Część Ósma. Ten dziwak Riddle.

To były okropne trzy dni.
Ceri nie wracała. Nikt nie wiedział, co się z nią dzieje. Bartemiusz Crouch Senior mniej więcej pięć razy dziennie odbierał wiadomości od zaniepokojonego Wilkesa. Rozpoczęto poszukiwania, ale nikt niczego nie znalazł.
Selma oświadczyła Gerardowi, że nie wpuści go do domu, dopóki nie rozwiąże sprawy z zaginięciem obydwu sióstr, co mogło oznaczać – nigdy. Nie było mu żal; trochę zaczynało mu brakować dzieci, ale mieszkanie z ojcem nie było kłopotliwe. Wystarczyło się nawzajem ignorować. Nic prostszego, jeśli robiło się to całe życie.
Jakby tego było mało, dzień po pogrzebie jeszcze raz pojawiła się tu Gabrielle. Bartemiusza Croucha Juniora też nigdzie nie było. W Ministerstwie powiedziano jej, że wziął tygodniowy urlop – choć prawdę mówiąc miał tyle zaległych dni wolnych, że mógłby spokojnie przez rok nie chodzić do pracy. Liczyła, że może znajdzie syna tutaj, z ojcem, ale odesłano ją z kwitkiem.
Co tak poza tym działo się tu przez te okropne trzy dni? Nic specjalnego. Żyli tak jak wcześniej; poszukiwania jednej dziewczyny zastąpiono poszukiwaniami drugiej. Można powiedzieć – standard.
Smutne, ale prawdziwe.
***
To bardzo niekulturalne – witać kogoś przez próg. Nikt jednak nigdy nie mówił,, że Gerard jest dobrze wychowany. Otworzył te drzwi, to prawda, ale nie miał zamiaru gościa wpuszczać do środka.
Naprzeciwko niego stał Wilkes z obstawą.
Dawno się nie widzieli. Spotkali się parę razy w szkole – taka szycha jak jego przyszły szwagier nie zajmowała się małymi Ślizgoniątkami – ale nie były to miłe pogawędki przy kawie. Wiązały się one z oskarżeniami o zdradę krwi, które zaczęły się pojawiać, już gdy miał jakieś trzynaście, czternaście lat. W piątej klasie, na parę dni przed pierwszym egzaminem Gerarda, starszy o dwa lata pan Prefekt Naczelny poprzestawiał mu w prawej ręce wszystkie kości, a potem bezceremonialnie wyrzucił go z okna sali od transmutacji. Na szczęście niebawem potem Wilkes opuścił zacne mury Hogwartu i młody Tinkinswood-Crouch mógł sobie trochę odetchnąć. Nie na długo zresztą; gdy tylko Ceri podrosła, zaczęła się oglądać za znacznie starszym od siebie kolegą kolegi kuzynki drugiego stopnia córki ciotki jej współlokatorki Lucilli. Na szczęście szybko zrozumiała, że wybranek jej serca nie jest mile widziany przez całą rodzinę i zaczęła się z nim spotykać u niego, ale… Pierwsze dwa miesiące były ciężkie.
Gerard zaś nie miał nadziei na poprawę ich stosunków nawet po tym, jak ten zwyrodnialec zabierze mu siostrę, a co dopiero przed!
– Tak? – spytał, nie ukrywając niechęci.
Wilkes uśmiechnął się kpiąco. Czyli jednak miał rację – tacy ludzie nie zmieniają się nawet, gdy włażą z brudnymi buciorami do twojej rodziny.
– Przyszedłem odwiedzić moją księżniczkę – stwierdził. – Muldber, Nott, ładnie poproście Tinkinswooda, żeby nas przepuścił.
Dwoje mężczyzn za jego plecami poruszyło się niespokojnie. Starszy z nich, Vorrenus, zrobił nawet krok do przodu, jednak przed jakąkolwiek inną reakcją zatrzymała go wielka, brązowa łapa Orsona. Żadnej przemocy. Chłopak jeszcze nic nie zrobił.
– Nawet do ukochanej przychodzisz z obstawą? – Ludzie nie uczą się na błędach. Gerard nadal nie umiał się odpowiednio ukorzyć przed ważniejszymi od niego ludźmi. – No, no, Wilkes, aż tak boisz się malutkiej Ceri?
– Zamknij się – warknął, a jego koledzy dzielnie mu zawtórowali.
– Trzeba było zabrać ze sobą tego dziwaka Riddle’a. To byłaby przynajmniej kategoria wagowa mojej siostrzyczki. Powaliłaby go jednym ciosem pięści. Ale ci! Na taką masę potrzeba…
Nie zdążył dokończyć.
Świat nagle zrobił się dziwnie czarny i Gerard Tinkinswood-Crouch wpadł niezbyt ufnie w jego ramiona.
***
– Trochę racji miał, Nott, mógłbyś zrzucić te piętnaście kilogramów. – Orson rozsiadł się wygodnie na kanapie w salonie. Jego głównym zajęciem było ciągniecie za nos nieprzytomnego Gerarda. – Nie zaszkodziłoby ci to, a Ioli bardzo by się spodobało.
– Popierasz tego kretyna? – Vorrenus z kolei dźgał chłopaka w brzuch, od czasu do czasu zadając mu nożem jakieś płyciutkie ranki. – Że co, że niby ja mam brzuszek? – Czasami ranki te wcale nie były takie płyciutkie.
– Brzuchol raczej – poprawił go uprzejmy kolega.
– Niedźwiedź się odezwał. Olbrzymi niedźwiedź. Jak to jest być większym od wszystkich ludzi tego świata?
– To mięśnie. Ty jesteś po prostu tłusty.
Nóż Notta niespodziewanie wbił się w brzuch Gerarda…
– Dość!
… by po chwili wylądować w ręce wściekłego Wilkesa.
– Dobrze się czujecie? – Wszelkie ślady działalności Vorrenusa wyparowały. Chociaż nie, jedną rankę mu zostawił. Tak na pamiątkę. – Zabijecie go!
Ręka Orsona powędrowała z powrotem do jego kieszeni. Nos Gerarda odzyskał wolność.
– Po tym, co powiedział o Lordzie… – Muldber zaczął nieśmiało.
– I o moim brzuchu! – przerwał mu Nott, szczerze dotknięty postawą przyjaciela. – Dobra, ogłuszyłeś go, ale chyba nie masz zamiaru tego tak zostawić? Tom się wścieknie.
– Nie poświęcaj przyjaciół dla jakiejś małolaty. – Orson jednak go poparł. – Ceri zrozumie, jak go ulepszymy. Tak odrobinkę, naprawdę, to nie będzie nic wielkiego! Bez pewnych części ciała też da się żyć.
– Muldber, to, że ty w życiu nie miałeś żadnej kobiety nie znaczy, że wszyscy mają aż tak ograniczone potrzeby. A jak Gerardzik jednak jest normalny i bez takich uciech ani rusz?
– Jego problem.
Spory brzuch Notta zatrząsł się od śmiechu. Po chwili dołączył do niego ten należący do Orsona. Wilkes zachował stuprocentową powagę.
– Niech najpierw się obudzi i powie, gdzie znowu wcięło jego siostrzyczkę – stwierdził, obserwując rozbawionych przyjaciół.
– Nie ma jej tu? – Muldberowi udało się na chwilę opanować. – Przyjechaliśmy na marne?
– Daliśmy się dla niej zmieszać z błotem! Przyjęliśmy dzielnie wszystkie jego złośliwości! – Vorrenus też jakoś sobie radził. – Powstrzymaliśmy się nawet przed pozbawieniem go jego domniemanej męskości, a ty nam mówisz, że…
– Chcieliście poznać przyszłego Ministra Magii i zdobyć jego przychylność tak, jak radził wam Tom – przerwał mu. – Moja księżniczka była tylko pretekstem do wizyty w tym domu wariatów.
– No co ty! Wierzysz w te brednie, jakoby istniała jakaś przepowiednia dotycząca młodego Croucha? – Nott był oburzony.
– Opowiadałeś mi o niej wczoraj cały wieczór.
– Opowiadałem? – Ze zdziwieniem spoglądał to na Wilkesa, to na Muldbera.
– Opowiadałeś – Orson udzielił mu odpowiedzi. – Tak pomiędzy użalaniem się nad tym, że Iola znowu nie chciała cię wpuścić do sypialni, a kolejnymi kieliszkami.
– Nie powinno się brać za pewnik wszystkich słów kompletnie schlanych ludzi.
Mądrość życiowa Vorrenusa została całkowicie zignorowana przez obydwu jego towarzyszy. Nie pozostało mu nic innego jak siedzieć na tej kanapie i wpatrywać się w Gerarda z naburmuszoną miną.
***
– Co teraz zrobimy, hę? – Nott złamał się po półgodzinnym milczeniu. – Wracamy do mnie? Iola zrobi nam obiad.
– Ocuciłbyś go lepiej. – Wilkesowi nie spodobała się ta propozycja.
– Pewnie go zabiłeś. Nie ma na co czekać i…
– Przymknij się.
– No co? Chłopak ledwo oddycha. Zawsze sądziłem, że z tego Tinkinswooda jest ciota, a nie człowiek. Żeby Drętwota aż tak kogokolwiek…
– Muldber, przylej mu.
Ręka Orsona po raz drugi tego dnia przypomniała Nottowi, gdzie jego miejsce.
***
Pierwszym, co zobaczył, kiedy się ocknął, były małe, kocie oczy wpatrujące się w niego aż nazbyt nachalnie. Towarzyszyła im obrzydliwa, owalna twarz, na której sam widok człowiekowi mogło zrobić się niedobrze. W dodatku ten nos…! W życiu nie widział większego, choć to może sprawka tego, że był on zdecydowanie za blisko. Następnym bodźcem był zapach wydobywający się z ust tego czegoś, co właśnie oglądał – zapach rodem z piekła, bo podobno nigdzie nie ma gorszego. Potem dotyk, paluchy wbijające mu się w szczękę.
Krótki dźwięk:
– Wilkes, zobacz, nasze maleństwo się…
Aż w końcu doszło do smaku wymiocin, gdy zginał się w pół i przekonywał, że naprawdę żyje.
– Upaprał mnie!
– Trzeba było mnie słuchać i zostawić go w spokoju. – Wilkes zachował resztki spokoju. – Od czego masz różdżkę, bałwanie?
– Nie wiem, jak Iola mogła wyjść za takiego… – wydał swój osąd Orson.
– Spytaj o to jej rodziców. Nawet mały Constantine ma więcej rozumku niż jego tatuś.
Gerard w tym czasie był gdzieś poza światem, w którym toczyła się ta dyskusja. Nie docierało do niego to, że Nott był na niego wściekły i właśnie próbował go kopnąć, co Muldber skutecznie mu uniemożliwiał. Próbował nie myśleć o tym, że z niewiadomych przyczyn cierpi wprost niewyobrażalnie i z całych sił przyciąga go do rzeczywistości. Próbował trzymać się ciemności, w której tkwił jeszcze przed chwilą, lecz ból wzmacniał świadomość istnienia, a żaden z pięciu zmysłów nie dawał się wyłączyć.
– Narwaniec – podsumował Wilkes, który nagle znalazł się w okolicach ich kanapy i pochylił się nad Gerardem. – Niedobrze jest prowokować nerwowych ludzi, Tinkinswood.
Gdzieś za nim słychać było sapanie Vorrenusa.
– Co się dzieje? – Gerard spytał nieprzytomnie. – Gdzie ja, gdzie my, Ceri?
– Właśnie. Wreszcie zaczynasz mówić normalnie. – Na jego twarzy znów pojawił się ten paskudny uśmieszek. – Gdzie masz swoją przeuroczą siostrzyczkę?
– Ceri!
Nie wytrzymał. Jego stoicki spokój nie miał szans w starciu z głupotą Gerarda. Już raz dziś od niego oberwał. Czy aż tak zależy mu na powtórce?
Uderzył go w twarz, łamiąc mu nos. Krew, grymas bólu na twarzy Tinkinswooda, łzy w oczach – nic nie powstrzymałoby go przed powtórką, gdyby nie ten głos:
– Marcusie, czemu bijesz mojego brata?

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s