19. Tym razem poważnie?

Aisling wstała nad ranem, by skorzystać z łazienki. Półprzytomnie przemierzyła salon, kopnąwszy po drodze jakąś pustą butelkę po jednym z winnych wytworów jej ojca, aż ostatecznie stanęła przed drzwiami łazienkowymi. Już była bliska otworzenia ich, kiedy ze środka dobiegł ją jednoznaczny dźwięk towarzyszący zwracaniu naturze tego, co się wcześniej zjadło. Aisling cofnęła rękę i podrapała się po karku. Potrzebowała chwili, by zorientować się, co właściwie ma miejsce w łazience.
– Alkohol – powiedziała do siebie i kiwnęła głową na potwierdzenie swoich słów.
Nie widząc innego wyjścia, Aisling postanowiła wrócić do łóżka i skorzystać z łazienki trochę później. Po drodze podniosła pustą butelkę i razem z nią skierowała się do swojego pokoju. Jednak w połowie drogi zatrzymała się. Zerknęła na butelkę, a następnie obejrzała się na drzwi łazienkowe. Zmarszczyła brwi.
– Przecież nic wczoraj nie piłyśmy – powiedziała. Zostawiła butelkę na fotelu, po czym wróciła się do łazienki. – Audrey?
*
W dormitorium szóstoklasistów jak zwykle panował chaos. Żaden z mieszkających tam Krukonów nie był może bałaganiarzem, ale wspólnymi siłami zawsze doprowadzali idealnie wysprzątany przez skrzaty pokój do ruiny. Wszystkiemu zawsze winne było lenistwo. Wszystko oczywiście leżało jak trzeba i tam, gdzie powinno, dopóki nie przyjmowali gości – za każdym razem, kiedy zapowiadało się, że w odwiedziny wpadnie jakaś przedstawicielka płci przeciwnej, robili, co mogli, by jej się to odwidziało. Nie zawsze jednak działało to tak, jakby sobie tego życzyli.
– Ależ Anne! – zawołał Ethan, idąc za dziewczyną po schodach. – Ja mogę mu wszystko przekazać. Co tylko zechcesz!
Anne zatrzymała się i obejrzała na Ethana, po czym uśmiechnęła się z dziwnym rozbawieniem.
– Naprawdę wszystko?
– Wszystko.
Anne uśmiechnęła się wesoło i ruszyła dalej, aż ostatecznie zatrzymała się przed drzwiami do dormitorium. Bez żadnego skrępowania otworzyła je na oścież i jej oczom ukazało się typowo męskie miejsce zamieszkania. Na podłodze leżały porzucone skarpetki, brudne koszulki, pojedynczy but i nawet krawat. Łóżka były niepościelone, a w kącie leżały jakieś opakowania po jedzeniu.
Anne najwyraźniej nie zwróciła na to wszystko uwagi, bo w tej chwili liczyła się dla niej tylko jedna osoba – Noah Individuel. Podeszła do niego i pocałowała go krótko na przywitanie. Ethan zrobił bardzo zdziwioną minę.
– Dobra, racja, tego bym nie przekazał – powiedział tylko.
Noah był zawsze typem samotnika, spędzającym wolny czas na nauce, a już na pewno nie należał do tych uwielbianych przez dziewczyny chłopaków, więc zdziwienie Ethana było zrozumiałe. Nie mógł wymyślić, jak to się stało, że takiej nieśmiałej dziewczynie udało się odciągnąć tego aspołecznego blondyna od książek.
Ethan, widząc, że i tak nie zwracają na niego uwagi, powiedział:
– Idę poszukać Ais, nie nabałagańcie.
I wyszedł z dormitorium.
*
Noah Individuel miał swój powód, dla którego unikał udzielania się w towarzystwie, a mianowicie – był w połowie Francuzem i miał typowo francuski akcent, a już od pierwszej klasy wśród uczniów była wyczuwalna zakorzeniona głęboko brytyjska niechęć do przedstawicieli francuskiej nacji. Nie miał może z tego powodu wyjątkowo ciężkiego życia wśród rówieśników, ale uznał, że i tak będzie ponad to i skupił się na nauce. Nigdy też, jak podejrzewali niektórzy jego koledzy, nie odczuwał oporów przed nawiązywaniem kontaktów z ludźmi – po prostu tego nie robił. Jedyne, co tak naprawdę sprawiało mu niemałą trudność, to zagadywanie do dziewcząt, w szczególności tych, które przykuły w jakiś sposób jego uwagę. Od dobrego roku jego myśli skupiały się na tej jednej, konkretnej, aż pewnego dnia na horyzoncie pojawiła się Anne Candrot i obróciła jego świat do góry nogami.
Kiedy Ethan oznajmił, że idzie szukać Aisling, oboje, Anne i Noah, spojrzeli na niego ze zdziwieniem, ale chłopak już nie oglądał się na nich i po prostu wyszedł, zostawiwszy ich samych sobie.
– Tu da się bardziej nabałaganić? – zapytała Anne i rozejrzała się po pomieszczeniu.
Noah dopiero wtedy zdał sobie sprawę, że może nie powinien przyjmować dziewczyny w tak brudnym pomieszczeniu i zarumienił się lekko. Niepostrzeżenie kopnął parę porzuconych ciuchów, w tym bieliznę, pod łóżko, po czym uśmiechnął się.
– Ethan nabałaganił, a teraz się wymiguje – oznajmił. Liczył, że dzięki tym słowom wypadnie lepiej w oczach Anne, w końcu nie chciał, by miała go za bałaganiarza! To mogło zostawić rysę na jego nieskalanej opinii porządnego chłopca.
– Skoro tak bałaganił, to powinien posprzątać.
– Powtarzam mu to często! Ale efektów nie ma. – Pokiwał głową, zadowolony, że Anne zaakceptowała to drobne kłamstewko. – Chodź, przejdziemy się gdzieś.
*
– Audrey, co się w nocy działo? – zapytała Aisling podczas robienia śniadania.
Audrey po usłyszeniu tego pytania przestała kroić chleb i obdarzyła przyjaciółkę spojrzeniem, które kazało sądzić, że nie miała zielonego pojęcia, o co mogło jej chodzić. Zmarszczyła brwi.
– Nie wiem, co masz na myśli.
– Słyszałam, że podczas ciąży można mieć mdłości. Wiesz, żartowałam wcześniej z tą ciążą, ale może jednak to coś poważnego – powiedziała ostrożnie, wyraźnie zmartwiona.
Zanim Audrey jakoś zareagowała (Aisling powinna uważać z poruszaniem takich tematów, kiedy rozmówczyni w ręce trzymała ostry nóż), Lysandra, która siedziała w salonie, zakrztusiła się poranną kawą. Obie spojrzały w jej stronę.
– O ile dobrze pamiętam, nie miałam ostatnio żadnych przygód żołądkowych, Ais – odpowiedziała Audrey, a Lysandra zerwała się momentalnie z miejsca, rozlewając przy tym trochę kawy na stolik. Zerknęła z przestrachem na przyjaciółki.
– To nie może być ciąża. To niemożliwe!
Minęła kuchnię, wzięła kurtkę w rękę i wyszła prędko z mieszkania, zostawiwszy osłupiałe Aisling i Audrey. Anne tymczasem usłyszała cały raban i wyjrzała z łazienki owinięta w ręcznik.
– Co się dzieje? Kto jest w ciąży?
Aisling zerknęła na kuzynkę.
– Sama już nie wiem.
*
Ponad siedem pięter niżej, w innym męskim dormitorium panował podobny chaos jak u Ethana i Noaha. Riley jednak nie martwił się, że jego dziewczyna złoży mu niespodziewaną wizytę, więc nie przejmował się, że wszędzie, gdzie nie spojrzał, walały się nadprogramowe śmieci i jeszcze zdatne do użytku ubrania. Evan James również nie był typem pedanta, więc i on nigdy nie skalał się nawet myślą o ogarnięciu tego wszystkiego! Może i Puchoni byli pracowici jak mróweczki, ale sprzątanie zawsze było domeną kobiet, więc żaden z nich nie wpadł na to, żeby przynajmniej złożyć koszule, które w końcu były obowiązkowym elementem mundurka, a pogniecione nie wyglądały zbyt reprezentacyjnie.
W samym środku tego nieopisanego chaosu znajdował się właśnie Riley, który postanowił wygarnąć parę rzeczy Evanowi, skoro już się na niego natknął i nie było żadnych świadków w osobach pozostałych współlokatorów.
– Marna podróbo Rosenheimera – zagaił, bo zawsze najbardziej się liczy pierwsze wrażenie. Rileyowi z jakiegoś powodu nie pasowało, że Evan Rosenheimer dzielił się imieniem z Evanem Jamesem, a przecież to nic niezwykłego, że dwoje ludzi nosi te same imiona!
Evan oderwał się od układania sobie włosów i spojrzał na współlokatora.
– Rudy – odpowiedział, co w jego ustach było prawdziwą obelgą, bowiem nie ufał rudym ludziom. Taka była jego życiowa zasada, a Riley niewątpliwie był rudy, co za tym idzie, niegodny zaufania.
– Co to ma znaczyć, że bałamucisz mi Demetrię, znajdź sobie własną. – Splótł ręce na klatce piersiowej i oczekiwał prędkich wyjaśnień. Kolejnym niezrozumianym przez świat zachowaniem Rileya było nazywanie Lysandry Demetrią. Niezrozumienie brało się stąd, że niewiele osób wiedziało, że to, najzwyczajniej w świecie, było jej drugie imię.
Evan wiedział, w końcu byli z Lysandrą dość blisko.
– Powinieneś lepiej pilnować swoich zabawek, Rudy.
– Ha, ha, ha, ty lepiej pilnuj własnego nosa, łachudro.
Gdyby przynajmniej któryś z nich był typem chociaż trochę agresywnym, ta rozmowa na pewno skończyłaby się bijatyką albo w najlepszym wypadku wymianą zaklęć i ktoś wylądowałby w skrzydle szpitalnym, a Lysandra byłaby szczęśliwa, że jej chłopak w końcu okazał się zazdrosny i postanowił o nią zawalczyć. Oboje jednak byli łagodnymi Puchonami, więc najzwyczajniej w świecie zaczęli obdarzać się coraz to bardziej kwiecistymi wyzwiskami, a do rękoczynów nie doszłoby nawet, gdyby zaczęli obrażać swoje matki albo – co gorsza – ulubione drużyny quidditcha.
To wszystko nie sprzyjało szybkiemu zaprzyjaźnieniu się dwóch łagodnych Puchonów.

Advertisements
19. Tym razem poważnie?

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s