15. epilog

Fred siedział w jednym z tych idiotycznie miękkich, beżowych foteli, które w którymś momencie życia odziedziczył po babce czy ciotce, i krzywił się, ilekroć Verner – zajmujący drugi z foteli, w którym, mimo miękkości i dwóch poduszek, nie mógł usiedzieć spokojnie – dolewał mu whiskey do szklaneczki. Wiedział, że niedługo zacznie świtać, a Verner nie wyglądał na kogoś, kto zaraz uśnie i da spać innym. Może byłoby inaczej, gdyby Verner mniej mówił, a więcej pił. Nic z tego, po raz pierwszy uznał, że wyrzuci z siebie wszystko, co go boli. I że, oczywiście, zrobi to w zasięgu uszu Freda.
Nie chodziło nawet o to, że Fred nie chciał słuchać. Mógł słuchać, nie przeszkadzało mu to, choć nie był pewien, w którym momencie powinien przestać być cierpliwym słuchaczem i kazać się Vernerowi ogarnąć. Nie przypominał sobie, by kiedykolwiek wcześniej przeprowadzał tego rodzaju rozmowy z kimkolwiek. Cofał się w myślach jeszcze do Hogwartu, ale nie, nawet wtedy – nawet kiedy byli młodzi i głupi, kiedy wypatrywali przez okna pokoju wspólnego trytonów i kałamarnicy, kiedy szeptali w dormitoriach o Tym, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać, szczelnie przykryci zielonymi kołdrami, które miały za zadanie ochronić ich przed rzeczywistością, kiedy zderzali swoje poglądy z poglądami Vernera, nowego nabytku ich paczki – nawet wtedy nie przypominał sobie takich dyskusji. Wszystko było proste, tak zabawnie proste. Kiedy kończyli Hogwart, czuli się wolni – znikło gdzieś piętno Ślizgona, piętno przyszłego śmierciożercy, z którym żyli przez kilka pierwszych lat w zamku. Czuli, że mają przed sobą tyle perspektyw, tyle szans, by stać się kimś wspaniałym, by realizować marzenia. Fred nie chciał zastanawiać się, jakie perspektywy naprawdę mieli w kraju, który podnosił się przecież po długoletniej wojnie i nadal był wstrząsany sensacyjnymi informacjami o procesach i zatrzymaniach, choć minęło tyle czasu, Merlinie, ileż to czasu minęło… A oni mieli się w tym wszystkich odnaleźć, w tym świecie wygranych szans, wolnych stanowisk i pewnej podejrzliwości, o której nikt nie mówił, ale którą się czuło w rzucanych ukradkiem spojrzeniach, w szeptach osób, które wiedziały, z którego wyszło się domu.
Być może dlatego Fred nie próbował. O ileż łatwiej było po prostu zająć czyjeś miejsce. Nokturn był w tamtym czasie zupełnie inny niż teraz, kiedy Ten, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać powrócił. Wtedy jeszcze wizyta na Nokturnie przyciągała wzrok innych; skoro ktoś idzie na Nokturn, to mógł być śmierciożercą – czy ministerstwo na pewno mu się przyjrzało dostatecznie blisko? Dzieciaki prosto po Hogwarcie miały pewną taryfę ulgową. Na dzieciaki patrzono mniej podejrzliwie. Dzieciaki były zagubione, ale przecież wiedziały, co działo się na Nokturnie pięć czy dziesięć lat temu, nie mogły tam szukać pracy.
Fred szukał i znalazł. I wciągnął w nią Vernera, który już dawno odrzucił gryfońskie wartości, o ile kiedykolwiek je miał. Nie, miał je, Fred dobrze pamiętał swoje pierwsze spotkania z Vernerem. Byli tak różni, że czasami miał ochotę zatrzymać się i zastanowić, jak to się stało, że zabrnęli aż tutaj. Dlaczego w którymś momencie zmienili się tak bardzo, by się zakumplować, by wspólnie iść na Nokturn i wspólnie szukać tam pracy. Gdyby faktycznie się zatrzymał, mógłby wskazać moment, w którym wszystko się zmieniło. Mógłby nawet domyślić się, co zmieniło się w życiu Vernera, co złamało w nim gryfońskiego ducha, choć ten nigdy nic na ten temat nie mówił. Problem w tym, że Fred, który sam już niewiele miał wspólnego ze Slytherinem, a o wiele więcej z mugolami, którzy dzień w dzień chodzili po tych samych ulicach, po których on chodził, kupowali w tych samych sklepach i mieli te same problemy, nie zatrzymywał się. Kiedy wsiąka się w świat mugoli, wspomnienie Hogwartu zaciera się i człowiek ma wrażenie, że to cudze życie, że to nie mogło przytrafić się jemu. Dlatego też Fred nie myślał o tym, jak wyglądała ich wspólna droga na Nokturn, wolał też nie myśleć o tym, jak wyglądała jego własna droga z Nokturnu do świata mugoli, choć podejrzewał, że te wspomnienia będą się gdzieś czaić, czekać nad odpowiedni moment, by zaatakować z całą mocą. Powrót Vernera do jego życia i tak przywoływał za dużo wspomnień, ale Fred nie należał do ludzi, którzy zostawiają przyjaciół w potrzebie. W końcu miał ich tak niewielu.
– Nie słuchasz mnie, Freddie – mruknął Verner.
– Myślałem o Hogwarcie – odpowiedział Fred, zdając sobie sprawę, że powinien złapać byka za rogi. Nawet jeśli będzie musiał się zmierzyć z własnymi wspomnieniami, to było to lepszą alternatywą niż słuchanie nieskładnych opowieści Vernera o wszystkim i o niczym. – Pamiętasz, jaki był wspaniały. Kiedy szedłeś po raz pierwszy przez błonia, myślałeś, że masz przed sobą najpiękniejszy widok na świecie, co?
Verner zrobił minę, jakby zmiana tematu była koszmarną obrazą i Fred powinien się za siebie wstydzić. Potem jednak zamyślił się na chwilę, by w końcu odpowiedzieć:
– Możliwe, ale miałem wtedy jedenaście lat. To samo mogłem myśleć o najnowszej miotle wyścigowej albo jakiejś wyjątkowo ładnej dziewczynie.
– Nie, to było coś innego – zaprzeczył Fred, który poczuł się pewniej, gdy nie musiał słuchać o problemach Vernera z właścicielem wynajmowanego mieszkania czy o bulwersujących, zdaniem Vernera, podwyżkach cen alkoholu. – To było piękno nieosiągalne, którego nie można dotknąć, na które można tylko patrzeć, bo nie ogarnie się go żadnym innym zmysłem. Miotły i dziewczyny to całkiem inna sprawa.
– Podobno nie znasz się na pięknie – fuknął Verner, puszczając mimo uszu fragment o dziewczynach, choć Fred obawiał się, że może on sprowokować kolejny słowotok.
– Nie znam się, przypominam ci tylko twoje własne słowa, jak zawsze – powiedział spokojnie, biorąc do ręki szklaneczkę.
– W takim razie możesz przestać, bo je cofam.
– Przecież Hogwart jest… – zaczął tonem, który zwykle rezerwował dla osób, które bardzo, bardzo powoli kojarzyły fakty i nie były w stanie poczynić nawet najprostszych obserwacji.
– Tak, Hogwart jest. Był, jest i pewnie jeszcze długo będzie. – Verner wykrzywił usta i jednym haustem opróżnił swoją szklaneczkę. – Zawsze tak samo piękny, tak samo nieprzemijający. Chwyci za serce każdego, kto na niego spojrzy i kto będzie w nim mieszkał. Ale to już nieważne.
Fred westchnął. Wiedział, że zaraz zejdą na temat Lettie. Nie winił o to Vernera – w końcu pogrzeb dziewczynki odbył się raptem tego ranka. Verner zjawił się tam, choć, jak mówił, Holly tego nie chciała. Wtedy jeszcze, na samym początku tego nieskładnego bełkotu, który Verner zaczął z siebie wyrzucać od progu, nie rozumiał dlaczego. Niewiele rozumiał. Choć niewątpliwie był zamieszany w całą tę sprawę, nie wiedział, na ile Verner się zaangażował. Nie wiedział, co wydarzyło się między nim i Holly. Nie był też pewien, dlaczego Verner nie był właśnie u Ruth. Przez kilka kolejnych godzin składał poszczególne elementy, ale Verner w swoich wypowiedział krążył wokół najbardziej newralgicznych tematów, nie mając odwagi stawić im czoła. Gdyby teraz rozmowa znów się ku nim zwróciła, Fred pewnie usłyszałby to, o czym już wiedział. Postanowił za wszelką cenę pozostać przy lżejszych tematach:
– No patrz, takie to poetyckie było i się zepsuło.
– Nie, zepsuło się już wcześniej, kiedy Hogwart przestał być piękny – odpowiedział Verner, wbijając wzrok w jakiś punkt na suficie. Fred miał nadzieję, że nie był to pająk. Ostatnio znalazł dwa przy karniszu i wolał nie myśleć o tym, jaki wydał z siebie dźwięk, kiedy je zobaczył.
– Przecież jest nieprzemijający i tak samo piękny – przypomniał.
– Obiektywnie tak. – Verner ponownie westchnął. To był wieczór pełen ponurych, ciężkich westchnień. – Dobrze, zatem to nie Hogwart się zepsuł, ale ja.
– Śrubki powypadały, szwy się przetarły? – zapytał ironicznie Fred. Wszystko, o czym nie chciał myśleć, znajdowało się coraz bliżej. Ciężko było powstrzymać się przed ironią.
– Coś w tym rodzaju – burknął Verner, najwyraźniej po raz kolejny próbując uniknąć odpowiedzi na niewygodne pytania.
– I dlatego przestał ci się podobać Hogwart? – drążył Fred z determinacją wartą lepszej sprawy.
– Och, nie, nie przestał. Nigdy nie przestał. Po prostu spadł na drugie miejsce – stwierdził Verner, całkiem przytomnie jak na kogoś, kto sam wypił już sporo ponad butelkę Ognistej.
– Drugie miejsce? O czym ty bredzisz?
– Nie mów, że nie tworzysz własnych rankingów piękna. Każdy je tworzy. Nie każdy się musi przyznawać albo sobie to uświadamiać, ale tworzy każdy.
– Bredzisz – orzekł Fred, ale potem uśmiechnął się pod nosem. – Ale w porządku, bawmy się dalej. Czemu Hogwart spadł na drugie miejsce?
– Bo się nie zmienia. Wszystko inne przemija, więdnie lub umyka, a on trwa. To nudne, nie sądzisz? – zapytał Verner tonem wymuszonej nonszalancji, za którą kryła się pustka, którą próbował od paru godzin oswoić.
– Nie, sądzę, że ta rozmowa przestała mieć sens jakąś butelkę temu.
Verner zerknął na dwie puste butelki i trzecią pełną tylko w połowie, jakby ich wcześniej nie zauważył, a w głowie Freda zaświtało, że być może niepotrzebnie się w ogóle odzywał. Że gdyby pozwolił Vernerowi mówić, to wszystko skończyłoby się szybciej. Że gdyby nie zadawał pytań, to Verner opowiadałby z większą pewnością, nie omijałby tego, co naprawdę go bolało, bo w którymś momencie obecność Freda stałaby się dla niego równie nieinwazyjna jak obecność stołu czy sofy. Że gdyby przestał sięgać do wyczerpujących się już pokładów empatii i najzwyczajniej w świecie sprowokował Vernera do opowieści, to wszystko mogłoby się skończyć. I mógłby iść spać. Brzmiało to źle nawet w jego własnej głowie – w końcu jaki przyjaciel przedkłada własny sen nad pomoc komuś, kto siedzi w fotelu z pustą szklanką i wygląda jak siedem nieszczęść? Ale gdyby Verner wyrzucił z siebie wszystko – wszystko, a nie tylko te strzępki, które wciąż mielił w ustach i przerywał opowieściami o sąsiadach czy żonie Notta, którą spotkał raz w życiu – im obu by ulżyło, a czy nie o ulgę w tym wszystkim chodziło?
Fred zerknął w miejsce, w którym mógł potencjalnie czaić się pająk. Niczego tam nie zobaczył. Nie był pewien, jak powinien zaczął rozmowę, jak sprowokować Vernera do mówienia, a nie do ucieczki. Swoje własne traumy trzymał głęboko ukryte pod stopniowo przyrastającymi warstwami wspomnień jednakowych, nudnych dni. No i – jak uświadamiał sobie z pewnym upiornym rodzajem zazdrości, która nie była typową zazdrością, a bardziej skrzywionym poczuciem niepełnego życia – jego traumy w żaden sposób nie mogły równać się z tym, co Verner właśnie przeżywał. Może dlatego nie był w stanie mu pomóc? Może ludziom z takimi traumami nikt nie jest w stanie pomóc, muszą po prostu pomóc sobie sami? Fred silnie chciał w to wierzyć.
Verner tymczasem nadal milczał i wyglądał, jakby zastanawiał się nad tym, co jeszcze powiedzieć. Może tym razem z jego ust padłoby coś bardziej znaczącego niż utyskiwanie na szparagi, które za młodu musiał jeść w czasie niedzielnego obiadu? Może dojrzał do tego, by coś powiedzieć, a Fred nie musiałby go prowokować?
W końcu jednak Verner energicznie sięgnął po butelkę whiskey i strącił ją ze stołu.
– Szlag by to, zbiła się! – krzyknął, jakby podejrzewał, że Fredowi mógł umknąć ten szczegół.
– I masz swoje piękno. Pięknie zalany dywan – warknął Fred, sprawdzając, czy ma w kieszeni różdżkę.
Nie miał.
– Zamknij się i to napraw – odszczeknął Verner, rozglądając się za inną butelką.
– Nie widzisz w tym sztuki? Nie powiesz nic na temat kompozycji, światła ani tych innych bzdur? – zapytał Fred, nie całkiem świadomie realizując swój plan rozjuszenia Vernera celem skłonienia go do opowieści.
– W rozbitej butelce whiskey nie ma nic pięknego – mruknął Verner, który najwyraźniej zdał sobie sprawę, że była to ostatnia butelka. Energia gdzieś z niego uleciała i z powrotem usiadł w fotelu, który nagle stał się jakby wygodniejsze i bezpieczniejszy, jeśli sposób, w jaki Verner poprawiał poduszki, mógł o tym świadczyć.
Fred westchnął. Spojrzał uważnie na Vernera, który w niesprzyjającym świetle wstającego powoli dnia wyglądał nad wyraz niekorzystnie. Miał cienie pod oczami, a jego twarz wydawała się inna niż wtedy, kiedy Fred widział go ostatni raz. Wiedział, że to tylko złudzenie, w końcu widzieli się raptem parę dni temu, a Verner nie mógł się w tym czasie zmienić w tak widoczny sposób, ale w jego twarzy było coś, co mówiło o jego cierpieniu i co, być może, czyniło go starszym, by nie powiedzieć dojrzalszym, niż wydawał się w zeszłym tygodniu. Coś w utkwionych we Fredzie oczach Vernera mówiło, że Verner cierpiał, i czyniło go to o wiele bardziej ludzkim od Freda.
– Naprawdę? W czym zatem jest? Podobno to, co przemija, nie jest nudne. Ot, masz przykład – powiedział Fred, starając się odwrócić uwagę ich obu od tego, co mogli zobaczyć w swoich twarzach.
– To tylko butelka. Istnieją tysiące, nie, miliony identycznych – mruknął Verner, skupiając wzrok na poduszce.
– Ale żadna nie zbije się w dokładnie ten sam sposób. – Fred uniósł lekko brew. Nigdy nie opanował tej trudniej sztuki, ale czuł, że był to najlepszy wyraz twarzy, jaki mógł właśnie przybrać.
– To bez znaczenia. Zbite butelki nie są sztuką, nie ma w nich piękna, nie ma w nich też whiskey, a przydałaby mi się przez to twoje gadanie. – Verner spojrzał z nadzieją na barek.
– Ja tylko wskazuję luki w twojej teorii – zauważył Fred
– Tu nie ma żadnej teorii, tu jest kupka szkła na podłodze… Szlag, trzeba to posprzątać.
Spojrzenie Vernera przeniosło się z barku na Freda i stało się jakby wyczekujące. Żaden z nich się jednak nie ruszył.
– Tak, tak, to już wiemy – powiedział Fred, ignorując spojrzenie przyjaciela. Widział już rodzącą się w nim złość, wiedział, że jest na dobrej drodze. – Ale przecież to przemija, nie o to ci chodziło?
– Masz różdżkę? – warknął.
– Przemijające i jednostkowe, mówisz? – powtórzył Fred, wychylając się nieco w fotelu. Skracał dystans, by ograniczyć Vernerowi możliwość ucieczki wzrokiem.
– W porządku, poszukam swojej – oświadczył Verner, ale nawet się nie ruszył z miejsca. Patrzył gdzieś ponad lewym uchem Freda.
– Może po prostu butelki są za mało ludzkie, co? – ciągnął Fred, czując, że jest coraz bliżej celu, że być może kiedy cała Vernerowa opowieść już wybrzmi, obaj staną się równie ludzcy, a Verner utraci to nowo nabyte prawo do wyglądania starzej i mądrzej. – Może piękno, o które ci chodzi, musi mieć ręce i nogi, musi tańczyć i śpiewać, podskakiwać i… Ej, co jest? – urwał, bo zobaczył coś, czego się nie spodziewał.
Verner, ten silny, porywczy, głupi Verner miał łzy w oczach. Fred poczuł się nieswojo, jeszcze nigdy nie doprowadził nikogo do łez; ba, przez myśl mu nawet nie przeszło, że mógłby przykręcić śrubę zbyt mocno, uderzyć tam, gdzie boli za bardzo. Nie potrafił radzić sobie z cudzym bólem; nie potrafił radzić sobie nawet z własnym, dlaczego więc Verner w ogóle przyszedł do jego mieszkania ze swoim cierpieniem, z tymi oczami człowieka doświadczonego przez życie i z tą głupią gębą, która nie chciała się przez cały wieczór zamknąć? I w którym momencie ten ukuty na poczekaniu plan poszedł nie tak?
– Masz tę różdżkę czy nie? – zapytał Verner, wcześniej odchrząknąwszy lekko.
– Ty płaczesz? – zdziwił się Fred całkowicie neutralnym tonem, zaraz jednak decydując, że nie mógł teraz rezygnować, że zmiana podejścia do Vernera tylko dlatego, że ten mógł, ale nie musiał zacząć płakać, byłaby jeszcze gorsza. Lepiej wrócić do znajomego tonu. – Zgaduję, że nie za rozbitą whiskey, nawet jeśli to byłoby zabawne jak te wszystkie programy telewizyjne, w których zmuszają ludzi, żeby robili coś głupiego za pieniądze. Chodzi ci o te ręce, nogi i całą resztę?
Verner milczał.
Fred pozwolił mu na to. Podszedł do wiszącego w przedpokoju płaszcza i wyjął z wewnętrznej kieszeni różdżkę. Uprzątnął zbite szkło i wywabił plamę z dywanu, dziękując w myślach Merlinowi, że zaklęcie zadziałało. Naprawdę lubił swój dywan. Posłał Vernerowi niepewne spojrzenie, ale ten nie wyglądał, jakby chciał mówić. Dalej wpatrywał się w ścianę. Nie płakał, ale na jego twarzy malowało się coś, co pozwoliło Fredowi wierzyć, że Verner dojrzewał do decyzji o podjęciu opowieści. Po prostu potrzebował jeszcze trochę czasu. I, być może, zdecydowanego popchnięcia, gdyby jednak potrzebował zbyt wiele czasu.
Póki co jednak Fred wyciągnął z barku jeszcze jedną butelkę whiskey, choć czuł, że nie powinien, że to był moment na gorzką herbatę. Kto jednak słyszał o tym, by opowiadać o życiu przy herbacie? By wywlekać wszystkie brudy własnej duszy, wszystkie traumy, niepewności i błędy nad filiżanką herbaty? Obaj potrzebowali whiskey – Verner, by móc mówić, a Fred, by być dalej jego przyjacielem, nawet jeśli nie rozumiał wszystkich Vernerowych wyborów, nawet jeśli nie zgadzał się z nimi, nawet jeśli wolałby uciec od wspomnień, które opowieść Vernera na pewno przywoła.
Kiedy Fred znowu usiadł w fotelu, spojrzenie Vernera odlepiło się od ściany i, zlustrowawszy cieasteczka i butelkę, zatrzymało się na twarzy przyjaciela. Zauważył, że w oczach Vernera nie było już łez; teraz kryła się w nich jakaś ponura determinacja, która spychała na dalszy plan ból i pustkę.
– Nawet jeśli, co ci do tego? – zapytał Verner dawnym, wyzywającym tonem.
Fred musiał cofnąć się pamięcią do poprzedniej części rozmowy. Przez jego głowę przebiegło tyle myśli, że ledwo uchwycił swój wcześniejszy tok rozumowania.
– Nic. Absolutnie nic – powiedział w końcu. – Ale może tobie przydałby się ktoś, kto by wysłuchał tego wszystkiego od początku do końca. No dalej, wiem, że chcesz to opowiedzieć. Chcesz, żeby było piękne.
Verner kiwnął głową i zaczął mówić.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s