Część Czwarta. Młody człowiek.

Kiedy Orson Muldber szedł ulicą, wszyscy ludzie zawsze uciekali na drugą stronę, nawet jeśli nie było tam chodnika.
Kiedyś ktoś powiedział, że przypomina niedźwiedzia, który wziął właśnie kąpiel błotną i nie zdążył się jeszcze wytrzeć. Było w tym wiele prawdy. Po pierwsze, był on po prostu olbrzymi. Górował nad większością ludzi przynajmniej o głowę i, jakby tego było mu za mało, nosił zawsze wysokie kapelusze. Nie był gruby, a jedynie dobrze zbudowany, ale i tak zdarzały się drzwi, przez które normalnie nie mógł przejść. A jego ręce! Patrząc na nie, można było odnieść wrażenie, że potrafią zmiażdżyć wszystko – z ludzką czaszką na przedzie. Jego twarz nie zdradzała oznak inteligencji. Małe, nieprzyzwoicie ciemne oczka o wiecznie tępym wyrazie, zbyt duży nos i silnie zarysowana szczęka pierwsze rzucały się w oczy. Do tego gliniaste włosy i skóra, która naprawdę przypominała w kolorze nic innego, jak tylko błoto. Wzbudzał strach, po prostu. Głupia, nieświadoma personifikacja siły destrukcji.
Wbrew pozorom, Orson był bardzo inteligentnym człowiekiem, cierpiącym z powodu imienia i wyglądu. Nie można powiedzieć, że kochał ludzi, bo przecież zawsze przed nim uciekali i sprawiali mu przykrość. Mimo tego, że był naprawdę sympatyczny i niegroźny, w szkole zawsze stał z boku. Nikt go nie chciał, nikt nie widział w nim potencjału.
Kiedy poznał Toma Riddle’a, był już na czwartym roku. Dostał od niego szlaban za nazwanie Slughorna przebrzydłym ślimaczyskiem (oczywiście, jego wersja była mniej grzeczna). Tom zobaczył w nim to, czego nie widzieli inni. Zaproponował mu współpracę, a on tę propozycję przyjął. Od tamtej pory był naprawdę szczęśliwym mordercą.
Jednak tym razem nie miał nikogo krzywdzić. Od jakiegoś czasu próbowali z Nottem znaleźć w Anglii sponsora dla coraz to kosztowniejszych wycieczek Riddle’a. Nie, przepraszam, Lorda. Lorda Voldemorta, Tego-Którego-Imię-Jeszcze-Można-Wymawiać. Nie szło im to jednak zbyt dobrze. Do czasu. W końcu Tom przedstawił im listę swoich starych znajomych i pieniądze zaczęły płynąć strumieniami. Nie trzeba było ich nawet długo namawiać. Na sam dźwięk nazwiska ich mocodawcy, otwierali portfele, sejfy i konta bankowe. Na sam dźwięk! Co by się działo, gdyby przyszedł do nich osobiście? Następna na liście była Gabrielle Crouch, była żona tego słynnego Bartemiusza Crocuha, mieszkająca na przedmieściach Londynu. Myślał, że mu się poszczęściło. Pięć minut i do domu.
Niewiarygodne jak długo może trwać pięć minut!
***
Dzwonek do drzwi przerwał przygotowania do wyjazdu na pogrzeb pewnej dziewczyny. Skrzypiajka nie wiedziała jakiej – a może i wiedziała, tylko jej się zapomniało! – ale mogła być pewna jednego. Pani nie ucieszy się z gościa, bo jest niezbyt kompletnie ubrana. Nie mogła jednak nie otworzyć. Jej obowiązkiem było przecież pilnowanie tych skrzypiących drzwi. Mówili na nią Skrzypiajka!
Wyuczonym gestem zawołała do siebie Piękniczkę, kręcącą się bez celu po korytarzu. Cóż, jak zwykle zajmowała się tylko i wyłącznie układaniem swoich uszu pod właściwym kątem, tak, by wyglądać najkorzystniej. To cud, że nie dostała ubrania! Musiała mieć najwidoczniej specjalne względy u Pani – czyż nie była jej osobistą skrzatką? – więc lepiej byłoby dla nich obu, gdyby to ona powiadomiła o przybyciu gościa.
Stanęły ramię w ramię, ale to Skrzypajka otworzyła drzwi, które jak zwykle zaskrzypiały złowieszczo.
– Witamy w rezydencji państwa Crouch. Kogo zapowiedzieć? – powiedziała i wszyscy mogli łatwo poznać, że jej głos ma właściwości podobne do tych nieszczęsnych drzwi.
– Orson Muldber. Przyszedłem od pana Riddle’a.
Obydwie kiwnęły głową, lecz tym razem to Piękniczka musiała się ruszyć i wykonać polecenie. Zostali sami; nie trwało to jednak długo, bowiem Skrzypajka znikła zaraz po tym, jak zamknęła.
Muldber czekał.
***
Gabrielle Crouch była powszechnie znana ze swojego dobrego gustu. Miało to oczywiście też swoje złe aspekty. Wśród nich królował fakt, że po prostu miała za dużo pięknych sukienek i nigdy nie potrafiła zdecydować, którą ubrać. Kiedy więc zauważyła Piękniczkę, ucieszyła się; wreszcie znalazł się ktoś kompetentny, kto jej pomoże! Razem zdecydowały się na tę kaszmirową i praktycznie dopiero po przeszło godzinie, gdy Pani była już praktycznie gotowa, skrzatka przypomniała sobie, że na dole czeka gość. Aż nazbyt oczywiste jest to, że Gabrielle absolutnie się nie przejęła. Jak kocha, to poczeka. Można nawet śmiało powiedzieć, że dowiedziawszy się kto przyszedł, specjalnie przedłużyła zejście na dół o cały kwadrans.
W końcu jednak pojawiła się przy drzwiach wejściowych swojego domu, ubrana w trochę zbyt wyzywającą sukienkę z serii raczej nie na tę okazję, a on mógł zacząć się zastanawiać ile czasu zajmuje jej doprowadzenie się do tak oszałamiającego stanu.
– Witam, nazywam się… – zaczął, kłaniając się jej w pas tak, jak poradził mu Nott. Nie mieli czasu na pomyłki.
– Wiem, jak się pan nazywa. Już się pan przedstawił – zauważyła.
Nie odpowiedział. Czy ktoś tu przypadkiem przed chwilą nie wspomniał o tym, że błędy nie są mile widziane? Po prostu spojrzał na nią wzrokiem w jego mniemaniu wyrażającym skruchę.
– Zapraszam pana do salonu, nie będziemy rozmawiać w drzwiach.
Posłuchał jej i już po chwili szli labiryntem korytarzy. Na mieście mówiono, że dom Crouchów jest olbrzymi, ale nigdy nie myślał, że aż tak. Stosunkowo szybko nabrał pewności, że sam stąd nie wyjdzie. Miał nadzieję, że nie będzie takiej potrzebny, ale nawet gdyby… To już nawet Minotaur miał bardziej komfortową sytuację! Nie musiał unikać wzroku pięknej kobiety, przed którą właśnie zrobił z siebie skończonego idiotę!
W końcu jednak jego męki się skończyły i mógł zająć miejsce na idealnie białym fotelu przed idealnie białym stolikiem. Dostał nawet idealnie białą filiżankę z… cóż, herbacianą herbatą. Przez cały czas przyglądała mu się badawczo tymi wielkimi, szmaragdowymi oczami. Szmaragdowymi? Tak, chyba tak. Nie przyjrzał się dokładnie, bo zbytnio bał się, że uzna to jako nachalność.
– Co pana do mnie sprowadza? – spytała, przerywając dosyć zręczną ciszę, jaka panowała od paru dobrych minut. – Obawiam się, że nie mogę przesiedzieć z panem całego dnia. Dziecko mojego męża opuściło ten świat i nie wypada mi jej nie pożegnać.
Jej głos nie zmienił się, ale on i tak wiedział swoje – to nie było dla niej miłe przeżycie. Nott opowiadał mu trochę o Crouchach. Wiedział, że Bartemiusz zostawił Gabrielle z synem dla innej kobiety. Musiała być naprawdę zdeterminowana i silna by tam teraz pójść.
– Rozumiem – powiedział, odstawiając pustą filiżankę. – Postaram się szybko skończyć. To nie jest sprawa skomplikowana i wymagają…
– Pozwoli pan, że sama ocenię, co wymaga mojej uwagi – przerwała mu. – Szybko i konkretnie. Naprawdę nie mam czasu.
Zaklął w duchu. Popełnił kolejny błąd. Ile jeszcze? Cierpliwość tej kobiety w końcu się wyczerpie, a on się doigra. Powinien wziąć się w garść i…
– Przychodzę do pani od pana Riddle’a. Ma on do pani bardzo delikatną sprawę. Finansową.
Tym razem siedziała cicho, choć było widać, że ma ochotę zadać mu jakieś pytanie. Wziął więc głęboki oddech i kontynuował:
– Pan Riddle ma ostatnio drobne problemy z wypłacalnością. Ostatnio koszty jego edukacji gwałtownie wzrosły. – Nie wiedział jak odebrać jej milczenie, więc mówił. Z dwojga złego, lepiej udawać, że wie się, co tak naprawdę powinno się powiedzieć niż siedzieć i udawać paprotkę. – Było to spowodowane wieloma czynnikami, ale największy wpływ wywarł na to profesor Dumbledore i jego spór z panem Riddlem. Nie chciałbym pani zanudzać szczegółami. Fakty są takie. Pan Riddle potrzebuje drobnej pożyczki. Miło byłoby gdyby mogła pani porozmawiać z kimś w jego sprawie, bowiem…
Uciszyła go gestem dłoni.
– Czy to nie przypadkiem ten młody człowiek, który przynosił kwiaty, prawił komplementy, a potem nagle przestał? – spytała.
Nie wyglądała na zbyt szczęśliwą z tego powodu. O ile do tej pory jej twarz była kamienną maską, o tyle teraz w końcu przybrała jakiś wyraz. Muldber odetchnął z ulgą. Widok osoby wściekłej może nie jest najprzyjemniejszy, ale ma o wiele więcej uroku niż sytuacja, w której twój rozmówca wszystko przed tobą ukrywa i nie wiesz, co tak naprawdę myśli. Oczywiście, nie można powiedzieć, że kiwając twierdząco głową, nie miał duszy na ramieniu. Jednak…
– Wyświadczył mi kiedyś ogromną przysługę.
Jej twarz powróciła do stanu pierwotnego, a on nie do końca wiedział, jak się teraz zachować. Kiedy rozmawiali z Nottem o swojej misji nie uwzględnili jednego – to kobieta, postać zagadkowa i nie do końca zrozumiała.
– To chyba dobrze – zaproponował nieśmiało, wpatrując się w przestrzeń między jej prawy ramieniem a sufitem.
– Nie zmienia to faktu, że jego osoba nie jest tutaj mile widziana – kontynuowała, nie zwracając na niego najmniejszej uwagi. – To dlatego dzisiaj go tu nie ma, prawda? Liczył, że cała moja złość na niego przeleje się na pana. Cóż, może mu pan przekazać, że znów się przeliczył.
– Lord… – przerwał. Nott kategorycznie zabronił mu nazywania go w ten sposób. – Pan Riddle jest teraz nieosiągalny. Wyjechał, kontynuować nauki za granicą. Poprosił mnie tylko…
– Wiem, o co pana nie prosił na pewno. Tyle mi wystarczy.
Wstała tak gwałtownie, że nie omal przewróciła swoją filiżankę. Uratowała ją tylko i wyłącznie skrzatka; widocznie do jej obowiązków należało dbanie o czystość stołu. Muldbera kusiło żeby jej pomóc. Nie, nie dla tego, że kochał skrzaty – on ich wręcz nienawidził. Liczył po cichu, że jeśli coś zrobi, będzie miała kłopoty. To mogłoby mu pomóc nie załamać się kompletnie. Chwila radości przed śmiercią z ręki przyjaciela, którego się zawiodło. Jednak nie zrobił absolutnie nic. Nie zdążył.
Tymczasem Gabrielle podeszła do okna. Mógł w końcu przyjrzeć jej się bez skrępowania. Nigdy nie był bliżej z żadną kobietą. Wszyscy zawsze myśleli, że to wina jego wyglądu – która zechciałaby takiego osiłka o tępym wyrazie twarzy, nawet gdyby był najmądrzejszym człowiekiem świata? On jednak wiedział swoje. One go po prostu nie kręciły. Przypominał w tej kwestii młodego Toma. Obydwoje zawsze patrzyli krytycznie na kolegów, których opętała jakaś sukkubica. On jednak nigdy nie zaszedł tak daleko, jak jego przyjaciel. Były na świecie kobiety, które mogły go w jakiś sposób pociągać. Jak choćby Gabrielle. Co z tego, że była od niego tyle lat starsza? Każda kobieta w jej wieku chciałaby wyglądać jak ona. Może i większość z jej uroku to magia, ubrania i makijaż, ale… Nie sposób było oderwać od niej wzroku.
– Może pan mu przekazać, że mu pomogę jak tylko będę mogła. – Odezwała się dopiero po paru minutach. Musiała coś bardzo dokładnie przemyśleć. – Jeden jedyny raz dostaje moje poparcie i pieniądze. Zrozumiał pan?
Z trudem powstrzymał się od wybuchu radości. Przeżyje! Jak dobrze pójdzie, to może nawet go pochwalą. Może Lord nie, ale Nott… Czemu nie?
– Oczywiście. Jeden jedyny raz – powtórzył za nią, starając się nie uśmiechać zbyt ostentacyjnie.
Ona też wiedziała swoje. Choćby to, że wróci. Może nie dziś i nie jutro, ale kiedyś na pewno. Tom zawsze potrzebował mnóstwa pieniędzy, a ona zawsze mu pomagała, choćby nie wiem jak ją zdenerwował.
Bo Tom Malvoro Riddle miał w sobie coś takiego, co kazało ludziom iść za nim. Nawet w ogień.
***
Tamtego dnia miał najwidoczniej pecha do przebierających się ludzi. Kiedy przyszedł do Notta, żeby obwieścić mu kolejny sukces, ten akurat przymierzał garnitur. Nigdy wcześniej nie widział go w takim stroju, ale uznał, że nic go już nie zdziwi. Nawet facet wciskający za małe, szare spodnie i upierający się, że pasują.
– Mężczyźni to duże dzieci – podsumowała jego wyczyny pani Nott, zaraz po tym, jak zaproponowała, że zrobi herbatę i chwilę przed tym jak opuściła pomieszczenie.
Zajął jej miejsce na łóżku. Bo, oczywiście, on zawsze wiedział, jak wprosić się do sypialni. Gdzieś w tle słychać było małego, bo zaledwie sześcioletniego Constantine. Kłócił się ze swoją kuzynką, a siostrzenicą jego ojca, o dostęp do najlepszych zabawek. To była już niemal tradycja.
Zanim Muldber zdążył się odezwać, przemówił właściciel za małych spodni:
– Nie wiem, po co Iola kazała mi to kupić. Myślisz, że nie moglibyśmy pójść na ślub Wilkesa w zwykłych wyjściowych szatach?
Orson, który po raz pierwszy usłyszał o tym, że jego najlepszy przyjaciel się żeni, wydał tylko krótki dźwięk zdziwienia.
– No co ty! Nie mówił ci? Za dwa tygodnie u jego rodziców w Dublinie. Żal kolegi, ale wreszcie będziemy mieli okazję się porządnie napić.
Spodnie najwidoczniej nie miały zamiaru przejmować się swoim właścicielem, a przynajmniej nie tak, jakby sobie tego życzył. Po prostu przy kolejnej próbie pękły w szwie.
– Cholera – powiedział, nad wyraz spokojnie i po prostu odrzucił je w kąt. Kąt, który był pełen popękanych par spodni. A potem sięgnął po następną, w dość przyjemnym odcieniu kawy z mlekiem. – Naprawdę nie wiem…
– Wilkes się żeni? – przerwał mu, niezbyt kulturalnie zresztą.
– Z młodą Crouchówną. Córką męża tego babsztyla, którego dzisiaj poznałeś. Całkiem sympatyczna. A żebyś widział ją… No, nieważne, oficjalnie też jej tak nie widziałem.
Poprawił się w dobrym momencie. Parę sekund później weszła pani Nott i oświadczyła, że herbaty nie ma. Muldber uśmiechnął się, bardziej do własnych myśli niż do Ioli. Świat jest jednak mały. To co, za parę minut dowie się, że tak naprawdę Tom jest jego bratem, a Święty Mikołaj istnieje? Absurdalne.
Jednak nie bardziej niż to, że przecież znał Ceri.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s