Część Jedenasta. Miłość interesowna.

Są ludzie, którzy potrzebują tych paru minut, by zrozumieć, co właśnie zrobili i zawsze myślą dopiero po fakcie. Nie jest ich na szczęście dużo, nie poradziliby sobie w dzisiejszym świecie, ale nadal istnieją. Są oni jednostkami wybitnie szkodliwymi i niebezpiecznymi dla bliźnich. No bo jak można najpierw wbić komuś nóż w plecy, a dopiero potem zauważyć, że to nie jest pluszowa zabawka?
Ceri niestety od urodzenia należała do tej grupy. Dlatego też po króciutkiej chwili namysłu, pocałowała swojego narzeczonego w policzek i wyleciała za bratem na ulicę.
Daleko jej nie uciekł. Stał pod jednym z drzew w pobliskim lesie i z całych sił próbował nie wrócić, żeby zmasakrować śliczną buźkę Wilkesa. Że on niby z jego siostrą..? Dlaczego mu nie powiedziała? Zwodziła go, atakowała jakimiś niemoralnymi propozycjami, wodziła na pokuszenie – a potem tak po prostu przedstawiła mu swojego narzeczonego! Dokładnie wtedy, kiedy… Nie, Hallie kłamała, nie był w niej zakochany. Zazdrosny też nie. Nie można komuś kraść siostry w momencie, gdy ten ktoś właśnie ją odzyskał, po prostu. Tylko o to chodziło, prawda, Bartemiuszu?
Chyba spodziewał się, że wyjdzie. Miał przynajmniej taką nadzieję, bo tym razem nie zaatakowało go żadne zaskoczenie.
– Czekasz tu na mnie? – spytała, nie rezygnując z dziwnych pytań, na które nie ma dobrych odpowiedzi.
– Nie. – Oczywiście, że nie. Wraca do Ministerstwa. Po prostu… – Zastanawiałem się, czy wolę pójść do domu, czy do pracy. Wiesz, muszę się przebrać i tak dalej, ale może da się to załatwić w biurze.
Wzruszyła ramionami. Nie rozumiała jego problemu. Każdy wolałby najpierw odespać takie trzy dni we własnym, wygodnym łóżku.
– Nie zostaniesz nawet na herbatce? – brnęła w to dalej. – Mówiłeś, że masz jeszcze dużo czasu, że poczekasz na Stokrotkę, że…
– Mówiłaś, że rozmawiasz z przyjacielem.
Prychnęła. Księżniczka poczuła się urażona. Trzeba tu zaznaczyć, że to była taka pierwsza czy druga sytuacja w jej życiu. Nigdy nie miała w zwyczaju brać czegoś do siebie na tyle, żeby się obrazić. Teraz po prostu… Cała ta rozmowa była specyficzna, żeby nie powiedzieć – dziwna. Co za staromodne zwyczaje, żeby musiała się tłumaczyć ze swojej decyzji bratu…! Rodzice Marcusa się zgodzili, nawet jej ojciec to jakoś przecierpiał. Gerard z Selmą marudzili, ale to u nich zwyczajne, nigdy nic im się nie podoba. Stokrotka lubiła Wilkesa! Gdyby tu była…!
– Ty też nie chcesz, żebym za niego wychodziła? – Mimo całej agresywności tego też, nie potrafiła pozbyć się ze swego głosu tej irracjonalnej wesołości. – Świetnie, obydwaj moi bracia uwzięli się, żeby…
– Na pewno jesteś z nim szczęśliwa – przerwał jej. Był gdzieś poza jej oskarżeniami, w świecie własnych rozmyślań. Stał tam i niby jej słuchał, ale wzrok miał nieobecny, jego głos pochodził gdzieś spoza wszystkiego, nie potrafiłby powtórzyć tego, co przed chwilą powiedziała.
– Jestem.
– Na pewno go kochasz. – Próbował się skupić na tym, co ona mówi, ale… Skrzywił się mimowolnie.
– Troszeczkę.
Tym razem chyba poszło mu odrobinę lepiej, bo przez całą chwilę wydawał się mniej nieobecny, a bardziej zaskoczony.
– Nie można kochać kogoś tylko troszeczkę.
Jego głos przybrał na ostrości; zabrzmiało to niemal jak oskarżenie. Mogła je odeprzeć bardzo łatwo – wystarczyło mu przypomnieć, że o miłości nie ma bladego pojęcia i tylko teoretyzuje. Ceri jednak nie miała ochoty na wchodzenie w tego typu dysputy. Westchnęła tylko z rezygnacją. Znów musiała tłumaczyć coś aż nazbyt dla niej oczywistego:
– Kocham go, ale, rozumiesz, nie tak jakoś bardzo. Nie kocham go tak mocno, jak tatę i Stokrotkę, jak ciebie i Gerarda, a jednocześnie nie kocham go równie mało co resztę, na przykład takiego Orsona, który wyświadczył mi kiedyś pewną przysługę. To taka…
– Kocha się zawsze za coś? – przerwał jej. Wyjątkowo niekulturalny ostatnio był. Zwykle czekał aż ktoś skończy mówić, a w dodatku starał się chociaż udawać, że słucha dokładnie swojego rozmówcy.
– Pewnie.
Milczał przez chwilę, jakby analizując to, co przed chwilą mu powiedziała.
– Co zrobił dla ciebie Orson? – Z trudem sformułował pytanie. Jakoś nie wyobrażał sobie, żeby ten osiłek zrobił coś dla Ceri, ba!, że w ogóle ją znał. Nigdy nie podejrzewałby takiej delikatnej istotki jak jego siostra o obracanie się w tego typu kręgach.
– Poznał mnie z Marcusem – odpowiedziała. Nie dodała, że zrobił to nieświadomie. – Kiedyś Lucilla powiedziała mi, że jej kuzynka kręci z Muldberem, wiesz, ale on nie lubi kobiet, więc była bardzo nieszczęśliwa. Poznała mnie z nim, żebym mogła mu zrobić awanturę w obronie biednej dziewczyny. Spotkaliśmy się raz czy dwa i strasznie go polubiłam. A że oni się przyjaźnią… – Wilkesowi zdarzyło się przeczytać jej wiadomość do Orsona, to wszystko. – Gdyby nie on, nie miałabym jeszcze narzeczonego.
– A za co kochasz Marcusa? – kontynuował.
Gdyby Ceri była odrobinkę rozsądniejsza, zrozumiałaby, że ma w tym jakiś ukryty cel. Do tego jednak nie doszło.
– Jest dla mnie dobry. – Po prostu? – Nie krzyczy na mnie, spełnia moje życzenia i zabierze mnie do Irlandii. Zresztą… – Chyba nadszedł czas, żeby się przyznać. – Wiesz, wszystkie dziewczyny zawsze chodziły zakochane i miały chłopaków w najlepszych czarodziejskich rodzinach. Też tak chciałam. Byłam nawet oryginalna, taki dużo starszy narzeczony nie trafia się każdej. Lucillę aż skręcało z zazdrości.
Nie był ani odrobinę przerażony tym, co usłyszał i nie była to wina tego, że nie do końca uważał. Spodziewał się tego typu odpowiedzi. Większość młodych kobiet z jego otoczenia wychodziła za mąż dla konkretnych korzyści majątkowych. Pamiętał, jak Hallie opowiadała mu o tym, jak dawno temu odbył się jej ślub – byle tylko nie bił i nie pił, resztę mogłoby się znieść razem z widziałam go wcześniej na oczy ze dwa razy, ale wiesz, byłam najszczęśliwszą dziewczyną pod słońcem i żaden pieprzony brak miłości nie mógł tego zmienić, a także już wtedy skoczyłabym dla niego w ogień, chociaż, w sumie, to był obcy facet, nie? Można nawet powiedzieć, że był zadowolony z zaistniałej sytuacji – niby jego siostra miała całe życie spędzić z mężczyzną, którego ‘kochała troszeczkę’, ale… Miało to dla niego jakieś, nieznane nikomu innemu, plusy.
– W takim wypadku, za co kochasz mnie?
Zamrugała kilkukrotnie i z trudem powstrzymała się od pytania, czy to kolejny żart. Jak to za co go…? To oczywiste! To… To… Był jej bratem, cholera! Z tego całego zdumienia, nie była w stanie wykrztusić z siebie słowa – stała tak tylko z rozdziawionymi ustami.
– Mówisz, że kocha się za coś, nie za samo bycie – kontynuował, nie zwracając uwagi na stan, do jakiego ją doprowadził. – Ja jeszcze nic dla ciebie nie zrobiłem. W takim wypadku albo kłamiesz, że czujesz do mnie cokolwiek poza rodzinnym obowiązkiem, albo twoja teoria wzięła w łeb, nie sądzisz?
To był zdecydowanie cios poniżej pasa.
Takie zachowanie świadczy już tylko o desperacji. Że co, że niby ona go nie kocha, tak? Jest wyrodnym dzieckiem i nie potrafi obdarzyć własnego brata odrobiną miłości? Chciał ją sprowokować? Będzie miał za swoje. Ludzie przyparci do muru chwytają się wszystkich możliwych rozwiązań.
– Nie mów tak – w końcu w jej głosie słychać było coś poza tą niezdrową radością. Urazę. Nauczyła się w końcu obrażać? – Na pewno coś się znajdzie.
– Słucham.
– Na przykład… – Myśl, Ceri, myśl! – Nie wykorzystałeś okazji, gdy byłam pijana.
Parsknął śmiechem.
– Nic byś nawet nie pamiętała. – Z całych sił próbował ukryć zawód. Jednak coś znalazła. Dlaczego łudził się, że rzuci mu się na szyję i powie, że, tak jak on zresztą, czuje coś zupełnie niewytłumaczalnego i nie chce się już dłużej przed tym bronić? – Muldber i Wilkes zrobili dla ciebie zdecydowanie więcej. To naprawdę już wszystko? Niczym więcej nie przyczyniłem się do szczęścia swojej siostrzyczki?
– Rozumiesz jak bardzo tęsknię za Stokrotką. – Nagle okazało się, że w jej głowie jest aż za dużo pomysłów.
Tak się zaczęło.
– To na pewno o wiele lepiej rozumie Gerard – odparł. – Nigdy nie miałem okazji poznać Felicii.
– Znasz mnie! – Nie dawała za wygraną. – Znasz mnie nawet lepiej niż Marcus!
– O ile można kogoś poznać przez cztery dni.
– Chcesz dla mnie dobrze.
– Nie chcę. – Próbował zrobić groźną minę, co skończyło się wybuchem śmiechu Ceri. – Jestem świrem i seryjnym mordercą, zgwałcę cię, poderżnę ci gardło i zakopię w lesie.
– Nie odważysz się mnie nawet tknąć!
– Nie? – Zrobił krok w jej kierunku. Dziewczyna, o dziwo, nie cofnęła się. Stała tam, gdzie wcześniej; zupełnie nie przejmowała się jego zachowaniem. Dla niej taki pokaz nie był niczym ważnym. – Już raz to zrobiłem.
Jej postawa zmieniał się odrobinę, gdy delikatnie złapał ją za podbródek i zmusił, żeby spojrzała mu w oczy. Wprawdzie nie dostrzegła w nich szaleństwa, ale dreszcz niepokoju przebiegł jej po plecach. Patrzył na nią tak… Miała ochotę go zabić za tę obojętność, za tę szorstkość, za ten chłód; jakby była nic nieznaczącą zabawką w jego rękach. To, że znalazł się nagle tak skandalicznie blisko w niczym jej nie pomagało.
– Jestem twoją siostrą.
Nie napotkał żadnego oporu.
Była przerażona, ale nie na tyle, by nie móc się bronić, gdyby tego nie chciała. Była w stanie mu się wyrwać, zacząć krzyczeć, odmówić! Nic nie mogło usprawiedliwić tego, że po prostu mu na to pozwoliła. Dała się ponieść emocjom. Zakazany owoc smakuje najlepiej; kto wie, może gdyby nie był jej bratem, w życiu nie zaryzykowałaby utraty narzeczonego – bo przecież Wilkes mógł ich zobaczyć! – dla jakiegoś głupiutkiego uczucia.
Nic jednak nie zmieni tego, że ją pocałował i zrobił to przy jej pełnej akceptacji. Nawet to, że o wszystkim, co robiła, zawsze myślała po fakcie. Bo przecież jedynym czego żałowała było to, że w końcu się odsunął, prawda?
– Zostań te parę dni – powiedziała.
Zrobił krok do tyłu. W odróżnieniu od niej, wydawał się żałować tej chwili zapomnienia. Nie wyglądał na kogoś, kto – gdyby mógł – zrobiłby to jeszcze raz. Kompletnie nie wiedział, co się z nim dzieje, chciał już wrócić do domu i zapomnieć. Spotka się z jakąś dziewczyną, na pewno, oświadczy jej się i nigdy nie będzie sobie przypominał tego popołudnia. Żadna dłoń Ceri zaciśnięta na jego nadgarstku nie zmieni jego postanowienia!
– Nie mogę – stwierdził równie oschle, co zwykle. – Nie wolno nam.
– Zaczekaj na Stokrotkę. Polubicie się. Ona jest taka… – Starała się uśmiechnąć. Wyszło. Zawsze wychodziło. – Nie możesz wyjechać, nie poznawszy jej.
Miał zamiar powiedzieć, że Felicia nie żyje, więc musiałby tu zamieszkać, ale powstrzymał się. Nie mógłby patrzeć na łzy w jej ślicznych oczach. Aktualnie przybrały one kolor ciemnej, gorzkiej czekolady, takiej, jaką lubił najbardziej. Jednak, w odróżnieniu od Wilkesa, uwielbiał też te orzechowe.
Bzdura! Nie mógł uwielbiać, bo Hallie się myliła i on wcale nie był zakochany!
– A jak zabiję ci narzeczonego?
– Powiem mu, że przyjadę do niego do Dublina, tak, jak się umówiliśmy.– Jeśli łudził się, że takie groźby cokolwiek dadzą, właśnie musiał przeżyć ciężki zawód. – Wiesz, nie mogę zostawić teraz taty samego. Strasznie mu smutno, że Stokrotka nie wraca. I tak nie mogłabym wyjechać.
– Zignorujesz przygotowania do własnego ślubu?
– Marcus sobie poradzi.
Jej palce zaciskały się coraz mocniej, choć przecież nie było takiej potrzeby.
Bartemiusz miał do niej słabość. Wszyscy zawsze uważali go za silnego i apatycznego człowieka, ale ta dziewczyna potrafiła sprawić, że zachowywał się wręcz odwrotnie. Ignorując to, że jest zdeterminowany, że właśnie próbuje zrezygnować z czegoś cudownego dla jej dobra, rujnowała wszelkie jego plany.
Choć przecież chyba od początku wiedzieli, że nie wyjedzie, prawda?
– Jesteś moją siostrą – powtórzył po niej, a potem dał jej się pocałować jeszcze wiele razy.

Advertisements
Część Jedenasta. Miłość interesowna.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s