Część Pierwsza. Ceri.

Tak naprawdę wszystko zaczęło się dopiero tamtego majowego poranka 1958 roku.
Mały domek w Cardiff nie wyglądał niezwykle. Nie był też widowiskowy, uroczy, przytulny czy wyjątkowy. Nie różnił się zbytnio od otoczenia – standardowy, biały tynk i brunatne dachówki, od wielu lat porośnięte mchem. W normalnej sytuacji nikt i nic nie zmusiłoby znanego i nieprzyzwoicie bogatego pana Croucha do przeprowadzki z nadmorskiej rezydencji do tej, powiedzmy to wprost, rudery.
Zdarzyło się jednak coś zupełnie nieprzewidywalnego.
Zakochał się.
Rozwód z pierwszą żoną doprowadził go niemal do bankructwa. Gabrielle zmusiła go, by oddał jej wszystko – dom, pieniądze, firmę. Często powtarzał, że poświęcił się dla tej miłości. Ona jednak szybko przeminęła, a staruszek już do końca swych dni miał żyć z dala od luksusów.
Jego ukochana zmarła młodo. Zaraz po tym jak urodziła się Ceri, zachorowała na jakąś dziwną chorobę. Zawiózł ją nawet do Londynu, do Szpitala św. Munga – nic to jednak nie dało. Tylko musiał dopłacać za przewóz ciała na rodzinny cmentarz.
O tym, że Gabrielle urodziła mu syna dowiedział się właśnie podczas wizyty w Anglii. Spotkali się wtedy – przyszedł do ich starego domu. Gdyby nie bliskość tamtej tragedii, może nawet by tam pozostał. Zatęsknił za tamtymi murami, ogrodem i małym stawem, nad którym kiedyś razem siadali. Pokłócili się wtedy; krzyczeli na siebie tak głośno, że aż obudzili małego Bartemiusza. Długo nie mógł sobie tego wybaczyć.
Jego jedyną pociechą była właśnie najmłodsza córka, Ceri. Z nikim nigdy nie miał takiego dobrego kontaktu jak z nią. Zresztą, czy była na świecie osoba, której ona nie lubiła? Wesoła, energiczna, trochę nazbyt lekkomyślna. Często mówił jej, że ma pstro w głowie, lecz wiedział, że to nieprawda. W końcu Tiara zastanawiała się czy nie przydzielić jej do Ravenclawu, prawda?
W końcu jednak i ją stracił. Najpierw szkoła, potem ten cały Wilkes… Znikała z nim na całe miesiące, ale nigdy nie mówiła mu, co razem robili.
Tamtego majowego poranka, a był to bodaj dwudziesty trzeci, właśnie wróciła z jednej takiej wyprawy.
***
Koło trzeciej po południu, w jedynym słusznym czasie na wypicie herbaty i rozmowę, stanęła na progu. Ostatnie kilkaset metrów biegła – nie mogła się już doczekać powrotu do domu, jej domu! Przecież już niedługo znów będzie daleko stąd. Najbardziej zaś tęskniła za siostrą. Chciała już ją przytulić i opowiedzieć o wszystkim, co przydarzyło jej się tego tygodnia. Nie widziały się zdecydowanie za długo.
Poprawiła różową czapkę z daszkiem tak, by zakryła jej oczy. W ciągu dnia lubiły one bowiem zmieniać kolor, jakby wysokość słońca miała na nie zły wpływ. O tej porze były orzechowe; Ceri nienawidziła tego koloru z całego serca od czasu, gdy skrytykował go Wilkes. Próbowała nawet przefarbować włosy – były nawet bardziej złośliwe od oczu, bo wiecznie pozostawały brązowe – ale jej wysiłki zwykle kończyły się niepowodzeniem. Żadna farba nie chciała się na nich utrzymać. Podobnie było z grzebieniem, szczotką i całą armią kosmetyków. Nic nigdy nie pozwalało jej ułożyć ich dobrze.
Może poza tą czapką. Ciągłe jej poprawianie weszło w nawyk dziewczynie już parę miesięcy temu. Zawsze to robiła, ilekroć miała do powiedzenia coś ważnego. Egzaminy, miły list czy udane zakupy – nic nie miało prawa się odbyć bez tej różowej szmaty, jak często pogardliwie nazywał ją Gerard. Tym razem nie było inaczej.
Przecież miała im właśnie powiedzieć, że wychodzi za mąż!
Jeszcze raz poprawiła daszek, upewniając się, że dobrze wygląda i otworzyła drzwi.
***
– Czołem rodzinko! – Jej krzyk rozniósł się echem po pustym korytarzu.
Zdjęła kurtkę i niedbale wrzuciła ją do szafy. To samo zrobiła z butami – białymi tenisówkami jakiejś słynnej, mugolskiej firmy, prawdopodobnie najbardziej cennymi, jakie kiedykolwiek posiadała. To się jednak miało zmienić. Wychodziła za milionera.
Ruszyła w kierunku saloniku – o ile w ogóle można go tak nazwać – wcale nie starając się zachować ciszy. Wręcz przeciwnie; krzyczała, śpiewała i nawoływała wszystkich, którzy tylko przyszli jej do głowy. Najbardziej zaś Felicię, jej siostrę. Prawdę mówiąc, była to jedyna osoba, którą tak naprawdę chciała zobaczyć.
Swojego brata znalazła w kuchni. Stał oparty o blat i najwidoczniej na nią czekał.
– Wychodzę za mąż! – krzyknęła, zamiast powitania i przytuliła go z całej siły.
Nie odsunął się, ale też nie odpowiedział. Nie zniechęciło to bynajmniej Ceri, wręcz przeciwnie – uśmiechnęła się i kontynuowała:
– Rozchmurz się, człowieku! Wiem, że się stęskniłeś, a ja nie wracałam dłużej, niż miałam w planie, ale rozumiesz… – Machnęła ręką. – Byliśmy u Malfoyów. Wiesz, że mają takiego małego chłopczyka? Lucuś jest prześliczny i taki tyci! A poza tym… Widziałam Stonehenge! Byłam tam już tyle razy, a wciąż mnie fascynuje. Dziwne, nie?
– Ceri… – nieśmiało próbował jej przerwać.
– Tam mi się oświadczył. Właśnie tam. – Dziewczyna nie zwróciła na niego uwagi, zajęta swoją opowieścią. – Wszystko zaplanowaliśmy. Za dwa tygodnie wyjedziemy do Dublina, do jego rodziny i… A zresztą, co ci będę opowiadać? Powiedz lepiej, gdzie jest moja Stokrotka.
– Właśnie chciałem…
– Sama jej poszukam! – Znów mu przerwała i natychmiast wybiegła z kuchni.
– To nie jest najlepszy pomysł – mruknął, obserwując zamykające się z hukiem drzwi.
***
Gerard Tinkinswood – Crouch był z natury spokojnym romantykiem. O Salazarze, jak często miał z tego powodu kłopoty! Gdy jego koledzy z roku zabawiali się, mordując szczury i pająki, on pisał listy do nieżyjącej matki i swoich sióstr. Wyrósł z tego bardzo szybko – ojciec z roku na rok był bliższy szaleństwa i w domu musiał go zastąpić. Tamtej nocy poprzedzającej powrót Ceri, wrócił jednak do starej tradycji.
Felicia, ich Stokrotka, znikła.
Bezskutecznie szukali jej z ojcem i ich sąsiadami już dobre parę dni. Z każdą godziną szanse na jej odnalezienie malały i nikt już naprawdę nie wierzył, że wydarzy się cud. Z drugiej strony, każdy zdawał sobie sprawę z tego, że to kiedyś tak się skończy. Zadawanie się z mugolskim półświatkiem, nocne eskapady, jakieś świństwo palone pod nieobecność Ceri. Zresztą, na cóż więcej pozwalało jej charłactwo? I bez niego, ich pozycja w społeczeństwie była niska.
Gerard to rozumiał. Zaginięcie, a w konsekwencji najprawdopodobniej i śmierć Stokrotki była dla niego szokiem, ale przynajmniej to rozumiał. Nie wiedział tylko, jak powiedzieć o wszystkim najmłodszej pannie Crouch (a może Tinkinswood, a może pani Wilkes?). Kiedyś musiała wrócić i dowiedzieć się o tej tragedii. Miał jednak nadzieję, że stanie się to po pogrzebie.
Pogrzebie z pustą trumną.
Ten list tak naprawdę był skierowany do ich drugiej matki. Tej pięknej kobiety ze zdjęcia na biurku ojca. Tej, która pokochała go jako pierwsza, a potem pozwoliła mu odejść do innej. Tłumaczył jej, że musi powiedzieć ich bratu – bo go miał, naprawdę go miał! – o tym wszystkim. Myślał, że jeśli będzie ich dwóch, jakoś wybiją Ceri histerię z głowy.
Podpisał się Bartemiusz Crouch Senior, oczywiście.
***
Tymczasem ona wróciła trochę za wcześnie, a on kompletnie nie wiedział, co robić. Nie mógł się spodziewać przybycia gościa przed poniedziałkiem, a ojciec znów wyszedł. Miał jej powiedzieć prawdę? Cieszyła się z czegoś. Bardzo się cieszyła, a on nie potrafił jej odebrać szczęścia.
Bez słowa patrzył, jak obejmuje go i całuje w prawy, nieogolony policzek. Słuchał jej uważnie, gdy bełkotała coś o dziecku i ślubie. Parę razy próbował jej przerwać, ale nic to nie dało. Po chwili wybiegła, szukać Felicii. Jak zwykle.
Tym razem nie miała prawa jej znaleźć.
Co mógł zrobić? Poszedł za nią. Szaleńczy bieg po tych marnych dwustu metrach kwadratowych go nie zmęczył. Za to jedno spojrzenie w orzechowe oczy Ceri wystarczyło, by stracił ochotę na dalsze życie.
– Znowu gdzieś wyszła? – spytała, ani wesoło, ani smutno. Tak po prostu, jakby chciała tylko zacząć rozmowę. Nie o to przecież chodziło.
– Można tak powiedzieć – odpowiedział.
Zrozumiał zasady jej gry, choć nigdy mu się nie spodobały. Już wtedy wiedziała, ale nie chciała o tym myśleć. Pozwolił jej na parę niewinnych kłamstewek, na parę złudnych nadziei. Usiadł, a ona zrobiła to samo. Spojrzeli na siebie, a ona tylko rzuciła:
– Bujasz, stary?
***
Cisza przed burzą.
Najsłodsza.
Pozwalająca wierzyć, że nic się nie stanie.

Zabija.
***
– Że co proszę?
Irracjonalne pomysły siostry zawsze wytrącały go z równowagi. Wiedział, że dziewczyna ma tupet, ale nigdy nie sądził, że aż do tego stopnia. Takie pytanie w obliczu śmierci najbliższej jej osoby?
Nawet nie zauważył, kiedy wygrała. Jednym zdaniem zniszczyła wszystkie jego nadzieje, jak podczas gry w statki. Zawsze była w tym najlepsza. C3, A7 i po wszystkim. Trafiony, zatopiony.
– Wyciągnij ją już z tej szafy. Niespodzianka wam się nie udała – odpowiedziała, wciąż się uśmiechając. – Kiedy wreszcie zrozumiesz, że kłamstwo ci nie wychodzi, mój ty poczciwy braciszku?
Mógłby przysiąc, że słyszał w jej głosie pogardę, ale po co? Zasłużył na to. Pozwolił jej obrócić wszystko w żart. Idiota.
– Kiedy jej tu naprawdę nie ma. – Ujął ją za dłoń. Wiecznie zimną, delikatną dłoń, którą jeszcze parę dni temu klepała Felicię po ramieniu. – Ceri, ona…
Głos utknął mi w gardle i wcale nie miał zamiaru się stamtąd wydostać. Mógł tylko patrzeć, jak siostra odsuwa się od niego, przerażona i podnosi się z wysłużonej kanapy. Mógł tylko słuchać, jak drżącym głosem mówi:
– To nie jest zabawne.
Mógł tylko poczuć, jak gwałtownie uderza w jego policzek, który jeszcze niedawno całowała.
***
Wybiegła.
Później nie była w stanie powiedzieć, kiedy zaczęła płakać. Czy było to przed tym, jak uderzyła Gerarda, czy chwilę później? Może wtedy, gdy stanęła przed gabinetem ojca i, tłukąc niewinne drzwi pięściami, krzyczała, by kazał synowi zwrócić jej siostrę? Czy dopiero po tym jak zorientowała się, że pana Croucha nie ma w domu i to wszystko nie ma sensu?
W każdym bądź razie, gdy Gerard dołączył do niej parę minut później, płakała.
Nie pozwoliła mu się objąć, pocieszyć. Nie. Odsunęła się przed jego ręką, nie kryjąc obrzydzenia. Nigdy nie chciała być dotykana przez kłamcę.
Przecież kłamał. Gdyby Felicii naprawdę nie było, poczułaby to. Ona żyła; było to równie pewne jak fakt, że ziemia wcale nie jest płaska, a Dania znowu zdobyła Puchar Świata. Dlaczego nie chciał jej powiedzieć, że Stokrotka wróci wieczorem? Dlaczego sugerował…
Nic nie sugerował. Po prostu wmawiał jej, że Felicii coś się stało.
– Zostaw mnie w spokoju – warknęła nieprzyjemnie, tłumiąc szloch.
– Jasne – odpowiedział.
Wyszedł. Po prostu wyszedł. Jak śmiał? Nie miał prawa zostawić swojej siostry takiej zapłakanej!
Tylko dlaczego rozpaczała, skoro Stokrotce nic się nie stało?
***
Nie powiedział jej, że w poniedziałek będzie pogrzeb. Nie miał siły.
Gdy go wygoniła, wrócił do kuchni. Zdawał sobie sprawę z tego, że kawa, którą tam zostawił, już dawno wystygła. Musiał ją jednak dopić albo przynajmniej umyć kubek, żeby nie robić bałaganu. Niedługo Ceri zdemoluje cały dom i będzie miał wystarczająco dużo pracy, nawet bez sprzątania w kuchni.
Zegar wskazywał czwartą. Miał jeszcze jakiś kwadrans do powrotu swojej żony i godzinę do powrotu dzieci, które jego ojciec postanowił zabrać na spacer (jeżeli można tym nazwać szukanie zwłok pewnej dziewczyny; zajęcie idealne dla dwu- i trzylatków). Potem wrócą do siebie i zostawią Ceri na głowie staruszka. On zawsze miał na nią dobry wpływ.
Odkręcił kurek i z kranu poleciała lodowata, niezbyt czysta woda.

Advertisements
Część Pierwsza. Ceri.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s