Część Czternasta. Niecnota.

Jego krawat zdecydowanie był przeklęty; miał w sobie coś diabelskiego, coś, co jakoś niespecjalnie chciało stanąć po stronie biednego Bartemiusza. Bo przecież to, że drugi raz w tym tygodniu niemożność zawiązania go budziła osobę, która budzić się nie powinna nie mogło być przypadkiem. O nie, w takich sprawach paluchy maczają siły potężniejsze niż najzwyklejszy pech.
Który jednak z czortów miałby jakiś interes w zaistniałą sytuację? Ten, który odpowiada za obolałe plecy czy ten od dekonspirowania zakazanej miłości? Doprawdy, jeśli naprawdę chcieli go zdenerwować, mogli to zrobić bez tego paskudnego uderzenia drzwiami.
A Gerard mógłby zacząć patrzeć, co wyprawia. Tak poza tym.
– Co ty tu robisz? – spytał podejrzliwie, wpatrując się w niezawiązany krawat na szyi przybranego brata.
– Podejrzewam, że to samo co ty – Bartemiusz odpowiedział cierpliwie, nie pozwalając sobie choćby na cień zdenerwowania. – Szukam Ceri.
Prawdę mówiąc, ratowało ich tylko to, że chwilę temu wyszła do łazienki. Gdyby zastał ich tu razem, a co gorsze – niespecjalnie ubranych, nie mieliby zapewne czego dłużej szukać w tym domu. Tak jednak istniała szansa, że tym razem jeszcze im się uda.
– Po co? Myślałem, że powinieneś już dawno być poza domem.
– Chciałem spytać ją jeszcze o parę szczegółów. Zna sytuację o wiele lepiej ode mnie. – Uśmiechnął się, próbując nie przesadzić z ilością niewinności wypisanej na twarzy. Przecież Nie mógł przestać być bezczelny, prawda?
Gerard spojrzał na niego, nie ukrywając swojej irytacji. Bartemiusz wątpił, by była to wina jego wymówki; braciszek z definicji nie znosił wszystkiego, co związane z Crouchami.
– Pomożesz mi? – spytał po chwili, wskazując jednoznacznie na swój krawat.
***
Pytanie to przelało czarę goryczy.
Co on sobie wyobrażał? Że będzie robił mu za niańkę? Jasne, już biegnie! Nie będzie jak głupi… Nie, nie, to nie wchodziło w grę.
Jednocześnie uderzyła go inna wizja. Filigranowa, orzechowowłosa dziewczynka stojąca na paluszkach zdecydowanie za blisko jakiegoś padalca, który wykorzystuje jej chęć pomocy, by niby niewinnie głaskać ją po plecach. Tak, ten cholerny Crouch wyglądał na człowieka tego pokroju. Może nie tak jak Wilkes, ale… Na Boga, to ich siostra!
– Daj to – warknął, wyciągając rękę.
Zastanawiał się, dlaczego człowiek, który tak dobrze zarabia nosi tak obrzydliwy krawat. Nie mieściło mu się to w głowie. Owszem, jego rzeczy nieraz pozostawiały wiele do życzenia, ale świadczyły chociaż o resztkach dobrego smaku kupującego. Zgniłożółta szmatka, którą miał właśnie w rękach – nie.
– Sierota – mruknął, bardziej do siebie niż do rozmówcy. – Sierota i bezguście.
– Słucham? – Bartemiusz spytał uprzejmie.
– Nic.
Kpiący uśmieszek na ustach tego popaprańca w niczym nie ułatwiał mu zadania. Nigdy jeszcze bowiem tyle trudu nie kosztowało go zawiązanie głupiego krawata.
Może faktycznie był przeklęty?
***
Reszta tego dnia nosiła na sobie piętno feralnego poranka. Nie, to nie było tak, że nagle wszędzie widywał ludzi w niezawiązanych krawatach. Gerard też mu więcej nie zawadzał. Po prostu…
Nic, ale to nic, nie chciało mu się złożyć w logiczną całość.
Początkowo chodził trochę z ojcem. Tak dla towarzystwa. Odwiedzali dom za domem, święcie przekonani, że i tak nie odniosą sukcesu. Rozmawiali z sąsiadkami o kwiatach w ich ogrodach, nieznośnych wnukach i bezsenności, nie wynosząc z tych konwersacji żadnych wartościowych informacji. Owszem, wszyscy kojarzyli Felicię, ale zwykle na tym się kończyło. Parę osób wspomniało, że ich dzieci wiedziałyby więcej, tylko co im po nich, skoro były w Hogwarcie? Mało kto był tu niemagiczny, że już o charłakach nie wspomnę. Trzymano się więc od Stokrotki z daleka, bo przecież mogła ich wszystkich pozarażać.
Oczywiście nikt nie powiedział im w twarz, że czuje się lepiej bez takiego uciążliwego sąsiedztwa. Ale Bartemiusz Junior pracował zbyt wiele lat w Ministerstwie, by nie wyczytać tego z mowy ich ciał – oczu, ust, rąk. Popierał ich trochę, troszeńkę, choć przeszkadzała mu w tym świadomość, że była to w końcu jego siostra. Tak jak Ceri.
W końcu jednak się rozdzielili i skończyło się na tym, że przesiedział cały dzień na jakiejś brudnej ławeczce w centrum. Nie miał zamiaru z własnej woli zaczepiać obcych ludzi. Zresztą, co niby miał im powiedzieć? Przepraszam, zgubiłem siostrę? Nie, to brzmiało zbyt absurdalnie.
W szczególności jak na niego.
Kiedy jednak wieczorem wrócił do tymczasowego miejsca zamieszkania i zdołał przekonać Ceri, że namiętne pocałunki na środku korytarza nie służą utrzymaniu tajemnicy, zdarzył się wypadek.
Wszystko zaczęło się od krzyku osobnika płci niewątpliwie męskiej, roznoszącego się po całym domu.
Niespecjalnie zastanawiał się nad tym, co robi, łapiąc Ceri za rękę i wpadając z nią jak burza do salonu, a przecież oczekiwano od niego choćby śladowej ilości inteligencji. Choćby tyle, by zrozumieć, że w ten sposób żaden brat żadnej siostry nie trzyma, a przecież nie szło ich nie zauważyć, skoro już tak wbiegli.
Przywitało ich ostrzegawcze spojrzenie Gerarda, zbyt zajętego jednak, by mógł zareagować jakoś poważniej.
No cóż, widocznie leżący na podłodze ojciec jest ważniejszy od skandalu w rodzinie.
– Tatuśku! – Ceri pisnęła i natychmiast wyrwała się Bartemiuszowi, podbiegając do staruszka. – Tatuśku, tatuśku, co ci się stało?
– Spokojnie, kochanie, teść się tylko potknął.
Niespodziewanie z mroku – albo z nicości, z nim nigdy nic nie wiadomo – wyłonił się Wilkes. Nie przejął się zupełnie losem wyżej wymienionego; zamiast pomóc mu wstać, odsunął od niego ukochaną córkę.
Tymczasem Gerard starał się jednak go podnieść. Nie było to łatwe o tyle, o ile staruszek wcale się nie potknął. Przynajmniej nie tylko.
Bartemiusz bez chwili zastanowienia pochylił się nad ojcem. Ucieszyło go to, że wykazywał jeszcze jakiekolwiek funkcje życiowe – trupów było im tu aż nadto. Nie wyglądało jednak na to, by miał szybko odzyskać przytomność.
– Widziałem – warknął Gerard, przetrząsający kieszenie w poszukiwaniu różdżki, choć przecież każdy normalny człowiek pobiegłby po prostu po szklankę wody.
– Wydawało ci się, braciszku. – Pozwolił sobie na krótkie, bezczelne spojrzenie w jego stronę. – Nie oszołomiłem naszego ojczulka, naprawdę mnie tu nie było.
– Ceri…
– Ceri też nie.
Gerard wymruczał coś jeszcze, ale to nie było ważne. O wiele istotniejszy bowiem stawał się fakt, że nie mógł znaleźć różdżki, a o szklance wody nadal nikt nie pomyślał.
– Może najpierw przeniesiecie go na kanapę? – zaproponował Wilkes, którego głównym zajęciem nadal było przytrzymywanie swojej narzeczonej.
– Może najpierw się zamkniesz? – odpowiedział mu Gerard.
Jednak po chwili faktycznie posłuchali Marcusa, możliwe, że pierwszy i ostatni raz w życiu. Bartemiusz złapał za ręce, Gerard za nogi i już w paręnaście sekund później Crouch Senior leżał w miejscu bardziej do tego odpowiednim niż dywan.
***
Następnego ranka nikt nie ruszył się z domu, choć przecież nic nie wskazywało na to, że jego stan miałby się pogorszyć. Po prostu Ceri oświadczyła, że będzie przy ojcu czuwać. Skoro zaś ona zostawała w roli niańki, obowiązkiem Marcusa było niańczyć ją. Zazdrość Bartemiusza nie pozwalała mu zostawiać dziewczyny z mężczyzną spoza ich rodziny – choć, jak już dobrze wiemy, więzy krwi w niczym jej nie przeszkadzały. Gerard zaś uznał, że lepiej mieć na brata oko, w szczególności, że od pewnego czasu był potencjalnie niebezpieczny.
Tak więc wszyscy gnieździli się w sypialni ojca. Atmosfera odpowiadała czuwaniu nad zwłokami; zresztą, temat ich rozmowy i pomieszczenie, w jakim się znajdowali, tylko ją wzmacniało.
Wszędzie były jej zdjęcia. Wszędzie. Powiedzieć, że było ich dużo to za mało. Było ich nieskończenie wiele.
Pamiątki po zmarłej żonie stanowiły około dziewięćdziesięciu procent zawartości pokoju. Gerard nienawidził tego miejsca – ilekroć tu przebywał, czuł się tak, jakby nieodżałowana nieboszczka miała nagle wyskoczyć z szafy. Tęsknił za nią, owszem, ale te wszystkie świecidełka, szmatki, lustereczka i cała armia innych bibelotów doprowadzała go do szału. Z przeszłością powinno się walczyć.
Tak, zdecydowanie przypominało mu to czuwanie nad matką. Był wtedy taki mały, niewiele pamiętał, ale to, co wciąż pozostało w jego głowie, było na tyle wyraźne, by można było dokonać porównania z sytuacją aktualną. Różniły się po prawdzie szczegółami – na łóżku (czemu nie w trumnie?) leżał teraz jego ojciec, jeszcze na szczęście żywy, a za rękę trzymała go jego siostra, wtedy -– wiele lat temu – nie wychylająca nawet główki ze swojej kołyski. Wtedy też oczywiście nie było tu tego paskudnego Wilkesa i Bartemiusza, niszczących całą powagę sytuacji jakimiś bezsensownymi utarczkami słownymi.
– Tatuśku, ale jesteś pewien, że nie mam zawołać doktora Lachesisa? – niemal nieustannie pytała Ceri, a staruszek tylko zbywał ją uśmiechem.
Niejednokrotnie musiał się powstrzymywać, by nie zaproponować zawołania księdza – tak, to zdecydowanie bardziej pomogłoby ojcu. Mógłby jednak być opatrznie zrozumiany. W końcu…
– Tylko zemdlałem, córeczko.
– Naprawdę? – dopytywała.
– Tak, kochanie. Musiałem się przeforsować. Jestem już za stary na takie długie wędrówki.
Tylko raz udzielił jej innej odpowiedzi. Jeden jedyny raz, akurat wtedy, gdy sądził, że nikt nie zwróci na nią większej uwagi. Bartemiusz i Wilkes opuścili bowiem pomieszczenie chwilę wcześniej, pod pozorem krótkiego, acz koniecznego spaceru w celu rozprostowania kości. Gerard wolał nie wnikać, co się za tym kryło. Odpowiedź mogłaby mu się nie spodobać.
– Ale naprawdę nie chcesz doktora? – spytała po raz pięćdziesiąty trzeci, liczył.
– Nie doktor jest mi potrzebny.
Uśmiechnęła się i pochyliła, składając pocałunek na jego pomarszczonym czole.
– A czego ci brak, tatusiu?
Naprawdę bywała słodka. Czasami odnosił wrażenie, że gdyby nie była jego siostrą, chciałby pojąć ją za żonę. Potrzebował kogoś takiego, a nie ponurą, zrzędliwą i napuszoną Selmę. Zawsze odgarniał od siebie te myśli, uznając je za obrzydliwe, ale urokowi siostry zaprzeczyć nie umiał.
– Chciałbym złoić skórę dzieciakowi, którego dziś spotkałem – odpowiedział pogodnym, herbatkowym tonem.
– Znowu rzucali kamieniami w nasze sowy? Nie, tatko, nie możemy tego dłużej tolerować. Biedna Arkham wróciła ostatnio ze złamanym skrzydłem. Goiło się ponad miesiąc, pamiętasz?
– Pamiętam.
Goiło się ponad miesiąc, aż w końcu ulitowali się nad biedaczką i zakopali w ogrodzie. Taka smutna prawda. Tylko męczyła się na naszym świecie.
– Obawiam się, że znowu jej się coś stało. Długo nie wraca – przyznała, a na jej twarz posmutniała.
Obydwoje westchnęli niemal jednocześnie. Ojciec był zdecydowanie bliższy wyznania prawdy niż on, Gerard. Ale ten staruch nigdy nie był odporny na wdzięki swojej córeczki.
– Ale nie o to chodzi, prawda? – spytał, zanim Crouch zdołał ich zdekonspirować.
Wyraźnie widać było, że ten temat zdecydowanie bardziej im odpowiadał.
– Och, oczywiście, że nie, gdyby tak było, wytargałbym go za uszy i zaprowadził do rodziców – odpowiedział, śmiesznie marszcząc brwi. Ceri z aprobatą pokiwała głową. – To sprawa zupełnie innej natury.
– Podstawił ci nogę? Niecnota!
Pomieszczenie wypełnił śmiech dziewczyny i jej ojca. Gerard zdawał sobie sprawę, że nie było to najinteligentniejsze z jej spostrzeżeń, ale sam ledwo oparł się pokusie choćby słabego uśmiechu.
– Ukradł mi zegarek – przyznał w końcu mężczyzna.
Zegarek pana Croucha Seniora nie był może najbardziej wartościową rzeczą pod słońcem, ale na Ceri zrobiło to duże wrażenie. Zerwała się z łóżka, gotowa rzucić się na złodzieja teraz zaraz.
– Jak to? – pisnęła.
Obydwoje nienawidzili, jak piszczy.
– Rozmawialiśmy i jakoś tak…
– Ojcze, o czym ty mogłeś rozmawiać z takim gówniarzem? – Gerard wtrącił się mu w pół słowa. Nie było to zbyt kulturalne, ale… – Wiedział coś o Felicii?
Na dźwięk imienia siostry, Ceri spoważniała.
– Wydawało mi się, że tak. Coś tam mówił, że spotykali się kiedyś ze sobą, wiesz, wyglądał na takiego, co to obracał się w jej towarzystwie – odpowiedział. – Miał… – Spojrzał znacząco na córkę. Przy niej nie mógł podawać żadnych szczegółów. – … dziwne nakrycie głowy, tak. Ale to wszystko musiało być zwykłym żartem, rozumiesz, chciał skorzystać z okazji zarobienia łatwych pieniędzy.
Odwrócił głowę i spojrzał prosto w gerardowe oczy. Chłopaka aż ciarki przeszły po plecach.
– Nie ma się czym przejmować – dokończył po chwili.
A przecież było.

Advertisements
Część Czternasta. Niecnota.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s