Część Piętnasta. Małżeństwo twojej siostry.

Kwiaty zawsze pozostawały poza strefą zainteresowania młodego Bartemiusza Croucha. Deptał je nieustannie, lecz nie było w tym nienawiści, tylko zwykła obojętność. I choć nie uważał się za masowego mordercę, gdyby miał okazję, nie ominąłby takiej roślinki ze zdwojoną ostrożnością, a zniszczyłby ją, bo przecież zawsze się spieszył.
Zawsze.
Tym razem, choć przecież nie musiał biec do pracy, z bezwzględną beznamiętnością wgniótł w ziemię czerwone paskudztwo, które wprawdzie zauważył, ale i tak nie znał jego nazwy.
– Uważaj. – Marcus uśmiechnął się pobłażliwie. – Niszczysz siostruni ogródek.
Bartemiusz zatrzymał się, wyraźnie wybity z rytmu spaceru. Jaki ogródek? Te parę chwastów, kilka nieprzystrzyżonych drzewek, jakiś krzak z podejrzanymi owocami?
– Sądziłem, że chcesz rozmawiać o czymś poważniejszym niż dobro roślinek – odpowiedział. Pchany jakąś dziwną siłą, schylił się i podniósł z ziemi to, co przed chwilą zniszczył. – O ile to można nazwać roślinką.
Parsknął śmiechem. Nie rozumiał do końca dlaczego to robi – zwykle nie zachowywał się tak w stosunku do obcych ludzi. Ba! On nie zachowywał się tak w stosunku do nikogo. Był miłym, kulturalnym panem w garniturze, panem, który niedawno skończył trzydzieści lat i nie w głowie mu dziecięce zaczepki. Nie chciał wchodzić w słowne potyczki z tym… Wilkesem, nie chciał zgrywać kogoś, kim nigdy nie był.
Wiedział jedno – nigdy wcześniej tak bardzo nie chciał komuś przyłożyć.
– Przed chwilą było to pięknym kwiatem, owocem długotrwałego wysiłku mojej ukochanej, panie Crouch. – Nienaganna angielszczyzna Marcusa drażniła jego uszy. Chętnie starłby mu uśmiech z tej zakłamanej twarzyczki, wybił zęby, wyrwał język. – W tej rodzinie niczego się nie szanuje.
Naprawdę starał się nie reagować na jego zaczepki.
– Już sam cyrk związany z fałszywym pogrzebem. Mało to takich na świecie? Ale nie, trzeba zrobić z tego wielką uroczystość, zamiast wystawić symboliczny krzyżyk w piwnicy. Jakby charłak zasługiwał na godny pochówek!
– Ceri…
– Ceri to wciąż mała, głupia dziewczynka. Powołując ją za autorytet, tylko potwierdza się, jak nisko upadła familia Crouchów.
Nie mógł nie przyznać mu racji. Jakkolwiek nie kochałby swojej siostry, wiedział, że nie grzeszy ona rozumem sprawniejszym niż wysoce rozwiniętego pięciolatka. Smutne, ale prawdziwe. Czasem zastanawiał się, jakim cudem skończyła Hogwart, ale…
– Barty, porozmawiajmy poważnie.
Spojrzał w przerażające oczy Wilkesa i choć nie był tchórzliwym człowiekiem, zadrżał. Gdyby mógł kiedyś ujrzeć twarz dementora, z pewnością miałyby na niej swoje miejsce dwa identyczne punkciki – żadne inne nie pasowałyby równie dobrze. I może to był klucz do zrozumienia tego strachu, który zawładnął jego sercem, strachu, który wzmacniał przekonanie, że może naprawdę nie dożyć jutra.
Porozmawiajmy poważnie, psiakrew.
– Jesteś jedyną rozsądną osobą w tym domu wariatów – zaczął od komplementu. Kiedy Wilkes zaczyna od komplementu, może być już tylko gorzej. – Musisz rozumieć, w jakiej sytuacji się znalazłem.
Prawdę mówiąc, nie rozumiał, ale już mu się to nie podobało.
– Nie będzie przesadą, jeśli powiem, że mógłbym mieć każdą kobietę na Wyspach. Każdą. – Pozwolił sobie na ciche westchnięcie, tak niepasujące do jego wizerunku. – A sam przyznasz, że nietrudno byłoby mi znaleźć ładniejszą, mądrzejszą i bogatszą od twojej siostry.
– Jeśli szukamy ideału podobnego do setek innych… – zaczął. Nie mógł pozwolić, żeby jakiś Marcus obrażał Ceri.
– Myślisz, że ona jest jedyna w swoim rodzaju? Każda wiejska dziewczynka, córeczka głupiutkiego Gryfona i ślicznej Puchoneczki wygląda tak samo – parsknął śmiechem. – Ale widocznie takie mi się podobają.
Powoli tracił nad sobą panowanie i tylko strach powstrzymywał go przez ręcznym wymierzeniem sprawiedliwości. Narzeczony jego siostry właśnie ją znieważał – i robił to z godną pogardy obojętnością, jakiej nie powstydziłby się żaden z największych skurwysynów tego świata. W dodatku robił to chwilę po tym, jak stawał w obronie marnego ogródka i jego honoru. Tak jakby byle kwiatek był ważniejszy od człowieka.
– Do rzeczy – warknął, nieudolnie próbując zatuszować swoją złość.
– Prawda boli, braciszku. – Poklepał go po plecach przyjacielskim gestem. – Ale może dzięki temu zrozumiesz, w jak wielkim niebezpieczeństwie jest małżeństwo twojej siostry.
***
To cud, że przeżył tamtą rozmowę.
Kiedy Wilkes wspomniał o zagrożonym małżeństwie, o mało nie wyzionął ducha ze strachu. Jedyną bowiem rzeczą, która przerażała go w Marcusie bardziej niż jego oczy, były jego słowa.
Coś niezwykle ciężkiego ciągnęło go w dół z siłą, której nie mógł się oprzeć. Otwierały się przed nim wymiary, z istnienia których do tej pory nie zdawał sobie sprawy. Momentalnie przypomniał sobie wszystkie skuteczne sposoby uśmiercania, jakie profesor Binns przedstawiał im przy okazji kolejnych powstań goblinów. Spocił się tak, jakby przebiegł przed chwilą parę mil – a nie stał jak głupi z wyciągniętą przed siebie pozostałością czerwonego kwiatka.
Kiedy później o tym myślał – a raczej starał się myśleć, bo Ceri próbowała mu w tym przeszkodzić – zdał sobie sprawę z tego, że o mało ich nie wydał.
Dlatego teraz zamiast dotyk delikatnej jak mgiełka skóry panny Crouch, odnosił wrażenie, że wciąż ściska dłoń Wilkesa na znak zawartej umowy – umowy, która miała ich uratować i która miała ich zgubić. W głowie odbijały mu się wciąż słowa przyszłego, nie bójmy się tego określenia!, szwagra. O tym, że Gerard z tatusiem chcą zgubić jego miłość; o tym, że nie wie, czy na pewno zgodzą się na jego ślub; o tym…
– Ceri…
A ona wciąż była taka niepoważna! Patrzyła na niego tymi swoimi przeklętymi, orzechowymi oczami, wyraźnie zdziwiona, że ją od siebie odtrąca. Nie rozumiała powagi sytuacji. Nie chciała czy nie potrafiła? Nieważne.
– Mogę cię o coś spytać?
On też nie wiedział do końca, dlaczego woli zamęczać ją bezsensownymi przesłuchaniami, zamiast po prostu żyć czasem, który im został. Bo przecież nie ulegało wątpliwości, że dni kurczyły się coraz szybciej, a on niedługo musiał wrócić do pracy. Ten przymusowy urlop już był za długi. Zaczynało brakować mu tlenu, wszystko zamiast bawić – nudziło go, nawet Ceri z każdą minutą wydawała się coraz bardziej taka, jaką opisał ją Wilkes. Zwyczajna.
– Jasne, Bartemiuszku.
Odsunął ją na odległość o tyle bezpieczną, co nie budzącą żadnych podejrzeń ani ze strony ewentualnych obserwatorów, ani samej Ceri, która przecież była wystarczająco spostrzegawcza, by zauważyć ewentualne zaburzenia odległości i niepewność, która nim zawładnęła.
– Spytam cię teraz o coś bardzo, bardzo ważnego – powiedział spokojnie, wyraźnie akcentując słowo bardzo. – Masz być ze mną szczera, rozumiesz?
– Aha – przytaknęła, co przyjął z ulgą. Przez moment bał się bowiem świętego oburzenia pod tytułem A czy ja nie byłam kiedyś z tobą szczera?.
– Czy gdybym… Czy gdybym zabronił ci wyjść za Wilkesa, posłuchałabyś mnie?
Nastała chwila nabożnego milczenia, pełnego wzniosłych myśli i genialnych idei. Wszystkie one krążyły w nieprzystojnym, szaleńczym tańcu dookoła pokoju – tańcu, który bardziej przypominał ostatnie podrygi martwego stworzenia niż narodziny czegoś wielkiego.
I tak w istocie było. Odpowiedź, która padła, nie niosła ze sobą bowiem ani powiewu świeżości, ani zaskoczenia.
– Tak.
***
Niektóre dnie wcale nie chcą się kończyć. Kiedy zbliża się ich kres – najczęściej upragniony przez zdecydowaną większość społeczeństwa – zamiast odejść z godnością i pozostawić swój los w rękach niepewnej przeszłości, walczą z całych sił o możliwość trwania choć odrobinę dłużej. Mimo iż wiedzą, że czeka je ten sam los, co miliard ich poprzedników, nie potrafią się z nim pogodzić. Bluźnią na swego dobrodzieja – Przeznaczenie, przeklinają obłudny Czas i bezczeszczą zapadający Mrok, żałosnymi błaganiami o więcej, więcej, zawsze więcej.
Bartemiusz nigdy nie należał do osób z gatunku tych, które z głową w pętli jeszcze zdolne są do ostatnich aktów bezmyślnej przemocy (zwanej desperacją), lecz doskonale rozumiał tamten dzień. Jego życie również przeciekało mu przez palce – i choć do niedawna w ogóle tego nie zauważał, odzyskana świadomość ciążyła mu niewiarygodnie. Zbyt dobrze zdawał sobie sprawę z tego, że marnuje to, co mu dano – zbyt dobrze, by odczuwać spokój związany ze słońcem zachodzącym za horyzont.
I choć z szafy prawdopodobnie nie miał zamiaru wyskoczyć mu jakiś wampir, Bartemiusz bał się.
Siedząc w kuchni nad kubkiem gorącego kakao (w końcu wieczory wciąż były chłodne), próbował podjąć ostateczną decyzję. Nie było to tak proste, jak do tej pory sądził. Bo, i owszem, był przekonany, co do tego, że powinien wrócić do Londynu z samego rana, ale nijak nie potrafił osądzić, czy lepiej będzie, gdy wróci sam, czy gdy wróci z kimś.
Gdzieś w okolicy kręcił się podekscytowany Gerard, który chyba próbował mu coś wytłumaczyć.
– Ojciec wyraźnie coś przed nami ukrywał – mamrotał, choć przecież pewnie chciał być usłyszany. – Nie było was wtedy i nie obchodzi mnie, w jakie parszywe pakty wchodziliście, ale jesteś skazany na to, by wierzyć mi na słowo. Ojciec coś przed nami ukrywał i chyba wiem dlaczego. Gdyby spróbować go podejść, kiedy nie będzie przy nim Ceri…
Gerard mówił tak już od dłuższego czasu i, jeśli mamy być ze sobą szczerzy, Bartemiusz nadal niespecjalnie wiedział, o co mu chodzi. Może sprawiał to fakt, że wcale go nie słuchał, pogrążony w swoich własnych rozmyślaniach – o wiele ważniejszych niż jakieś tam sekrety poczciwego staruszka. Jego bratu zresztą wyraźnie odpowiadał brak jakichkolwiek reakcji ze strony słuchacza. Inaczej przestałby, prawda?
– Myślisz, że dałoby się to jakoś załatwić? – a jednak kontynuował dziarsko, nie tracąc ani odrobiny ze swojego entuzjazmu. – Wiesz, źle cię oceniłem. Masz na nią dobry wpływ. Wyszła wtedy z tobą bez mrugnięcia okiem, nawet Wilkes nie protestował. Gdybyś spróbował tej sztuczki jeszcze raz, co?
Niespodziewanie przed oczami Bartemiusza pojawiła się uśmiechnięta głowa jego brata.
Powiedzieć, że o mało nie dostał zawału, to powiedzieć nic.
– Co? – spytał napastliwie, nie za bardzo rozumiejąc otaczający go świat.
Spojrzał wprost w brązowe oczy Gerarda i ujrzał tam to, czego tamten dzień i tak posiadał zbyt wiele. Determinację. A ta w połączeniu z jasno sprecyzowanym, acz trudnym do osiągnięcia celem nie wróciła nic dobrego.
– Zabierzesz ją na spacer – odpowiedział; zupełnie nie przejął się postawą brata.
Bartemiusz za to przejął się do głębi – na tyle, by bezczelnie zapytać:
– Że niby teraz?,
nie starając się nawet ukryć swojego oburzenia.
Nie było w nim zresztą nic zdrożnego. Dawno bowiem zapadł mrok i wysyłanie małych dziewczynek w ciemny las nie było zbyt rozsądnym posunięciem. Nawet, a w zasadzie zwłaszcza, w takiej obstawie. Młody Crouch aż za dobrze zdawał sobie z tego sprawę.
Poza tym nadal nie wiedział, co ma jej powiedzieć. Podejrzewał, że nawet rano nie będzie mu to dane. Myślał nad tym już od godziny – i co, ma tak nagle znaleźć właściwe słowa? Niedoczekanie.
– Spokojnie. – Gerard odsunął się od niego nieznacznie. Najwidoczniej wreszcie zauważył, że jego rozmówca nie jest w tak dobrym nastroju, jak on sam. – Poczekamy do rana.
Potrzebował paru sekund, by zebrać się w sobie i powiedzieć nie. Paru marnych sekund! Widocznie jednak Los i tego postanowił mu odmówić – bowiem gdy tylko Tinkinswood skończył mówić, drzwi do kuchni zamknęły się z hukiem.
Instynktownie odwrócił głowę.
To nie przeciąg uratował Bartemiusza przed krępującą odpowiedzią. To nie rozszalały niedźwiedź grizzli, który postanowił zrobić sobie kanapki z dżemem, choć to już dość bliskie skojarzenie. Nie była to również słodka Ceri, która przecież miała już spać.
Oparty o zamknięte drzwi stał Marcus. Zupełnie nie przejmował się zamieszaniem, które wprowadził – ludzie tacy jak on mają zwykle za nic kłopoty innych. Pozwolił sobie nawet skomplikować sprawę jeszcze bardziej, z kpiarskim uśmiechem mówiąc:
– Zgadnijcie, czego się dowiedziałem.
Nie zgadliby nawet przy stu szansach.

Advertisements
Część Piętnasta. Małżeństwo twojej siostry.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s