Część Osiemnasta. Problem kary.

Coś przewrotnego jest w przysłowiowych paszczach lwa. Niby są one rejonem największego zagrożenia, miejscem, z którego żaden śmiałek (kolokwialnie: głupiec) nie powinien wrócić. Jednak przecież nie wzbudzają w nikim strachu – nie, gdy się już do nich wejdzie. Standardową reakcją na widok wnętrza paszczy lwa jest… zachwyt.
Tak, moi drodzy. Tylko to, co jest prawdziwie niebezpieczne, może w pełni usatysfakcjonować wybredną, ludzką naturę.
Być może stwierdzenie to jest już odrobinę… znoszone. Może faktycznie, po tylu latach istnienia w świadomości ludzkości zdążyło ono pokryć się już paskudnym, pełnym malutkich żyjątek mchem. Jednak nie zmienia to faktu, że jest ono prawdziwe. I, jak to się zwykle w takich sytuacjach zdarza, swoje potwierdzenie w praktyce otrzymuje wtedy, kiedy każdy rozsądny człowiek chciałby o nim jak najszybciej zapomnieć.
Marcus Wilkes nie pragnął myśleć o pięknie. Miał zadanie do wykonania. Nie szukał zemsty ani satysfakcji – traktował spotkanie z chłopakiem swojej zaginionej szwagierki całkowicie bezosobowo. Była to dla niego tylko kolejna przeszkoda do pokonania. Czy trudna? Wątpił w to. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że jeśli dalej będzie trzymał z T… Lordem, coraz częściej będzie musiał składać takie domowe wizyty bez herbaty i ciasteczek. Można by rzec (choć Wilkes pewnie oburzyłby się na to stwierdzenie), że był to pewnego rodzaju test.
Lecz jeśli tak, on go właśnie oblewał. Na całej linii.
Myśli Marcusa Wilkesa były absolutnie mu nieposłuszne. Jak ukarać coś, czego nie można dotknąć? Jak nad tym zapanować? Zawsze sądził, że to tylko kwestia dyscypliny wewnętrznej, wprawy, silnej koncentracji. Czego mu brakowało? Czego, do diabła? Choć umysł podpowiadał mu, dlaczego dzieje się tak, a nie inaczej, z całych sił próbował odrzucić tę odpowiedź. Nie pasowała do jego wizerunku zimnego, wyrachowanego drania. A mimo to wciąż nie mógł nad sobą zapanować. Całkowicie zatracił się w tym, co widział dookoła siebie. Z minuty na minutę, ba!, z sekundy na sekundę jego desperackie próby skupienia się na tym, co mieli do zrobienia, odnosiły coraz to marniejszy skutek. Aż końcu, tak, dokładnie tak – zatracił się do tego stopnia, że zapomniał, po co tu przyszli i pozwolił swoim szalonym myślom przejąć nad sobą kontrolę.
Po raz pierwszy stanął on twarzą w twarz z pięknem absolutnym. Pięknem bezkresu, wolności i zapomnienia. Pięknem, któremu dorównać mogłoby tylko samo piekło; gdyby istniało, oczywiście.
– Idziesz? – gdzieś z oddali dobiegł go głos Bartemiusza. Przez moment nie mógł zrozumieć, dlaczego jego ton jest tak zniecierpliwiony. Przecież to, co właśnie widzieli…! – Znalazłem drzwi do piwnicy. Co jak co, ale lata wysłuchiwania aurorów w bufecie nauczyły mnie, że każdy parający się czarną magią prędzej czy później tam ląduje.
Chwilę później widział już tylko obdrapane z farby ściany i zasłonki w naprawdę niemodnym kolorze. Po pięknie absolutnym nie było ani śladu.
– Wszystko potrafisz zepsuć, co? – spytał odruchowo, choć niemal natychmiast przypomniał sobie, że on sam chciał się wyrwać spod uroku tego przeklętego miejsca. – Jak to zrobiłeś?
Bartemiusz spojrzał na niego ze zdziwieniem. Dopiero po kilkudziesięciu sekundach Wilkes pojął swój błąd. Przecież ten cały młody Crouch nie miał prawa go rozumieć! Gdzież mu tam do jakiegokolwiek piękna? To tylko urzędnik. Nawet jeśli kiedyś zostanie Ministrem, nigdy nie zrozumie, co on poczuł tu i teraz, tuż przed jego nosem.
Jeśli mamy być ze sobą szczerzy, Wilkes też mylił się co do interpretacji swej krótkiej chwili natchnienia. To nie był taki powszedni zachwyt nad uroczą rabatką i słonecznym dniem nad jeziorem. O, nie. Prawidłową (a jednocześnie wystarczająco demoniczną i patetyczną nazwą) byłby zew krwi. Tego dnia po raz pierwszy obudziła się w nim ta cząsteczka umysłu, która odpowiada za chęć władania wszystkimi duszami wszystkich światów.
– Nieważne – mruknął i, w ramach efektów specjalnych, machnął ręką. – Gdzie ta piwnica?
A potem, nim Bartemiusz zdążył wyrzec choćby słowo, rzucił się na własne poszukiwania. To jest, bezsensownie ruszył przed siebie, byle nie musieć tłumaczyć się ze swojej zadumy nad tą stertą bezwartościowych śmieci, jaka wypełniała ich własną paszczę lwa.
***
Choć to naprawdę nie było daleko, czuł, że schodzili po schodach przez całe wieki. Jeden stopień, sto lat, drugi stopień… Szybko jednak odkrył, że to nie schodzenie jest najgorszym, co może ich spotkać tego przedpołudnia.
– Czujesz ten zapach? – spytał Wilkesa tylko po to, by usłyszeć jego głos i utwierdzić się w przekonaniu, że nie śni. Tego zapachu nie można było nie wyczuć.
Nie zdziwił się więc, gdy jego towarzysz odpowiedział mu:
– Śmierdzi trupem.
Dobrze, może informacja dodatkowa była odrobinę zaskakująca. Ale tylko odrobinę – im dłużej o tym myślał, tym bardziej wydawało się to oczywiste.
Tak samo jak to, kto rzeczonym trupem jest.
Nigdy nie przyszło mu do głowy, że swoją siostrę pozna, gdy ta będzie już dość zaawansowana w procesie gnilnym. Nie, żeby przez większość życia podejrzewał, że ma siostrę, skądże. Jednak nawet gdy dowiedział się o tym od Gabrielle, sądził, że zaginiona nigdy nie zostanie odnaleziona, nieważne czy żywa, czy martwa. A przynajmniej, że w chwili odnalezienia on już od dawna będzie przebywał w Londynie, swojej bezpiecznej przystani. Nawet w najgorszych sennych koszmarach nie schodził do cudzych, pachnących trupem piwnic, by po raz pierwszy zobaczyć jakiegokolwiek członka swojej rodziny. To po prostu nie mieściło się w jego głowie. Był zdecydowanie zbyt poważnym człowiekiem, by kiedykolwiek zakładać takie scenariusze!
A mimo to, im bliżej było do odkrycia prawdy – im bliżej było końca schodów, im bliżej było światła przesiąkającego przez drzwi – tym wydawało się to normalniejsze. Nie w znaczeniu takie, jak powinno być a takie, jak to może się zdarzyć. Tak czy inaczej, żołądek niemal podchodził mu do gardła.
– Gotowy? – usłyszał głos Wilkesa, wciąż pochłoniętego własnymi rozmyślaniami. W innych okolicznościach pewnie zastanowiłby się, co też pałętało się po tej na wpół pustej głowie. Teraz nie miał na to czasu.
Tym bardziej, że drzwi wcale nie czekały, aż to Wilkes je otworzy. Drzwi otworzyły się same.
Bartemiusz Crouch Junior nie stanął oko w oko z absolutnym pięknem. Był zbyt przerażony, by rozumieć ideę piękna, rozumieć to, co zobaczył. Na szczęście był również zbyt przerażony, by krzyknąć i uciec na drugi koniec świata. Znieruchomiał z wrażenia.
Leżała na stole.
Tak po prostu.
Nie mógł na nią patrzeć, lecz z drugiej strony – nie mógł zmusić się do zamknięcia oczu. Było coś niesamowicie ludzkiego w tej powłoce pozbawionej przecież człowieczeństwa, w tym kawałku zupełnie nieistotnej materii rozkładającej się kątem na cudzym stole. W drugim odruchu, którego też z wrażenia nie wykonał, miał ochotę podbiec do niej i ją zakryć – ale już nie dlatego, że się bał; nie, coś w nim krzyczało, że jego siostra nie powinna w tak upokarzający dla wszystkich sposób leżeć sobie po prostu na, powtarzam to, cudzym stole.
Nie wiedział, co czuł Wilkes. Nie obchodziło go to. I tak nie mógłby zareagować.
I tak nie zareagował, nim było za późno.
– Kim jesteście?
Chłopiec od melonika (choć wtedy bez niego) jakby spod ziemi wyrósł między nimi a Stokrotką. Bez trudu go rozpoznali, choć przecież żaden wcześniej go nie widział. Coś złego czaiło się w jego oczach; coś, co nie pozwalało ci pomylić go z nikim innym.
– Powtarzam: kim jesteście?
Jego głos był piskliwy i nieprzyjemny, jak gdyby stworzony, by ranić ich uszy. Starzy, dobrzy Francuzi musieli mieć rację i w tej sprawie – postępowanie człowieka naprawdę odbija się w jego wyglądzie i sposobie bycia. Szkoda, że Bartemiusz nigdy nie przejmował się Francuzami. A raczej szkoda, że Stokrotka była za głupia, by ich pojąć. Wiedziałaby, że nie należy zadawać się z ludźmi z takim głosem.
Że taki głos to czyste zło.
– Pytamy raczej: kim ty jesteś? – Wilkes zaczął, choć wyraźnie słychać było po nim, że i jemu brakuje odwagi. Choć starał się, jak mógł, władczość w jego głosie pozostawała wciąż jedynie semi-władczością, zbyt przesiąkniętą lękiem, by wywrzeć na kimkolwiek jakiekolwiek wrażenie.
Mina zrzedła mu jeszcze bardziej, gdy gospodarz wycelował w nich różdżkę.
– To ja ustalam kolejność pytań – powiedział. – Chcę wiedzieć, kim…
– Bartemiusz Crouch Junior, Ministerstwo Magii – wypalił Barty, nim zdążył się powstrzymać.
Wilkes zaklął wyjątkowo nieprzystojnie. Zdradzanie swojej tożsamości nie było według niego najmądrzejszym, co mogli zrobić. Nie wiedział jednak czegoś bardzo, bardzo ważnego. Nie wiedział, jak fraza Ministerstwo Magii podziałała na samego Bartemiusza.
Są ludzie, których do walki o swoje życie zmotywuje modlitwa. Są tacy, którzy szepczą w chwilach niebezpieczeństwa długie listy zmarłych krewnych i przyjaciół. Jemu wystarczyło to, co kochał jak nic na świecie – poczucie bezpieczeństwa i władzy (a raczej – władzy i bezpieczeństwa, w tej kolejności priorytetów), które dawała mu ta szacowna instytucja. W oka mgnieniu poczuł się niczym nadczłowiek, ten, któremu nic złego nie może się wydarzyć, bo chroni go instancja najwyższa z najwyższych.
Wystarczyło, że we własnej głowie urósł do rangi bohatera, by minął go paraliżujący strach spowodowany zaskakującym, pierwszym spotkaniem z siostrą.
– Będzie pan odpowiadał z własnej woli? Stanowczo odradzam stawianie oporu – kontynuował. – Jeszcze nikomu to nie wyszło.
Pozostawało im liczenie na słynną na całym świecie skłonność tych złych do prawienia swoim ofiarom długich kazań, w których zwykle tłumaczą wszystkie swoje motywy i opowiadają o trudnym dzieciństwie.
Kolejna chwila stawała się wiecznością. W dodatku – wiecznością tak samo jak tamta zanurzoną w paskudnym, trupim zapachu jego siostry. Ich siostry?
– Kochałem ją – wyrzucił w końcu, wybuchając niebezpiecznym, nerwowym płaczem szaleńca. Nie był wzruszony, raczej teatralny. – Wiecie, że ją kochałem, prawda?
Choć zaczął mówić, nie schował różdżki. Bartemiusz uważnie obserwował jego trzęsącą się dłoń, jego palce zaciskające się to słabiej, to mocniej. Wiedział, że jeśli ten postanowi zaatakować, ich życie zależy od ułamków sekund. Wszystko mogło się zdarzyć.
Dobrze, nie wszystko. Stokrotce jakoś nie spieszyło się do wstawania z tego stołu i pozbawiania ich problemu.
– Wiemy – rzucił na wszelki wypadek, ale chłopak go nie słuchał. Zupełnie nie.
– Przyszła tu kiedyś do mnie – kontynuował – bo ktoś powiedział jej, że czynię cuda. Domyśliła się, że jestem czarodziejem, o tak. Była bardzo samotna.
Nie trudno było mu sobie wyobrazić samotność Stokrotki. Co miała robić, gdy Ceri wyjeżdżała do szkoły? Jako… Z całych sił napominał się, że nie wolno mu się teraz rozkojarzyć. Na rozmyślania przyjdzie czas później.
Ale on wciąż mówił i zatruwał mu serce jadem współczucia.
– Początkowo chciałem się trochę pobawić. Wiecie, jak to jest. Słabo z dziewczynami. Obiecałem jej, że… Lataliśmy czasem do Londynu, była tak uroczo naiwna. Potem…
– Co jej obiecałeś? – niespodziewanie dla wszystkich (wliczając jego samego) do dyskusji wtrącił się Wilkes.
Ale jego też nie słuchał.
– Potem zacząłem ją poznawać i rozumieć jej cierpienie. Nie mogłem patrzeć, jak cierpi, wiecie? Była taka śliczna! Taka niewinna! Taka…
– Co jej obiecałeś, ty skurwielu? – Nie krzyczał. Warczał. Znany ze swojego opanowania Wilkes tracił nerwy na całego.
– Nie mogłem spełnić swojej obietnicy! Nie mogłem! Tego… Tego nie byłby w stanie zrobić żaden człowiek, nie, rozumiesz mnie, kochanie?
Spojrzał na nią wzrokiem całkowicie pozbawionym miłości.
– Musiałem ją uwolnić – powiedział cicho, jakby do siebie. – Nie mogłem uczynić jej tym, kim tak bardzo chciała być, ale nie mogłem też pozwolić, by cierpiała.
Zrozumienie tego, co powiedział, zajęło im dokładnie tyle czasu, ile im pozostało. Nim cokolwiek jeszcze zostało powiedziane, nastąpiło spodziewane drgnięcie ręki zaciśniętej na różdżce.
Ale to, to było absolutnie zadziwiające.
To zielone światło.
I ten krzyk.

Advertisements
Część Osiemnasta. Problem kary.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s