Część Trzynasta. Jeśli ją skrzywdzisz.

W sobotnie popołudnie miała miejsce bardzo istotna rozmowa. Uczestniczyli w niej przede wszystkim obaj bracia i ich przyszły szwagier. Nie, nie próbowali go przekonać, żeby zostawił ich siostrzyczkę w spokoju – to byłoby raczej bezsensowne. Bartemiusz miał na to ochotę, ale na szczęście został powstrzymany.
Siedzieli, jak zwykle, w salonie. To znaczy – Wilkes siedział na kanapie, a Bartemiusz i Gerard woleli stać parę kroków dalej i opierać się o ścianę, z wyrazem pełnego obrzydzenia na twarzy. Rozmieszczenie to nie powinno dziwić nikogo, kto znał historię ich znajomości, a mimo to pan Bartemiusz Senior nie potrafił pokonać tego uczucia, które całkowicie zawładnęło nim zaraz po przekroczeniu progu.
– Wszyscy obecni? – spytał swoim spokojnym, niskim głosem, tylko po to, by oddalić moment, w którym musiałby powiedzieć coś mniej oczywistego.
Marcus kiwnął głową. Nawet nie starał się ukryć tego, że gardził swoim przyszłym teściem. Nie zrobił nic, by okazać mu szacunek – nie podniósł się, nie skłonił, nie wyciągnął nawet ręki w jego kierunku. O zaproponowaniu pomocy nie wspominając.
– Chcesz usiąść, ojcze? – Bartemiusz Junior starał się wywiązywać z obowiązków syna najlepiej jak umiał.
– Poradzę sobie sam – odpowiedział z pewnością w głosie, która znikła zaraz po tym, jak zahaczył nogą o róg dywanu i o mało co nie zakończył tego spektakularnym upadkiem. – Naprawdę – dodał.
Może i miał swoje prawie sześćdziesiąt lat (przy każdej możliwej okazji podkreślał to prawie, jakby znaczyło ono więcej niż pięć miesięcy), ale potrafił się jeszcze sam poruszać, do diaska! Nie potrzebował specjalnej opieki. Jakoś udało mu się dotrzeć do kanapy – było to o wiele łatwiejsze niż zignorowanie dziwnego spojrzenia swojego prawie zięcia – a później usiąść na niej, nie zapominając o tym, że o ramię wyżej wymienionego należy się oprzeć i pobrudzić mu szatę resztkami sosu, który pozostał na dłoniach po niedawnym posiłku.
– Może przeszlibyśmy do.. szczegółów? – spytał Marcus, wyraźnie zdegustowany plamą, którą uraczył go jego teść. – Nie chcę spędzać całego dnia na sprawdzaniu listy obecności jakże licznej rodziny.
Jak wszyscy wiedzą, niegdyś prawdziwa rodzina czystokrwista powinna starać się, by potomków było jak najwięcej. Jednak ostatnio wszyscy dążyli do jak największego okrojenia liczby jej członków. Wielodzietni są tylko ubodzy! krzyczano. O dzieci starano się tylko do pierwszego syna. Ludzi, którzy mieli ich więcej traktowano jak traktowano. Oczywiście były rody, które mogły sobie pozwolić na komfort posiadania dwóch, trzech synów i o ile kiedyś Crouchowie mogli nazywać siebie na tyle elitarnymi, o tyle teraz nawet Wilkes (lub, o zgrozo!, Malfoy) mógł z nich kpić.
Gerard gotowy był natychmiast się na niego rzucić – samo wytrzymywanie z przyszłym szwagrem w jednym pokoju było wielkim sprawdzianem wytrzymałości dla jego nerwów, tego typu uwagi przechylały szalę – ale jego bratu na razie udało się go powstrzymać. Zdobył się tylko na syk:
– Wilkes…,
który zapewne doczekałby się równie nieprzyjemnej odpowiedzi, gdyby nie stanowcze upomnienie ojca:
– Przypominam, że ty również niedługo do niej dołączysz.
Główna przyczyna tego małego zamieszania wydawała się niewzruszona zaistniałą sytuacją. Pan narzeczony uśmiechnął się kpiąco.
– Może tak, może nie – powiedział. – Któż może pojąć decyzje Fortuny?
Niespodziewanie starszy pan okazał odrobinę wigoru – jego wciąż silna ręka zacisnęła się odrobinę na gardle mężczyzny. Nikt nie spytał nawet: Czy Fortuna powinna wspierać swoją siostrę, Furię? Łączy je wspólna, a najważniejsza literka!
Gerard z największą chęcią również by do nich dołączył. Nic nie mógł jednak poradzić na to, jak mocno trzymał go jego brat. Gdyby ktoś wcześniej mu powiedział, że w tym wątłym chucherku jest tyle siły, z pewnością by go wyśmiał. W tamtej chwili zmienił zdanie.
– Jeśli zrobisz to Ceri…
– Co takiego? – Wilkes przerwał teściowi. – Myślałem, że marzy pan tylko o tym, byśmy się rozstali.
– Jeśli ją skrzywdzisz, moja zemsta dosięgnie cię nawet w zaświatach.
Zabrał rękę, a głowa Marcusa uderzyła o miękkie oparcie kanapy.
***
Bartemiusz Crouch Junior nie do końca pojmował to, co przed chwilą się wydarzyło.
Myślami był bardzo daleko stąd; prawdę mówiąc był dalej, niż to możliwe, choć przecież nie przekroczył odległych granic tego świata, nie zahaczył też o granice ludzkiego życia. Od niechcenia przytrzymywał wyrywającego się Gerarda, ale wcale na niego nie patrzył – wzrok utkwiony miał w oknie, za którym… Och, powinna być Ceri, ale jak na złość sobie gdzieś poszła.
To właśnie jej dotyczyły wszystkie jego myśli. Musicie przyznać – leniwe, nawet nie ruszyły się z domu. Jednocześnie zaś przecież znajdowały się daleko, tam gdzie Bartemiusz nie zapuszczał się nigdy. Nazwa tego miejsca zaczynała się na S i kończyła na E, w pełnej zaś okazałości brzmiała serce. Bo S jak serdelki, E jak Eros, R jak raczkowanie, C jak ceremonia i E jak epitafium.*
Niektórzy podejrzewali, że w ogóle nie posiada takiego organu. Inni mówili, że jego uczucia zamieszkały w wątrobie i że zdarza mu się częściej wypić, bo chce je odesłać w zaświaty. Cała reszta po prostu uważała, że uczucia i Bartemiusz tworzą uroczy oksymoron, więc nawet jeśli serce bije w jego piersi, robi to tylko po to, by mógł dożyć następnego poniedziałku.
Jednak wszystkie te teorie musiały pogodzić się z upadkiem w obliczu teraźniejszości. Ceri była bowiem jedyną osobą na tym świecie zdolną przeciwstawić się rzeczywistości.
Dlatego też, wbrew swoim zwyczajom i regułom, rozmyślał nad licznymi cudami kobiecej budowy. Bo czyż dłonie i nadgarstki nie mogą być uznane za największą ozdobę zadbanego człowieka? Bo czyż długie, smukłe palce wplątane w jego włosy nie mogą przynosić prawdziwej przyjemności? Każda sekunda podsuwała mu inny pomysł na chwalenie jej wdzięków, z każdą sekundą przenosił swe myśli coraz niżej i niżej, w dolne części jej ciała. Dłonie…
Na dłoniach się nie zaczęło i miał nadzieję, że się nie skończy, gdy nagle z świata realnych istot, a nie sennych zmor, wychwycił jej imię. Po chwili zastanowienia – gwar jakby ucichł – rzucił najistotniejsze pytanie ze wszystkich, które przyszły mu do głowy.
***
– Gdzie ona jest?
Trzej pozostali mężczyźni spojrzeli na niego tak, jakby podejrzewali, że wcale nie jest przytomny na umyśle.
– Ceri wysłaliśmy do Selmy. – Gerardowi w końcu udało się wyrwać z uścisku brata, ale jego stan wciąż pozostawiał wiele do życzenia. – Sam to zaproponowałeś.
– Żeby nie przeszkadzała… – Bartemiusz Junior mruknął sam do siebie.
– Właśnie.
Znów nastała niczym niezmącona cisza – o wiele mniej krępująca od tej poprzedniej, ale wciąż nie wróżąca niczego dobrego. Wszyscy (poza pewnym jegomościem wpatrzonym w okno) rzucali gniewne spojrzenia wszystkim, jednocześnie nawet nie starając się zawiązać miłej rozmowy.
W końcu Bartemiusz Crouch Senior odważył się przemówić jako pierwszy:
– Skoro udało nam się jednak zebrać, miło byłoby wrócić do tematu tego spotkania, jakim niewątpliwie jest… – przerwał. – Synu, co ty robisz?
Zarówno Gerard i Wilkes – choć jeden nie miał do tego żadnych praw – spojrzeli na starszego człowieka z niemym pytaniem w oczach. Tylko właściwy adresat tej wypowiedzi nie zareagował w należyty sposób.
Bartemiusz Junior wyszedł.
W porywach do wybiegł.
***
– Coś niedobrego dzieje się z naszym dzieckiem, Gabrielle – wyszeptał, całując przed snem zdjęcie byłej żony. – Z naszym też – dodał, robiąc to samo z utrwaloną podobizną jej następczyni. – Czy my w młodości też byliśmy tak nieznośni?
Z czułością przytulił do piersi obydwie fotografie, by później równie delikatnie odłożyć je na biurko. Za życia jego gabinet nie był miejscem dla kobiet, jednak po śmierci mogły znaleźć tam swoje ukojenie.
Wyszedł z pomieszczenia. Zamknął za sobą drzwi, starając się, by ich odgłos nie zbudził pogrążonych w śnie domowników. Nic nie mogło być bowiem gorsze od kolejnej nocnej awantury. W ciągu ostatnich miesięcy znosił ich aż za wiele – teraz nie miał zamiaru ryzykować wywołania następnej.
Z wyuczoną ostrożnością stawiając kroki na miękkim dywanie, Bartemiusz Crouch Senior rozmyślał nad tym, co ustalił z synem i przyszłym, o zgrozo!, zięciem.
Ponownie podzielili okolicę na kilka rejonów, włączając w to także miejsca uprzednio niesprawdzone. Wilkes obiecał wspaniałomyślnie, że poprosi o pomoc swoich przesympatycznych znajomych – Gerard nie był z tego faktu z żadnym stopniu zadowolony, ale nie wypadało mu odmówić po tym, jak przekonywał, że każdy się przyda. Nawet Muldber ze swoją niedźwiedzią inteligencją i Nott, który nie potrafił odróżnić żaby od zająca, nie mówiąc już o różnicach wewnątrzgatunkowych pomiędzy poszczególnymi kobietami.
Rejon pierwszy przypadł w udziale jemu, jako najmniej zdolnemu do przemieszczania się. Od lat nie ruszał się z dala do domu i w jesieni swojego życia nie zamierzał tego zmieniać, nawet jeśli chodziło o jego własną córkę. Zresztą, ona na pewno była już martwa, więc po co się wysilać? Przejdzie się po okolicznych domach i popyta, do tej pory przecież zrobił już wystarczająco dużo.
Rejon drugi wyznaczono dla Bartemiusza, który przecież mógłby mieć problemy z lokalizacją dalej położonych miejsc. Nie można wymagać zbyt wiele od człowieka, który w Walii nigdy wcześniej nie był. Oczywiście istniało prawdopodobieństwo, że w ogóle nic nie robi. Biorąc pod uwagę jego dzisiejsze zachowanie…
Gerard i Wilkes podzielili między siebie rejon trzeci, czyli wszystkie miejsca, których Felicia nie odwiedzała, ale były w zasięgu jej możliwości. Crouch Senior nie rozumiał tylko dlaczego włączono do nich kościoły i zakony. Podejrzewał, że swoje paluszki maczała w tym Ceri. Ona jedna święcie wierzyła w to, że jej siostrzyczka widzi świat poza zadymionymi pubami i spotkaniami z ludźmi, którzy byli bardziej niż podejrzani. Ona jedna nigdy nie czuła od Stokrotki zapachu papierosów, nigdy nie widziała, że ta znowu wzięła coś na poprawę nastroju i nie brała pod uwagę faktu, że może działać pod wpływem alkoholu. Ona jedna mogła wpaść na tak absurdalny pomysł jak Felicia szukająca oparcia w Bogu.
– Ceri… – usłyszał gdzieś na wysokości drzwi swojej najmłodszej córeczki.
Przystanął, kompletnie wytrącony z rytmu rozmyślań. Bo jak tu się zastanawiać nad Stokrotką w habicie, gdy jakiś mężczyzna znajduje się w sypialni Twojego dziecka?
– Tak, Bartemiuszku?
Słodki jak miód głosik ukoił odrobinę nerwy biednego staruszka, ale najlepiej podziałało na niego imię, które usłyszał. Syn w sypialni córki to dość bezpieczna kombinacja. Zdecydowanie lepsza niż Wilkes, który zapewne próbowałby swoich paskudnych sztuczek i…
Ruszył dalej. Bartemiuszek wcale nie odbijał się echem w jego głowie; szybko został zamieniony przez pytanie – po co rejon czwarty w postaci Londynu, w którym Felicia nigdy nie była?
Nie znalazł odpowiedzi, ale bardzo dobrze wiedział, że nic nie dzieje się bez przyczyny.

* budowa tego słowa symbolizuje prosty ciąg przyczynowo-skutkowy z nim związany:
przez żołądek do serca -> tzn. zakochanie -> banda dzieci -> ślub -> luba wpędzająca do grobu przedwcześnie

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s