Część Dziewiąta. Księżniczko.

To były szalone trzy dni.
Czego oni w tym czasie nie robili! Zwiedzili chyba pół Anglii – chwała niech będzie teleportacji – ze szczególnym uwzględnieniem wszelkiego rodzaju barów. Bartemiusz nigdy nie był człowiekiem rozrywkowym, więc przez cały czas przechodził samego siebie. Nawet z jego ostatnimi skłonnościami do przesady z alkoholem, bił swoje rekordy piw i innych trunków na głowę.
Ceri tłumaczyła to sobie jako poszukiwanie Stokrotki. Niby gdzie indziej jej siostra spędzała tyle czasu, jak nie w barach? Nikt tak jak ona nie znał się na wszelkiego rodzaju mugolskich używkach. Nikt! Felicia zawsze wmawiała sobie, że malutka Crouchówna nic nie wie, ale było to potworne kłamstwo. Ceri zdawała sobie sprawę z każdego jej wypitego piwa, z każdego wypalonego papierosa.
Bartemiusz w ogóle sobie tego nie tłumaczył. Po co? Raz w życiu każdy może zrobić coś głupiego. Nigdy wcześniej nie urwał się z pracy, ale kiedyś musi być ten pierwszy raz. Zakazany owoc kusi, bo jest zakazany. Gdyby mu było wolno, w życiu nie wybrałby się na taką wycieczkę.
Nie zdawali sobie sprawy z tego, że ktoś może się martwić.
Byli dorośli, nie?
***
O tym, co się działo, wiedziała tylko jedna osoba – Hallie.
Zaraz po pogrzebie zjawili się w jego biurze. Bartemiusz uważał, że nawet szaleć i łamać zasady musi z wiedzą i akceptacją szefa. Ceri, chcąc czy nie chcąc, musiała ulec takiej argumentacji. Zostawił ją w pobliskiej – całkiem sympatycznej zresztą – knajpce i poszedł załatwić sobie króciutki urlop.
Harriett siedziała za swoim biurkiem, pogrążona w papierkowej robocie. Rozkoszny widok. Trzydziestosześcioletnia kobiecina w szarej sukience i czarnych pantofelkach pracowicie wypełniająca rubryczki za pomocą pióra z karminowym atramentem. Żeby włosy nie opadały jej na oczy, związała je w kok – żadne kosmyki nie były na tyle niesforne, by go opuścić, choć podobno rude to wredne. Gdy podniosła głowę, mogliśmy zauważyć, jaka jest śliczna – począwszy już od wielkich, szmaragdowych oczu otoczonych niesamowicie długimi rzęsami, a kończąc na kształtnych ustach.
Ideał. Piękna, pracowita i milutka.
– Witaj, Barty – powiedziała, uśmiechając się promiennie. – Wróciłeś tak szybko? Myślałam, że będziesz dopiero jutro.
Gdyby Bartemiusz nie był tak zaślepiony uwielbieniem do swojej koleżanki, wyczułby fałszywą nutę w jej przesłodzonym głosie.
– Przyszedłem prosić o dodatkowe parę dni urlopu – stwierdził, choć im dłużej tu przebywał, tym mniej był przekonany do tego pomysłu. – Wiesz, żeby się trochę wyrwać z tego miasta i…
– Nigdy nie miałeś takich potrzeb.
Cóż, było w tym dużo prawdy. Taki wzorowy pracownik jak on przychodził do Ministerstwa nawet w niedzielę. Co innego miał do roboty? W domu siedział sam – w imię idei, że inni ludzie nie są mu potrzebni do szczęścia – nie chodził na spacery, na sam dźwięk słów rozerwać się dostawał drgawek.
– Załatwisz to dla mnie?
Nigdy też nie ignorował jej uwag.
– Jasne – odpowiedziała, lecz gdzieś znikł jej uśmiech i ton ociekający słodyczą.
Kiwnął głową. Wyglądał na zadowolonego z takiego obrotu sprawy. Już miał zawrócić i odejść bez jakichkolwiek wyrzutów sumienia, gdy usłyszał:
– Co ta miłość robi z rozsądnymi ludźmi!
***
Paręnaście miesięcy później, gdy Bartemiusz stanął w końcu na ślubnym kobiercu, na jego weselu pojawiła się Hallie.
Wtulona w rękaw swojego męża i jedynego ojca dwójki jej dzieci, przeklinała kobietę, która śmiała zwinąć jej sprzed nosa miłość jej życia.
***
W ciągu tych trzech dni dużo myślał o tym, czy Harriett miała rację. W końcu uznał to za skończoną bzdurę i przestał zajmować się tym tematem. Że niby co? Zakochał się we własnej siostrze?
Powodów do kolejnych refleksji dostarczył mu drugi ich wspólnie spędzony wieczór. Było już całkowicie ciemno, ale też zimno i mokro, więc nie było mowy o żadnym romantycznym nastroju. Ceri leżała na trawie – wykupili sobie miejsce na mugolskim polu namiotowym, nie posiadając owego – a Barty zadowolił się siedzeniem i wpatrywaniem się w to, jak usypia. Byli kompletnie pijani; to cud, że w ogóle nie stracili jeszcze przytomności.
– Bartemiusz… – powtarzała to mniej więcej, co pięć minut, więc przestał jej odpowiadać. Tym razem jednak postanowiła kontynuować: – Pamiętasz, jak ojciec nas sobie przedstawił?
– Trudno to zapomnieć – odpowiedział.
Parsknęła śmiechem. Nie było w tym nic dziwnego – w takim stanie robiła to częściej niż wypowiadała jego imię.
– Czemu mnie wtedy pocałowałeś?
Bo chciałem pojawiło się gdzieś tam w jego głowie, ale szybko z tego zrezygnował. Dlaczego…? Skąd miał to niby teraz wiedzieć?
– Podchwyciłem żart ojca – resztki jego świadomości dorwały się do głosu.
– No ale czemu?
Westchnął. To następowało jeszcze częściej niż jej parsknięcia śmiechem.
– Uważałem, że to zabawne.
– Czemu?
Poddawanie się nie było aż tak częste, ale i tak bił w tym swoje rekordy.
– Jesteś moją siostrą.
Na chwilę zapadła cisza. W końcu jednak musiało nastąpić parsknięcie śmiechem, Bartemiusz, westchnięcie. Koniecznie w tej kolejności.
– Siostry źle całują? – zaryzykowała kolejne pytanie.
– Siostry w ogóle nie powinny całować – stwierdził fachowo. Tak, miał już dość, w szczególności, że po chwili…
– Czemu?
– Bo są siostrami.
Kolejne westchnięcie. Nie był w stanie sformułować żadnego porządnego argumentu, a co dopiero kłócić się z nią o jakieś bzdury, które w ogóle ich nie dotyczą. Prawda?
– Pocałuj mnie jeszcze raz.
Wytrzeźwiał momentalnie. Tylu ludzi próbuje wynaleźć lekarstwo na nadmiar alkoholu we krwi, a nie zdają sobie oni sprawy z tego, że wystarczy tak niewiele – strach. Choć może to dużo, sprawić, żeby ktoś zaczął się trząść.
– Ceri, daj spokój – próbował odezwać się w miarę normalnie, ale głos też mu drżał. Raczej nie z przerażenia, choć pewnie też na pe. – Nie jestem jeszcze tak schlany, żeby nie pamiętać o tym, kim dla siebie jesteśmy.
– Ja widocznie jestem.
Wydawała się kompletnie niewzruszona jego odmową.
– Znajdź sobie chłopa, siostrzyczko.
Jej umysł momentalnie zamienił siostrzyczko na księżniczko. Miała zamiar mu powiedzieć, żeby nie nazywał jej tak jak Wilkes, skoro jej nie chce, ale najpierw musiała się pochwalić.
– Już znalazłam!
Jeśli przed chwilą był przerażony, co poczuł teraz? Nie zrozumiał jej tak, jak powinien. Miał w sobie tyle czelności, żeby pomyśleć… Zamienił Wilkesa – trzeba mu wybaczyć, o tym nikt mu nie powiedział! – na siebie i wyszło mu to, co wyszło.
– Nie, siostrzyczko. – Księżniczko. – Nie znalazłaś.
Parsknięcie śmiechem zastąpił jęk zawodu, a on tylko utwierdził się w swoich przypuszczeniach.
– A mój ślub?
Westchnięcie było na swoim miejscu.
– Żadnego ślubu nie będzie – odpowiedział z przekonaniem. – Odwołany. Definitywnie.
– To tym bardziej powinieneś mnie pocieszyć.
Powinien? Może i powinien, ale nie w taki sposób. Co do tego był absolutnie pewny. Prędzej da się zabić, niż tknie członkinię własnej rodziny.
– To nie była partia dla ciebie.
Już miała mu powiedzieć, żeby nie był tak niesprawiedliwy wobec Wilkesa, bo przecież ten się stara!, ale nie zostawił jej nawet sekundki na przemyślenie tej wypowiedzi. Wyrwało jej się tylko jakieś ale, na resztę nie starczyło i czasu, i sił.
– Śpij już lepiej, siostrzyczko.
Księżniczko.
***
– Kocham cię, Bartemiuszku – stwierdziła rano, obdarzając go całkiem sympatycznym buziakiem w policzek i wieszając mu się na szyi.
– Tak?
Spojrzał na nią z udawanym powątpieniem. Miał nadzieję, że do rana jej przejdzie, a tu proszę…!
– Nie wiem jak ci dziękować za to, że wysłałeś mnie wczoraj spać.
Świat bywa jednak sprawiedliwy.
Wzruszył ramionami.
– Nie ma za co.
Nie skakał pod niebo z radości, choć przecież powinien. Nie było mu nawet odrobinę wesoło. Przyjął jej podziękowania z chłodną obojętnością.
Tylko przez chwilę czuł to dziwnie bolesne ukłucie zawodu.
***
Po trzech dniach nieobecności wrócili do domu ich ojca.
Pogoda dopisywała – prawdę mówiąc, mogliby powłóczyć się jeszcze trochę. Coś jednak ciągnęło ich z powrotem. Coś, co Ceri nazywała poczuciem obowiązku, a czego nie chciała wytłumaczyć nic nie rozumiejącemu Bartemiuszowi. Przekroczyli próg gdzieś w okolicach godziny szesnastej, a oczy dziewczyny powoli robiły się coraz to bardziej czekoladowe.
Początkowo miała zamiar krzyknąć radośnie Wróciłam!, ale brat jej zabronił. Powiedział, że nie podoba mu się cisza panująca w domu i lepiej się najpierw rozejrzeć. Tak trafili do salonu, gdzie…
Jej Wilkes, jej Książę z Bajki, jej ukochany, jej narzeczony pochylał się nad jej Gerardem, jej braciszkiem, jej ulubieńcem w mało przyjazny sposób.
Chciała do niego podbiec, odciągnąć go jak najszybciej, żeby nie doszło do nieszczęścia – jej umysł nie rejestrował faktów przemawiających przeciwko żadnemu z mężczyzn, żadnych ran czy wymiocin nie stwierdzono – lecz Bartemiusz ją przytrzymał. Paskudny! Rozdzieliłaby ich i byłoby po sprawie, a tymczasem…
– Ceri!
Pięść Wilkesa zetknęła się z nosem Gerarda, co zakończyło się piskiem Ceri – tego jej umysł pominąć jeszcze nie potrafił, ale na pewno w końcu mu się to uda – i jej głośnym pytaniem:
– Marcusie, czemu bijesz mojego brata?

Advertisements
Część Dziewiąta. Księżniczko.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s