprawę, że ostatnio było bardzo mało zebrań, a jeśli były, to z mniejszą ilością obecnych. Czy to możliwe, że działo się coś, o czym nie wiedziała?
W pokoju zapadła cisza, którą wreszcie przerwała Maggie.
– A jak ty i… i Black?
– Nijak – odparła, patrząc w okno. Starała się opanować, ale sumienie nie tylko cały czas krzyczało „kłamczucha!”, ale i „a co z Tybetem?”. – Przepraszam, chyba powinnam się pakować…
– Wyjeżdżasz gdzieś?
– Właściwe tak… Mam nadzieję, że zaopiekujesz się moim mieszkaniem…
– Hes, co się stało?
– Nic. Naprawdę nic.
W tym samym momencie rozległ się dzwonek. Hestia nie wiedziała co gorsze – opowiedzieć Maggie prawdę, czy otworzyć drzwi, bo była pewna, że wie kto się za nimi znajduje.

Hestia stała jak sparaliżowana. Dzwonek odezwał się jeszcze dwa razy. Wreszcie, zniecierpliwiona Maggie zapytała:
– Masz zamiar otworzyć czy ja mam to zrobić?
– Nie! Już otwieram. To na pewno domokrążca, posiedź spokojnie, zaraz wrócę. – I podeszła do drzwi z zamiarem posłania najprzystojniejszego faceta świata do wszystkich diabłów.
Faktycznie, za drzwiami znajdował się nieco zirytowany Syriusz.
– Co się stało, dlaczego tak szybko wyszłaś? – zapytał, zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć. – I gdzie chcesz wyjechać?
– Nie mogę teraz rozmawiać – powiedziała najciszej, jak tylko umiała.
– Jasne. Spławiasz mnie. Coś ci się nie podobało w ostatnim wieczorze?
– Nie, było wspaniale, ale mam teraz gościa i naprawdę nie mogę rozmawiać.
– Gościa? Kto to?
– Stara znajoma – mruknęła czarnowłosa, mając nadzieję, że Black nie będzie zadawać dalszych pytań. – Obiecuję, że porozmawiamy później. Masz mugolski telefon? – zapytała, a gdy skinął głową, kontynuowała: – Zapiszę ci mój numer, zadzwoń wieczorem, to porozmawiamy.
Szybko sięgnęła do torebki, żeby wyciągnąć jakąś kartkę i długopis, zapisała parę cyfr i podała ją Syriuszowi. Rozmowa trwała już kilka minut i czarnowłosa bała się, że Maggie może się domyślić, że to nie zwykły akwizytor. Nie mogła zrozumieć samej siebie, ale bardzo nie chciała, żeby ta dwójka się spotkała.
– Hes, kto to? – krzyknęła ruda nie ruszając się z pokoju.
– Nikt, zaraz wracam – odkrzyknęła.
– Od kiedy jestem nikim? – spytał Black, przekornie unosząc lewą brew.
– Nie jesteś nikim, musiałam tak powiedzieć – wyjaśniła, po raz pierwszy w życiu mając nadzieję, że to spotkanie szybko się zakończy.
– Liczę na porządne wytłumaczenie – odparł i pocałował ją na do widzenia.
W tej samej jednak chwili rozległy się kroki i w przedpokoju stanęła Maggie.
– Co tu się… Hestia? – wykrztusiła. Miała przed oczami najniezwyklejszy obrazek, jaki tylko mogła sobie wyobrazić. Oto jej przyjaciółka i jakiś przystojniak, który trochę przypominał Syriusza, odskoczyli od siebie, a on szybko zamknął za sobą drzwi od drugiej strony.
– M-maggie, ja… – zaczęła czarnowłosa, nie bardzo wiedząc co powiedzieć. Czuła, że jej rumieńce są czerwieńsze od budki telefonicznej.
– Nie musisz nic mówić, to w końcu twoje mieszkanie i twoje życie – mruknęła, zbita z tropu. – Ale powiedz mi tylko kto to był.
– Syriusz Black – szepnęła Hestia, której rumieńce pokrywały już nie tylko całą twarz i szyję, ale także i dekolt.
Oczy rudowłosej wydały się nagle przynajmniej dwa razy większe i wytrzeszczone do granic możliwości.
– Chyba musimy porozmawiać…
„Niby o czym?”, pomyślała Hestia. „Czy ty mi się spowiadałaś z tego, co z nim robiłaś?”
– Chyba – przyznała, nie wiedząc, co innego mogłaby powiedzieć.

***

Kubek gorącej czekolady na ogół uspokaja, wprowadza w lepszy nastrój, zwłaszcza w zimowe dni, kiedy ciepło z kubeczka rozchodzi się po całym ciele, przekonując, że zamieć za oknem jest tylko pozorna, można się przed nią ukryć pod kocem i między stronicami książki. Tym razem jednak zamieć była nie za oknem, a w pomieszczeniu i bynajmniej nie chodziło o opady w postaci śniegu, ale o atmosferę, jaka panowała między Hestią, a Maggie.
– Chyba takie rozmowy powoli stają się naszym małym rytuałem – powiedziała spokojnie rudowłosa, siadając wygodnie w fotelu.
Hestia nie odpowiedziała. Stała przy oknie, patrzyła na opustoszałe podwórze i nerwowo skubała rękaw bluzki. Było jeszcze ciepło, ale ona czuła jakiś wewnętrzny chłód, który próbowała zneutralizować odzieniem z długim rękawem.
– O czym właściwie powinnyśmy rozmawiać? – zapytała cicho.
– Myślę, że najlepszym punktem wyjścia będzie Black.
Hestia zamilkła. Stała bez ruchu i wyglądała przez okno, marząc, by świat skończy się tu i teraz, żeby nie musiała tego wszystkiego tłumaczyć, nie Maggie! Może spaść meteoryt, bomba, może wybuchnąć gaz, zaprószyć się ogień, cokolwiek!
– Hes?
– Maggie, co ja ci mogę powiedzieć? Przecież dobrze wiesz jak jest.
– Nie wiem. W tym rzecz, że nie mam pojęcia. Zawsze chciałaś być z tym kretynem, już w szkole. Nie udawało ci się, on zawsze miał inne… nie ukrywam, że ja też się do tego grona zaliczam… ale wreszcie ci się udało, nie cieszysz się? Nie masz tej cholernej radości, którą każdy podobno ma, kiedy spełniają się jego marzenia?
Czarnowłosa zadrżała. Czemu w głosie jej przyjaciółki było tyle nie ubranego w słowa żalu i frustracji? Czy tymi słowami chciała jej, Hestii, zrobić krzywdę? Uświadomić coś? Czy nadal była to ta sama Maggie, która zawsze zna receptę na wszystko? Popatrzyła na zniszczoną twarz przyjaciółki. Nie widziały się dość krótko, a panna Sawyers wyglądała przynajmniej dziesięć lat starzej. Nie mówiła nic o swoim wyjeździe, a ona nie naciskała.
– I? – Cierpki głos rudej wyrwał ją z zamyślenia.
– Co „i”? – zdziwiła się.
– Pochwal się swoim szczęściem.
Hestia miała ochotę się rozpłakać. Dlaczego wszystko musiało się tak potoczyć, dlaczego? Gdyby mogła cofnąć czas, zacząć jeszcze raz… Czy nie ułożyłoby się lepiej? Dlaczego dwie osoby, na których tak jej zależy, zachowują się wobec siebie tak dziwnie? Nie chciała tak rozmawiać z Maggie. Całe szczęście z niej uleciało, zaczynała czuć się jak pusta skorupa, z której oboje zabrali całą radość.
– Nie chcę o tym rozmawiać w taki sposób – szepnęła. – Nie jestem szczęśliwa i nie będę! Między innymi dzięki tobie. To chciałaś osiągnąć?
– Nie.
Zapadła cisza. Maggie patrzyła na nią bez słowa, ale nie spuściła głowy. Jej wzrok był nieugięty, pewny siebie. Hestia czuła, że się zaczyna bać. Nie mogła sobie poradzić z opanowaniem sytuacji, zaczynało ją to wszystko przerastać. Może coś zaczynało w niej pękać? Nigdy nie była silna psychicznie, wolała być gdzieś na uboczu, skoncentrowana na sobie… Teraz zaczynała żałować swojej postawy. Kiedy wszystko skłaniało się ku szczęśliwemu zakończeniu, kiedy Syriusz zwrócił na nią uwagę… Musiało stać się coś takiego. Przecież gdyby nie ona, gdyby nie Maggie… Dlaczego musiała wrócić? Dlaczego musiała pytać? Dlaczego musiała przybrać tę swoją wszystkowiedzącą maskę?! Och, jak ona jej w tym momencie nienawidziła – za to, że rudowłosa wie o niej więcej, niż ona sama o sobie. Panna Sawyers bardzo dobrze wiedziała, jak szczęśliwa jest Hestia. Czuła to, cieszyła się jej radością, ale… cóż, była tylko człowiekiem, nie potrafiła zatrzymać wszystkich swoich odruchów. Nie mogła pogodzić się z tym, co zastała po powrocie. Nie spodziewała się niczego innego, ale ją to niezmiernie zabolało. Jeszcze widok całujących się Hestii i Syriusza… Nie, nie, nie… Musi zmazać to szczęście, ten jej uśmiech, musi wbić kolejną szpilę, przecież wie, gdzie uderzyć… Co ją powstrzymuje?
Patrzyły na siebie wrogo. Żadna nie wiedziała co powiedzieć, atmosfera stała się zbyt napięta. Maggie zrozumiała, że Hestia zmieniła się przez ten czas – nie były to zmiany widoczne, ale jednak. Nie mogła pojąć co takiego zaszło… domyślała się tylko, że to przez Syriusza. To on jest wszystkiemu winien, wszystkiemu, od jej wyjazdu, aż po tę kłótnię. Hestia natomiast uważała, że to Maggie się zmieniła – stała się bardziej oschła, mniej ludzka. Nie mogła dostrzec w niej tej dawno utraconej przyjaciółki. Może nie chciała?
– Przełóżmy tę rozmowę do jutra – szepnęła ruda. – Myślę, że powinnyśmy ochłonąć.
– Tak – przyznała głucho czarnowłosa, układając sobie w głowie plan. – Tak, potrzebujemy krótkiej przerwy.

***

„Chyba nabiorę wprawy w wymykaniu się”, pomyślała Hestia, pakując torbę podróżną.
Postanowiła o świcie wyjść, zostawić wszystkie problemy, pozbyć się ich w najprostszy sposób. Osiągnęła to, czego chciała. Była z Syriuszem, nie usłyszała chórów anielskich czy fajerwerków. Nie czuła się mądrzejsza czy choćby szczęśliwsza – zrobiła z siebie idiotkę przed dwoma osobami, na których jej najbardziej zależy. Wystarczy. Więcej nie powtórzy tego błędu. Czas powinien działać na jej korzyć, a przecież ma go pod dostatkiem. Ma dopiero dziewiętnaście lat, tyle już przeszła… Potrzebuje odpoczynku od siebie, musi zostawić te troski, smutki i problemy, po prostu uwolnić się od nich choć na chwilę, bo inaczej oszaleje!
Jesień tego roku przyszła niezwykle wcześnie, niebo praktycznie z dnia na dzień zasnuło się chmurami i co chwile ciężkie krople rozbijały się o chodnik. Koniec września zawsze kojarzył jej się z kolorowymi liśćmi, ostatnimi promieniami słońca… Teraz pogoda płakała nad jej losem, tak czuła. „Może pogoda dopasowuje się do moich uczuć? To śmieszne, ale… czemu nie?”, myślała.
O piątej rano była już spakowana. Maggie spała w salonie, nie było sensu jej budzić. Zarzuciła torbę na ramię i wyszła, zamykając drzwi zaklęciem. Klucze nie są już potrzebne. Już nie…
Miała przeczucie, że niedługo stanie się coś złego, ale nigdy nie wierzyła przeczuciom. Teraz zacznie nowe życie, ułoży sobie przeszłość, za jakieś pół roku wróci szczęśliwsza, pogodzi się z Maggie, wyjdzie za Syriusza… Czy to nie piękne? Tylko dlaczego płacze? Ach, nie, to deszcz. Ten okropny, jesienny deszcz, który w jednej chwili sprawia, że świat jest ponury i szary.
Mijała tak dobrze jej znane ulice, zatrzymała się nawet przed kamienicą Syriusza. Wahała się, czy się nie pożegnać, ale uznała, że im mnie osób wie o jej planie, tym lepiej. Musi się tylko skontaktować z Dumbledore’em. Tylko tyle. Potem poprosi go o misję z dala od Londynu. Dyrektor jej nie odmówi, przecież ciągle ktoś opuszcza zebrania z tego powodu, teraz jej kolej.

***

30 września 1981,

Powinnam chyba napisać, że jest mi lepiej, prawda? Że cieszę się, że wyrwałam się z Londynu. Że mogę odpocząć.
Nie.
Nie napiszę tak.
Dopiero dwa dni jestem w podróży, cały czas starając się zgubić pościg. Dumbledore obiecał, że w Rzymie ktoś mi pomoże, muszę tam tylko dotrzeć, a mugolskie środki nie są takie przyjazne, jakie się wydają.
Dostałam krótką delegację do Bułgarii, mam się tam spotkać z Nataszą Piorkov, która zajmuje się badaniem środowiska śmierciożerców na Bałkanach. Mam nadzieję, że spiszę się dobrze. Najważniejsze, że mam czas. Dumbledore umówił spotkanie dopiero na dwunastego października, mogę wcześniej zwiedzić Europę… Myślę, że on wiedział, że chcę odpocząć. On zawsze wszystko wie, ale jego wiedza nie jest taka, jak Maggie. Nie, miałam o niej nie pisać.
Kiedy wrócę, będę inna, nie dam się łatwo wyprowadzić z równowagi. Wtedy z nią porozmawiam.

***

Dwudziestego października, kiedy wróciła do Rzymu, gdzie miała otrzymać dalsze informacje od Augustusa McFlarothy’ego, czuła się kimś ważnym, jej ego zostało podbudowane. Odzyskała pozorny spokój ducha – w końcu wokół wrzała wojna, a ona zajmowała jedną ze stron barykady, w każdym momencie mogła zginąć. Ucieszyła się, widząc Augustusa na dworcu. Ten jednak nie wyglądał na uradowanego. Mruknął tylko zdawkowe powitanie i poprowadził ją szybko do punktu aportacyjnego w starym, opuszczonym domu.
– A środki bezpieczeństwa? – zapytała, przechodząc przez dobrze zamaskowaną dziurę w płocie.
– Mamy pozwolenie Dumbledore’a – uciął. – Jesteś potrzebna w Anglii, nie będziemy cię transportować normalną drogą.
Patrzyła na niego zaskoczona.
– Coś się stało?
– Rozumiesz, ile ryzykujemy? – spytał, ignorując jej słowa. – Jeśli byłaś śledzona, pościg zorientuje się, gdzie jest punkt aportacyjny. Oczywiście postaramy się zatrzeć ślady, ale chyba zdajesz sobie sprawę, że…
– Zaraz! Mam się teleportować? – Nie wierzyła własnym uszom. Dyrektor wiedział, jak bardzo się tego bała, a przemieszczenie się na taką odległość… Przecież jest prawie pewne, że się rozszczepi. Nie ma szans, żeby to się udało.
– A jak sobie wyobrażasz przeniesienie się do Szkocji?
– Może świstoklikiem? – zapytała, czując nieznośną suchość w ustach.
– Międzynarodowe są całkowicie pod kontrolą obu Ministerstw. Nie masz wyboru. Zamaskujemy ślad deportacyjny.
– Ale ja się rozszczepię! – jęknęła.
– Ważne, żeby ta twoja część, która ma sprawozdanie Piorkovej dotarła do Dumbledore’a. – Taki właśnie był Augustus. Perfekcjonista, dla którego praca była wszystkim. No i oczywiście jeden z najbardziej oddanych ludzi Dumbledore’a.
Hestia była pewna, że stało się coś okropnego, w innym wypadku nie wzywałoby jej w takim pośpiechu. Jeśli jednak się rozszczepi… Nie, najważniejsze jest nastawienie, musi myśleć pozytywnie.
Augustus wyjaśnił jej, gdzie będzie oczekiwana i o określonej porze dał znać, że czas się deportować. Kobieta skupiła się na przemieszczeniu, wyobraziła polanę, na której musi się pojawić, sprawdziła w myślach czy jest cała i poczuła tak charakterystyczne szarpanie. Nienawidziła teleportacji, ale jeśli uda jej się dotrzeć do Szkocji w jednym kawałku… To będzie cud.
Szkoda, że cuda się dzieją tak rzadko.

Dumbledore z uśmiechem odebrał raport i obiecał znaleźć jej lewą rękę, która z pewnością zgubiła się gdzieś po drodze. Nie wspomniał jeszcze o przyczynie tak szybkiego powrotu, co jeszcze bardziej ją zaniepokoiło.

***

– Maggie! – krzyknęła czarnowłosa, wchodząc do mieszkania.
Ale ruda nie odpowiedziała. Tak, jakby jej w ogóle nie było.
– Jesteś tu? – zapytała, stawiając torbę na podłodze.
Powoli obeszła wszystkie pokoje. Rzeczy panny Sawyers leżały na miejscu, ale jej samej nie było nigdzie. Hestia popatrzyła na swoją niedawno odzyskaną rękę, a potem rozejrzała się po mieszkaniu. Wszystko zdawało się mówić, że ruda zaraz wróci. Wystarczy poczekać.
Czarnowłosa poszła do kuchni, przygotowała dwie porcje kawy, licząc na szybki powrót Maggie. Pół godziny później wypiła zawartość swojego kubka, a po godzinie i drugiego.
„Dlaczego jej jeszcze nie ma?”, zastanawiała się zdenerwowana. „Może coś się stało i powinnam powiadomić Dumbledore’a?”
Uznała jednak, że zachowuje się jak rozhisteryzowana matka nastolatki, która poszła na pierwszą w życiu randkę. Właśnie… Poczuła niemiły skurcz w żołądku. A jeśli po jej wyjeździe Maggie i Syriusz…? Jeśli…? Nie, to niemożliwe, przecież nie było jej tak krótko!
Nutka niepokoju jednak pozostała, zwłaszcza gdy panna Sawyers nie zjawiła się na noc. Nad ranem dopiero Hestię obudziło pukanie do drzwi. Spodziewała się zobaczyć za nimi przyjaciółkę, ale niestety.
– D-dorcas? – wykrztusiła.
– Przychodzę z polecenia Dumbledore’a. Nie myśl, że dla przyjemności.
– Coś się stało?
– Najchętniej bym cię przeklęła, Jones. Wiesz o tym dobrze. Jedna klątwa i po wszystkim. Ale teraz każda różdżka się liczy, nie mogę załatwiać prywatnych spraw… – Spojrzała na nią z odrazą. – Ale jak to się skończy, to się policzymy.
– Po co przyszłaś? – Czarnowłosa zaczynała tracić cierpliwość.
– Jak mówiłam, potrzebna nam każda różdżka, bo przedwczoraj jedną straciliśmy. Dopiero parę godzin temu uzdrowiciele zakończyli pracę. – Zawiesiła głos, mierząc ją spojrzeniem pełnym niejakiego triumfu. – Maggie Sawyers nie żyje. Została zabita w walce ze śmierciożercami.
I wyszła. Tak po prostu. Trzaskając drzwiami.
Hestia nie była pewna, czy to drzwi, czy ta wiadomość to spowodowały, ale cały jej świat zaczął się trząść i sypać na kawałki. Maggie? Jak to możliwe? Przecież ona… ona… Nie mogła! Po prostu nie mogła!
Poczuła gorzkie łzy na policzkach. To dlatego Dumbledore kazał jej wrócić wcześniej. Wiedział…
Poczuła bezsilną złość, żal do całego otaczającego ją świata i piekący ból, który wypełniał praktycznie całe jej ciało. Tak, dokonała się ta przemiana, na którą czekała. Ale nie w takiej formie, jakiej się spodziewała… Po prostu coś się złamało, powódź łez, wzbierająca w niej od jakiegoś czasu, eksplodowała z potężną siłą. Obojętne co się stało, Maggie zawsze była jej przyjaciółką. Teraz nic nie będzie jak dawniej. Nic. I im szybciej to zrozumie, tym lepiej.
Była pewna, że nigdy nie zapomni tego koszmarnego dnia. Dwudziesty drugi października…

***

Niewiele pamiętała z następnych kilku dni. Kilka razy ktoś pukał do drzwi, ale i tak nie otwierała. Nie miała już komu. W końcu trwała wojna, połowa jej przyjaciółek już nie żyła. Im szybciej zrozumie, że ona też zginie, tym lepiej. Po co się łudzić, że to się skończy, że już nie będzie zebrań Zakonu Feniksa, że Voldemort zostanie pokonany… Kto mógłby tego dokonać, skoro sam Dumbledore nie może? Przecież to zabawa, kolejna forma berka czy chowanego, tylko dla starszych dzieci. Trudno się tylko zorientować kto się chowa, a kto kryje – oni czy śmierciożercy. Zresztą, czy to ważne? I jedni, i drudzy padają jak muchy. „W tym tempie sami się wybijemy”, pomyślała.
Zastanawiała się, co ją czeka potem, czy w ogóle jakieś „potem” istnieje. Czy warto wyjść z domu po pewną śmierć. Czy warto żyć?…

Piątego dnia tej depresji, Hestię wybudził z letargu chrzęst otwieranego zamka do drzwi. Zastanawiała się kto jest na tyle głupi, by tu wchodzić bez jej zgody. Podejrzewała nawet, że przyszła po nią śmierć w śmierciożerczej skórze.
Ale nie. W hollu zabrzmiały dwa głosy, oba jej znane. I obu nie spodziewała się usłyszeć już nigdy w życiu.
– Musi gdzieś tu być, wystarczy poszukać. – Ten rzeczowy, opanowany ton mógł należeć tylko do jednej osoby. Natalie. Ale co ona tu robiła?
– To zacznij szukać, a nie się wymądrzać – warknął drugi, męski głos. Był ciepły mimo nieuprzejmego tonu. Hestia poczuła, że zaczyna się rumienić. Syriusz.
Oboje zaraz ją znajdą. Siedzącą pod kocem, w piżamie, w otoczeniu brudnych naczyń i pustych butelek. Z tłustymi, pozlepianymi włosami, wyrazem kompletnego zaspania i apatii wymalowanym na twarzy. Czy naprawdę musi robić z siebie jeszcze większą idiotkę?
Niestety, los po raz kolejny okazał się okrutny i już po chwili usłyszała zbliżające się do niej kroki, dość charakterystycznie stukających obcasów. „Lepiej, że to Natalie, a nie Syriusz”, zdążyła pomyśleć, nim z jej głowy został zrzucony koc, pod którym siedziała.
– No wreszcie – syknęła Natalie. – Jak mogłaś zrobić tu taki chlew?
Z obrzydzeniem kopnęła pustą butelkę po piwie kremowym, która poturlała się pod ścianę, po drodze obijając się o dwa talerze. Dźwięk ten musiał zwrócić uwagę Syriusza, który szybko wszedł do pokoju, patrząc z niedowierzaniem na jego stan.
Faktycznie, większość mieszkania, a zwłaszcza ten pokój, wyglądało jak po przejściu tornada. Przez kilka dni Hestia nie sprzątała, a wszystkie naczynia – póki jeszcze były czyste – składowała w jednym miejscu, razem z opakowaniami po innych produktach żywnościowych, które przyswajała w czasie tego letargu. Wiele tego nie było, ale stan, w jakim czarnowłosa się znajdowała, mógł tłumaczyć jej awersję do jedzenia i utrzymywania innych funkcji życiowych.
– Zostawcie mnie – mruknęła, próbując na powrót ukryć się pod kocem.
– Nic z tego, jesteś nam potrzebna! – Natalie szarpnęła za koc, odrzucając go w przeciwległy kąt pokoju. – Przestań być cholerną egoistką! Nam też jej brakuje, rozumiesz? Nie jesteś sama. Więc nie zachowuj się jak dziecko, kiedy cię potrzebujemy!
– Do czego? Trzeba uzupełnić lukę w szeregach żołnierzyków idących na śmierć? – mruknęła urażona.
– Nie. Jesteś nam potrzebna żeby pomścić Maggie. Twoją przyjaciółkę… podobno.
– Podobno? Podobno?! – krzyknęła. – Nawet nie waż się tak mówić, Natalie. Nie po tym jak odwiesiłaś słuchawkę.
– Ale to nie ja uciekłam – przypomniała. – To ja byłam przy niej, jak uciekłaś. Nie zdajesz sobie sprawy jak się tym przejęła. Zachowałaś się jak nieodpowiedzialny gówniarz, rozumiesz?
– Nikt mi nie będzie prawił morałów. A już zwłaszcza nie ty. – Odwróciła głowę w drugą stronę. Miała jej już dość. Po co w ogóle przyszli? Czemu nie mogą zostawić jej w spokoju?
Jakby w odpowiedzi na te pytania, Syriusz uśmiechnął się nieco sztucznie.
– Drogie panie, chyba nie czas na rozpamiętywanie przeszłości. Hestia musi się dziś stawić na zebraniu Zakonu.
„No tak, mogłam się domyśleć, że o to chodzi. Przecież nie znaczę nic więcej…”, pomyślała, użalając się nad sobą.
Jednak zanim zdążyła zaprotestować, oboje ją podnieśli z podłogi i zmusili do ogarnięcia się w łazience. Dziewczyna bardzo niechętnie na to przystała, ale zdawała sobie sprawę, że musi z tego wyjść. Już dość letargu, już dość. Świat kręci się dalej – już bez niej, ale kręci się. Czas zacząć żyć od nowa – bez przyjaciół. Czy dwudziesty siódmy października stał się datą śmierci jej życia towarzyskiego? A jeśli tak, czy dla kogokolwiek ma to jakiekolwiek znaczenie?

***

– Za parę dni Halloween…
– Wiem – burknęła, przyspieszając kroku.
– Może byśmy wybrali się na kolację?
– Nie wiem, czy to dobry pomysł. – A jednak zwolniła. Nie, miała się nie dać omamić. „Nie, Syriuszu Black, tym razem ci się nie uda!”, postanowiła.
– Słyszałem, że w tej knajpce na The Mall będzie miła atmosfera.
– Ale ja naprawdę…
– Pomyśl, że taka okazja może się nie powtórzyć. Złap wiatr w żagle, jak to mówią.
– Myślę, że…
– Raz się żyje. Powinnaś o tym pamiętać.
– Dobrze, Syriuszu – szepnęła. – Chętnie z tobą pójdę na kolację, ale… ale nie na tę ulicę, proszę. Maggie tak lubiła tam chodzić…
Skinął głową. Był gotów uszanować jej decyzję, przecież nie ważne gdzie pójdą – liczy się zabawa.
Hestia poprawiła cienki płaszcz i przestąpiła z nogi na nogę.
– To jesteśmy umówieni? – spytała.
– Jasne. To będzie najlepsze Halloween twojego życia – mrugnął.
I chwilę potem wsiadł na ten swój motor i odjechał, zostawiając ją z nową nadzieją w sercu i poczuciem winy, że złamała słowo dane sobie samej. Miała nie wplątywać się w związki bez przyszłości, a niewątpliwie randka z Syriuszem do takiej kategorii należała.
Westchnęła. Czemu tak trudno jest zmienić siebie?

***

Trzydziesty pierwszy października był dość słonecznym, typowo jesiennym dniem. Hestia od samego rana szykowała się na kolację. Nie przypuszczała, że tego dnia może stać się cokolwiek nieprzewidywalnego czy dziwnego. Po prostu to był jeden z tych zwykłych, nudnych dni. Tego samego zdania była przez calusieńki dzień, aż do momentu, kiedy Syriusz zadzwonił do drzwi. Miała żal do samej siebie, że poleciała za nim jak mucha za miodem; przecież miała się zmienić, nie być taka głupia… Właściwie całe jej życie uczuciowe sprowadzało się do jednej osoby: Syriusza. Początkowo odległy obiekt uczuć, potem już bliższy… Powinna być szczęśliwa, spełniło się jej marzenie! Tymczasem czuła się jak alpinista, który zdobywa wymarzony szczyt i widzi za nim szereg innych, jeszcze wyższych. A jednak wystarczyła krótka rozmowa, by wyższe szczyty znikły, pozostał tylko ten jeden, na którym czuła się jak na dachu świata.
Zmieniła zdanie dopiero, kiedy w środku kolacji Syriusz ją przeprosił, tłumacząc się niezwykle ważnymi sprawami. Zanim zdążyła zaprotestować, wyszedł, zabrał swój motor i odjechał. Hestia została przy stoliku, postanawiając zaczekać na jego powrót. Czekała godzinę, dwie. Wreszcie zwątpiła. Zapłaciła rachunek i wściekła wybiegła z restauracji, postanawiając następnego dnia tak zrugać Blacka, że aż mu w pięty pójdzie.

Ale następnego dnia Syriusz nie dał znaku życia. Nie musiała iść do pracy, mogła więc spokojnie czekać aż zapuka do drzwi i przeprosi. Czekała od samego rana do pierwszej w nocy. Dopiero następnego ranka sowa dostarczyła jej Proroka Codziennego. Pierwszą stronę stanowił wielki napis „Szokujące morderstwo Potterów! Czarny Pan zniknął! Winny wielokrotnego morderstwa Syriusz Black w Azkabanie!”.
Czy to możliwe? Czy Syriusz zostawił ją w czasie kolacji, żeby… żeby…
Nie.
To nie może być prawda.
Przecież to… to absurd. Na pewno za chwilę zapuka do drzwi, przeprosi i będzie nalegał na kolejną kolację. Przecież nie może być inaczej – takie rzeczy się nie zdarzają…

A jednak Syriusz się nie pojawił – ani tego dnia, następnego, w ciągu całego miesiąca czy wreszcie roku. Hestia cały czas się łudziła, ze to pomyłka. Natalie patrzyła na nią ze współczuciem, ale i pewną rezerwą. Nie potrafiła tego zrozumieć. Wiedziała tylko, że musi Hestii pomóc. Bo nie było już nikogo innego, kto mógłby to zrobić za nią.

***

Każdy wie, że nie należy rozdrapywać starych ran. Po prostu nie i już – w ten sposób mniej boli i łatwiej jest żyć dalej. Kiedy stanie się coś strasznego, coś co złamie czyjeś życie raz na zawsze, najlepiej po prostu zamknąć ten rozdział i żyć dalej. Naciągnąć szary uniform codzienności, nauczyć się dzień w dzień robić to samo i nie myśleć. To podstawa – nie-myślenie jest drogą do nie-pamiętania.
Hestia opanowała tę sztukę do perfekcji. Każdy jej dzień był podobny do innych, nie rozróżniała już miesięcy czy wreszcie lat. Tak nagle się postarzała, z nastolatki przeskoczyła od razu do roli ustatkowanej matrony, która straciła sens życia.
Och, oczywiście, świętowała pokonanie Voldemorta – jak każdy. Ale potem popadła w taką depresję, że nawet Natalie nie umiała jej pomóc. Rutyna przyszła później – zmęczenie tym wszystkim zaowocowało. Nie miała już siły na dłuższe rozpamiętywanie, medytowanie, rozpaczanie… Po prostu musiała zebrać wszystkie siły i zacząć żyć dalej.

I tak czas płynął – codziennie wstawała o wpół do siódmej rano, brała prysznic, jadła tosta z marmoladą, piła kawę, zakładała garsonkę albo szatę (zależnie od okazji), teleportowała się do Ministerstwa, spędzała tam kilka godzin, wracała do domu, przebierała się w wygodniejsze ubrania, jadła coś, siadała w fotelu, czasem wpatrując się w ciemność, czasem czytając lub oglądając telewizję. Kiedy patrzyła na zegarek było już późno i musiała się kłaść spać, żeby następnego dnia powtórzyć to wszystko. Czuła, jakby to była sztuka odtwarzana wciąż i wciąż dla tej samej publiczności. I tak przez paręnaście lat.
Oczywiście, miała chwile załamania nerwowego, kiedy nie była w stanie ruszyć się z łóżka. Wtedy właśnie wracała fala wspomnień o Syriuszu, o tym, że teraz jedyny człowiek, dla którego tyle poświęciła, jest w Azkabanie… Nie umiała sobie z tym poradzić – sytuacja ją przerastała, była nie do objęcia umysłem. Jak coś, o czym czyta się w gazetach, ale nam się to nie zdarza. Wtedy – w przerwach spazmatycznego płaczu – wykrzykiwała do czterech pustych ścian słowa buntu, gorzkie wspomnienia, wyrażenie własnego „nie zgadzam się”. Ale ściany milczały… Dopiero na drugi dzień Natalie do niej przychodziła, sprawnie wymierzonym policzkiem przywracała świat na właściwe miejsce i kazała się pozbierać. To pomagało. Czasem na kilka miesięcy, czasem na kilka dni. Ale mijało, Hestia wracała do swojego szarego uniformu codzienności, zostawiając gorzkie słowa dla siebie samej. Aż do kolejnego wybuchu.

Wreszcie nadszedł TEN dzień. Data, która na zawsze przewróciła jej życie do góry nogami i nawet najsilniejszy policzek od Natalie nie mógł tego uleczyć. „Prorok codzienny” zamieścił informację, że seryjny morderca Syriusz Black zbiegł z Azkabanu.
Czuła irracjonalny lęk przed wychodzeniem z domu. Każdy szmer na ulicy wydawał jej się Syriuszem, każdy cień przypominał go. Modliła się do wszystkich bóstw, jakie tylko znała, żeby tylko go nie spotkała. Nie udało jej się zamknąć tego rozdziału, ale była pewna, że ten widok by jej nie pomógł. Nikt, kto opuścił Azkaban nie był już taki, jak wcześniej. A Syriusz… przecież on jest mordercą, jak może myśleć w taki sposób o kimś, kto zabił trzynaście osób?!
Wiedziała, że najrozsądniej będzie czekać. I tak też zrobiła. W końcu muszą go złapać albo chociaż trafić na jakiś ślad. Ludzie nie rozpływają się w powietrzu! Zwłaszcza tacy, których ścigają wszyscy aurorzy w Wielkiej Brytanii.
A jednak Syriuszowi się udało. W gazetach nie było żadnych konkretów przez długi czas. Dopiero w końcu czerwca, mniej-więcej dwa lata po ucieczce Blacka, odwiedziła ją niezwykle dawno nie widziana osoba. Minerwa McGonagall. Jej była nauczycielka nie zmieniła się ani o jotę od czasów szkolnych i Zakonu… Może tylko w misternym koku przybyło kilka siwych włosów.
W każdym razie Minerwie z całą pewnością nie było do śmiechu. Przedstawiła Hestii pokrótce sytuację, w jakiej znalazł się Zakon, powołany powtórnie do życia parę dni temu.
Początkowo czarnowłosa nie mogła uwierzyć w powrót Voldemorta, dopiero stanowcze, niezbite argumenty, jakimi dysponowała McGonagall, podziałały. Zrozumiała, że powrót do Zakonu jest nieunikniony, że wszystko zacznie się od początku… Nie, nie wszystko. Syriusza już nie będzie. Na jego miejscu usiądzie ktoś nowy. Na wielu miejscach… Jest niesprawiedliwa myśląc, że tylko jego zabraknie – przecież tylu poległo, albo skończyło jak Longbottomowie…
Ale powrót do Zakonu będzie rozdrapywaniem ran. Znowu będzie cierpień, w każdej twarzy dostrzeże przeszłość… Po co się na to skazywać? W imię czego ma cierpieć?!
Jednak dobrze wiedziała, że musi wrócić. Zakon jej potrzebuje. Po raz pierwszy od trzynastu lat jest potrzebna…

***

– Hestio?
– Taaak? – Odłożyła na bok książkę, za którą próbowała się ukryć.
– Myślę, że powinnaś z kimś porozmawiać. – Remus Lupin spojrzał na nią stanowczo. Na każdym zebraniu miała miejsce obok niego, więc siłą rzeczy poznali się lepiej. Usilnie stara się ignorować myśl, że jest też przyjacielem Syriusza. Nie chciała widzieć Blacka. Nie chciała powrotu wspomnień – gdyby wreszcie zaczęła żyć normalnie, bez przeszłości… O ileż byłoby to łatwiejsze!
– Z kim? – zapytała z obawą, choć dobrze wiedziała. Bała się tej rozmowy, choć dobrze wiedziała, że musi ją przeprowadzić. Zastanawiała się jednak czego obawia się bardziej: Syriusza czy siebie. Nie mogła początkowo uwierzyć, że udało mu się uciec z Azkabanu, ale kiedy wyjaśnili jej, że jest niewinny, zaczęła patrzeć na niego nieco przychylniej. Oczywiście, więzienie niezwykle go zmieniło, ale ona nadal miała przed oczami jego dawną twarz. Choć na tej obecnej również były ślady dawnej urody, to jednak nie był ten sam człowiek. Dlatego bała się samej siebie – jak zareaguje w czasie rozmowy? Przecież tyle czasu spędziła na zapominaniu… Ale czy zapomniała? To chyba będzie czas, w którym to sprawdzi.
– Dobrze wiesz z kim. Z Syriuszem.
Pokiwała głową. Podjęła decyzję.
– Gdzie on jest?
– Siedzi w kuchni. – Zawahał się czy powiedzieć coś jeszcze. – Mam nadzieję, że ta rozmowa wam pomoże. Obojgu.
Hestia uśmiechnęła się blado. Też miała taką nadzieję… Ale czym właściwie jest nadzieja? Niektórzy mówili, że ostatnią deską ratunku przed szaleństwem, ale nie była tego pewna. Nadzieja była światełkiem w życiu, czymś, co podtrzymywało na duchu w najgorszym czasie.
Weszła do kuchni, zastukawszy uprzednio. Nie wiedziała, na co ma liczyć. Nic nie wiedziała. Była teraz jak bezuczuciowy robot nastawiony na daną czynność. Porozmawiać. Nic więcej.
Spojrzała na siedzącego za stołem Syriusza. Po raz pierwszy od jego uwięzienia w Azkabanie mieli rozmawiać. I po raz pierwszy nie była tą rozmową przejęta. Obawy znikły.
Po prostu usiadła i zaczęła rozmowę. Bez rumieńców, bez emocji czy ważenia każdego pojedynczego słowa. Zrozumiała wtedy, że jednak dopięła swego. Uwolniła się. Udało jej się zdławić to uczucie, szara rzeczywistość je zabiła. Teraz nie czuła już nic do Blacka. Nic. Po tylu latach, wreszcie…

A jednak po jego śmierci, rok później, płakała. Łzy płynęły wbrew jej woli, po części z żalu, że odszedł ktoś tak ważny w jej życiu, po części z powodu zmarnowanego życia. Kiedy patrzyła w przeszłość, znajdowała tam tylko Syriusza – przez niemal pięć lat był jej obsesją. A kiedy wreszcie dostała to, czego chciała – miejsce Syriusza zajęła rutyna, szarość dnia i zniechęcanie. Co mogła do dziś osiągnąć? Bardzo wiele, mogła mieć rodzinę, dobrą pracę, kochającego męża, wspaniałe dzieci… A jednak wolała całe życie gonić za ulotnym szczęściem, za facetem z innej – całkiem nie pasującej do niej – kategorii. Co jej z tego zostało? Chyba tylko łzy nad samą sobą. Chciałaby zacząć od nowa, zmienić coś… Ale czy ma czas?

***

Nie, nie miała czasu. Nikt z Zakonu nie mógł wiedzieć, ile czasu mu zostało, zwłaszcza po śmierci Dumbledore’a. Chodziło tylko o wybór. Wybór własnej śmierci, jakkolwiek by to nie brzmiało – można było umrzeć z różdżką w ręku, lub kuląc się z przestrachu w kącie. Hestia zawsze obawiała się tej drugiej śmierci, wiedziała, że nie tak umierali jej przyjaciele. Ale czy miałaby odwagę ponieść śmierć bohaterską? Czy umiałaby wstać, rzucić zaklęcie i czekać, aż zielony promień w nią uderzy, zabierając życie? Nie… Na pewno by stchórzyła.

Nie stchórzyła. Kiedy człowiek traci wszystko, łącznie z nadzieją, potrafi stawić czoło śmierci, jeśli staje z nią oko w oko. To nie była kwestia zwycięstwa nad śmierciożercami, i tak nie mogłaby go odnieść – sama jedna przeciw pięciu oprychom. Chodziło tylko o to, by chwycić różdżkę, by spróbować się bronić.
Dlatego wbrew sobie wstała z ziemi, drżąc jak osika. Śmierciożercy się śmiali. Nie wierzyli, że po jednym Cruciatusie będzie jeszcze w stanie stać. Hestia sama nie wierzyła. Podobno przed śmiercią człowiek jest zdolny do niewyobrażalnych czynów – może przebiec kilka kilometrów, choć zawsze dostawał zadyszki po kilkunastu metrach; może też podnieść się, spojrzeć swoim oprawcom w oczy i powiedzieć krótkie zaklęcie. O nic więcej nie chodziło.
Drętwota!
A potem głuchy śmiech, zielony promień i ciemność…
Czy tak się to wszystko kończy? Po śmierci niczego nie ma? Co teraz?
Nie zdążyła zadać sobie dalszych pytań, oślepił ją niesamowity blask, który zabrał jej wszystkie troski, kłopoty i zmartwienia. I dopiero to był koniec.
Ale przecież każdy koniec, to także początek czegoś nowego…
Chciała w to wierzyć.
Nie. Już w to wierzyła.

koniec

Advertisements
Hestia Jones

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s