Część Szesnasta. Szminka.

To był naprawdę ciężki dzień.
Choć zegar ledwo co wybił godzinę czwartą, Vorrenus Nott z trudem utrzymywał się na nogach. Cholerni skąpcy! Od samego rana latał od domu do domu starając się nadrobić czas, który stracili na romansach Wilkesa, ale szło mu jeszcze gorzej niż zwykle. Trzy z siedmiu osób, które zdążył już odwiedzić, odmówiły mu; nawet obietnice szybkiej spłaty długu i osobistej wizyty panicza Riddle’a nie potrafiły ich przekonać do łaskawszego spojrzenia na jego prośbę. Co będzie, gdy przyjdzie do wytłumaczenia się Mu z porażki? Parę lat temu wyśmiałby osobę, która powiedziałaby mu, że będzie drżał na samą myśl o jakimś młokosie. Dzisiaj stało się to rzeczywistością.
Dokładnie trzynaście po – cóż za absurdalna godzina! – był umówiony z Muldberem. Miał dziką, naprawdę dziką, ochotę się spóźnić. Przecież nie mógł być jedyną osobą na świecie, której ktoś popsuł dzień. Orson ze swoją obsesją na punkcie punktualności był ofiarą niemal idealną. Niemal, bo w końcu nie był z nim tam umówiony w celach towarzyskim. Mieli jeszcze coś do załatwienia.
Kiedy wczoraj przyszedł do niego do domu (i obudził Constantine’a, to było wręcz do przewidzenia), miał ochotę go wyśmiać, ale po solidnie przespanej nocy nabrał przekonania, że być może rozumowanie jego kolegi nie jest aż tak bezsensowne, jak mu się początkowo wydawało. Tylko dlatego rano wysłał mu krótką wiadomość, że jednak może się z nim spotkać – i tylko dlatego odwołał spotkanie z kolejną nadzianą paniusią, która pewnie też odesłałaby go z kwitkiem. Jednak im bliżej był umówionego miejsca, tym większe ogarniały go wątpliwości, potęgowane jedynie przez ogólny zły nastrój. Powoli zaczynał przyznawać, że wczoraj zachowywał się jak rozsądny człowiek, a przez noc zdążył oszaleć – jakby nie było na odwrót!
Spóźnił się o dwie minuty. Tak dla zasady.
– Czołem, Muldber – powiedział, pozdrawiając przyjaciela gestem ręki.
Ten nie odpowiedział. Groźnie zmarszczył brwi – a, pamiętając o niedźwiedziej fizjonomii Orsona, każdy przyzna, że jego groza jest stokroć groźniejsza od grozy niczyjej.
– No co? – Nott uśmiechnął się niewinnie. Bardzo starał się nie okazywać tej odrobiny strachu, która zrodziła się w jego sercu. – Jak na mój dzisiejszy plan zajęć, jestem dziś wyjątkowo punktualny.
Widząc, że jego tłumaczenia nie robią na koledze większego wrażenia, zdecydował się sięgnąć po broń ostateczną.
– Wybacz, stary – powiedział z nieukrywanym żalem w głosie. – Postawię ci piwo.
Kiedy zauważył, że i to nie działa na Muldbera, niemal wpadł w panikę. Owszem, chciał go zdenerwować, ale żeby aż tak? Dwie minuty! Jak można robić komuś takie wyrzuty o marne sto dwadzieścia sekund? Co innego gdyby naprawdę dopiął swego i przyszedł tu po piątej, po drodze odwiedziwszy jedną lub nawet dwie ciekawe knajpy. Wtedy faktycznie każdy by się trochu zirytował. Mógłby nawet przyznać mu rację, ale…
Już miał błagać go o litość ze względu na nieletniego syna do wykarmienia, gdy Orson nareszcie przemówił:
– Nie chodzi mi o to.
Nottowi po raz pierwszy w życiu zabrakło słów.
Gorączkowo przeszukiwał swoje wspomnienia w poszukiwaniu czegoś, co zrobił źle, ale nic takiego nie mógł sobie przypomnieć. Dzisiaj nawet Iola nie była na niego zła, bo kiedy wychodził, jeszcze spała. A kiedy zasypiał, był zbyt pijany, by cokolwiek pamiętać, ale to inna historia.
– A o co? – spytał w końcu, gdy jego poszukiwania zakończyły się fiaskiem.
– Zgadnij.
Vorrenus wysilił procesy myślowe, ale jego mózg nie był przyzwyczajony do takiego wysiłku i nie udźwignął presji, którą na nim wywierano. Zero odpowiedzi.
– Jeśli masz zamiar dalej tak pracować, pozyskane pieniądze w całości pójdą na alimenty.
Nott spojrzał na Orsona z jeszcze większym niezrozumieniem w oczach. Nie podobało mu się to, co kolega insynuował i nie podobało mu się również to, że jego insynuacje mogły nie być bezpodstawne.
Muldber westchnął.
– Zetrzyj lepiej tę szminkę – powiedział wreszcie, już niemal spokojnym głosem.
O to mu chodziło. No tak. Ta starucha musiała mu narobić problemów.
Ostatnim domem, w którym dziś wizytował, była posiadłość państwa Heddersonów. Jak na złość nie było w domu głowy rodziny – statecznego Ludwika Heddersona, który winien był Tomowi sporą przysługę po tym, jak ten uratował jego syna z objęć… zaklętej szafy. Przywitała go jego matka, największa zdzira spośród wielkiej galerii zdzirowatych arystokratek. Nie dość, że nie poczęstowała go żadnymi ciasteczkami, nie podarowała ni jednego pensa, to jeszcze musiała go na pożegnanie pocałować w policzek! Obrzydlistwo. Nic gorszego nigdy go nie spotkało, naprawdę.
– Daj spokój, stary, chyba nie myślisz, że ja… – zaczął, ale widząc minę Orsona, wolał nie kończyć zdania.
Bo on myślał. Dokładnie tak myślał.
***
Mimo, iż Nott naprawdę starał się przekonać go do zmiany zdania, Orson Muldber wiedział swoje. Zbyt dobrze znana była mu skłonność przyjaciela do wchodzenia w bliskie stosunki z nowopoznanymi kobietami – niezależnie od wieku, rasy czy wyznania. Tolerował to zbyt długo. Myślał, że wystarczy odrobina cierpliwości, a Vorrenus się opamięta. Miał w końcu żonę. I syna. Syna, którego przecież kochał i dla którego był najwyższym autorytetem! Ale widocznie lata ukrywania licznych romansów najlepszego kumpla – ukrywania ich przed biedną Iolą, która, jak by nie patrzeć, też była jego przyjaciółką – okazały się latami straconymi. Cierpliwość nie była widocznie odpowiednim rozwiązaniem. Muldber zrozumiał to, gdy tego dnia Nott przekroczył granicę.
Umawiali się, że interesy załatwiają na poważnie. Żadnego picia z klientami, żadnego… Żadnych poufałości. Widocznie on tego nie rozumiał. A może starał się zachowywać w porządku, ale nie był już w stanie? Gdyby odpowiedź na to pytanie była pozytywna, Orson musiałby przyznać, że jest po części winny zaistniałej sytuacji. Brak reakcji to przyzwolenie. Ale, litości, miał być niańką czy mordercą?
Od samego rana źle się czuł, ale kiedy zobaczył tego cholernego, spóźnionego sukinsyna momentalnie zapomniał o wszechogarniającym bólu, który obudził go o piątej trzydzieści. Szminka! Czerwona szminka na jego policzku zadziałała lepiej niż najlepsze eliksiry lecznicze. Miało to swoje zalety. Po pierwsze, nie czuł już kłucia w żołądku i nie musiał planować jutrzejszej wizyty u magomedyka, po drugie zaś… Cóż, całą swoją frustrację mógł przelać na kogoś, kto jest o wiele bardziej materialny niż jakiś tam ból.
Na Nocie mógł się wyżyć. Na swoich wnętrznościach – nie bardzo.
W milczeniu przemierzali kolejne ulice. Orson uznał, że dzika awantura w tym momencie była absolutnie niewskazana. Co innego po robocie. Ale dopóki nie wypełnili wszystkich punktów harmonogramu na ten dzień, lepiej było torturować Notta-gadułę, uciszając go, ilekroć spróbuje się odezwać. To dopiero musiała być dla niego męczarnia! Muldber nawet nie musiał zastanawiać się, czy kiedykolwiek wcześniej jego przyjaciel przez tak dług okres czasu powstrzymywał się od mówienia; doskonale znał odpowiedź na to pytanie. Oczywiście, że nie!
– Dobra, chyba jesteśmy na miejscu – rzucił, doskonale rozumiejąc, że kara postu słownego dla Notta będzie musiała również poczekać, aż skończą.
Jednak ledwo Vorrenus się odezwał, Orson zaczął gorąco za nią tęsknić.
– Czemu kiedy wczoraj przyszedłeś do mnie, nie powiedziałeś mi, że będziemy go szukać w knajpie? – spytał charakterystycznym dla siebie tonem wioskowego głupka. – Takie poszukiwania mi się podobają! Czy to oznacza, że możemy…
– Nott, proszę cię, myśl.
Nie otrzymał odpowiedzi. Westchnął więc nad własną głupotą, która kazała mu wierzyć, że zmusi go do kojarzenia ze sobą nawet tak prostych faktów. Czy przez te wszystkie lata nie powinien się przyzwyczaić do tego, że to niemożliwe?
– Tutaj go wtedy widzieliśmy, tak? – spróbował więc podpowiedzieć Vorrenusowi. – Wtedy, gdy wróciliśmy od Wilkesa.
Nott zamyślił się. Po chwili jednak na jego twarzy zagościł wyraz symbolizujący zwykle nagłe olśnienie.
– Ach! Ten gnojek, który chciał nas podpalić! – wykrzyknął.
– Nie, ten gnojek, który ugasił…
***
Ale Nott był już we własnym świecie i zupełnie nie interesowały go wyjaśnienia Muldbera. Po pierwsze, był niesamowicie dumny z tego, że wreszcie rozumie, o kim Orson opowiadał mu wczoraj cały wieczór. Po drugie zaś… Przypomniał sobie, jak skończyła się dla niego tamta noc i przez chwilę, och, taką maleńką chwileńkę, nie mógł sobie odmówić przyjemności porządnego wytarzania się w tym wspomnieniu.
Zastanawiał się, czy ją dziś zobaczy. Pewnie tak. W końcu właśnie tu pracowała. Jednak nie był pewien tego, czy powinien ją widzieć. W końcu Orson i tak był na niego zły. Jeszcze powiedziałby Ioli… a do tego absolutnie nie mógł dopuścić. Kochał swoją żonę, mimo wszystko. Był też mały Constantine. Jakim okazałby się ojcem, gdyby zostawił jego matkę dla kobiety lekkich obyczajów?
Jednak, wierzcie mi, naprawdę chciał to zrobić.
Od tamtego czasu nie przestawał o niej myśleć. I to go dręczyło. Zdawał sobie wprawdzie sprawę z tego, że nie jest święty – ale zwykle od razu zapominał o kobietach, które spotykał. W szczególności o TAKICH kobietach! Zawsze sądził, że incydent, który zamyka się w paru zaledwie godzinach, nie jest zdradą. Nie był jednak pewien co do tego, czy tamten incydent się zakończył. Przecież….
Nie, myślenie nie było złe. Byle tylko tego nie powtarzał, bo jako w miarę przyzwoity człowiek nie będzie mógł potem spojrzeć na siebie w lustrze.
– Czy ty mnie w ogóle słuchasz, Nott? – głos Muldbera przerwał jego rozważania.
Postanowił. Przybierze teraz najpoważniejszą i najbardziej skupioną minę świata, a potem o niej zapomni. I za nic, za nic w świecie nie odezwie się do niej, jeśli ją zobaczą.
***
Jakże słaba okazuje się nasza silna wola w obliczu tak zwanego Zrządzenia Losu.
***
Muldber pogrążony był w rozmowie z barmanem. To akurat Nott musiał mu przyznać – chłopak znał się na wyciąganiu informacji. Może w innych sferach życia lekko kulał, może i wyglądał jak wygłodniały niedźwiedź, ale ludzie naprawdę chętnie dzielili się z nim tym, co wiedzieli. Podejrzewał, że pewnie się go bali. Choć on sam nie pamiętał już dnia, w którym po raz pierwszy zobaczył te kilkaset kilogramów personifikowanej zagłady (o pyszczku równie łagodnym, co wilkołak w pełnię i dłoniach gotowych w każdej chwili zmiażdżyć ci czaszkę), domyślał się, że Orson robił na przypadkowych osobach wrażenie wstrząsające. On się po prostu zdążył przyzwyczaić.
A skoro jego przyjaciel zajmował się tym, w czym był najlepszy, Nott miał chwilę dla siebie. Zajął się więc konsumpcją piwa, które miał oddać Muldberowi, ale uznał, że jemu zrobi ono lepiej. Pijąc, zupełnie nierozważnie rozglądał się po okolicy.
Wtedy ją zobaczył.
Stała dokładnie tam, gdzie tej feralnej nocy. Była sama, samiuteńka. Okropne wrażenie powtarzalności wszechrzeczy, świadomość, że złośliwa czasoprzestrzeń kpi sobie z nas i pętli oś wydarzeń, poczucie nieuniknionego – to wszystko uderzyło mu do głowy mocniej niż alkohol, którego przecież nie spożył jeszcze tak dużo. Znów był Nottem z wtedy. Znów miał sięgnąć po kufel, potrącić przy tym świeczkę i…
Ale nic takiego się nie wydarzyło.
– Ej, czy to nie jest ta twoja znajoma? – Orson poklepał go po ramieniu. – Daj jej spokój. Nie powinieneś zbytnio przywiązywać się do błahostek z przeszłości.
Tyle, że dla niego była to już teraźniejszość.
– Dowiedziałeś się czegoś? – spytał, nie odrywając wzroku od kobiety za szybą.
– Aha – odpowiedział. Przedwcześnie uznał sprawę byłej miłostki Notta za zamkniętą. – Wszyscy go tu znają. Nie mieszka w Londynie, prowadzi tu tylko jakieś szemrane interesy. Facet widział go wielokrotnie z Felicią.
– To nie ma sensu. Gdzie Cardiff a gdzie Londyn?
Zbywanie przyjaciela widocznie przyspieszało jego proces kojarzenia faktów. Wniosek, który wyciągnął Nott, był bowiem dość słuszny.
Jednak i na to Orson miał odpowiedź:
– Odległości nie mają znaczenia, gdy jesteś czarodziejem.
Ta deklaracja sprawiła, że Nott jednak na niego spojrzał.
– Myślałem, że była charłakiem – nie krył zdziwienia.
– Ona tak.

Advertisements
Część Szesnasta. Szminka.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s