Część Dziesiąta. Uśmiech sarenek i płatki śniadaniowe.

Na jego twarzy malowało się zaskoczenie.
Nie, nie takie zwykłe zaskoczenie. To było coś więcej. Kolejny etap zaskoczeniowej rewolucji. Zaskoczenie nad zaskoczeniami. Królewskie zaskoczenie zarezerwowane dla króla. Zaskoczenie będące zaskoczeniem w całej swojej zaskoczonej istocie. Esencja zaskoczenia. Zaskoczenie bez skazy. Zaskoczenie czyste do bólu.
Właściwie to nie miał prawa patrzeć na nią w ten sposób. To on był przyczyną tego całego zamieszania. Wyłamał się ze schematu, pojawił nie tam, gdzie powinien, zamienił swoje zwykłe położenie. To widok Wilkesa w salonie Crouchów powinien dziwić Ceri, a nie widok Ceri w salonie Crouchów – Wilkesa. Nic nie mógł jednak poradzić w obliczu tak potężnego zaskoczenia – tak to już bywa, gdy sam Los i Przypadek nie wiedzą, co tak naprawdę się dzieje. Umysły ich obydwojga – zarówno Crouchówny, jak i jej narzeczonego – nie potrafiły dostosować się do zaistniałej sytuacji i rozpaczliwie wręcz próbowały wmówić samym sobie, że to wszystko jest snem.
Palce Bartemiusza zaciśnięte na jej drobnych ramionach były na to jednak zbyt materialne.
– Księżniczko, ja… – Marcus zaczął nieporadnie, zapominając o Gerardzie, który właśnie zwijał się z bólu, siedząc na kanapie za jego plecami. – To, co widzisz… To nie tak jak…
Gdyby ktoś znał Ceri dość dobrze – a paręnaście dni temu z tego świata znikła ostatnia osoba spełniająca ten warunek – wiedziałby, że dla jej umysłu nie ma rzeczy niemożliwych. Chcieć to móc w praktyce.
– Pokłóciliście się? – W jej głosie nie było ani odrobiny urazy, brzmiał równie pogodnie i słodko, co zwykle. – Zawsze ci mówiłam, że powinieneś lepiej panować nad nerwami.
– To nic wielkiego – ofiarnie dorzucił swoje trzy grosze zapomniany Gerard. Nie, nie chciał za wszelką cenę przypomnieć o swoim istnieniu. Po prostu uznał, że Ceri nie należy denerwować jeszcze bardziej. – Sam go poprosiłem, żeby mnie trochę puknął.
– Ból jako droga do zbawienia – poparł go Orson. Już nie zajmował zaszczytnego miejsca na kanapie, lecz, choć był sporym człowiekiem, do tej pory mogła go przeoczyć. – Czasem jak człowiek porządnie nie oberwie, zupełnie traci kontakt z rzeczywistością. Kuzynka Notta… Jak ona miała? – zwrócił się do Vorrenusa, którego wciąż musiał przytrzymywać. – Wiesz, ta blondyna z małymi…
– Zwracasz w ogóle uwagę na te sprawy? – Jego kolega wydawał się być zaskoczony.
– … kotkami na sprzedaż – dokończył, wyraźnie zniesmaczony.
– Chodzi ci o Branwen?
– Może – odparł. – W każdym bądź razie, pamiętasz, Wilkes?, ona zawsze chodziła cała poraniona. Powtarzała, że jeśli nie zaczaruje swojego noża, żeby za nią latał i od czasu do czasu gdzieś dziabnął, traci sens życia.
W czasie, kiedy Muldber i Nott dręczyli obecnych opowieściami o nieistniejących kobietach – żeby tylko zmienić temat, żeby tylko zmienić temat! – Ceri również nie próżnowała. Powoli odzyskiwała równowagę, powtarzane to tylko sen naprawdę przynosiło efekty. Na jej twarzy pojawił się pełen entuzjazmu uśmiech. Wyrwała się oszołomionemu Bartemiuszowi, poprawiła swoją różową czapeczkę i…
Cóż, parę sekund później rzuciła się na szyję swojemu ukochanemu.
Zaskoczenie musiało zwolnić miejsce dla ulgi, więc z ciała Wilkesa przeniosła się do nowego żywiciela. Nie trudno się domyśleć, że został nim Crouch Junior.
***
Żeby nie paść ofiarą mylnego przekonania pod tytułem Ceri jest bezduszna bądź też nie zostać następnym gospodarzem zaskoczenia, musimy spojrzeć na tę sytuację z jej, dość niskiego, punktu widzenia.
Co widziała?
Przede wszystkim znajdowała się w swoim ulubionym, bo jedynym, salonie. Stała na sosnowej podłodze, ściany oślepiały bielą, a ogień w kominku tymczasowo zawiesił swoją egzystencję, czego powodem był nieznośny upał. Naprzeciwko niej powieszono kiedyś pejzaż pędzla jakiegoś znanego mugola, powiększony przynajmniej trzykrotnie. Z obrazu uśmiechały się do niej sarenki, a w uszach zdawał się jej dzwonić śpiew malutkich ptaszków, siedzących na gałęziach. Gdzieś poza drewnianymi ramami rozpościerał się prawdziwy świat, lecz był on równie idylliczny. Na malutkim stoliczku do herbaty stał dzbanuszek – z kawą, oczywiście – a także cztery filiżanki i talerzyk z ciasteczkami czekoladowymi. Wszystko to było przygotowane dla przyjęcia gości, którzy to z kolei zasiedli w przyjacielskich nastrojach na wielkiej kanapie w zielone łaty. Pozostałe meble były nieistotne. Bo kiedy tylko zauważyła Wilkesa przyjacielsko poklepującego jej brata po policzku…!
Zrobiła krok do przodu; pod stopami poczuła puchaty, szmaragdowy dywan. Miała ochotę zostać w tym miejscu, ale ukochany zdawał się wypowiadać jej imię, wzywał ją! Momentalnie stała się najważniejszą osobą, ściany, podłoga, dywan, obraz, ptaszki, sarenki – jakie sarenki? – stoliczek, filiżanki, dzbanuszek, goście, wszystko znikło. Świat, który się zapadł, pochłonął również orzechowy kolor jej włosów, a oczom podarował czekoladowy brąz.
Nie pozostało jej nic innego, jak rzucić mu się na szyję i dać porwać temu, co zostało z wykreowanej przez nią rzeczywistości.
Słyszała, że ktoś coś mówi, ale w tej chwili przestało to być istotne. Chciała tylko sekundki, dwóch, dla siebie – nic więcej! – bo jej Książę do niej przyjechał. Do niej! Tylko do niej! W dodatku pogodził się z jej bratem, przyprowadził ze sobą kolegów i…
***
Odsunął ją od siebie delikatnie, wciąż niepewny, czy ma prawo robić coś wbrew jej woli. Nie zareagowała; nic nie wytrąciło jej z transu, w który wpadła, a o którego istnieniu nikt nie miał pojęcia.
– Marcusie, przyprowadziłeś ze sobą Orsona! – krzyknęła, zauważając Muldbera. Nott chrząknął znacząco. Zareagowała na to, oczywiście, ale tak naprawdę dokończenie tej wypowiedzi od początku miała w planie. – I Vorrenusa! Swoją drogą, Iola wie, że lubicie się tak publicznie przytulać?
Odskoczyli od siebie niemal natychmiast. Chociaż, w sumie, zrobili to dopiero po tym, jak Wilkes posłał im błagalne spojrzenie. Jego reakcja po prostu była niewyobrażalnie szybka.
Orson nawet się zarumienił. To trochę dziwne u mężczyzny, który nigdy nie okazywał żadnych głębszych uczuć i nie nadawał się na aktora, ale jeśli chodziło o tego typu insynuacje, takie objawy były u niego normalne. Wstydził się wtedy za siebie, że daje ludziom w ogóle podstawy do takich podejrzeń. On nigdy…! Nott może i miał ochotę perfidnie wykorzystać ten rumieniec, ale tamto spojrzenie wciąż go powstrzymywało.
– Co was tu sprowadza? – spytała. – Przyjechaliście odwiedzić Stokrotkę? Obawiam się, że teraz jej tu nie ma, ale jeśli wrócicie za parę dni…
– Przyjechałem cię stąd zabrać – Wilkes przerwał jej, podchwytując nowy temat rozmowy. Zmiana sytuacji bardzo mu odpowiadała. Gerardowi chyba też, bo nawet jęczał trochę dyskretniej. – Tak, jak prosiłaś, księżniczko.
– Zabrać? – dziwnie głucho powtórzył Bartemiusz, stojący gdzieś na uboczu rozgrywanej sceny. Do tej pory zadowolił się obserwowaniem, ale skoro jest mowa o odbieraniu mu dopiero odzyskanej siostry… – Dokąd?
Marcus przeniósł na niego swoje spojrzenie. Już nie wyglądał na zdziwionego, na człowieka, którego ogarnęło uczucie ulgi też nie; na jego twarzy znów pojawił się kpiący uśmieszek. Z kolei młody Crouch…
– Do… – zaczął Wilkes.
– Bartemiuszu! Ja ci nie mówiłam? Mówiłam, na pewno mówiłam, bo wiesz… – Nie dane mu było dokończyć. Ceri wkroczyła do akcji, uwieszona tym razem na ramieniu swojego narzeczonego. – Marcusie, to jest właśnie mój nowy brat.
Z kolei młody Crouch wyglądał zupełnie inaczej niż się czuł. Na pierwszy rzut oka sprawiał wrażenie opanowanego i stuprocentowo obojętnego. Na jego twarzy, poza trzydniowym zarostem, nie wyróżniało się nic. Zachowywał się jak zwykle, jego oczy były równie bezwyrazowe, co wczoraj, przedwczoraj, zawsze. Nie ustalił daty, która zapoczątkowała nigdy się nie kończącą epokę jego oschłości, więc przyjmijmy, że taki był od urodzenia. Za to w środku…
Uczucie, które go ogarnęło można porównać z zapadnięciem się świata, niebem przełamanym na pół, słoniem, który demoluje ukochany ogródek czy brakiem płatków śniadaniowych, na które ma się największą ochotę. Do wyboru, do koloru. To nic przyjemnego, taki płatkowy głód na przykład. O to też pewnie wybuchały wojny. Wstawał sobie rano taki generał, zaglądał do szafki i… Można się zdenerwować równie mocno co wtedy, gdy życie rozsypuje się na miliard kawałeczków, nie mając ku temu żadnego porządnego powodu.
– Bartemiusz Crouch, Ministerstwo Magii – wyrzucił z siebie swoją standardową formułkę. – A panowie…?
Orson nagle zdał sobie sprawę z tego, że przed sobą ma tylko powietrze. Jego przyjaciel bowiem szedł właśnie z wyciągniętą ręką w kierunku ‘przyszłego pana ministra’.
– Vorrenus Nott – Na jego paskudnej twarzy pojawił się jeszcze bardziej obrzydliwy grymas, który zapewne miał być uśmiechem. – Bardzo miło mi poznać.
Jego ręka została zignorowana; w takim wypadku nie pozostało mu nic innego jak schować ją do kieszeni czarnych spodni i udawać, że wcale jej nie wyciągnął.
– Orson Muldber. – Następny w kolejce. On z kolei nie podszedł i nie uśmiechnął się. Zajął zaszczytne miejsce na kanapie, zupełnie ignorując protesty Gerarda, który w trakcie tej wypowiedzi właśnie podnosił się i dyskretnie opuszczał pomieszczenie. O ile można być dyskretnym w takim stanie, oczywiście. – Może matka panu o mnie wspominała. Mieliśmy ostatnio okazję się poznać.
– Nie przypominam sobie – odpowiedział zdawkowo, mając nadzieję, że ten cyrk szybko się skończy.
– W takim wypadku zapewne pamięta nas pan z Hogwartu. Był pan prefektem Ravenclawu, nie mam racji? Nott, ty tego nie pamiętasz, Crouch był na jednym roku z Gerardzikiem, ale jakoś nigdy nie miałem okazji…
– Siostra Lestrange’ów go nie chciała – zauważył Marcus, z którego pamięcią nie było jeszcze aż tak źle. – Pamiętamy, Muldber, daruj sobie opowieści z dzieciństwa.
– W szczególności, że miałem wtedy czternaście lat i byłem tylko głupim gówniarzem. – Bartemiusz zawsze szczędził sobie ostrych słów, ale łudził się jeszcze, że w ten sposób jakoś to utnie. Nie chciał, żeby Ceri wysłuchiwała historyjek o tym, że kiedyś uganiał się za Ślizgonką, która po całym roku zalotów dała mu brutalnego kosza. – Pan, panie Wilkes nie musi się przedstawiać. Zanim zostałem prefektem, dostałem od pana z piętnaście szlabanów. – Do dziś nie wiedział za co. Prawdopodobnie Rebeca maczała w tym swoje śliczne paluszki. – Mógłbym się może tylko dowiedzieć, o co…
– Braciszku, nie chwaliłeś się, że znasz mojego narzeczonego!
Wyczucie sytuacji Ceri zawsze pozostawiało wiele do życzenia.
O ile wcześniejszy stan Bartemiusza można było porównać z głodem płatkowym, o tyle teraz był on o wiele poważniejszy. Wyobraźmy sobie poprzednią sytuację. Generał wstaje rano i widzi, że jedna z szafek w jego kuchni jest pusta. Jeśli jest to dość spokojny człowiek – wierzmy w cuda – wyśle tylko żonę do sklepu. Co jednak jeśli przyjdzie teraz do niego jego największy wróg, zajadający się płatkami, na które miał ochotę?
– Widocznie nie ma się czym chwalić – skromnie zauważył Wilkes. – Zaprosiłaś go na nasz ślub?
Wróg jak wróg. Gdyby jego własna żona zjadła ostatnie opakowanie…?
– Właśnie! Bartemiuszku, prawda, że masz wolny następny weekend?
Jego syn?! Krew z krwi, kość z kości, et tu, Brutus, contra me?
Wojna Światowa gwarantowana. O ile nie gorzej. Gdyby ten generał był na przykład w posiadaniu bomby atomowej… Wystrzeliłby ją w Rosję, potem zabiłby całą swoją rodzinę, a na końcu honorowo powiesiłby się na żyrandolu, przepisując w testamencie cały swój majątek na psa sąsiadki.
Dobrze, że żaden z Crouchów nigdy nie był mugolskim generałem.
To wrażenie, że ktoś właśnie zwinął mu Ceri sprzed nosa potęgowało się z każdą chwilą. Mało brakowało, a pękłby od niego. Nieznośne uczucie, brak płatków śniadaniowych, których nie da się zastąpić niczym innym. Bo niby gdzie sprzedają…?
– Prawdę mówiąc, nie mam wolnego nawet tego weekendu – odpowiedział. – Tego tygodnia też nie. Odprowadziłem cię, przywitałem się ze wszystkimi i teraz powinienem… – Zrobił znaczący krok do tyłu. Ręką wskazał drzwi. Uśmiechnął się przepraszająco. Odwrót! – Zdecydowanie muszę już iść. Trzymaj się, Ceri.
***
– Też go nie lubię – pocieszyłby go Gerard.
Nie miał jednak ku temu okazji. Po pierwsze, wyraźnie za sobą nie przepadali. Po drugie, obydwaj byli teraz w stanie wykluczającym jakąkolwiek komunikację międzyludzką poza siłową.
– Wypatroszę go. Powieszę za jego flaki. Wyrwę serce. – Takie wizje przedstawiłby mu Bartemiusz. Bardzo rozentuzjazmowany, trzeba dodać. – Avada to za mało. Torturowałbym pięć lat, zanim łaskawie…
– Pozwoliłbyś mu w ogóle zdechnąć?
– Nie.
Czy pan nie jest przypadkiem zazdrosny, panie Crouch?

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s