Część Piąta. Bartemiuszu…

Podobno czekanie jest najgorsze. Te dłużące się minuty, przekrzywienie czasoprzestrzeni, triumf niecierpliwości nad marną istotą ludzką. Koszmar ostatnich paru sekund przygotowań do przedstawienia, które i tak musi się odbyć. Musi! Jednak co będzie, gdy aktor zapomni roli albo potknie się w punkcie kulminacyjnym szalonego tańca, akurat gdy wszystkie światła reflektorów będą nań skierowane? Miejmy to już za sobą to modlitwa popularniejsza nawet od Pater Noster, modlitwa niepotrzebująca Boga, a co dopiero świątyń. Tylko jest z nią jeden jedyny problem. Czas to najbardziej bezlitosny biurokrata wszystkich światów razem wziętych.
Dlatego musieli czekać. W innym miejscu, ale w tym samym nastroju. Wszyscy razem i każdy z osobna. Ostatnia godzina przed pogrzebem nie chciała dać się zapełnić krzątaniną i przygotowaniami, wolała trwać w pustce i bezruchu. Cóż mogli na to poradzić?
Nic. Absolutnie nic.
***
Zacznijmy od ojca.
Bartemiusz Crouch Senior zajmował honorowe miejsce na honorowym fotelu w swoim gabinecie. Pomieszczenie to, mimo iż znajdował się w nim tak ważny przedmiot, nie wyglądało specjalnie. Ot, niecałe dziewięć metrów kwadratowych zajmowane przez największego pedanta tego świata. Widujemy takie pewnie na co dzień, nie wzbudzają więc w nas zachwytu. Niby co w tym takiego specjalnego? Komplet mebli, które zapewne z drzewem miały wspólny kolor, zniszczonych przez czas, niekochanych przez nikogo nie mógł być obiektem pięknych uczuć nawet, gdy był czyszczony dwa razy dziennie. Dywan w wyblakłe, czerwono-złote wzory był przecież dziurawy – wprawdzie tę pamiątkę po nikt-już-nie-wie-czym zakryto plastikową donicą z kwiatami, ale sam fakt się liczy. W dodatku te ściany! Kto je pomalował na taką oślepiającą biel?
Nie, one nie pasowały do tego gabinetu. Były na nich rysunki, których być nie powinno, takie, co to są raczej wytworem znudzonego dziecka niż wielkiego artysty. Namalowała je kiedyś mała rączka Ceri z pomocą trochę większej rączki Felicii. Przedstawiały one nic innego jak domek, płot, drzewo, chmurki i uśmiechnięte słoneczko, koniecznie w tej kolejności. Dzieci są specjalistami od takich tworów, a one przecież miały wtedy nie więcej niż dziewięć i pół roku.
W każdym razie, głowa rodziny siedziała w prawie dębowym fotelu, strasznie twardym i niewygodnym, zajęta myśleniem nad tym, co się dzieje.
Z daleka mógł sprawiać wrażenie śpiącego, ale to nie była prawda. Przymknął oczy tylko po to, by nie musieć patrzeć na zdjęcia rozstawione na biurku. Czarno-białe, stare, podniszczone, nieważne, ukryte w prostokątnych ramkach. Przedstawiały jego pierwszą i drugą żonę, nigdy razem, oczywiście. Wystarczyło mu to, że prawdopodobnie Gabrielle za chwilę dumnie przekroczy próg tego domu z zamiarem upokorzenia go do samego końca.
Piskliwy i niewyobrażalnie głośny dźwięk dzwonka do drzwi ranił mu uszy.
***
Ceri, która zwykle zbiegała z góry, gdy tylko słyszała, że ktoś ich odwiedził, tym razem pozostała na miejscu.
Prawdę mówiąc, miała zamiar nie ruszyć się z pokoju aż do końca tego całego cyrku. Jej jedynym towarzystwem była, wspominana już wielokrotnie, różowa czapeczka z daszkiem. Dziewczyna była wobec niej bezlitosna; zgniatała ją, tarmosiła, wykręcała na lewą stronę, a wszystko tylko po to, żeby zająć czymś ręce. W ogóle nie myślała o tym, że pewnie jeszcze kiedyś będzie chciała ją założyć. Uznała to za nieistotny szczegół.
Powtarzający się sygnał dzwonka do drzwi skomentowała jednym, jedynym zdaniem:
– Czy jakiś uprzejmy kretyn mógłby otworzyć?
Wypowiedziała je oczywiście do swojej czapeczki z daszkiem i nie doczekała się odpowiedzi. Jakiejkolwiek reakcji też nie. Widocznie nikt w tym domu nie był na tyle uprzejmy, żeby ją ratować albo ona po prostu tego ranka przestała być księżniczką, której rozkazy trzeba spełniać bez wahania. Najbardziej prawdopodobne, choć najmniej dramatyczne, było to, że po prostu nikt jej nie usłyszał.
***
Prawdę mówiąc Bartemiusz Junior nie miał tam nadal zbyt wiele do roboty. Ba! On to nawet nie dostał własnego miejsca, musiał się tak włóczyć na drodze salon – kuchnia bez jakiegoś wyraźnego celu.
Jego dźwięk dzwonka irytował chyba najbardziej. Cóż, był przyzwyczajony do Skrzypajki, która otwierała drzwi natychmiast, bo cały czas przy nich stała. Wprawdzie nie mieszkał w domu rodzinnym już od paru dobrych lat, ale do jego nowego mieszkania nikt nie przychodził, więc… Stare nawyki miały się dobrze i raczej nic nie zapowiadało zmiany sytuacji.
Wiele osób chodziło by rozładować nerwy. On wtedy stresował się jeszcze bardziej. Nie trudno się domyśleć, że z każdą sekundą jego stan się pogarszał. O ile na początku była to tylko lekka, naprawdę nieistotna irytacja, o tyle po tych paru sygnałach dzwonka już praktycznie wychodził z siebie.
Nie, nie otworzy. To nie jego dom w końcu. Pochodzi sobie jeszcze troszkę, może odkryje nową teorię ewolucji? Zawsze był uważany za geniusza ten nasz bohater. Teraz mogłoby się przynajmniej okazać, że słusznie.
Ta złość przydawała się przynajmniej do jednego – nie myślał o tym, co zrobił. Wprawdzie tłumaczył sobie, że to żart jego ojca był głupi i nie na miejscu, a on po prostu dał się ponieść, ale… Wyrzuty sumienia, o którym sądził, że nie istnieje, tym razem okazały się silne i wyraźne, więc nie mógł ich już brać za chore podszepty jego niani. Z drugiej strony nie potrafił spojrzeć prawdzie prosto w oczy – tak, te ciemnozielone, wielkie, urocze oczy sarenki, tym razem bardzo zranionej jego ignorancją. Nie potrafił.
Bo niby co? Zachował się jak ostatnia świnia?
Gdyby go uderzyła, byłoby inaczej. Tylko, że ona wyglądała na taką, której się podobało. Jak każda. Nigdy nie spotkał się z inną reakcją. Dobrze, raz oberwał od takiej jednej Szkotki, ale to była sytuacja wyjątkowa i zdecydowanie warta zaczerwienienia na policzku.
Kolejny dźwięk dzwonka. On chyba oszaleje!
***
Gerard z całej tej wesołej gromadki zachowywał się najnormalniej.
Siedzieli z żoną w ogrodzie i obserwowali bawiące się dzieciaki. Fabiana, starsza od swojego brata o zaledwie rok czarnowłosa z zadatkami na kolejną chłopczycę, biegała w kółko, krzycząc jakieś niezrozumiałe, bełkotliwe słowa i okładając Hugo łopatką. Malec na razie trzymał się dzielnie, jeszcze nie płakał – ten z kolei pewnie będzie zniewieściałym poetą, którego nikt nie rozumie, wyjątkowo wdał się w tatusia – ale biegał coraz wolniej i upadek był coraz bliższy. Na szczęście rodzice czuwali i w razie czego…
– Otwórz, kochanie – powiedział do żony, zbyt zaabsorbowany swoimi pociechami by gdziekolwiek się ruszyć.
Ona jak zwykle wzruszyła ramionami i prychnęła na niego pogardliwie. Przyzwyczaił się już do tego, choć na początku było naprawdę ciężko. A Felicia go ostrzegała – nie bierz kobiety z wyższych sfer!
Tylko jak oprzeć się takiej jak ona? Może i nie była piękna, może jej urok był czysto teoretyczny! Miała jednak w sobie coś takiego, co nie pozwalało powiedzieć nie, po prostu. Tak, tak, dołóżmy do tego jeszcze mnóstwo charyzmy i upartości, a wyjdzie nam idealna pani Selma Tinkiswood. Nawet te ciemne, lecz nijakie włosy i całkowity brak figury czy klasy nie mógł tego przeważyć.
– Kochanie… – Starał się być spokojny, naprawdę. Ton jego głosu był łagodny, miły, niby nie mający do niczego zmusić. Niby.
– Nie.
Kategoryczne, lecz słodkie.
Cóż miał zrobić? Westchnął ze zrezygnowaniem i obrzucił ją rozczarowanym spojrzeniem. Nigdzie się jednak nie ruszył.
***
Oj, Gabrielle, Garbrielle…
Chyba będziesz musiała sama sobie otworzyć!
***
Stała pod tymi drzwiami dobre pół godziny. Na dworze panował nieznośny upał; nieadekwatna do sytuacji, kaszmirowa sukienka okazała się złym wyborem, bo po prostu była za gruba. Kobieta szybko przypomniała sobie, dlaczego nazywała ją zimową.
Cóż.
Niemożliwym wydawało jej się jednak, by dom był pusty. Wyraźnie zaznaczono przecież, że wszelkie uroczystości odbywają się tutaj. Pomyliła godzinę? Nie, nie ona. Może i nie była już najmłodsza, ale pamięć funkcjonowała jej jeszcze całkiem dobrze, nie mówiąc już o niezanikającej umiejętności czytania ze zrozumieniem. To co? Nie chcieli jej tutaj? Dostała zaproszenie. Jej były mąż wyraźnie zaznaczył w swoim liście, że obecność jej i Bartemiusza jest wyjątkowo pożądana.
Otworzyła, modląc się, żeby te drzwi nie skrzypiały.
Rzeczy martwe są złośliwe.
Na korytarzu stał jej syn. Wyglądał na zaskoczonego, co trochę nie pasowało do wyrazu ulgi na jego twarzy. Prawdę mówiąc, nie wiedziała nawet czy ucieszył się na jej widok. Nie wykonał żadnego gestu, nie zmienił miny, nie podszedł; stał jakby ktoś wmurował go w podłogę, patrząc na nią tymi swoimi niesamowitymi oczami, które kiedyś tak podobały jej się u jego ojca.
– Witaj, Bartemiuszu – powiedziała, zachowując ten swój zwykły ton. Zwykły! Zimny, wręcz lodowaty i tak strasznie wyniosły, jakby chciała już nawet tym zaakcentować fakt, że przecież jest lepsza, jest arystokratką. – Nie otworzysz własnej matce?
Nie doczekała się odpowiedzi. Żadnej, nawet najmniejszego i najnormalniejszego w świecie wzruszenia ramionami. Nie, on nie był wmurowany w posadzkę, a sparaliżowany. Tylko dlaczego?
– Bartemiuszu – dodała, tym razem głośniej.
Milczał jak zaklęty.
***
Stał sobie grzecznie w korytarzu, gdy nagle dzwonek przestał wydawać ten paskudny dźwięk. Powitał to z ulgą, niewyobrażalną wręcz, lecz z całego jego ciała najbardziej zadowolone były oczywiście uszy, o ile w ich sytuacji można mówić o jakichkolwiek uczuciach. Miał zamiar kontynuować swoją wędrówkę po korytarzu, gdy nagle…
Te drzwi skrzypiały. Prawdę mówiąc, w tym domu podobne odgłosy wydawało wszystko. On po prostu był stary i zniszczony, wymagał już nie tyle generalnego remontu, co zburzenia i to jak najszybciej. Gdyby spytano Bartemiusza o zdanie, kazałby to zrównać z ziemią jeszcze przed zapadnięciem zmroku. Skoro jednak drzwi zachowały się tak, a nie inaczej, odwrócił się do nich przodem i…
Cóż, mówiąc, że sparaliżowało go ze zdziwienia nie wiele się pomyliłam.
Na progu stała jego matka, ubrana w jakąś śmieszną sukienkę w jeszcze gorszym kolorze, z miliardem falbanek i wzorów. Zdecydowanie nie wyglądała na osobę, która przyszła na pogrzeb. Jednak strój go zbytnio nie przejął; każdemu czasem zdarza się ubrać dziwacznie, prawda? Nie. Chodziło mu głównie o to, że jej tam w ogóle nie miało prawa być! Przecież dla tej dziewczyny była żadną rodziną, nie okłamujmy się. On to przynajmniej miał z nią wspólnego ojca, ale Gabrielle?
Jej słowa docierały do niego z bardzo dużym opóźnieniem i były tak niewyraźne, że równie dobrze mogłaby nic nie mówić albo powtarzać w kółko blablabla, reakcja byłaby taka sama. Czyli żadna.
Dopiero gdzieś koło piętnastego Bartemiuszu – takiego zirytowanego, gorzkiego, zdesperowanego – raczył się łaskawie odezwać:
– Co ty tutaj robisz, Gabrielle?
Potok słów, który nastąpił potem był zdecydowanie zbyt skomplikowany na możliwości jego zszokowanego mózgu. Usłyszał zaledwie odrobinę, lecz nic z tego nie składało się w normalne zdanie. Coś jak:
– Końcu, można, ciebie, pogrzeb, bezczelny, biedna, rozumiesz, prawda, nie, absolutnie, gorąco, masz, ile, kto, jak, krótko, przecież, bez, ty.
Tylko, że ten ciąg trwał w jego głowie bez początku i końca, w kółko te same słowa, nawet gdy już skończyła mówić. Patrzył więc na nią nieobecnym wzrokiem, nie próbując się nawet zastanowić, co tak naprawdę chciała mu przekazać, nie słuchając jej absolutnie.
Potem było już tylko jakieś pojedyncze słowo i zostawiła go samego.
***
Jej syn nie wyglądał najlepiej, ale zbytnio się tym nie przejęła. Ruszyła za to na poszukiwanie jakiś bardziej rozumnych osobników. Tłumaczyła sobie, że on tak pewnie przez ten upał i wstrząs, jakim była dla niego śmierć siostry. Proste. Szybko mu na pewno przejdzie i wróci do siebie.
Skierowała się w stronę ogrodu, skąd dobiegały ją entuzjastyczne okrzyki. O ile w całym domu panowała wręcz nienaturalna cisza – pomijając odgłos jej kroków, oczywiście – o tyle tam wydawało się być aż nazbyt głośno. Nie, nie, dzieci nie bawiły się w nic bardziej hałaśliwego niż przed chwilą. To tylko ten kontrast między martwym wnętrzem a żywym otoczeniem, nic więcej.
– Witam państwa. Mogłabym się dowiedzieć, gdzie znajduje się pan Bartemiusz Crouch? – spytała, podchodząc od tyłu do dwójki młodych ludzi. Mężczyzna przypominał jej chłopca z fotografii. Czyżby Gerard? – Dostałam jego list. Nazywam się Gabrielle Crouch i…
– Miło mi panią poznać. – Pulchna kobieta przerwała jej w pół słowa.
Wstała z krzesła, gdy tylko tamta zaczęła mówić i w tym momencie stała już przodem do niej, uśmiechnięta, wyciągając rękę w jej kierunku. Rękę, która po chwili została uściśnięta, która po chwili nosiła czerwone ślady po niewiarygodnie długich i ostrych paznokciach starszej z dam.
– Anselma Tinkinswood, a to mój mąż, Gerard.
On też już stał. W odróżnieniu od swojej żony trzymał jednak ręce w kieszeniach i patrzył na nowoprzybyłą wzrokiem co najmniej potępiającym. Nie powiedział ani słowa, kiwnął głową, nic więcej.
– Mnie również bardzo miło, choć wolałabym państwa poznać w zupełnie innych okolicznościach.
Albo w ogóle – dokończyło coś w jej głowie. – Wolałabyś, żeby ich nie było, a twój mąż nigdy was nie zostawił.
Uśmiech Selmy znikł równie szybko, co się pojawił. Zastąpiło go niezdarne zakłopotanie. Takie, w jakie nie wpędził jej jeszcze nikt. Nigdy. Zwykle to ona wywoływała tego typu uczucia w swoich rozmówcach, ale teraz… Kompletnie nie wiedziała, jak zachować się w nowej sytuacji.
– Może…
Tym razem wypowiedź przerwał głośny płacz dziecka.
***
– Fabiano, natychmiast zostaw swojego brata!
Dotarcie do jego pociech zajęło Gerardowi całe piętnaście sekund, jednak o wiele większy problem był z odciągnięciem nieznośnej córeczki od biednego i prześladowanego braciszka. Łopatka, gdy już w końcu go dogoniła, okazała się bronią niemal idealną; świadczył o tym ślad na buzi, który niedługo pewnie przekształci się w kolejnego siniaka.
Nikt już nie mówi, że małe dziewczynki, a przyszłe kobiety, są słabą płcią.
Mamy radosne równouprawnienie, lecz Hugo chyba nigdy nie zostanie feministką. Nie tylko ze względu na to, że urodził się chłopczykiem. Prawdę mówiąc, to w tej sytuacji było zupełnie nieistotne.
Ten płacz tylko pogarszał sprawę.

Advertisements
Część Piąta. Bartemiuszu…

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s