Część Dwunasta. Jego (nie)zawodni przyjaciele.

Wilkes został. Stwierdził, że jego rodzice sami wszystko najlepiej ustalą, w końcu to oni zarządzili ślub, niech się teraz martwią – on mógłby się w ogóle nie żenić. Ceri była wstrząśnięta jego postawą, więc nie omieszkał jej przypomnieć, że sama nie była lepsza. Nie pokłócili się jakoś specjalnie, oświadczyny nie zostały zerwane, po prostu nie odzywała się do niego cały dzień.
Bartemiusz nic nie mógł poradzić na to, że na sam widok Marcusa aż skręcało go ze złości. Był nieprzyjemny do tego stopnia, że Muldber i Nott wyjechali, nie uzyskawszy absolutnie nic. Całe dnie spędzał na poszukiwaniach Felicii – wolał już nawet towarzyszyć temu zeru, Gerardowi, niż patrzeć jak Wilkes i Ceri… To zdecydowanie był widok z kategorii tych nie do wytrzymania.
Zanim jednak przejdziemy do tego, co działo się w posiadłości pana Croucha Seniora, zajmijmy się sprawami Londynu.
***
Jak już to było wspomniane, dwaj z przyjaciół Toma Riddle’a wrócili do siebie. Nie udało im się wypełnić swojego zadania nawet w najmniejszym stopniu – wprawdzie poznali brata Ceri, Bartemiusza, ale wątpił, by którykolwiek z nich mógł wspominać to spotkanie dobrze.
– To wszystko przez Wilkesa! – uskarżał się Nott. – Gdyby nie traktował tak brutalnie małego Gerardzika, na pewno wszystko wyszłoby o wiele lepiej. Od początku mu mówiłem, że ma się zachowywać spokojnie, ale nie, musiał go walnąć po pysku zamiast kulturalnie przywitać!
Przed niechlubnym powrotem do Londynu postanowili się napić – siedzieli więc w nie-ulubionym pubie w nie-ulubionym centrum nie-ulubionego miasta Orsona. Nawet nie przeszkadzało im to, że lokal był wybitnie mugolski – choć, trzeba przyznać, od czasu do czasu pojawiał się w nim jakiś równie zdesperowany, co oni czarodziej. Pomijając fakt nie-magicznej obsługi, było tam nawet przyjemnie. Sam Muldber nigdy nie miał nic przeciwko powietrzu, w którym jest więcej dymu papierosowego niż tlenu. Zaduch też jakoś mu nie przeszkadzał. Soczyście zielone ściany zaś wyglądały bardzo interesująco.
Za oknem rozpościerał się uroczy widok – obskurna ulica Cardiff nocą. Na ich oczach mugolska prostytutka dopiero co zwinęła jakiemuś skończonemu frajerowi portfel – Nott był zachwycony odegraną sceną i nawet chciał pójść jej pogratulować, ale uznał, że mają ważniejsze sprawy do roboty – a teraz wdzięczyła się do nich przez szybę. O ile dobrze pójdzie, za jakiś kwadrans będzie szła z Vorrenusem równie obskurną uliczką w kierunku jeszcze gorszego hotelu. Poza nią z okna widać było jeszcze zawszonego, bezdomnego psa, przewrócony kosz na śmieci i parę pijaczków, chodzących zygzakiem i wyśpiewujących nieprzyzwoite piosenki. Przy damie!
– Pewnie, byłeś od niego wiele lepszy – Muldber uśmiechnął się kpiąco. – Wbicie komuś noża w brzuch to największy przejaw twojej sympatii?
Zamówione piwo kusiło, a obydwoje nie mogli odciągnąć wzroku od szyby; sięgali po nie trochę na ślepo. Za pierwszy razem, czyli dokładnie teraz, Vorrenus wsadził swój rękaw do kufla i przewrócił dłonią białą świecę. Trunkowi nic się nie stało, ale serweta zajęła się ogniem. Nic by nie zauważyli, gdyby nie krzyk mężczyzny siedzącego przy stoliku obok. Dziwny pan w meloniku nie dość, że zaalarmował pół ulicy, wrzeszcząc:
– Pożar! Pożar!,
to jeszcze podbiegł i wylał tam szklankę wody. Nikt mu nie podziękował. Ba! Orson warknął na niego, żeby nie przeszkadzał im w ważnej rozmowie.
– To był przypadek – Nott stwierdził fachowo.
– Nic takiego się nie stało. – Uczynny mężczyzna uznał to za wypowiedź skierowaną do niego. – Miło jest pomóc bliźniemu. Mogę się przysiąść?
Muldber znów wymruczał coś o tym, żeby poszedł sobie precz, ale ten nie wziął sobie tego do serca. Wręcz przeciwnie; przystawił tam swoje krzesło, na ich stoliku postawił swoją pustą szklankę po wodzie, a zaraz koło niej melonik i rozsiadł się aż za wygodnie.
Posiadanie tego jegomościa koło siebie miało dla Orsona jeden jedyny plus – palił, co jeszcze pogłębiało zadymiony charakter lokalu. Mogli się schować za zasłonką stworzoną przez wydmuchiwane przez niego toksyny. A dmuchał porządnie – prosto w potężną twarz Muldbera. Jakby chciał go zirytować, a nie wiedział, że w ten sposób nic nie uzyska.
– Podejrzewam, że jego siostra miałaby o tym inne zdanie – Orson nie zmienił tematu ich rozmowy. Wydawało się, że w ogóle nie przejął się tym, że ktoś im się przysłuchuje. – Zresztą, nie roztrząsajmy już tego. Na pewno musi być jakieś wyjście. Tom nas…
– Pójdziesz do Gabrielle – przerwał mu Nott. Nie chciał, żeby padło słowo-klucz: zabije. Na samą myśl o tym, co zrobi im Riddle, kiedy się dowie, że nawalili, robiło mu się gorąco. – Poprosisz ją ładnie, żeby skontaktowała cię z synalkiem, kiedy tylko wróci. Proste.
– Byłem u niej w poniedziałek. Pomyśli, że się jej narzucam.
– Nie, panie! – przerwał mu mężczyzna, który się przysiadł. Jego jasne oczy wręcz promieniowały entuzjazmem, a z jego piegowatej twarzy nie schodził uśmiech. – Kobiety lubią, kiedy się im narzuca. Powinien pan do niej często dzwonić, zawsze przynosić jakieś czekoladki i inne bzdurki, całować w rękę, taki tani bajer.
Nott westchnął z rezygnacją. Jego upatrzona zdobycz na chwilę znikła mu z pola widzenia. Miał nadzieję, że nie odeszła z tamtymi pijaczkami.
– Masz jakiś lepszy pomysł? – spytał Muldbera. Ich towarzysz znowu został zignorowany.
– Niech Wilkes się tym zajmie – odpowiedział, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie. – Ma go w końcu teraz pod ręką.
– Nasz przyjaciel, mój drogi, myśli teraz tylko o… – przerwał na chwilę. Obiekt jego obserwacji znów pojawił się za oknem. Był sam. Zaczął modlić się w duchu, żeby tak było jeszcze przez najbliższe parę minut. – … młodej Crouchównie.
Mężczyzna z melonikiem poruszył się niespokojnie. Gdyby nie byli tak zajęci wpatrywaniem się w przeciwną stronę, na pewno zauważyliby, że zaczął się niesamowicie pocić. Ręce mu się trzęsły, gdy sięgał po następnego papierosa.
– Mówicie o Felicii Crouch? – spytał, niby tak bez przyczyny. – Słyszałem, że ktoś ją ubił. Jak się cieszę, że to tylko…
Umilkł, gdy tylko zauważył, że w końcu udało mu się ściągnąć na siebie spojrzenie swoich dziwnych towarzyszy. Nie można powiedzieć, że był z tego zadowolony. Głośno przełknął ślinę i już miał zamiar zacząć się pokrętnie tłumaczyć, gdy Muldber wybawił go z opresji.
– Ej, stary, my znamy jakąś Felicię?
– Nie – Nott odpowiedział mu spokojnie. – Ona ma samych braci.
Orson wydał się zatroskany tym, co usłyszał. Poklepał po ramieniu biedaka, który najwyraźniej stracił kogoś bardzo dla siebie ważnego. Mężczyznę, pod wpływem wielkiej siły łapy Orsona, aż wbiło w krzesło.
– To okropne, tak mordować ludzi, nie? Nikt już nie jest nigdzie bezpieczny – osądził Muldber.
– Straszne – Nott posłał mu kpiący, ale niecierpliwy uśmieszek. – Ale nie mamy teraz na to czasu, wiesz? Wymierzaniem sprawiedliwości niech się zajmie ktoś inny.
– Gdybym znalazł łajdaka, który zabija komuś ukochane, zmiażdżyłbym mu wszystkie kości.
Nie wiedzieć czemu, ich towarzysz z każdym słowem Orsona robił się coraz to bardziej niespokojny. Jakby nie czuł się do końca pocieszony; wręcz przeciwnie – wyglądał tak, jakby spokój ducha miał odzyskać dopiero w następnym wcieleniu i to w sytuacji, gdy zostanie dębem.
– Będę ci do tego bardzo potrzebny? – Vorrenus zaczął nerwowo bębnić palcami o stół. Jeszcze parę sekund takich bezsensownych rozmyślań i dziewczynka mu umknie. Niedoczekanie!
– Daj jej spokój. – Muldber znów sięgnął po piwo. Mężczyzna pozbawiony dotyku jego olbrzymiej ręki westchnął z ulgą. – Iola wszystkiego się domyśli, jeśli wrócę sam. Wścieknie się i w końcu naprawdę cię zostawi.
– Znajdź sobie miejsce w jakimś hoteliku, meldujemy się we własnych domach dopiero jutro o ósmej. Zrozumiano?
Wstał. Było to o tyle dziwne, że zostawił jeszcze sporo piwa, co raczej mu się nie zdarzało. Musiało mu bardzo… zależeć. Bardzo.
Orson kiwnął głową. Co innego miał zrobić? Wydać kumpla? Jasne. Jeszcze tak nisko nie upadł.
– Nie zapomnij złożyć wizyty Gabrielle – Nott rzucił na odchodne.
Wyszedł.
Muldber odwrócił się w kierunku mężczyzny z melonikiem, ale jego też już tam nie było.
***
Idąc znów do posiadłości pani Crouch, zastanawiał się, czy ten dziwak, którego ostatnio spotkali z Vorrenusem istniał naprawdę.
Cały ten cyrk z mini-pożarem, piciem wody w pubie i opowieściami o zmarłych ukochanych wydawał mu się dziwnie nierzeczywisty. Był czarodziejem, przywykł do rzeczy niezwykłych – co musieli o tym myśleć mugole? Czy w ogóle coś zauważyli? Może z Nottem ulegli zbiorowej halucynacji albo, co gorsza, przysnęło mu się przy tym piwie. Wypadki chodzą po ludziach, mężczyźni z melonikiem – nie. Kto to w ogóle widział? Przecież to był dzieciak, miał może ze dwadzieścia lat, pryszczaty jeszcze był, może nawet nie musiał się golić. Takie szczeniaki nie noszą tego typu nakryć głowy. To się kłóci z ich wizerunkiem złej i zbuntowanej młodzieży.
Zresztą, nie powinna go obchodzić jakaś obca dziewczyna. Możliwe, że nawet sam ją kiedyś zabił, kto by pamiętał nazwiska wszystkich tych… Ale nie, to chyba nie on, Crouch zapadłoby mu w pamięć.
– Przejmuję się tylko dlatego, że to mogłaby być, no nie wiem, siostra Ceri – powiedział do siebie. Jakaś para mijających go staruszków rzuciłaby mu gorszące spojrzenie, ale zbyt się bała. – Albo kuzynka. Bzdura. Nott powiedział, że ona ma samych braci. Gdyby ktokolwiek wspomniał o jakiejś Felicii…
Bo przecież nie przyszło mu do głowy, że ta Stokrotka, o której kiedyś tyle paplała, istnieje naprawdę.
***
Gabrielle Crouch siedziała przy biurku, zajęta pisaniem listu. Używała tej samej kwiatowej papeterii, co zwykle, ale tym razem granatowy tusz zastąpiła czarnym. Powód był aż za banalny – innego po prostu nie mogła znaleźć. Nie była jednak tym faktem zbyt zasmucona. Zwykła wymiana korespondencji z jedną z przyjaciółeczek, która wyjechała na kontynent i jest bajecznie szczęśliwa.
Chętnie napisałaby jej, jak wielką darzy ją nienawiścią, ale nie wypadało.
Orson stanął w progu i chrząknął znacząco. Wprawdzie przeszedł już przez kontrolę całego tłumu skrzatów i został zapowiedziany z piętnaście razy, jednak zawsze lepiej było najpierw w miarę subtelnie zasygnalizować swoją obecność.
– Pan znowu tutaj, panie Muldber? – spytała, usłyszawszy jego sygnał. Nie podniosła głowy.
– Również miło mi panią widzieć – odpowiedział. Tym razem nie musiał aż tak się pilnować. Nie chodziło o pieniądze, w każdej innej kwestii Tom bywał łaskawszy. Chyba, ze chodziło o zdradę. A on przecież nigdy…! – Jak się pani dzisiaj czuje?
– Syn mi się gdzieś zagubił.
Uśmiechnął się uprzejmie i odważył nawet na roześmianie się. Delikatne, oczywiście. Tak dla uznania żartu gospodyni.
– Pan Bartemiusz został w domu ojca. – Bardzo cieszył go fakt, że szybko przeszli do właściwego tematu. – Skoro już o nim mowa…
– Co on tam robi? – przerwała mu.
Podniosła głowę. Muldber odniósł wrażenie, że jej wzrok naprawdę zabija, a on właśnie teraz traci ostatnie siły życiowe. Momentalnie zrobiło mu się zimno, serce zwolniło. Próbował sobie przetłumaczyć, że to znów jego chora wyobraźnia. Podziałało, ale tylko odrobinkę.
– Nie wiem. Może się zakochał? – w akcie desperacji również pochwalił się swoim poczuciem humoru.
Tym razem to ona się roześmiała. Nie było w tym jednak ani odrobiny uprzejmości. Suchy, lodowaty, ostry śmiech, jak setki szpilek wbijających się w uszy. Wrażenie, że umiera pogłębiło się – tym razem poczuł w dodatku, że jest zasypywany sześć stóp pod ziemią, jeszcze żywcem.
– Niech pan nie przesadza – stwierdziła w końcu, ale w jej oczach przez moment pojawiło się przerażenie. Gdy tylko zdała sobie z tego sprawę, znów utkwiła wzrok w liście.
– To taki żart, proszę pani, nie chciałem… – urwał. W takim stanie nie miał siły się tłumaczyć. – Ja właściwie w jego sprawie. Bo widzi pani…
– Na nic nie przyda się Tomowi.
Skąd wiedziała? To był kolejny temat do przemyślenia w trakcie przechadzania się ulicami Londynu. Odłożył go więc na później, ale obiecał sobie przedtem, że na pewno do tego wróci. Teraz nie miał czasu, musiał skoncentrować się na tym, żeby nie zejść z tego świata przedwcześnie.
– Dlaczego pani…
– Nie przychodzi pan nigdy we własnej sprawie – odpowiedziała, zanim zdążył zadać pytanie. – Łamigłówka była banalna. Nie wiem tylko, czego dokładnie pan oczekiwał. Bartemiusz jest tylko… urzędnikiem. Nikim ważnym dla spraw tego świata. Nie ma też góry pieniędzy – przerwała na chwilę, żeby zapisać dwa zdania. Droga Niobe! Jest mi niezmiernie miło, otrzymywać Twoje listy. Są dla mnie pociechą w tych smutnych czasach, gdy we własnym domu za jedyne towarzystwo mam skrzaty. Żałosne. – Jeżeli Tom potrzebuje więcej środków na swoje podróże, wystarczy, że poprosi się mnie.
Muldber zdał sobie sprawę, że w ten sposób bardzo delikatnie ucięła tę kwestię. Nie miał jednak zamiaru dać za wygraną. Kolejnej porażki w ciągu tego tygodnia chyba nie przetrzyma.
– A przepowiednia? – wypalił, próbując sobie przypomnieć to, co mówił mu ostatnio Nott. Brzmiało to jak stek bzdur, ale w takiej sytuacji… Nigdy nie zastanawiał się, czego Lord chce od ludzi, z którymi ich kontaktuje, ale widocznie niewiedza czasami jest niewskazana. – O tym, że zostanie…
– Zawsze mówiłam mężowi, że takie małe, niewinne kłamstewko pomoże naszemu synkowi.
Spojrzała na niego po raz drugi. Widział, z jaką rozkoszą przyglądała się jego zdziwieniu i porażce. Jeśli Tom się dowie…! Zabije ich, zabije, nie ma wątpliwości, Gabrielle też, co robić?, czemu akurat oni?
– Coś jeszcze, panie Muldber?
Te oczy naprawdę sprowadzały śmierć.

Advertisements
Część Dwunasta. Jego (nie)zawodni przyjaciele.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s