Część Szósta. Ogień w kominku.

Ogień w kominku nigdy jakoś nie przejmuje się nastrojami ludzi. Jest w tej kwestii kompletnie niezależny. Za nic ma smutek, żałobę, przygnębienie. Nie interesują go ludzkie tragedie i dramaty. Nigdy nie ma żadnych problemów, jeszcze nie udało mu się wpaść w tarapaty.
Ogień w kominku jest zawsze wesoły.
Nawet wtedy, gdy w ogrodzie ustawiają stoły, przy których zasiądą niedługo zaproszeni na stypę. Nawet wtedy, gdy te stoły przykrywa się ciężkimi, czarnymi obrusami i ustawia się na nich niepotrzebne za dnia świecie w kolorze brudnej bieli. Nawet wtedy, gdy kładą na nich półmiski z mało wyrafinowanymi daniami i butelki z zeszłorocznym, tanim winem.
Ogień w kominku nie lubi tylko jednego – wypożyczania.
Dlatego też teraz, mimo, że okoliczności były wręcz idealne do wesołego trzaskania, ogień w kominku się irytował.
Jednak nie mógł w tym zdeklasować pewnej brązowowłosej pannicy, którą pewna głowa przekonywała właśnie, że nic się nie dzieje i ma natychmiast się uspokoić.
Wszyscy troje – wliczając ogień w kominku, oczywiście, chociaż jemu jest to pewnie obojętne – znajdowali się w salonie posiadłości pana Croucha Seniora i absolutnie nie interesowali się tym, co dzieje się w ogrodzie. Przynajmniej na razie. Zbyt byli zajęci swoją przeuroczą konwersacją.
– Ceri, twój protest naprawdę nic nie da. Wywołasz tylko jakiś skandal. Już widzę nagłówek Proroka: Najmłodsza córka jednego z najbardziej wpływowych…
– Już nie.
– … ludzi świata bojkotuje pogrzeb własnej siostry…
– … która żyje, tylko nikt o tym nie pamięta!
Głowa westchnęła z rezygnacją. Jej reszta – znajdująca się właśnie w sporym domku pod lasem w niezbyt odległej Irlandii – rozłożyła ręce w geście całkowitej bezradności.
Skoro już wspominamy o osobie nadużywającej uprzejmości ognia w kominku – a raczej jej braku – najwyższy czas ją przedstawić. Ta osoba to mężczyzna, będący aktualnie narzeczonym tej oto pannicy, pan Wilkes we własnej, zrezygnowanej osobie. Jego głowa była zresztą całkiem przystojna, ale niezbyt chwytająca za serce. Odstraszały od niej oczy – wiecznie stalowe, wiecznie chłodne, wiecznie raniące wszystko, na co spojrzał. Nawet ta przypominająca w kolorze słomę, troszeczkę przydługa grzywka, nie potrafiła ich zasłonić całkowicie. Do tego dochodził odrobinkę za szeroki nos, ale poza tym nie można było głowie zarzucić nic takiego.
Reszcie pewnie też.
– Przyjedź tu do mnie – zażądała, zresztą już po raz któryś.
– Już ci mówiłem, księżniczko, że mam tu dużo do załatwienia. Wpadnę po ciebie za parę dni, musimy ustalić jeszcze parę rzeczy. Do tego czasu musisz uzbroić się w cierpliwość. Jakoś to prze…
– Nie przetrzymam – przerwała mu niekulturalnie. Też nie pierwszy raz. – Wiesz kogo on tu zaprosił? Swoją byłą żonkę i jej synka! Moja Stokrotka nie chciałaby, żeby ludzie pokroju tej… Ona się ubrała dzisiaj na czerwono! Czerwono, rozumiesz?
– Księżniczko…
– A on jest skończonym bubkiem, który nie liczy się z cudzymi uczuciami.
Spojrzał na nią podejrzliwie. Powinien się już przyzwyczaić. Dla Ceri każdy mężczyzna na tym świecie taki właśnie był. Nawet on, jej Książę z Bajki, jej narzeczony, jej ukochany.
– Zrobił ci coś? – spytał, bardziej dla zasady niż z ciekawości.
Wtedy się wydało.
***
O co on przed chwilą spytał?
Spanikowała. Myślała, że jej pomoże, a nie namnoży kłopotów. Patrzyła na niego tymi swoimi przeklętymi, prawie orzechowymi – zbliżała się jeszcze bardziej przeklęta piętnasta – oczami z wyrazem niewyobrażalnie wielkiego zdziwienia na twarzy. Zupełnie nie spodziewała się, że wywnioskuje, co się stało z takiej skąpej wymiany zdań.
A co tak właściwie się stało? Pocałował ją, to wszystko, to nie jest grzech.
Nie potrafiła nawet nerwowo się uśmiechnąć. Dlatego też z radością przyjęła to Ceri!, które nagle usłyszała i uciekła bez pożegnania.
***
Ogień w kominku odetchnął z ulgą i wrócił do wesołego trzaskania.
Mogłoby się zdawać, że był jedyną szczęśliwą osobą na tym świecie, ale to nieprawda. W pewnych dalekich Chinach pewna daleka Chinka dowiedziała się, że pewnie daleki Chińczyk ją kocha i ona też kompletnie zdeklasowała nasz ogień w kominku w stopniu zadowolenia ze wszystkiego. Poza tym, wszyscy jego współbracia czuli to samo, więc…
Nie pozostało mu nic innego jak być tym, kim był i nie przejmować się zagadnieniami sfery emocjonalnej, pozornie niedostępnej dla takich wyrzutków społeczeństwa czarodziei jak on.
***
Ogród był już przyszykowany do uroczystości.
Jak już było to wspomniane, stoły przykryto ciężkimi, czarnymi obrusami. Przedstawiało to na wskroś żałosny widok. Pomińmy już fakt, że nie były one pierwszej młodości; w wielu miejscach cerowane i łatane, z licznymi dziurami po papierosach i plamami, które nie chciały zejść. Po prostu… Dziwnie jakoś gryzły się z otoczeniem, z zielenią wiosennego ogrodu, z kwitnącymi kwiatami, z życiem, którym emanowało wszystko dookoła. Na nich to ułożono wszelkiego rodzaju półmiski, patery, kosze – wszystko, w czym dało się pomieścić jedzenie. Z szaf wyciągnięto najpiękniejszą porcelanę i najdroższe – lecz nadal tanie – kieliszki. Jedynym trunkiem było kwaśne, paskudne w smaku wino. Ponadto, w wielkich dzbanach znajdowała się kawa i herbata, a dla dzieci – sok jabłkowy.
Goście zbierali się powoli, ale było ich już całkiem sporo. Ceri wypatrzyła między innymi panią Clementine z dziećmi, niegdyś wielką przyjaciółkę jej matki, która zajmowała się nimi po jej śmierci, a także jej kuzyna, który uczył Stokrotkę mugolskich rachunków. Było tam jednak również dużo osób, których nigdy w życiu nie widziała. O, na przykład ten przysadzisty, łysawy mężczyzna rozmawiający z wujkiem Mortonem.
Prawdę mówiąc, kiedy już ochłonęła po rozmowie z Wilkesem, miała zamiar odnaleźć ojca i powiedzieć mu, co o tym myśli. Nie byłoby to trudne – przygotowywał pewnie trumnę do zakopania, gdyby nie fakt, że…
Znalazła osobę, która ją wołała.
– Z kim rozmawiałaś? Przerwałem w jakimś ważnym momencie?
Stał przed nią jej przyrodni brat – ostatnia osoba na tym świecie, którą chciałaby teraz widzieć.
– Nie zdążyłam się pożegnać z… – Podniosła wzrok. To niesprawiedliwe, że była od niego niższa o ponad głowę. Gdyby chciała mu spojrzeć w oczy, musiałaby stanąć na palcach. – … przyjacielem.
– Bardzo mi przykro z tego powodu. Naprawdę nie chciałem przeszkadzać.
– Nic się nie stało, Bartemiuszu.
– Barty.
– Bartemiuszu.
W ciągu ostatnich dwóch minut, pięćset trzydzieści siedem osób w Walii westchnęło ze zrezygnowaniem. Crouch Junior należał do grona tych szczęśliwców.
– Pomyślałem sobie tylko, że skoro mamy jeszcze trochę czasu…
– Muszę znaleźć ojca.
Przerwała mu, a on grzecznie jej na to pozwolił. Stali tak i patrzyli na siebie przez dłuższą chwilę, każde zajęte swoimi własnymi rozmyślaniami, które – o dziwo – dotyczyły tego samego.
Nagle zrobiła krok do tyłu i już miała się odwrócić, gdy powiedział:
– Właściwie to chciałem cię przeprosić.
Znów zdziwienie odmalowało się na jej twarzy; nie liczyła na jakikolwiek gest z jego strony, nawet na zwykłe pa!, gdy będzie wyjeżdżał. No to co, że mieli wspólnego ojca? Nigdy nie będzie jej bratem, nigdy nie będą mieli nic wspólnego, nigdy nie będą się sobie tłumaczyć.
– Znalazłeś sobie idealny moment – zakpiła, zaraz po tym jak parsknęła śmiechem.
Wzruszył ramionami.
– Nie wiedziałem, czy potem będę miał okazję. – Widząc jej pytające spojrzenie, dodał: – Zasypiemy ją ziemią i wracam do pracy. Beze mnie Ministerstwo nie funkcjonuje jak należy.
Zrobiła kolejny krok do tyłu, lecz tym razem był on zdecydowanie mniejszy, taki, że właściwie mogłoby go nie być, bo prawie nie zmieniła swojego miejsca położenia.
– Nie znajdziesz choć odrobiny czasu dla odzyskanej siostrzyczki?
Miała żałować tego pytania do końca życia.
***
– Gerard!
– Ceri, mój mąż ma teraz ważniejsze sprawy na głowie, niż jego rozwydrzone siostrzyczki. Jest z teściem i…
– Powiedz mu, że nasz braciszek trochę tu zostanie.
Selma Tinkinswood machnęła na to pulchną ręką; wiadomość nigdy nie dotarła do adresata.
Przynajmniej nie w tej formie i nie z tych ust, co powinna.
***
Słysząc jej pytanie, zaklął w duchu, choć zwykle tego nie robił.
Czy znajdzie dla niej odrobinę czasu? Oczywiście, że nie! Hallie nie może robić za niego wszystkiego. To tylko sekretarka; poza przeglądaniem jego korespondencji i parzeniem kawy, nie potrafi absolutnie niczego. Jak ma niby rozstrzygać sprawy wagi państwowej w pojedynkę? Nie, nie, nie, musiał jak najszybciej wracać do Ministerstwa. Kolejka petentów z każdą sekundą rozrastała się niemiłosiernie.
– Zobaczę, co się da zrobić.
Tylko dlaczego nie mógł jej od razu powiedzieć nie?
Powinni uciąć swoją znajomość już w zarodku. Nigdy nie miał rodziny i jakoś sobie z tym radził. Teraz też bez problemu wróciłby do swojej biurowej codzienności. Może nawet jeszcze raz spotkałby się z tamtą dziewczyną z pociągu, jak jej było, Tansy? Zostawiłby tylko ojcu swój adres.
Na pewno tu nie zostanie.
– To świetnie! – Dziewczyna wręcz promieniowała entuzjazmem. Przypominała w tej kwestii nasz ogień w kominku; wesoła nawet na pogrzebie własnej siostry. – Załatwię tylko swoje sprawy i się stąd wyrwiemy, prawda? Nie mam zamiaru uczestniczyć w tym cyrku.
Próbował odpowiedzieć jej uśmiechem, ale uciekła, zanim zdążył to zrobić.
Zaklął więc tylko w duchu po raz drugi.
Wbrew wszelkim swoim regułom.

Advertisements
Część Szósta. Ogień w kominku.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s