Część Dziewiętnasta. Uniki i ucieczki.

Trudno jednoznacznie określić, czy świat jest sprawiedliwy. Nie, żeby było to niemożliwe – pewnie istnieją prawidła, które potrafią to ustalić. Po prostu samo znalezienie tychże prawideł zająć mogłoby nam całe wieki. Już odpowiedź na pytanie, czym jest sprawiedliwość, nastręcza mnóstwa problemów filozoficzno-lingwistycznych. Dlatego lepiej się tym nie zajmujmy. Czy to ważne? Czy naprawdę musimy trapić się tym, czy świat jest sprawiedliwy?
Bartemiusz trapił się.
A przecież wystarczyło odrobinę przesunąć środek ciężkości tego – morderczego wszakże – problemu egzystencjonalnego. Kogóż obchodzi, czy spłacamy regularnie nasz rachunek win? Nikogo. Pytać należy o to, czy ponosimy konsekwencje naszych decyzji. Sprawiedliwie czy też nie, świat powinien zareagować. Na każdą akcję znajdzie się i reakcja, choć w nie-idealnym nie-inercyjnym systemie może ona nie podlegać prawom jakiegoś niespełna rozumu mugola.
W systemie strapionego Bartemiusza akcja nastąpić nie chciała. Gdyby zdarzyło się cokolwiek, gdyby pojawiła się choćby jedna malutka, niepozorna konsekwencyjka do poniesienia, pewnie nie miałby czasu na myślenie. A tak – zjadały go wyrzuty sumienia… z braków wyrzutów sumienia. Jakkolwiek absurdalnym się to zdawało, trapił się na tyle, by nie jeść, nie pić i marzyć o powrocie do domu.
Wszystko przez to, że za bardzo kombinował. Kiedy tkwił w samym centrum wydarzeń, tam, w piwnicy, naturalnym wydawało mu się stwierdzenie, że sprawiedliwy świat domaga się kary za łamanie jego postanowień. Stare kodeksy moralne nareszcie mogły odżyć w praktyce. Zabiłeś? Więc zginiesz. Krystalicznie proste i etycznie bezpieczne. Jednak teraz… Dlaczego nie działało to także w odniesieniu do niego i Wilkesa? Gdzie popełnili błąd? Przecież nie w założeniu. Gdyby ono się myliło, byliby nie rękami sprawiedliwości, a zwykłymi mordercami!
A może byli?
Trudno mu było patrzeć na siebie w lustrze. Nie dlatego, że czuł się winnym. Dlatego, że nie czuł się jakimkolwiek.
***
– Ceri, jedz – Gerard rzucił tonem tak obojętnym, że nie mogło to odnieść żadnego efektu.
Jeszcze nie wiedziała. O niczym jej nie powiedzieli. Tak przynajmniej twierdził Wilkes – i choć zwykle nie obdarzyłby go nawet odrobiną zaufania, tym razem postanowił zaryzykować. W końcu kiedy chodziło o Ceri, Gerard zawsze zachowywał się odrobinę nieracjonalnie.
Dlaczego więc była taka przygnębiona?
Ten obiad był prawdziwą komedią. Wilkes z Bartemiuszem, świeżo połączeni niezwykłą misją, która im przypadła, wymieniali między sobą pozbawione znaczenia komentarze na temat pogody, stanu zdrowia starego Croucha czy dań przygotowanych przez Selmę. Już samo to powinno zadziwiać. Byli dobrze wychowani, owszem – ale nie przypuszczał, że kiedyś sami z siebie zaczną ze sobą rozmawiać. A przynajmniej pozorować rozmowę, by uniknąć krępującej ciszy przy stole. Jednak nic nie mogło przebić Ceri, bezcelowo rozgrzebującej puree z ziemniaków i milczącej jak nigdy dotąd.
Jak miał się odnaleźć w tej nietypowej sytuacji?
Kiedy rano spytał Bartemiusza, o co pokłócił się z ich siostrą, ten odpowiedział mu, że między nimi wszystko jest w jak najlepszym porządku. Tyle że najwidoczniej nie było. Do tej pory nierozłączni, teraz tylko od czasu do czasu zerkali w swoją stronę, jakby upewniając się, że wciąż są na siebie obrażeni. Tego napięcia nie dało się wyczuć. Rykoszetem oberwał i Wilkes – w końcu zadawał się teraz z głównym wrogiem swojej narzeczonej. A przecież…
– Jem – odpowiedziała, a raczej wymruczała w rękaw kraciastej koszuli, którą Felicja dała jej na zeszłe urodziny.
– Nie smakuje ci? – próbował dalej, choć wiedział, że to bezcelowe. – Mogę ci przynieść coś innego. Jestem pewien, że Selma coś jeszcze tam zostawiła.
– Smakuje.
Złapał Wilkesa na tym, że przypatruje się Ceri ze zdwojoną czujnością. Przez moment myślał nawet, że w końcu się do niej odezwie – jednak ostatecznie zdecydował się nie przerywać swojej fascynującej rozmowy z Bartemiuszem. Od kiedy konsystencja sosu interesowała go bardziej niż własna narzeczona?
Coś zdecydowanie było nie tak.
Dobrze, zganił się w duchu, przecież wiedział, co było nie tak. Zabili człowieka. Choć z całych sił starał się o tym nie myśleć, nie mógł zapomnieć, że siedział przy stole z mordercami. Ze stratą Stokrotki pogodził się już dawno – wciąż ją kochał, wciąż tęsknił, ale wiadomość, że znaleźli jej ciało, nie wstrząsnęła nim aż tak. Druga część komunikatu, ta o nagłej śmierci jej oprawcy, była znacznie gorsza. Wolałby, gdyby nie podzielili się z nim swoją tajemnicą. Czuł się trochę tak, jakby zrzucili na niego część odpowiedzialności.
W końcu ten, kto milczy, przyzwala, czyż nie?
Nie był pewien, czy powinien przyzwolić na to, co się wydarzyło. Oczywiście, łajdakowi się należało. Ale nie musieli go od razu zabijać! Dlaczego był jedyną osobą w tej rodzinie, która kiedykolwiek zastanawiała się nad konsekwencjami? Co stanie się z Ceri, gdy cała ta heca wyjdzie na jaw? Mąż i brat w Azkabanie! Świetlaną przyszłość jej zapewnili, doprawdy, dwóch dorosłych, odpowiedzialnych mężczyzn!
Z drugiej jednak strony, gdyby przemilczał to, co się wydarzyło, skazałby Ceri na życie pod jednym dachem z tym zwyrodnialcem. Co, jeśli któregoś dnia, on znowu to zrobi? Diabli jedynie wiedzą, co mogło chodzić po tej kosmatej głowie Wilkesa. Gerard daleki był od wierzenia w teorie spiskowe, ale nie trudno mu było sobie wyobrazić swojego przyszłego szwagra w roli mordercy, że tak to ujmę, zawodowego. Był niebezpiecznym typem; nie chodziło tu już o szklone przepychanki a życie ludzkie! Zatajenie czegoś takiego…
Ceri upuściła widelec.
– Co się dzieje? – spytał natychmiast.
Wilkes z Bartemiuszem na chwilę przerwali swoją rozmowę. Po raz pierwszy od tego feralnego wydarzenia złapał swojego brata na otwartym przyglądaniu się jego siostrze. Widocznie nie tylko on był tym dźwiękiem zaniepokojony.
– Ktoś idzie – powiedziała i zerwała się z krzesła, zanim którykolwiek z nich zdążył zareagować.
W parę sekund później zaczął przeklinać Los za to, że obdarzył go tak słabym refleksem. Niesłusznie. Los wyświadczył im wielką przysługę.
***
Gdy jeszcze chodził do szkoły, na jednych zajęciach z obrony przed czarną magią usłyszał coś o demonach, które nie mogły wejść do siedziby ludzkiej bez zaproszenia. Uznał to za bzdurę i zignorował. Teraz jednak żałował, że takim samym prawom nie podlegają ci, którzy przynoszą złe wiadomości.
– Znaleźliśmy ciało odpowiadające rysopisowi, panie Crouch. Niezbędna jest identyfikacja przez członka rodziny, ale jesteśmy niemal pewni, że to pańska siostra.
Od paru minut wpatrywał się w funkcjonariuszkę magicznej policji i zastanawiał się, jakim cudem człowiek może być aż tak niewrażliwy na bodźce zewnętrzne. Niemożliwe, by nie widziała histerii Ceri, na zmianę wtulonej w Gerarda bądź próbującej rzucić się na tę właśnie funkcjonariuszkę z okrzykiem Stokrotka żyje!. Niemożliwe też, by umyślnie to ignorowała – nawet jeśli brakowało jej odpowiednich pokładów empatii, musiała rozumieć, że z tą małą w pomieszczeniu niczego nie zdziała. A Bartemiusz? Zamiast zasugerować jej jakoś, by przeszli ustalić szczegóły w bardziej ustronnym miejscu, dał się zaplątać w ten śmieszny ton policyjnej procedury!
– Kiedy moglibyśmy jej dokonać? – odpowiedział.
A może jednak niewrażliwość funkcjonariuszki miała swoje zalety? Inaczej zauważyłaby kamienny wyraz twarzy młodego Croucha i zrozumiałaby, że coś jest nie tak. Naturalną reakcją był płacz; a przynajmniej wykazanie jakichkolwiek emocji. Sam starał się przybrać minę pełną bólu po utracie przyszłej szwagierki. Miał tylko nadzieję, że mina ta nie zburzy wizerunku zimnego i władczego Marcusa Wilkesa. Zbyt długo nad nim pracował, by teraz ryzykować jego utratę w jakiejś prowincjonalnej gierce.
– Jak najszybciej. To dla państwa ciężki okres, panie Crouch, i ja to rozumiem. – Jej słowa nijak się miały do stanu faktycznego. Nawet w jego, dość niewymagającej przecież, skali jej poziom empatii dążył do minus nieskończoności. – Niemniej jednak chcielibyśmy jak najszybciej ustalić jej tożsamość. Nie tylko przyspieszy to formalności związane z pogrzebem, który państwa teraz czeka; pozwoli nam to też… rozpocząć śledztwo.
W końcu powiedziała coś, co go interesowało. Mimowolnie przybliżył się do nich o krok.
– Śledztwo? – powtórzył Bartemiusz. – Przyczyna zgonu nie była naturalna?
– Podejrzewamy morderstwo, panie Crouch. Morderstwo ze szczególnym okrucieństwem.
Ceri, mimo iż wydawała się nie słuchać całej konwersacji, aż pisnęła; liczba faux pas popełnianych przez funkcjonariuszkę rosła. Posłał jej najbardziej nieprzyjemne z galerii swoich spojrzeń krzywdziciela wdów i sierot – nie podziałało. Widocznie ta kobieta nie była niewrażliwa, a najzwyczajniej w świecie głupia. Że też akurat im musiała się trafić!
Podejrzewał, że Bartemiusz pociągnie ten temat. Potrzebowali informacji, jak największej ich ilości, jaką da się zdobyć bez wzbudzania podejrzeń. Przecież byli rodziną. Naturalnym wydało się to, że będą zadawali pytania. Ale on rzucił tylko:
– Rozumiem.
Wszystko w Wilkesie krzyczało, że nie mógł wybrać sobie wspólnika zbrodni gorszego od młodego Croucha.
Przez chwilę na linii Marcus-Bartemiusz-funkcjonariuszka zapadła cisza. Linia Gerard-Ceri wciąż tętniła emocjami. Trudno się temu dziwić. Tylko ta dwójka spośród zebranych w tym wąskim korytarzu znała Stokrotkę z czegoś więcej niż cudzych opowieści. Tylko ta dwójka widziała ją żywą, a nie widziała martwej.
Łatwiej się mówi o śmierci kogoś, kogo poznało się już po jego śmierci.
– Pozwoli pani, że zmierzymy się teraz z tą wiadomością w gronie rodzinnym. To szok dla nas wszystkich – po chwili ponownie odezwał się Bartemiusz. – Wstępnie mogę obiecać pani, że mój brat zgłosi się do państwa jutro z samego rana. Jeden dzień zwłoki nie czyni wielkiej różnicy, mam nadzieję?
– Oczywiście, że nie, panie Crouch. Jeszcze raz składam kondolencje i przepraszam, że przyszło mi przynieść państwu tak smutną nowinę.
– To nie pani wina.
Dźwięk zamykanych drzwi później powinno się rozpętać prawdziwe piekło. Zamiast tego – nic się nie wydarzyło.
Ceri zdążyła się już trochę uspokoić. Mamrotała swoje Stokrotka żyje wprost w rękaw Gerardzinej koszuli i zdawała się w żaden sposób nie reagować na słowa otuchy, które Gerard do niej kierował. Tak, jakby tkwiła w paralelnej rzeczywistości, zupełnie niezdolna do odbierania sygnałów ze świata, w którym znajdowali się oni trzej. Oczekiwał, że zacznie znowu krzyczeć, rzucać wszystkim, co ma pod ręką, cokolwiek. Wtedy przypominałaby mu jego Ceri.
Bartemiusz też nie wykazał spodziewanej inicjatywy. Wilkes oczekiwał, że przynajmniej wygłosi im mowę organizacyjną, spróbuje wziąć w karby tę rozmemłaną scenę korytarzową i nadać jej jakiś głębszy sens. On jednak postanowił wymruczeć tylko obojętne:
– Powiem ojcu.,
i zniknąć ze sceny, chowając się przed odpowiedzialnością na wyższych piętrach domu.
Cóż więc miał zrobić? Ruszył za nim.
– Czekaj, Crouch! – krzyknął, przerywając tym samym niemy zakaz niepodnoszenia głosu w domu żałobnym. – Pójdę z tobą!
Bartemiusz przystanął w połowie schodów; gdy do niego dołączył, byli na tyle blisko Gerarda i Ceri, że ci mogli ich zobaczyć, gdyby przyszła im na to ochota. Na szczęście byli też na tyle daleko, że tamci nie mogli usłyszeć ich szeptów.
Tak, zaniechał krzyczenia. Ze względów bezpieczeństwa.
– Musimy porozmawiać – powiedział, patrząc na Bartemiusza wzrokiem tak stanowczym, jak to tylko możliwe. Liczył, że wywoła tym w przyszłym szwagrze uczucie tak zwanego noża nagadłowego.
Przeliczył się.
– Nic nie musimy, Wilkes – odpowiedział. – Nie wyobrażaj sobie, że jesteśmy teraz wspólnikami i na wieki przywiązała nas do siebie zmowa milczenia. To tak nie działa.
Z wrażenia zabrakło mu słów.
– Podejrzewają morderstwo. Jeśli cokolwiek nie pójdzie zgodnie z planem…
– Nie wyobrażaj sobie – powtórzył, a potem ruszył w górę schodów, tym samym kończąc pierwszy etap ich dyskusji.
Tyle, że Wilkes w tak zwanym międzyczasie odzyskał zdolność artykulacji własnych myśli i wcale nie zamierzał tak po prostu pozwolić mu odejść. Dlatego też szybkim ruchem chwycił go za marynarkę. Bartemiusz zmuszony był ponownie się zatrzymać. Tym razem jednak… gdy spojrzał na Wilkesa, to Marcus był stroną przestraszoną. Nie tak powinno to wyglądać!
– Nie obchodzi mnie to, jak wygląda ten twój cały plan. Nie wciągaj mnie w swoje gierki, nie przerzucaj na mnie odpowiedzialności. Jeżeli schrzaniłeś sprawę, to ty będziesz tym, który poniesie odpowiedzialność. – Wilkes chciał zaprotestować, ale Bartemiusz uciszył go gestem ręki. – Nie jesteśmy sobie dłużni. Nie kryjemy siebie nawzajem. Ja chronię swoje plecy. Ty dbaj o swoje. Nie potrzebuję cię.
Tak oto zakończył się etap trzeci ich rozmowy. Bartemiusz znowu ruszył w górę schodów. Jednak dwa stopnie dalej odwrócił się i dodał:
– Teraz mam zamiar porozmawiać z ojcem i wrócić do siebie, zanim Ceri przestanie histeryzować. Ja… – zawiesił głos. – Opiekuj się nią. To jedyne, czego od ciebie teraz chcę Wilkes.
– Nie pożegnasz się z siostrą? – Ta wiadomość zdziwiła go jeszcze bardziej niż nagła oschłość młodego Croucha.
– Może.
Bartemiusz nie uśmiechał się.

Advertisements
Część Dziewiętnasta. Uniki i ucieczki.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s