Część Druga. Pociągi.

Powiedziała, że nie wierzy i zamknęła się w pokoju.
Tyle dowiedział się od Gerarda, gdy mijali się na progu domu. Jego syn wyszedł widocznie z złożenia, że najlepiej będzie zabrać żonę i dzieci, zostawiając staruszka sam na sam z problemem.
Czego miał się zresztą spodziewać? Nienawidzili się. Nigdy nie zrozumiał, dlaczego chłopak obwiniał go za całe zło świata, mimo że starał się go wspierać i mu pomagać. Zostawił dla niego drugiego syna. To mało? Gerard uważał, że tak.
Pan Crouch westchnął żałośnie i odwiesił płaszcz. Czekała go długa noc.
I długi weekend.
***
Bartemiusz złożył na pół poranną gazetę i wrócił do podziwiania krajobrazu za oknem.
Z każdą minutą coraz bardziej żałował, że dał się namówić Hallie na ten idiotyczny pomysł z wycieczką pociągiem. Teleportacja zajęłaby mu parę sekund, a gdyby źle się czuł, zawsze mógł poprosić kolegów z sieci Fiuu o przysługę. Tymczasem spędził w tej piekielnej maszynie już ponad dwie godziny i nic nie zapowiadało końca męczarni. Wszystkie, z pozoru logiczne, argumenty sekretarki okazały się nagle banalnie proste do zbicia. Widoki? Mógł pójść do ogrodu przy domu swojej matki i zobaczyć większe cuda. Chwila dla siebie? Jakby miał ich mało w swoim mieszkaniu! Ludzie? Jacy ludzie?
Jak na zawołanie, do przedziału weszła kobieta. Warto dodać, że nasz bohater nigdy nie lubił kontaktów z płcią piękną, toteż, kiedy tylko ją zobaczył, odwrócił głowę. Ona, jeśli urażona tym faktem, nie dała tego po sobie znać; usiadła zaraz przy Bartym i zajęła się swoimi sprawami.
Po chwili ciekawość zwyciężyła i Crouch spojrzał w jej stronę. Była… zwyczajna. Otoczony pięknościami, początkowo chciał się od niej odsunąć. Nie przypominała Hallie – miłej, uśmiechniętej, zadbanej, uroczej, ani tym bardziej wyniosłej Gabrielle o klasycznej urodzie. Ta kobieta – a może raczej dziewczyna, nie wyglądała bowiem na więcej niż dziewiętnaście lat – miała podkrążone oczy i widać było, że dawno nie spała. Nie uśmiechała się; wpatrywała się jedynie ze smutkiem w obgryzione paznokcie, a ciemny kosmyk włosów przysłonił jej zielone oczy. Prosta, zielona sukienka podkreślała brak klasy; jej jedynym stylem była codzienność. Pachniała kwiatowymi perfumami, od których wręcz czuć było tandetę i niską cenę. Nie bił od niej żaden przyćmiewający blask, nie promieniowała nawet najmniejszą cząstką piękna; po prostu była, co wydawało mu się dziwne i zupełnie niezrozumiałe. Patrzył na nią z obrzydzeniem człowieka z wyższych sfer, osoby „ponad” fizjologią i biegiem lat.
Po chwili dziewczyna zrozumiała, że jest obserwowana. Spojrzała w stronę Bartemiusza, mimowolnie krzywiąc się na widok jego miny. Ten nawet tego nie zauważył; zajęty był rozmyślaniem, skąd biorą się tacy ludzie i czy jest ich wielu. Miał nadzieję, że nie.
– Tansy – odezwała się pierwsza, siląc się na uprzejmość.
Nie uścisnął jej dłoni.
– Bartemiusz Crouch, Ministerstwo Magii.
Kiwnęła głową i chyba nawet się uśmiechnęła. Wszystko stało się jasne; jeszcze nigdy nie spotkała miłego urzędnika, a co dopiero arystokraty. Istna mieszanka wybuchowa. Dziwiła się tylko, czemu jeszcze nie wyszedł. Na wszelki wypadek, postanowiła więcej się nie odzywać.
***
Przez godzinę szło jej całkiem nieźle, w szczególności, że pożyczył jej gazetę i miała czym się zająć. Tylko raz ze sobą rozmawiali – o ile można tak nazwać propozycję papierosa i jej grzeczną odmowę. W końcu jednak dobrnęła do ostatniej strony Proroka – listów od czytelników – i momentalnie straciła chęć do czytania. Złożyła go więc na cztery – dokładnie tak samo jak zrobił to wcześniej Crouch – a potem podsunęła właścicielowi pod nos.
– Dziękuję – powiedziała na tyle głośno, by wyrwać mężczyznę z drzemki.
– Mogłaś już go sobie zatrzymać – odpowiedział, patrząc na nią nieprzytomnie. Gdyby nie był aż tak zaspany, pewnie miałby ochotę coś jej zrobić za tę zbytnią uprzejmość. – W każdym bądź razie, mam nadzieję, że podobała ci się bardziej niż mnie.
– Znasz osobę, która by go lubiła?
Tym razem to on się zaśmiał, po raz pierwszy od początku podróży, a nawet od paru dni. Uznała to za dobry znak.
– Hallie – odpowiedział bez zastanowienia.
W jego głosie wyczuła dziwną miękkość i uczucie. Imię to wypowiedział tak delikatnie, jakby z czcią. Zazdrościła tej kobiecie okrutnie.
– Żona? – spytała, niby to z ciekawości.
– Nie. Nawet nie ukochana – urwał, a ona poczuła dziwną ulgę.
***
– Dlaczego mężczyzna taki jak ty nie ma jeszcze żony? – spyta go parę miesięcy później, w cichej kawiarence u pani Meade.
– Nie lubię rozmawiać z kobietami. Wolę na nie patrzeć. – Chwyci ją za rękę, a potem uśmiechnie się równie słodko jak wtedy, w pociągu. – Ale nie mów o tym mojej sekretarce. Jeszcze się obrazi i przestanie parzyć mi kawę.
***
Kiedy okazało się, że wysiadają na tej samej stacji, zaproponował, że pomoże jej z bagażami. Było to głupie i zupełnie niepotrzebne; wsiadła do pociągu z torebką zaledwie i nie potrzebowała do tego tragarza. Podziękowała mu, starając się nie wybuchnąć śmiechem, a potem zaprosiła go do siebie na herbatę, tłumacząc, że to naprawdę niedaleko. Tam, za stacją w lewo. Zgodził się.
W świetle pomarańczowych lamp wyglądała trochę lepiej. Jej skóra nie była już taka szara i nieprzyjemna, rysy stawały się bardziej rozmyte. Zresztą, dziewczyna zdążyła pójść się przebrać i odświeżyć, gdy on zajęty był oglądaniem jej zdjęć rodzinnych. Mała Tansy nad strumykiem. Mała Tansy z pluszowym misiem. Mała Tansy i jej pierwsza różdżka. Trochę większa Tansy i jakaś nastolatka. Dorosła Tansy i grupa jej przyjaciół. Dorosła Tansy i…
O mało nie wypuścił zdjęcia, na którym była z wysokim Krukonem w szatach od Quidditcha.
Potem wróciła i opowiedziała mu o swoim bracie, utalentowanym ścigającym i wielu innych sprawach, a on przyglądał jej się zafascynowany. Cieszył się, że jest dopiero niedziela i nie musi się śpieszyć. Wypił z nią herbatę, zjadł kilka kawałków szarlotki, którą zrobiła jej matka, a potem nie usłyszał słów pożegnania, nie zszedł schodami w ciemną noc, nie dostał jedynego pocałunku na dobranoc, przez kolejne kilka godzin nie musiał zastanawiać się, czy jeszcze kiedyś ją zobaczy.
***
– Idziesz już? – spytała, owinięta liliową kołdrą.
Uśmiechnął się, bardziej do siebie i lustra niż do Tansy. Zastanawiał się, jak to możliwe, że jeszcze kilkanaście godzin temu uważał ją za nieciekawą. Prawda, nie była piękna, a nawet bardzo ładna; ale czy to ważne? Spotkają się jeszcze dwa, może trzy razy i o niej zapomni. Zawsze tak było i nie rozumiał, dlaczego dla niej miałby zrobić wyjątek.
Szarpnął ze złością krawat, który próbował zawiązać od paru minut, lecz nic to nie dało. Sytuacja zaczęła go irytować. Chciał się wymknąć po cichu, nie mówiąc ani słowa, ale nie mógł przecież wyjść w takim stanie! Do końca życia miał nie wybaczyć tej szmatce, że przez nią się obudziła.
– Daj, pomogę ci – usłyszał i już chwilę później stała naprzeciwko niego, nieubrana, próbując poradzić sobie z krnąbrnym krawatem. – Dla kogo tak się stroisz? Dla tej Hallie, co?
– Nie myśl o niej – mruknął, nie potrafiąc zrozumieć, dlaczego tak bardzo uczepiła się tego imienia. – To tylko moja dobra dusza.
– O każdej tak mówisz?
Odsunął się od niej, rezygnując tym samym z wiązania krawata. Poradzi sobie bez niego. Wrócił do szukania czarnych skarpetek, które znikły poprzedniego dnia gdzieś między szafą a łóżkiem.
– Pogrzeb mam – odpowiedział po chwili, zmieniając temat. – Mogłabyś mi pomóc?
Usiadła na ziemi, ale nie wyglądała na zbyt zaaferowaną zaginioną częścią garderoby. Wpatrywała się tępo w Barty’ego, myśląc nad czymś intensywnie.
– Twój pogrzeb? Twój własny? Nie możesz się spóźnić – zakpiła.
– Moja siostra nie żyje – odpowiedział.
Sam dziwił się później, że nazwał tamtą dziewczynę siostrą. Nie znał jej i nawet nie chciał poznać. Potrzebował silnego argumentu na uciszenie Tansy czy naprawdę uważał Felicię za członka swojej rodziny?
– Przepraszam – szepnęła nieśmiało.
– Zawsze gadasz głupoty tylko po to, żeby później móc za nie przeprosić? – spytał.
Chyba nawet się uśmiechnął – nie widziała dokładnie, bo po chwili zniknął pod łóżkiem – i wyraźnie jej ulżyło.
– Tak jakby – zaśmiała się i dołączyła do niego.
***
Kilkadziesiąt minut i parę obietnic później szedł już asfaltową drogą w kierunku posiadłości swojego ojca. Był umówiony dopiero na trzynastą – miał jeszcze te dwie godziny zapasu, na wypadek, gdyby zgubił drogę. Wydawało mu się to więcej niż niemożliwe, bo Tansy dokładnie wytłumaczyła, jak tam dojść, ale wolał mieć pewność, że nic nie pomyli. Na pogrzeb nie wypada się spóźnić.
Znudzony, mijał kolejne budynki, wyglądające niemal identycznie. Białe tynki, czerwona dachówka, wyglądały niemal jak klony. Aleja za aleją, ciągle niezmienne i nieciekawe. Zastanawiał się, co za ludzie je zbudowali. Prości mugole bez gustu i smaku czy złośliwi czarodzieje, chcący ich upokorzyć? Obydwie wersje wydawały mu się prawdopodobne; wprawdzie świat magiczny powoli się uspokajał i wieloletnie wojny skończyły się już dawno, nie brakowało jednak szaleńców, chcących zburzyć z trudem odzyskaną równowagę. Zawsze takimi gardził. Zawsze.
Przyśpieszył kroku. Nie lubił przebywać w tak bardzo niemagicznych miejscach. Przyprawiało go to o zawroty głowy i złe myśli.
Miał nadzieję, że to niedaleko.
***
Pan Crouch zasiadł na ganku i zapalił swoją ulubioną fajkę. Gerarda, a z nim całej tej wesołej gromadki, jeszcze nie było, Ceri spała nieprzerwanym snem już czwarty dzień, on zaś nie miał ochoty wciąż wpatrywać się w dębową trumnę ze zdjęciem swojej córki. To… sprawiało, że okrutnie cierpiał, nawet wtedy, gdy nie było jej ciała. Wiedział, że nie wróci, że nigdy jej nie znajdą i fakt ten bolał jeszcze bardziej niż sama jej śmierć. Nie chciał nawet myśleć o tym, że ktoś mógł – i prawdopodobnie to zrobił – zbezcześcić jej zwłoki, poćwiartować, spalić, cokolwiek. Nie potrafił pogodzić się z faktem, że pewnie leżała teraz w jakimś podejrzanym miejscu, samotna nawet po tamtej stronie, niekochana nawet w tym drugim życiu.
Tak wiele wycierpiała! Charłactwo było jej przekleństwem. Wyśmiewana od małego, miała tylko – i aż – Ceri. Opiekowała się młodszą siostrzyczką, jak tylko mogła. Pamiętał, jak płakała, gdy tamta wyjechała do Hogwartu. W jej łzach było tyle smutku, ale też upokorzenia i wstydu za siebie samą. Nie potrafił jej pomóc. To było nieuleczalne i zdradliwe; odstręczało od niej, przez co nie potrafił jej nawet pokochać. Nigdy nie słyszał jej śmiechu; ukrywała go przed nim w obawie, że mógłby go jej ukraść.
Wyglądała tak zabawnie i nieporadnie w za dużej szacie brata z patykiem zamiast różdżki w ręku, mamrocząc jakieś nibyzaklęcia.
Charłactwo ją zabiło.
Nagle zauważył sylwetkę mężczyzny, biegnącego w jego stronę. Młode, wysokie chuchro – tak mógłby podsumować swoje pierwsze wrażenie. Na początku go nie poznał. Uznał go za tego nowego listonosza, uciekającego przed psami Aslenów i zbytnio się tym nie przejął. Normalny, poniedziałkowy widok. Dopiero po chwili, gdy zdyszany chłopak niemal wyrósł przed nim, mógł mu się dokładnie przyjrzeć.
Dwóch Bartemiuszów Crouch spojrzało sobie w oczy po raz pierwszy od wielu, wielu lat.

Advertisements
Część Druga. Pociągi.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s