Część Siedemnasta. Logicznie i nielogicznie.

Mimo że uważał się za człowieka bądź co bądź inteligentnego, za nic w świecie nie mógł zrozumieć wywodu Wilkesa. Ciąg przyczynowo-skutkowy, którym podążał jego przyszły szwagier, wydawał mu się całkowitym zaprzeczeniem ciągu przyczynowo-skutkowego jako takiego. I te spiskowe teorie! Wszystko było szyte tak grubymi nićmi, że, doprawdy, lepiej z ich pomocą wydziergałby sobie ciepły sweter na zimę, niż zawracał porządnym ludziom głowę jakimiś bzdurami.
Tak, kiedy Marcus powiedział, że nigdy nie zgadną, co odkrył, miał rację. Bo przecież ani on, ani tym bardziej Bartemiusz nie mógłby wpaść na coś równie sprzecznego z logiką!
– To nie ma sensu – Gerard powtórzył więc po raz setny, uparcie trzymając się swojego punktu widzenia. – Twoi koledzy to jacyś półidioci. Ile musieli wypić, żeby wymyślić coś równie niedorzecznego? I jak ty mogłeś im uwierzyć? Przecież…
– Obudź się wreszcie, nie żyjemy w Krainie Elfów – warknął Wilkes, najwyraźniej znudzony już jego wywodami.
Od jakichś piętnastu minut sytuacja się nie zmieniała. Gerard, jako głos rozsądku, musiał co chwilę przypominać, że nie istnieje nawet cień dowodu potwierdzającego hipotezę Marcusa. Marcus zaś, tkwiąc w swym głupim wyobrażeniu świata, czuł się w obowiązku napominać Gerarda, że takie rzeczy się zdarzają. Błędne kółko wzajemnej nienawiści, powiedziałbyś. Jak w nie zabrnęli? Odpowiedź jest prosta.
Gerard w głębi swojego nie takiego znowu pluszowego serduszka naprawdę rozumiał, że takie rzeczy się zdarzają.
Ale nie w jego rodzinie, do diabła!
– Może i nie – odpowiedział. – Jednak to, że świat bywa… brutalny, nie czyni go nielogicznym! I niesprawiedliwym, tak, dokładnie, nie rób tej głupiej miny. Niesprawiedliwym. – Mina Wilkesa nie była specjalnie głupia. Wyglądał tak, jak człowiek, który dusi się ze śmiechu; bo, niespodzianka, dusił się ze śmiechu. Gdy Gerard powtórzył swoje niesprawiedliwym, o mało naprawdę się nie udusił. – Czy mamy jakieś dowody, by oskarżać tego chłopaka? Nie. Nasze przypuszczenia opierają się na mglistym wspomnieniu jakiegoś barmana, który twierdzi, że widział ich kiedyś razem. I to gdzie! Kilkaset kilometrów stąd! – Im bardziej oburzony był Gerard, tym Wilkesowi trudniej było się nie śmiać. Dlatego też Tinkinswood musiał dodać po chwili: – Mówiłem ci, żebyś skończył z tą głupią miną!
– Jaką miną? – spytał, krztusząc się ze śmiechu do tego stopnia, że trudno było zrozumieć, co mówił.
– Dobrze wiesz jaką!
Poziom świętego oburzenia wewnątrz gerardzinej główki gwałtownie rósł i wszystko wskazywało na to, że jeszcze chwila, a rozsadzi on sufit. Znaczy, sufit jego główki.
Obiekt tegoż oburzenia, by móc ponownie przemówić, zmuszony był wziąć głęboki oddech i policzyć cichutko do dwudziestu trzech gumochłonów.
– Ile razy mogę ci tłumaczyć, że wszystko układa się w zrozumiałą całość, Tinkinswood? Myślisz ty w ogóle? – spytał, już prawie że opanowany. – Zacznę od początku. Nott z Muldberem rozmawiali…
– Kicham na twoje początki!
I tak dalej, i tak dalej. W zasadzie w tym momencie można by przerwać naszą relację – w końcu czy przebieg tej rozmowy wyraźnie nie wskazuje na to, że do niczego ona nie prowadzi? Że na końcu wąskich ścieżek ich umysłów czeka… Stop. Że nie ma końca wąskich ścieżek ich umysłów, bowiem są one koliste i jako takie nie posiadają one ani końca, ani początku? Wskazuje. Jednak po ostatnich słowach Gerarda (któremu zapewne kulturalny Los powinien teraz zrzucić z górnej szuflady przy zlewie paczkę chusteczek) nastąpił tak zwany przełom. Przełom ten przybrał formę Bartemiusza. Bartemiusza, który rzucił tylko krótkie:
– Muszę pogadać z ojcem.
I wyszedł z pomieszczenia.
Bartemiusza, którego obecność była dla nich obu tak szokująca (choć przecież słuchał całej ich konwersacji), że żaden nie zauważył, iż po raz pierwszy w życiu nazwał on Croucha Seniora ojcem.
***
Ciężko mu było zebrać myśli w tym gwarze. Gerard z Marcusem sprzeczali się o detale, zachowując się przy tym jak przekupki na targach magicznych staroci. Od ich paplaniny rozbolała go głowa. Dlatego też wystrzelił z tą rozmową, zupełnie nie przemyślawszy, na co się właśnie decyduje.
Kiedy jednak wyszedł z kuchni, zrozumiał, że nieświadomie zdecydował się na najmądrzejszą ze wszystkich opcji.
– Ceri, zostaw nas samych – powiedział beznamiętnie, stanąwszy na progu pokoju Croucha Seniora.
Dziewczyna prychnęła, co w języku jej podobnych oznacza nie mniej i nie więcej jak Chyba śnisz.
– Mówię poważnie – zagroził.
Szybkim krokiem podszedł do łóżka ojca. Ceri siedziała na stołeczku tuż obok – wystarczyłoby chwycić ją za przegub i…
Jedno spojrzenie w jej oczy upewniło go, że nie byłby w stanie wyprowadzić jej stąd siłą.
– Papa jest zmęczony – oznajmiła. – Chce, żebym z nim została, prawda, papo?
– Jeśli Bartemiusz prosi, żebyś… – zaczął Crouch Senior, ale córka nie dała mu skończyć.
– Papa jest zmęczony.
W głowie wciąż słyszał przekrzykujących się Wilkesa i Gerarda. Nie mógł myśleć. Nie mógł też dłużej patrzeć w te jej oczy, pełne przeklętego spokoju i wiary, że ojciec naprawdę jej właśnie potrzebuje.
Wszystko doprowadzało go do obłędu.
– Wynoś się! – krzyknął, nawet nie myśląc nad tym, co robi.
Mężczyznom takim jak Bartemiusz rzadko zdarza się niemyślenie. Czy nie powinno mu być to więc wybaczone? Przecież miał obłęd w oczach! Nie można wymagać zbyt wiele od człowieka w tym stanie!
Ale Ceri wymagała.
Wybiegła z płaczem. Do celu po trupach, co, panie Crouch? Przecież zostali sami. O nic więcej mu nie chodziło. To, o czym w przypływie niezrozumiałego dla niego natchnienia Barty chciał porozmawiać z ojcem, nie nadawało się dla jej delikatnych uszek. Zbyt wiele pytań zrodziłaby jej obecność. Utrzymywanie Ceri w niewiedzy to priorytet – i jedyne, co do czego zgadzali się wszyscy troje, to jest i Barty, i Wilkes, i nawet Gerard.
Dlaczego więc jej bieg, jej płacz, podziałał na niego jak kubeł zimnej wody? Jakim cudem okoliczność sprzyjająca dobru ogółu mogła sprawić, by momentalnie otrząsnął się z szaleństwa, w które popadł od zbyt intensywnego myślenia?
– Ceri! – krzyknął, czując w sobie przemożną chęć wybiegnięcia za nią. – Ceri, wracaj tu, wcale nie chciałem…!
Gdy już wybiegał – któż bowiem może oprzeć się tak przemożnej chęci? – w ostatniej chwili odwrócił się w stronę ojca i spytał nerwowo:
– Ten człowiek, o którym mówiłeś, miał na sobie melonik, prawda? – I, nie czekając na odpowiedź, dorzucił: – To on, prawda? Wiesz, gdzie mieszka, czy mamy szukać na oślep?
Tyle że Crouch Senior nie rozumiał odruchów synowskiego serca. Dlatego też jego odpowiedź nie była ani pospieszna (choć przecież czas się kurczył, kurczył niemiłosiernie), ani satysfakcjonująca.
– Usiądź – powiedział cicho po chwili zastanowienia. – Usiądź i powiedz mi, o czym od dłuższego czasu Gerard z tym… Marcusem krzyczą do siebie w kuchni.
***
W chwili, gdy tak brutalnie podeptał jej uczucia, Ceri zrozumiała, jak bardzo kochała swojego brata.
Szkoda, że dla nich obojga było już zdecydowanie za późno.
Świat Nie-Krainy-Elfów gardził szczęśliwymi zakończeniami.
***
Nie do końca rozumiał, jakim cudem zasnął tamtej nocy.
Po rozmowie z ojcem udał się wprost do pokoju Ceri. Drzwi zastał zamknięte; mimo usilnych próśb nie udało mu się nakłonić jej, by otworzyła. Choć może jego prośby nie były aż tak usilne? Sam nie do końca wiedział, co mógłby jej powiedzieć, gdyby stanął z nią twarzą w twarz. Przepraszanie, gdy nie patrzyło się jej w oczy, było w miarę proste. Nie było widać, że blefuje – bo wcale nie żałował tego, co się stało. Już nie.
Gdy wrócił do siebie, przez dłuższy czas nie mógł przestać myśleć o wszystkim, czego się tego dnia dowiedział. Trudno było mu pojąć, że dziewczyna, o której wciąż wszyscy mówili, była jego siostrą, że chłopak, przez którego – tego był już niemal pewien – zaginęła, był chłopakiem jego siostry, że… Prawda przytłaczała go. Nigdy wcześniej nie czuł się tak źle jak tego dnia. Coś w nim pragnęło, by taki dzień się nie powtórzył już nigdy przenigdy – i, drogi czytelniku, była to nadzieja płonna. Dzień, w którym złapali jego syna…
Ale do tego dnia było jeszcze daleko. Na razie Bartemiusz Crouch jeszcze Junior jednak zasnął – by obudzić się w kilka godzin później całkowicie i niewyobrażalnie wręcz (zważając na okoliczności) wypoczętym.
Bez pośpiechu wykonał poranną toaletę, bez pośpiechu również ruszył w końcu na spotkanie z rodziną. Czuł się dziwnie lekko, beztrosko. Dopiero widok Wilkesa uświadomił mu, że tej nocy coś bezpowrotnie w nim umarło. Po raz pierwszy bowiem spojrzał na niego i ani mililitr nienawiści nie zagościł w jego sercu.
Bartemiusz obudził się całkowicie pusty w środku.
– Myślałeś o tym, o czym wczoraj rozmawialiśmy? – Żadnego cześć, żadnego jak się spało. Wilkes od razu przeszedł do rzeczy. – Wiem, że rozmawiałeś z szanownym teściem. Dowiedziałeś się może czegoś?
– Mógłbym najpierw zjeść śniadanie? – spytał.
Jego absurdalna zachcianka wytrąciła Marcusa z rytmu.
– Że co? – wypalił, nim zdążył zastanowić się, co mówi.
– Mamy porę śniadaniową.
Tym oto sposobem – po serii pełnych niezrozumienia min Wilkesa – obydwaj ponownie znaleźli się w kuchni. Tam zaś działo się trochę lepiej niż dnia poprzedniego. Kuchnia bowiem była pusta, tak więc i nie było komu się w niej wykłócać.
– Zjesz ze mną? – Jako że Barty połową siebie znajdował się w lodówce, w dodatku tą połową odpowiedzialną za mówienie, słabo go było słychać. – Jest tylko dżem. I dżem.
Wilkes, wciąż tkwiąc w stanie względnego niezrozumienia, początkowo nie mógł się zdobyć na odpowiedź. Do głowy bowiem nie przychodziło mu nic wystarczająco mocnego, by wyrwać Bartemiusza ze stanu tej cudacznej błogości. Odzywanie się zaś bez osiągnięcia tego efektu zdawało się nie mieć sensu.
W końcu jednak – wymyślił:
– Uważam, że powinniśmy tam pójść i ostatecznie rozwiązać tę sprawę.
Barty z wrażenia uderzył głową w półkę z dżemem.
– Że co? – powiedział, wychylając się zza drzwiczek lodówki i masując obolałe miejsce. – Co rozumiesz pod słowem my? Albo rozwiązać?
– Sprawdzimy gnojka osobiście. Ty i ja.
Lekkość bytu bartemiuszowego uleciała w niebyt. Dziwna pustka pozostawała na swoim miejscu. O ile można mówić, że coś, co z założenia jest zaprzeczeniem istnienia, istnieje w konkretnym miejscu.
– Chyba nie mówisz poważnie – Barty uderzył w ton urzędniczy. – Powinniśmy zawiadomić odpowiednie organa. Wrócę do Londynu i wszystkim się zajmę.
Coś w jego głosie kazało wierzyć w to, że decyzja ta jest ostateczna. Jednak Wilkes postanowił temu czemuś nie ufać. Nie, kiedy chodziło o wyeliminowanie ostatniej przeszkody na drodze do zdobycia jego odparomiesięcznego kaprysu – Ceri.
– Organa uznają, że dowody są niedostateczne. Słyszałeś, co mówił wczoraj twój brat? Pójdą tą samą…
– To nie jest mój brat – przerwał mu brutalnie.
W szufladzie myśli młodego Croucha mojego ojca błyskawicznie wręcz zastąpił nie-mój brat.
Wilkes milczał przez moment.
– Co nie zmienia faktu – podjął w końcu wątek przerwany – że organa, jak je ładnie nazwałeś, potrzebują lepszych dowodów.
– Same powinny je sobie znaleźć.
Jako że Bartemiusz wykazał wolę powrotu do dżemu, trzeba było zastosować broń ostateczną:
– Chyba nie tchórzysz, co?
Nawet nie wyobrażacie sobie, jak Wilkes miał tego żałować jeszcze przez wiele lat.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s