14. zanik piękna

Uśmiech Greengrassa wskazywał na to, że jego właściciel dawno już przekroczył cienką granicę między normalnością a szaleństwem. Verner patrzył na niego i zastanawiał się, czy Greengrass jest w stanie uśmiechać się jeszcze szerzej. Przypominał sobie, że Holly kiedyś kazała mu oglądać jakiś film, w którym ktoś uśmiechał się tak szeroko – jeszcze szerzej niż Greengrass teraz – że… a zresztą, to musiał być jeden z tych horrorów, które oglądali tylko po to, żeby Holly się do niego przytulała. Wątpił, żeby Greengrass miał coś wspólnego z potworem z mugolskiego horroru. Wątpił też, że nawet gdyby okazało się, że się mylił, to zareagowałby stosownie szybko. Od paru dni funkcjonował na zwolnionych obrotach, jakby wolniejsze działanie miało pomóc mu zakryć pustkę, o której istnieniu wcześniej nie wiedział lub nie zdawał sobie z niego sprawy. Nie chciał też myśleć o Holly.
– Nie mam pojęcia, o czym mówisz, Vernerze – powiedział w końcu Greengrass. – Nasza umowa była prosta. Dostarczyłem ci uzdrowiciela.
Verner posłał mu nienawistne spojrzenie; nawet nie dlatego, że go w tym konkretnym momencie nienawidził – nie był bowiem pewien, czy ma wystarczająco dużo energii – ale wydawało się to stosowną reakcją.
– Dostarczyłeś mi partacza – odpowiedział.
– Dostarczyłem uzdrowiciela najlepszego do tego przypadku.
– Tego? – Verner zmarszczył brwi. Czuł, że z każdym krokiem brnie dalej w pułapkę, którą zastawił na niego Greengrass, ale nie miał wątpliwości, że zabrnął już tak daleko, że nie mógł odwrócić się na pięcie i wyjść z gabinetu Greengrassa, uwolnić się od niego i znaleźć inne zajęcie. To by wymagało energii i namysłu. Siedzenie tutaj było łatwiejsze.
Greengrass wzruszył ramionami, a jego uśmiech ani przez chwilę nie był bardziej przyjazny.
– Oszczędziłem ci problemów w przyszłości. Miałeś dziecko z mugolką. Wiesz, co pewne środowiska o tym myślą?
Verner patrzył na niego z niedowierzaniem. Jasne, nie ufał Greengrassowi, ale mieli prostą umowę. Banalną wręcz. Greengrass miał po prostu dostarczyć uzdrowiciela. Jak można coś tak prostego wykręcić i przekształcić w polityczną grę?
– Ale miałeś dostarczyć uzdrowiciela – powiedział w końcu.
– Hobbes jest uzdrowicielem. – Greengrass wyglądał już na poirytowanego. Może dlatego, że od dobrych paru minut krążyli wokół tego samego tematu.
– Kazałeś mu… kazałeś mu to zrobić? – zapytał Verner, który nie do końca nadążał za tokiem rozmowy.
– Och, nie. – Uśmiech Greengrassa minimalnie się zmniejszył, by potem znów przybrać rozmiary, których nie powstydziłby się żaden maniak. – Po prostu jest kiepski w tym, co robi.
– Ty skurwysynu, jak… – zaczął Verner, zrywając się na równe nogi, jakby krzesło go oparzyło.
Greengrass skinął na niego różdżką i Verner kontynuował swoje wyrzuty bezgłośnie. Kiedy przestał poruszać ustami – albo dlatego, że wyczerpał temat, albo dlatego, że zdał sobie sprawę, że Greengrass i tak go nie słyszy – Rasmus przemówił:
– Chyba nie rozumiesz swojej sytuacji. Uważasz się za profesjonalistę, za kogoś niezastąpionego, kiedy tak nie jest. Uważasz, że świat jest ci coś winien. Masz o sobie takie mniemanie, że przestajesz być czujny. Dziecko sprawiało, że straciłeś koncentrację na tym, co naprawdę ważne. Usunięcie go miało ci pomóc. Oczywiście miało też pomóc mnie; na co mi chłoptaś na posyłki, który jest silnie związany ze światem mugolskim. Jeszcze trochę, a przestałbyś poświęcać mi czas. Vernerze, w twoim fachu nie można sobie na to pozwolić, powinieneś to wiedzieć po tylu latach. Wyświadczyłem przysługę nam obu, kiedyś to zrozumiesz.
Verner kopnął w krzesło, na którym wcześniej siedział. Mebel zatrzymał się dopiero pod ścianą, ale nie wyglądał, jakby to kopnięcie mu szczególnie zaszkodziło. Greengrass nawet nie spojrzał na krzesło. Utkwił wzrok w Vernerze. I już się nie uśmiechał.
– Mam nadzieję, że się porozumieliśmy i nie będziesz więcej poruszał tego tematu – powiedział, zdejmując zaklęcie z Vernera.
– Jesteś największym skurwielem, jakiego widziałem – warknął Verner.
Greengrass nie odpowiedział, machnął tylko ręką w kierunku drzwi, a jego twarz przybrała możliwie uprzejmy wyraz. Było jasne, że nie mają już o czym rozmawiać, więc Verner wyszedł. Nie był pewien, co mógłby zrobić, gdyby został. Podejrzewał, że gdyby spróbował zaatakować Greengrassa, ten zareagowałby na tyle sprawnie, że Verner w sekundę pożałowałby swojej decyzji.
Nie chciał wracać do mieszkania, w którym nie czekało na niego nic poza pustymi butelkami. Nie sądził też, że Fred będzie zadowolony, jeśli Verner pokaże się u niego tak szybko po ostatniej wizycie, która okazała się katastrofą. Verner nie był pewien, jak doszło do tego, że zbił wazon po prababci Freda, ale podejrzewał, że – wbrew temu, co mówił Fred – musiał to być wypadek. W końcu nie należał do ludzi, którzy chodzą i tłuką cudze pamiątki rodowe. Kradzież pamiątek rodowych to całkiem inna sprawa, ale ten wazon był szkaradny, nikt nie dałby Vernerowi na niego zlecenia. Nie zmieniało to jednak faktu, że Fred był zły.
A może powinien iść do Holly? Nie rozmawiał z nią od tamtej nocy w szpitalu, ale na pewno było coś, co powinni omówić. Chociażby pogrzeb. Chyba że już się odbył. Verner nie był pewien, jak szybko mugole radzili sobie z chowaniem zmarłych. Nie chciał uczestniczyć w pogrzebie, ale czuł, że powinien. Może taka forma pożegnania z osobą, z którą przez krótki czas wiązał tak dużo planów, będzie wystarczająca do wypełnienia pustki, którą przez parę ostatnich dni próbował wypełnić whisky? Nie był pewien, skąd w ogóle wzięła się w nim ta pustka. W końcu wiedział o istnieniu Lettie zbyt krótko, by się do niej naprawdę przywiązać. To wszystko musiało być po prostu mieszanką szoku i poczucia winy. Musiał się pozbyć tych uczuć jak najszybciej i podejrzewał, że kontakt z Holly nie pomoże o nich zapomnieć, ale może… może pomoże mu w inny sposób? Przez ostatnich kilka dni często o niej myślał i zastanawiał się, jak wyglądałoby ich życie, gdyby wychowywali Lettie razem. Pewnie prędzej czy później i tak musieliby się rozstać – nie był na tyle głupi, by wierzyć w szczęśliwe zakończenia i miłość do grobowej deski – w końcu było między nimi zbyt wiele różnic, których nie sposób ignorować w nieskończoność. Ale może… może skoro nie byli razem, kiedy to się stało, skoro nie połączyło ich wychowywanie Lettie, to może teraz, kiedy oboje są w żałobie, mogliby wrócić do tego, co było między nimi parę lat temu? Oczywiście zdawał sobie sprawę, że Holly była teraz z tym mugolem, ale przecież to nie oznaczało, że nie mógł próbować. Zresztą nie zamierzał zwalać jej z nóg swoim urokiem osobistym (miał wrażenie, że nie poszłaby na to); chciał spróbować innego podejścia. Chciał, żeby zaczęła go potrzebować. I to bardziej niż tego mugola. W końcu o to chodziło, tak? Jeśli Holly była osobą, dzięki której mógłby stać się lepszy – albo przynajmniej szczęśliwszy – to teoretycznie on powinien być taką osobą dla Holly. Pewnie dlatego wcześniej im nie wyszło, Holly go nie potrzebowała, nie tak naprawdę. Ale teraz…
Verner pokręcił głową. Jakaś część jego mózgu była świadoma, że to dość cyniczne podejście, próbować wykorzystać śmierć dziecka, by zbliżyć się do jego matki; zwykle część ta była jednak skutecznie uśpiona, ale teraz, kiedy był trzeźwy, próbowała go przekonać, że to wcale nie jest dobry plan. Inna część jego mózgu wiedziała, że jeśli teraz nie uda mu się z Holly, to nie uda mu się z nią nigdy. A skoro z jego życia zniknęła Lettie, to potrzebował czegoś innego. Potrzebował czegoś, dla czego – dla kogo – będzie chciał być dobrym człowiekiem. Dla kogo mógłby utrzymywać pozory i nie dać się stłamsić Greengrassowi i wszystkiemu, co się z pracą dla niego wiązało. Wcześniej, kiedy pracował dla Borgina i Burke’a, wydawało mu się, że utrzymywał pewną niezależność i miał zamiar dryfować przez życie z myślą, że sam o sobie decydował. Teraz potrzebował kotwicy, a Greengrass mu ją odciął. Czy odciąłby i drugą? Czy gdyby faktycznie był z Holly, to groziłoby jej niebezpieczeństwo? Oczywiście Verner domyślał się, o czym Greengrass mówił. Czarny Pan powrócił, podobno jeszcze silniejszy i straszniejszy niż wcześniej. I jeszcze bardziej zdecydowany położyć kres mieszaniu się krwi magicznej i mugolskiej. Verner był zbyt widoczny – a także, być może, miał o sobie zbyt wysokie mniemanie – by wierzyć, że żaden ze śmierciożerców nie zainteresuje się jego życiem prywatnym.
Mimo to nadal chciał Holly.
Nie wybił sobie tego z głowy ani w czasie podróży autobusem, ani w czasie krótkiego spaceru, ani nawet kiedy już stanął pod drzwiami jej domu. Nadal jej chciał.
Zapukał.
Przez dłuższy czas nikt nie otwierał, ale w końcu ktoś podszedł, hałaśliwie wydmuchał nos, a potem otworzył drzwi. Ku zadowoleniu Vernera okazało się, że to Holly, która trzymała na biodrze wyrywające się młodsze dziecko. Jedyne dziecko, poprawił się w myślach Verner i poczuł, że pustka zaczęła się rozszerzać.
– Jeśli chciałeś zapytać o pogrzeb… – zaczęła Holly, która najwyraźniej nie podzielała Vernerowego zadowolenia i chciała się go jak najszybciej pozbyć.
– Możemy porozmawiać? – zapytał szybko. – Jak cywilizowani ludzie?
Holly uniosła lekko brwi. Verner był z siebie całkiem zadowolony. Wymyślił ten tekst jeszcze w autobusie i był prawie pewien, że Holly nie zatrzaśnie mu drzwi przed nosem, jeśli będzie wiedziała, że chce tylko porozmawiać. I to o Lettie. Między innymi.
– No dobrze, wejdź – westchnęła. – Ale nie mam wiele czasu…
Zaprowadziła go do salonu, cały czas trzymając przy sobie dziecko, choć wyraźniej było jej ciężko. Verner nie skomentował. Zgadywał, że miało jej to w jakiś sposób pomóc poradzić sobie z utratą Lettie. W końcu jednak Holly postawiła dziecko na dywanie i dziewczynka z zadowoleniem zaczęła ustawiać klocki. Verner stracił zainteresowanie nią i przeniósł wzrok na Holly, która patrzyła na niego wyczekująco.
– Jak się trzymasz? – zapytał. Nie był pewien, jak bardzo powinien zagłębiać się w temat jej uczuć, ale jednocześnie zdawał sobie sprawę, że nie może go całkiem pominąć.
Holly westchnęła i utkwiła wzrok w kolekcji zdjęć, które stały na regale. Większość z nich przedstawiała Lettie.
– Funkcjonuję. Susie mnie potrzebuje i tylko to sprawia, że mam siłę wstać z łóżka – powiedziała cicho. – Nie chcę, żeby myślała, że ją opuściłam, ale mam w sobie taką… pustkę. Nie chcę, żeby Susie mnie widziała w takim stanie. Oczywiście wie, co się stało, ale jest jeszcze mała, nie rozumie wszystkiego. A mi czasami brakuje siły, żeby… żeby być dla niej taką matką, jaką powinnam być.
Spojrzała na niego przelotnie, a potem się rozpłakała. Szybko jednak otarła oczy, ale nie odłożyła chusteczki, jakby spodziewała się, że będzie jej jeszcze potrzebna. Verner nie był pewien, co odpowiedzieć. Jego pustka musiała być inna niż tak, którą czuła Holly, ale nie bardzo wiedział, jak o niej mówić.
– Kiedy pogrzeb? – zapytał.
– Jutro. Chciałam cię poinformować, ale nie zostawiłeś żadnego adresu ani telefonu. Czekaj, zaraz zapiszę ci wszystkie informacje – powiedziała i zaczęła szukać kartki i długopisu.
Może powiedziała to, by poczuł się lepiej, może naprawdę chciała go poinformować. Verner nie był pewien, ale domyślał się, że jeśli jej stosunek do niego uległ zmianie, to mogło się tak stać tylko i wyłącznie z powodu tego, co działo się w szpitalu.
– Nie pomyślałem – mruknął. – Wtedy w szpitalu… nie miałem głowy do adresów.
Holly zapisywała akurat adres, więc nie wiedziała, jak uważnie jej się przyglądał.
– Żadne z nas nie miało – odpowiedziała szybko i podała mu kartkę. – Proszę.
Verner pokiwał głową i schował kartkę do kieszeni. Teraz chciał się skupić na rozmowie, nie na adresie, pod którym jutro będzie mógł pożegnać się z Lettie. Albo z tym, co z Lettie zostało. Nadal nie był pewien, jak o tym myśleć.
Przez chwilę milczeli, aż w końcu Holly wypaliła:
– Dziękuję, że byłeś wtedy w szpitalu. Nie wiem, dlaczego było to dla ciebie ważne, ale dziękuję. Przynajmniej ktoś był z nią w pokoju, kiedy… kiedy… – Przerwała, żeby otrzeć łzy. Przełknęła głośno ślinę, najwyraźniej zbierając siły, żeby kontynuować, ale Verner jej przerwał.
– Miałem nadzieję, że jej się poprawi. Chciałem się upewnić, że wyzdrowieje – powiedział.
Holly patrzyła na niego przez chwilę, jakby nie była pewna, co powinna odpowiedzieć, po czym przeniosła wzrok na stolik.
– Och, zupełnie zapomniałam. Napijesz się herbaty?
Verner poczuł, że atmosfera się zmieniła. W powietrzu wisiało coś niewypowiedzianego, a herbata miała odwrócić jego uwagę od tego czegoś. Jednak zanim zdążył odmówić, Holly wstała i poszła do kuchni, zapewniając go, że za chwilę wróci.
Przez chwilę siedział w fotelu i patrzył na dziecko – Susie – które nadal bawiło się klockami. Nie było najlepszym budowniczym, jakiego widział – stawiało wieże z kilku klocków, po czym je przewracało i na przewróconych klockach stawiało kolejne, by je też przewrócić. Verner nie widział w tym szczególnej logiki, ale domyślał się, że ciężko spodziewać się logiki po kimś, kto ma niespełna trzy lata.
Spojrzał w stronę kuchni. Holly nadal nie wracała. Może powinien sprawdzić, czy wszystko z nią w porządku?
Wstał i niepewnie ruszył w stronę pomieszczenia, w którym zniknęła Holly. Zastał ją patrzącą na obrazki przyczepione magnesami do lodówki. Część z nich przedstawiała różnokolorowe bazgroły, które niczego nie przypominały, ale część wyglądała lepiej. Domyślał się, że to rysunki Lettie. Nie wiedział jednak, co powinien powiedzieć lub zrobić. Holly go jednak wyręczyła.
– Tak mi jej brakuje – wysiąkała, po raz kolejny ocierając łzy. – Cały czas myślę, że może mogłam coś jeszcze zrobić, jakoś jej pomóc…
– Czasami nic nie można zrobić – powiedział, ale dobrze wiedział, jak głucho brzmiał jego głos. Gdyby tylko dorwał Hobbesa, to zabiłby go z zimną krwią.
– Wiem, ale to takie niesprawiedliwe. Po prostu… niesprawiedliwe – urwała, żeby wyczyścić nos.
Wyglądała koszmarnie, ze spuchniętymi oczami, zalana łzami i z czerwonym nosem, ale Vernerowi to nie przeszkadzało. Przytulił ją do siebie w nadziei, że w ten sposób przekaże jej, że on też cierpi. Podejrzewał, że gdyby powiedział o pustce, to Holly by go wysłuchała i nie kwestionowała jego uczuć czy pobudek, ale nie wiedział, jak ubrać w słowa to, co czuł.
Holly przez chwilę milczała, ale gwizd czajnika z gotującą się wodą wyrwał ją ze stanu, w którym się znajdowała. Odtrąciła ręce Vernera i nalała wody do szklanki.
– O czym chciałeś porozmawiać? – zapytała, wyjmując z szafki cukiernicę. Ton jej głosu był o wiele chłodniejszy niż wcześniej; prawdopodobnie żałowała, że dała się Vernerowi przytulić.
Verner nie był pewien, co powinien odpowiedzieć. Chciał porozmawiać o przeszłości. Chciał pomyśleć o przyszłości. A poza tym chciał ją pocałować. I, jeśli dobrze odczytał jej ton głosu, miał jakieś trzy minuty na realizację tego wszystkiego, bo później zostanie wyrzucony za drzwi.
Dlatego nie namyślał się długo, tylko położył dłoń na policzku Holly, głaszcząc go przez chwilę, a potem schylił się i ją pocałował. Holly nie oddała pocałunku, ale nie zrażało go to; chciał, żeby przypomniała sobie całą ich wspólną przeszłość, żeby przypomniała sobie wszystkie poprzednie pocałunki. Żeby na chwilę zapomniała o teraźniejszości.
Holly niepewnie go objęła, jakby nie była pewna, czy przycisnąć go do siebie, czy odepchnąć. Verner nie miał zamiaru ustąpić i przesunął językiem po jej dolnej wardze, zachęcając ją do pogłębienia pocałunku. Skoro jeszcze go nie odrzuciła, to były spore szanse, że tego nie zrobi, prawda?
To jednak otrzeźwiło Holly, która odepchnęła go od siebie.
– Co ty wyprawiasz?! – krzyknęła. – Wynoś się. Wynoś się i nie wracaj! Nie chcę cię już nigdy więcej widzieć!
– Ale Holly… – zaczął – pomyśl o tym, jak było nam kiedyś dobrze ze sobą.
Holly otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, ale najwyraźniej nie była w stanie wykrztusić z siebie słowa. Verner widział jednak, jak jest wściekła. Postanowił powiedzieć wszystko, co ma do powiedzenia.
– Poczekaj, wiem, wszystko wiem, ale przypomnij sobie… Może moglibyśmy zacząć od nowa. Zależy mi na tobie, Holly, powinniśmy być razem. Moglibyśmy spróbować być rodziną, może nawet mieć nowe dziecko…
Holly nie wytrzymała i go spoliczkowała. Verner nie był pewien, czy kiedykolwiek ktoś uderzył go równie mocno. Holly jednak na tym nie poprzestała; popchnęła go z taką siłą, że zrobił pół kroku w tył.
– Wynoś się! Wynoś się natychmiast! Nie wiem, co ty sobie wyobrażasz, ale jesteś podłą świnią! Wynoś się z mojego domu!
Cały czas go popychała i nie przestawała krzyczeć. Verner nie spodziewał się aż tak żywiołowej reakcji. Domyślał się, że będą krzyki. W głębi serca nie spodziewał się, że jego plan zadziała, ale nie miał innego.
– Holly, ale pomyśl tylko! Pomyśl o nas. Powinnaś być moja! – krzyknął, kiedy znalazł się już na progu i wiedział, że zaraz zatrzasną się przed nim drzwi.
– Jesteś bezczelny! Jeśli wróciłeś tu tylko po to, żeby próbować mnie uwieść, to jesteś jeszcze gorszym człowiekiem, niż kiedykolwiek myślałam. Nie przychodź jutro na pogrzeb. Nie wracaj tu nigdy więcej albo wezwę policję!
Holly zamknęła drzwi i wybuchła głośnym płaczem. Verner nie był pewien, co powinien zrobić. Może faktycznie źle to wszystko zaplanował. Może nie powinien tak otwarcie proponować jej, żeby do niego wróciła. Może powinien poczekać do pogrzebu. Teraz nie miał już co liczyć na to, że Holly kiedykolwiek do niego wróci, nie po tych wszystkich krzykach i trzaśnięciu drzwiami.
Zaklął i ruszył w kierunku przystanku. Nie miał pojęcia, co powinien ze sobą zrobić. Wiedział tylko, że niezależnie od tego, co mówiła Holly, pojawi się na pogrzebie. Lettie była dla niego ważna i ma prawo ją pożegnać.
Nie był pewien, w którym momencie uświadomił sobie, że idzie do Ruth. Dawno u niej nie był. Całe to zamieszanie z Lettie nie wprawiało go w odpowiedni nastrój. Poza tym widział teraz bardzo wyraźnie, jak bardzo Ruth nie przypominała Holly. Jasne, była atrakcyjna, ale nie było w niej tego czegoś, co sprawiało, że chciał być lepszy. Zresztą Ruth pewnie nie zależało na tym, by był lepszym człowiekiem. Ruth chciała mrocznego i niebezpiecznego faceta, tak? Może jednak pasowali do siebie. Oboje chcieli, żeby na miejscu tego drugiego znajdował się ktoś inny; obojgu też to, jak sądził, nie przeszkadzało. Ruth co prawda wspominała coś o przejściu na kolejny etap związku, ale Verner puszczał to mimo uszu. Nie wiedział, co to oznacza, ale spodziewał się, że jeśli dostatecznie długo będzie to ignorował, to Ruth da sobie spokój. Niby czemu mieliby coś zmieniać? Czy to, co między nimi było, wymagało zmian? Przecież seks był świetny. Po co go psuć przeprowadzkami czy kolacjami przy świecach?
Zapukał do drzwi Ruth nieco niepewnie. Ledwie pół godziny temu Holly wyrzuciła go ze swojego domu, miał prawo trochę obawiać się kobiet i drzwi. Nawet jeśli Ruth nigdy by czegoś takiego nie zrobiła.
– Dawno się nie widzieliśmy – powiedział, kiedy mu otworzyła.
– Dlaczego nie uprzedziłeś mnie, że przyjdziesz? – zapytała nieco poirytowanym tonem. – Zrobiłabym coś do jedzenia.
– Nie jestem głodny – zapewnił, wchodząc do mieszkania i zamykając za sobą drzwi.
– Ale mam w domu tylko jakieś resztki! Miałam iść później do sklepu, ale może pójdziemy teraz? Moglibyśmy kupić coś dobrego na kolację? – zaproponowała z uśmiechem.
Verner się skrzywił.
– Nie ma sensu, pójdziesz później – odpowiedział, po czym ją pocałował.
Ruth oddała pocałunek bez żadnych oporów. Może pod pewnymi względami jest lepsza od Holly, pomyślał Verner. Chwilę później jednak Ruth nieco się odsunęła.
– Vernerze, proszę. Muszę zrobić zakupy.
– Możesz je zrobić później – powtórzył, po czym dodał: – Za dwie godziny muszę być w innej części Londynu, nie marnujmy czasu na zakupy.
Ruth spojrzała na niego smutno.
– Nie chcesz nawet zapytać, co u mnie słychać, co robiłam przez cały ten czas, kiedy się nie widzieliśmy. Nie chcesz powiedzieć, co ty robiłeś. Chodzi tylko o seks, tak? Tylko dlatego przychodzisz?
Verner stłumił westchnienie. Czy wszystkie kobiety się na niego uwzięły?
– Ruth, to nie tak…
– Czy ty mnie w ogóle kiedykolwiek lubiłeś, Vernerze? Czy po prostu byłam wygodnym, ciepłym ciałem, które mogłeś przelecieć, kiedy miałeś na to ochotę?
– O co ci chodzi? Jeśli sobie dobrze przypominam, byłaś całkiem zadowolona z takiego układu – warknął.
Ruth pokręciła głową.
– Myślałam, że coś nas łączy. Coś więcej niż seks.
Verner zawahał się. Nie był pewien, co odpowiedzieć. Może łączyło ich coś więcej, ale nie było szans, by kiedykolwiek zostali jedną z tych par, które mieszkają razem i myślą o dzieciach. Zresztą Verner nie był pewien, czy w ogóle chce myśleć o dzieciach. Myślenie o Lettie nadal było dość bolesne. Zastanawiał się, jak musiałoby boleć, gdyby wychowywał ją od małego. Zastanawiał się, jak bardzo musiała cierpieć Holly. Zachował się wobec niej jak skończony dupek, nie powinien był nic mówić.
Ruth patrzyła na niego wyczekująco, ale Verner nie miał jej nic do powiedzenia.
– Chyba nie powinniśmy się już spotykać – powiedziała smutno Ruth. – Naprawdę cię lubię, ale mam wrażenie, że ty mnie nie. Zasługuję na kogoś, kto będzie mnie lubił.
Verner popatrzył na nią niepewnie, jakby nie wiedział, czy zaraz nie zacznie krzyczeć i popychać go w stronę drzwi. Ruth jednak patrzyła na niego ze smutkiem, ale na jej twarzy malowało się też jakieś zdecydowanie, którego Verner nie widział wcześniej albo nie pamiętał. Nie miał siły walczyć z tym zdecydowaniem, choć nie miał wątpliwości, że w końcu by wygrał. Przekonałby ją, że jest między nimi coś więcej niż seks, nawet jeśli tak nie było. Przekonałby ją tylko po to, by po raz kolejny się z nią przespać. Nie było warto tak walczyć o jedną noc. Nie dziś.
W końcu skinął tylko głową.
– Masz rację, Ruth – powiedział obojętnie. – Nie powinniśmy się już spotykać.
Ruth też skinęła głową. Nie zmieniła wyrazu twarzy ani się nie poruszyła. Żadne z nich nie było pewne, co powinno zrobić. Verner czuł się niezręcznie i nie miał zamiaru przeciągać tej sytuacji. Ten dzień był już wystarczająco zły.
– Cóż, powodzenia – rzucił i otworzył drzwi.
– Wzajemnie – odpowiedziała Ruth.
Verner posłał jej zdawkowy uśmiech i wyszedł. Znów czuł się pusty w środku, może jeszcze bardziej niż wcześniej. Nie był pewien, co powinien ze sobą zrobić, skoro wszystkie pomysły zawiodły. Pewnie powinien po prostu wrócić do mieszkania i sprawdzić, czy nie została mu jakaś butelka whisky. W końcu najprostsze rozwiązania są najlepsze tak? Poza tym w dni takie jak ten piękno można znaleźć w jednym tylko miejscu; kiedy nie można rzucić się w wir pracy ani w ramiona ukochanej kobiety, kiedy łóżko jest zimne bez kochanki i kiedy na całym świecie nie ma nikogo, kto chciałby z człowiekiem porozmawiać, ciężko jest dostrzegać piękno inne niż piękno pełnej butelki.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s