Część Trzecia. Przypadek. Żart.

Dwóch Bartemiuszów Crouch spojrzało sobie w oczy po raz pierwszy od wielu, wielu lat.
Gdyby ktoś wyjrzał wtedy z okna lub przechodził akurat obok, idąc do sklepu po papierosy, poranną gazetę lub mleko, mógłby zobaczyć, jak bardzo są do siebie podobni. Starszy z nich trochę już posiwiał, a jego skóra nie była już tak piękna i gładka jak kiedyś, czas jednak nie mógł nic poradzić na te charakterystyczne rysy twarzy i przenikliwe, lecz zimne oczy. Przegrał walkę z ich kościstymi sylwetkami; żaden z nich miał już nigdy nie przybrać na wadze więcej niż dwa, trzy kilogramy, co oczywiście wykluczało hodowanie jakiegokolwiek brzuszka. Długie palce u identycznych dłoni, tyle razy już łamane i przestawiane, mogły tylko utwierdzić w przekonaniu, że to bliska rodzina.
Bartemiusz nie odziedziczył absolutnie nic po matce. Wielu genetyków mogłoby to uznać za cud – nikt nie może urodzić się idealną kopią kogoś innego, wszyscy jesteśmy mieszanką genów każdego z naszych przodków. Jednak tym razem Natura zakpiła sobie z naszego bohatera, dając mu ciało jego ojca. Mógł się pocieszać jedynie tym, że był przez to bardzo atrakcyjny. Jednak tamtego dnia poczułby się pewniej, gdyby nie zobaczył siebie za kilka lat.
To właśnie wtedy pomyślał. Ja za kilka lat.
Z kolei starszy pan Crouch miał o wiele mniej skomplikowane refleksje. Ograniczały się one do jednego przekleństwa, poprzedzonego piękną literą o.
Chcecie wiedzieć, co jeszcze ich łączyło? Było parę takich rzeczy. Po pierwsze, obydwoje niezwykle cieszyli się z faktu, że akurat nikt tamtędy nie przechodził, bo ich miny naprawdę wyglądały idiotycznie. Po drugie, mieli irracjonalną ochotę na piwo, papierosa i torcik czekoladowy. Po trzecie, łudzili się, że to wszystko jest tylko kolejnym idiotycznym snem. Po czwarte, nie zamierzali się odzywać. Po piąte i ostatnie zaś, zaczęli się zastanawiać czy morderstwo – ewentualnie samobójstwo – nie byłoby najlepszym rozwiązaniem.
Pewnie staliby tak do końca świata, gdyby nie przypadek. Przypadek, moi drodzy, zawsze przychodzi wtedy, gdy nie powinien i przybiera formy, do których nie powinien się nawet zbliżać. Tym razem była to Ceri, uśmiechnięta od ucha do ucha, wychodząca właśnie przed dom w bliżej nieokreślonym celu. W ręce trzymała nadgryzione jabłko, które jednak wyjątkowo szybko zmieniło swoje miejsce położenia.
***
Cios po niżej pasa.
Przypadek często gra w taki sposób.
***
Parę minut wcześniej pewna młoda dama postanowiła w końcu zejść z łóżka. Przez ostatnie dni powoli odzyskiwała równowagę psychiczną i miała właśnie zamiar ją wypróbować. Ledwo wcisnęła się w starą, oliwkową koszulę, założyła odrobinę za luźne jeansy, których tak naprawdę nie lubiła, a do zestawu dołączyła różową czapkę z daszkiem. Nawet nie próbowała się uczesać; wyszła z założenia, że nie musi się stroić dla własnej rodziny. Po prostu zeszła na dół, ubrana tak, nie inaczej i, zahaczając o kuchnię w celu zabrania jednego z jabłek, wyszła na zewnątrz.
Owoc sturlał się z małych schodków i zatrzymał w całkiem sympatycznej kępie świeżej trawy.
Pierwszym, co zauważyła był fakt, że jej ojciec tam stał. Było to o tyle wyjątkowe, że od ładnych paru lat nie opuszczał praktycznie swojego gabinetu w innym celu niż pójście do pracy. Ten mężczyzna nie zdziwiłby jej tak bardzo – pewnie też uznałaby go za listonosza – gdyby nie to, że… Widziała go już. Na zdjęciach z czasów, gdy jeszcze nie było jej na świecie. Na zdjęciach z jej ojcem.
Wilkes powiedziałby: Trzymaj się, księżniczko. Nie było go jednak przy niej i nie mógł powstrzymać cichego jęku, który bez jej wiedzy i zgody wydostał się z jej gardła.
Mężczyźni odwrócili się w jej kierunku o wiele szybciej, niż by się mogła spodziewać.
Czuła się nieswojo, gdy tak na nią patrzyli. Tak, to znaczy jak na intruza, obcego, który nagle wylądował na Ziemi. Jednak nie byłaby sobą, gdyby wzięła to sobie do serca. Postanowiła uśmiechnąć się mimo wszystko, podnieść to przeklęte jabłko i podać rękę dziwnemu mężczyźnie.
Jej pierwsze wrażenie opierało się na tym, że miał ciepłe dłonie i całkiem sympatycznie się uśmiechał.
***
Kiedy usłyszał, że ktoś się zbliża, miał ochotę zemdleć. Dosięgła go irracjonalna myśl, że to jego siostra wstała z grobu i przyszła ucałować go na powitanie. Później wielokrotnie wyrzucał sobie, że zachował się jak płochliwa baba, ale naprawdę nie było mu do śmiechu. Słyszał od mugoli o chodzących umarlakach i, choć zawsze wkładał takie opowieści między bajki, nagle zdał sobie sprawę, że są nieproporcjonalnie mniej nieprawdopodobne niż latający dywan lub samoczyszczący się garnek.
Odetchnął z ulgą, gdy okazało się, że tak wystraszyła go młoda i jak najbardziej żywa dziewczyna.
***
– Czołem. Ceri jestem – powiedziała wesoło.
– Bartemiusz – odpowiedział. – Miło mi…
– Tak, tak, mnie też.
Trzymał jej rękę nieprzepisowo długo, ale nie protestowała. Stali tak i patrzyli na siebie – ona, uśmiechnięta i wręcz nieprzyzwoicie beztroska, on, zdezorientowany i prawie na granicy histerii.
W końcu przyszedł czas na interwencję ojca w postaci głośnego chrząknięcia. Odskoczyli od siebie natychmiast, a młody Crouch nawet nabrał dziwnych rumieńców; zachowali się, jakby zostali przyłapani na jakimś okropnym występku. Nikt jednak nie zwrócił na to uwagi, więc i my musimy zostawić na chwilę te absurdalne objawy chrząknięcia i wrócić do tematu.
– No więc… – Bartemiusz nerwowo szarpał skraj szaty i odrobinę się jąkał. – Była u mnie Gab… matka i kazała się tu stawić. No więc jestem. Mógłby mi ktoś…
– Powiedzieć, co się dzieje? – przerwała mu w pół słowa. – Mój kochany braciszek postanowił pogrzebać żywego człowieka. Oto, co się dzieje. – Gestem zabroniła ojcu przerywać. Trochę zdziwiło to naszego bohatera, ale nie skomentował. – Teraz siedzi sobie gdzieś ze swoją żoną i śmieje się z dowcipu, jaki zrobił Stokrotce. Mówiłam mu, że to absolutnie nie jest śmieszne, ale on mnie nie słuchał. To mają do siebie bracia. Nie mam racji?
– Ja cię słucham.
Nie odpowiedziała. Nie mogła. Po prostu patrzyła na niego i poruszała bezdźwięcznie ustami.
Ojciec zbliżył się do niej i złapał ją za ramię, jakby się bał, że ta wiadomość może ją zabić albo przynajmniej przewrócić.
– Ceri, córeczko, przedstawiam ci twojego brata. – Mówił cicho i spokojnie, ale mimo wszystko stanowczo. – Bartemiuszu, możesz pocałować swoją siostrę.
Pocałował.
***
– To był żart, Ceri – powiedział później, gdy w końcu ją znalazł. Uciekała przed nim. – Durny żart.
– Wiem.
Wzrok wbiła w ziemię. Nagle wzory na dywanie wydawały jej się o wiele bardziej intrygujące od rozmówcy. Wyglądała na czymś zmartwioną, ale i tak jej głos brzmiał wesoło.
– On nie powinien był… Porozmawiam sobie z nim jak ojciec z synem i wytłumaczę zasady tego domu. Obiecuję.
– Tato…
– Tak?
– Mnie się podobało.
***
Siedzieli w pokoju, który zwykło się nazywać salonem, choć w ogóle nie pasował do tej nazwy.
Bartemiusz, ten młodszy, zajął zaszczytne miejsce na kanapie. Schylił głowę i czekał na wyrok, który prawdopodobnie kiedyś wydadzą. Uśmiechał się jednak; można by to uznać za oznakę wyjątkowej pewności siebie, ale przecież miał do niej prawo. Nic nie zrobił. Po prostu podchwycił żart, który zapoczątkował jego ojciec.
Gerard z kolei stał naprzeciwko niego i wypatrywał przez okno dzieci, bawiących się na podwórku. Jego żona ich pilnowała (Tak, kochanie, nie przejmuj się nami. Zadbam, żeby nie widziały trumny.), ale on jej nie ufał. Wiedział, że to okropne – nie mieć zaufania do kobiety, z którą spędzi resztę życia – nic jednak nie mógł na to poradzić. Na razie wszystko było w porządku, ale jeśli wejdzie w dyskusję ze swoim ulubionym teściem… Skrzywił się na samą myśl, że którekolwiek z jego skarbów mogłoby znaleźć drzwi do pokoju, w którym powinna leżeć.
Nie było jej tam. Dobre i to. Mniej pytań.
Policzył w myślach do dziesięciu i odwrócił wzrok od tego nieszczęsnego okna. Im szybciej to załatwi, tym lepiej. Dzieciaki nie będą czekać wiecznie.
– Słuchaj, chłopie – powiedział w końcu. – Zrobiłeś najgłupszą rzecz pod słońcem. Naruszyłeś nietykalność osobistą ukochanej córeczki tatuśka.
Barty podniósł głowę i spojrzał na niego. Odniósł wrażenie, że się przesłyszał. Wyczuł w głosie brata kpinę, której nie rozumiał. Staruszek może i go opuścił, ale mimo wszystko zasługiwał na szacunek i nie powinien być tak traktowany. Szczególnie przez te niezostawione dzieci.
– Musisz wiedzieć, że ojczulek ma absolutnego świra na punkcie Ceri. Podejrzewam, że zaginięcia Stokrotki nawet by nie zauważył, gdyby nie fakt, że jedna bez drugiej nie wyobraża sobie życia. – Prychnął. – Rozumiesz, co chcę przez to powiedzieć?
Nie rozumiał, ale kiwnął głową.
– Polubiłem cię, chociaż jesteś do niego strasznie podobny i nie powiedziałeś przy mnie jeszcze ani jednego słowa. Pamiętam cię ze szkoły. Dlatego dobrze ci radzę – wynoś się stąd zaraz po uroczystości. On ci nie daruje.
Postanowił nie wyprowadzać go z błędu i nie udowadniać, że niemową nie jest.
– Zapewniam cię, że wolałbyś nie znać własnego ojca.
Parsknął śmiechem. Skąd ktoś taki jak Gerard mógł to wiedzieć? Miał rodzinę, o której on, Bartemiusz, mógł tylko śnić po nocach. Był dla kogoś podporą, był komuś potrzebny. To nigdy nie dotyczyło naszego bohatera. On z dzieciństwa pamiętał tylko chłód zdjęć nad łóżkiem, całodzienne nauki ortografii i zasad dobrego zachowania oraz rózgę niańki. Nie brakowało mu tego, ale skoro dostał szansę na coś więcej, może warto było ją wykorzystać?
– Nie śmiej się. – Ton jego głosu gwałtownie się zmienił. Było w nim żądanie. – Bo to ja się będę śmiał ostatni.
***
Paskudny zdrajca krwi. Tym Gerard był przez te wszystkie lata. Zarówno Barty Crouch Junior jak i Senior uważali, że zasłużył sobie na to miano. W stu procentach.
Jego brat wyszedł i zostawił go bez słowa, a on zastanawiał się, co zrobił nie tak. Był szczery; ten jeden jedyny raz w życiu zagrał w otwarte karty. Nie przejął się tym, że ojciec pewnie wszystko słyszał. Zajął oficjalne miejsce po przeciwnej stronie barykady.
A ten drugi co? Wyszedł i nie zabrał ze sobą nawet własnych złych myśli.
Wiedział, że jego rozmówca nie zrozumiał, nie przyjął do wiadomości, nie wczuł się wystarczająco w sytuację. To było najgorsze. Mógł już tylko myśleć, że zrobił wszystko, na co było go stać. Mógł już tylko czekać, aż pewnego dnia wróci do niego na kolanach i podziękuje za radę.
Mógł już tylko wstać i wyjść. Dzieciaki nie będą czekać wiecznie.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s