Część Siódma. Pogrzeb.

Ta dziura w ziemi intrygowała ją w sumie najbardziej.
Nie miała pojęcia, czemu ktoś w ogóle musiał trudzić się, żeby wykopać otwór na trumnę, skoro pochowane zostanie powietrze. Skoro już bardzo chcą robić taką głupotę, trzeba było wsadzić do ziemi jakąś małą tabliczkę z imieniem i nazwiskiem zaginionej i tyle. Ten sympatyczny, młody mężczyzna – Gerard? Geralt? jakoś tak – nie musiałby przynajmniej tyle machać łopatą, a efekt byłby ten sam. Chyba, że mają zamiar kiedykolwiek znaleźć ciało, odkopać trumnę i urządzić pogrzeb od początku. Marnotrawstwo czasu, pieniędzy, sił i miejsca. Zawsze powtarzała, że Bartemiusz Senior jest najbardziej nierozsądnym człowiekiem na calutkim świecie.
Następnym w kolejce zagadnieniem do przemyślenia był sposób w jaki jej syn patrzył na swoją przyrodnią siostrę, tę żywą i niezaginioną, oczywiście. W trakcie uroczystości spoglądał na nią zdecydowanie za często i zbyt nachalnie. W przerwach między tymi spojrzeniami, wzrok miał utkwiony w bliżej nieokreślony punkt nad horyzontem, a był on tak rozmarzony i roztargniony, że na początku zastanawiała się czy jej syna aby nie podmieniono. Z tego, co mówiła jego niańka, mały Bartemiuszek nigdy nie zachowywał się w ten sposób i był najbardziej twardo stąpającą po zmieni osobą, jaką kiedykolwiek poznała.
Pozostawała jeszcze oczywiście kwestia samej Ceri – co to w ogóle za barbarzyńskie imię? – która wierciła się niemiłosiernie i wyglądała na kompletnie nieprzejętą całą tą sytuacją. Nie zachowywała się tak, jak powinna. W dodatku co chwilę posyłała wszystkim rozbrajające uśmiechy. Słyszała nawet – stała przecież niedaleko – jak chwaliła kapelusz jakiejś starszej matrony i dopytywała o miejsce zakupu, a także, o zgrozo!, o jego cenę. Przez cały czas zaś rozglądała się, podskakiwała w miejscu i machała do niej, jakby wiedziała, że się przygląda. Też mi coś! Że niby ona, Gabrielle Crouch, nie ma ciekawszych zajęć niż obserwowanie jakiejś małolaty?
W końcu jednak ksiądz dobrnął do końca swojej roli. Wypowiedział wszystko, co było do wypowiedzenia. Najwyższy czas żeby ktoś to zakopał; potem mogą iść do domu i odzyskać swój święty spokój.
Tylko że jak zwykle nic nie mogło być aż tak proste.
***
– Mogę coś powiedzieć?
Stał tak sobie i patrzył w niebo – co w tym złego? – gdy nagle z rozmyślań wytrącił go słodki głosik jego siostrzyczki. Słodki! Od kiedy on w ogóle używa takich słów, nawet we własnej głowie? Po prostu się odezwała i tyle. Żadnych nadmiernych epitetów.
Bez zbędnych oporów spojrzał na nią. Stała i wpatrywała się w dziurę w ziemi, do której przed chwilą włożono trumnę. Wyglądała na zafascynowaną. Nigdy nie rozumiał, co ludzie widzą w pogrzebach. Ciało najlepiej spalić, a potem rozrzucić, mniej roboty i zamieszania…
– Oczywiście, Ceri.
Jego ojciec nie powinien być taki łagodny. Kto by pomyślał, mowy nad grobem w wykonaniu takich małych dziewczynek! Ksiądz na pewno się nie zgodzi. Jak to kiwa głową? A Gerard? Gerard też?
Nagle zrozumiał, że Ceri na niego patrzy. Wzruszył więc tylko ramionami, postanawiając, że nie przyczyni się do tego dziwnego widowiska.
– Szanowni państwo zechcą wybaczyć, ale zaszła pewna niefortunna pomyłka.
Przez tłum gości przebiegł pomruk zdziwienia, ale on był skoncentrowany na czymś zupełnie innym. Co ta dziewczyna miała na sobie? Różową czapeczkę z daszkiem?
– Daruj sobie. – Usłyszał głos Gerarda, tak samo obojętny jak zwykle. – To nie czas i miejsce na twoje szalone teorie.
– Bardzo ci się spieszy do zasypania tej trumienki, co? Pewnie nawet wolałbyś, żeby była pełna!
– Tam nie ma ciała? – wtrącił się niezbyt uprzejmie, a w dodatku zupełnie nieprzytomnie, zajęty problematyką nakrycia głowy Ceri. – Znaczy się… Chowamy powietrze?
Parsknęła śmiechem.
– Tak, proszę państwa, chowamy powietrze. Mówiłam ci, braciszku, ale tak to jest, że mnie akurat nikt na tym świecie nie słucha.
Mówiła mu to? Może i mówiła. Kogo to obchodzi? Ważniejsza jest ta różowa czapeczka i to, co trzyma w swojej malutkiej dłoni. Czy mu się wydaje, czy ona właśnie je jabłko?
Pewnie nie powróciłby do rzeczywistości, gdyby jakaś kobieta zaraz koło niego nie postanowiła zemdleć.
***
Taka kompromitacja! Taki wstyd!
Bartemiusz Crouch Senior był załamany. Ostatni gość wyszedł jakieś piętnaście minut temu, zapowiadając, że doniesie o wszystkim Prorokowi Codziennemu. Miał całkowitą rację. Kto normalny urządziłby pogrzeb zaginionej córce? Co by jej powiedzieli, gdyby pewnego dnia przekroczyła próg domu? Cześć, Stokrotko, słuchaj, myśleliśmy, że nie żyjesz i usypaliśmy ci całkiem zgrabny kopczyk?
Trzeba było posłuchać Ceri, a nie Gerarda. Ona zawsze była rozsądniejsza.
Jeśli już wspominamy o jego synu, siedział właśnie na kanapie, z głową schowaną w ramionach. Jego żona z całych sił starała się go jakoś pocieszyć, ale marnie jej to szło. Bartemiusz odnosił wrażenie, że jeszcze chwila, a mężczyzna zacznie płakać jak małe dziecko. Zawsze był słabeuszem. Nawet jego mała córeczka była od niego silniejsza; miała to szczęście, że wdała się w matkę, a nie w to kompletne zero.
– Zadowolony jesteś? – spytał, stając zaraz koło niego, z oskarżeniem wypisanym na twarzy.
– Ojcze…
– Zadowolony jesteś?! – powtórzył, niemal krzycząc.
Gerard skulił się i naprawdę nie przypominał już nikogo poza małym, zrozpaczonym i niewinnym chłopczykiem. Selma próbowała go objąć, ale odtrącił ją. Jak zwykle zresztą. Nigdy nic od niej nie chciał i to raczej nie miało się zmienić.
– Niech teściu mu odpuści – powiedziała. Mimo zachowania męża, bardzo się nie odsunęła; ograniczyła się jedynie do głaskania go po plecach. – Wcale nie jest mu z tym dobrze.
– Nie potrzebuję obrońcy! – Stłumiony krzyk dobiegł gdzieś z okolic gerardowych ust.
– Cii, kochanie – wyszeptała mu do ucha. Nawet nie zdążył powiedzieć, żeby tak go nie nazywała, a już zajmowała się czymś zupełnie innym. – Widzi teść? Jest przez tę aferę kłębkiem nerwów. Trzeba było pilnować tej dziewuchy.
Bartemiusz warknął tylko na nią gniewnie. Nigdy nie miał sił na kłótnie z Selmą. Przewyższało to wszelkie jego umiejętności. Była zbyt… Zresztą, nie wypadało pokonać kobiety, nawet w potyczkach słownych.
– Gdzie ona właściwie jest? – kontynuowała, nie zwracając uwagi na stan rozmówców. – Zrobiła z nas idiotów, a potem jak gdyby nigdy nic poszła sobie na spacerek?
To było dobre pytanie. Nie widział Ceri od kiedy… Cóż, od kiedy udało się docucić panią Jaslyn. Dobrze pamiętał, że siedziała koło przybranego brata i szeptała mu coś do ucha. Potem jednak, w tym całym zamieszaniu, gdzieś ją zgubił. Czy to możliwe, że w tym czasie przyjechał Wilkes i zabrał ją na jedną z tych nieśmiertelnych wycieczek?
– Nie wiem – odpowiedział zgodnie z prawdą. Nie było sensu okłamywać jego synowej.
– Świetnie! Ma teść żal do syna, który nic nie zrobił, a sprawczyni tego zamieszania wszystko ujdzie na sucho?
– On to wymyślił.
– Zawsze mógł teść się nie zgodzić.
Było coś straszliwie niesprawiedliwego w tym stwierdzeniu, lecz zawierało ono też coś więcej niż ziarno prawdy. Powinien był odmówić, szukać Stokrotki do upadłego. Poszedł na łatwiznę. Nie załatwił sprawy do końca, zostawił ją taką niekompletną.
Ceri mu nie wybaczy.
Z tą przerażającą myślą opuścił pokój i zostawił prawie-płaczącego Gerarda z jego żoną.
***
Całe życie miał się później zastanawiać, czemu przed pogrzebem powiedział byłej żonie, że ciała nie ma. Oprócz niego wiedziała o tym tylko Ceri, a także Gerard z żoną. O ile wybór jego córki na powiernicę tajemnicy był raczej nieprzemyślany, o tyle Gabrielle zesłała im Boska Opatrzność.
– Nic mnie nie obchodzi, co tu wyczyniacie – powiedziała, gdy mijali się w korytarzu. Właśnie wychodziła, zbulwersowana i wściekła. – Dziwię się tylko, że obdarzyłeś mnie aż tak wielkim zaufaniem
Wzruszył ramionami.
– Niepotrzebnie?
– Wręcz przeciwnie.
Posłał jej pytające spojrzenie.
***
Nigdy nie znosiła tego, że mężczyznom wszystko trzeba tłumaczyć po piętnaście razy. W dodatku trzeba mówić do nich dosłownie, nie pozostawiając miejsca na domysły. Gdyby powiedziała jakieś kobiecie:
– Wręcz przeciwnie.,
ona od razu zrozumiałaby o co chodzi.
Jednak jej były mąż był, jakby nie patrzeć, mężczyzną, w dodatku z rodzaju tych, którym często nie wystarczy nawet piętnastokrotne powtórzenie i tłumaczenie. Nie można się więc dziwić, że była zrezygnowana; chciała szybko wrócić do domu i odpocząć, a tymczasem została zmuszona do rozmowy z tym… Chciała tylko go spytać, gdzie jest ich syn!
– Gdybyś mi nie powiedział, podejrzewam, że robiłabym teraz wszystko, żeby cię skompromitować – kontynuowała beznamiętnym głosem. – W obliczu okazanego mi zaufania, nie wypada mi zrobić nic innego, jak pozostawić tę sprawę własnemu biegowi.
– Nie pomożesz nam?
Wydawał się zaskoczony. To zirytowało ją jeszcze bardziej. Wizja domu była taka przyjemna!
– Nie. – Krótko i na temat. – Ale też nie zaszkodzę. Powinieneś to docenić.
***
Nie pomoże im? Trudno. Tyle lat radzili sobie bez tej przemądrzałej i napuszonej arystokrateczki, więc tym razem też jej nie potrzebują.
Zrobił krok w bok, umożliwiając jej przejście. Nie miał zamiaru proponować, że odprowadzi ją do domu. Nie miał zamiaru proponować, że otworzy jej drzwi. Nie miał zamiaru proponować, żeby została.
Nawet wbrew temu, co podpowiadała mu głowa, serce i cała reszta tego bezużytecznego w jego wieku ścierwa.
Jednak ona się nie ruszyła. Stała jak stała, równie bezuczuciowa, co zwykle. Nie można było po niej poznać, w jakim jest humorze, ale kiedyś zapewne by tego dokonał. Kiedy jeszcze byli małżeństwem potrafił rozróżniać beznamiętność pierwszą od beznamiętności sto dziesiątej. Kwestia przyzwyczajenia.
– Co? – zapytał, może niezbyt grzecznie, ale przez ostatnie lata praktycznie nie widywał ludzi; trzeba mu to wybaczyć.
– Zastanawiam się czy wiesz, gdzie jest nasz syn.
Pewnym postępem z jej strony było to, że nazwała Bartemiuszka ich dzieckiem; zwykle mówiła, że ma on tylko jednego rodzica i to się nie zmieni. Cóż. Mimo wszystko nie należy się zbytnio cieszyć. Takie przebłyski wspaniałomyślności zdarzają się nawet seryjnemu mordercy.
– Bartemiusza też nigdzie nie ma? – spytał, jeszcze bardziej zaskoczony niż przed chwilą.
Tego było za wiele. Najpierw Ceri, teraz jeden z jego synów… Nawet nie dopuszczał do siebie myśli, że mogli zniknąć gdzieś razem.
– Nie ma. Ostatni raz widziałam go z tą twoją najmłodszą. Swoją drogą, urocza dziewczynka.
Nie miał czasu nawet zwrócić uwagi na jad i zniesmaczenie, jakie z niej promieniowało, gdy wspominała o jego maleństwie, mimo iż starała się to ukryć pod wyuczoną uprzejmością.
– Myślisz, że oni…
– Nie, skądże. Pewnie już wrócił do Ministerstwa. Powinieneś się cieszyć, idzie w ślady tatusia-pracoholika.
Nie cieszył się.
Ona tym czasem minęła go, życząc miłego popołudnia – żmija! – i wyszła.
Trzaskając drzwiami, oczywiście.

Advertisements
Część Siódma. Pogrzeb.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s